Ścisły Ćwierćinteligent!


Załóżmy, że mamy do wykonania czynność, którą umownie nazwijmy A,B,C,D, gdzie poszczególne litery nazwy nazwy, oznaczają składowe fazy…etapy, wykonania w/w czynności. Analogicznie jak w procesie gotowania zupy, czy parzenia herbaty…zaczynając od wsypania jej do kubka, poprzez zalanie wrzątkiem, dodanie cukru, na wkrojeniu cytryny, lub w zależności od preferencj kubków smakowych, dolaniu mleka kończąc oczywistym jest, że każda z faz składowych, wymaga dłuższego lub krótszego czasu dokonania, składającego się na całkowity czas wykonania określonej czynności, lub też czasy te są do siebie bardziej lub mniej zbliżone…praca , która wymagana jest w poszczególnych etapach, też może być różna, droga, którą musimy pokonać docierając naszą ręką bądź całym sobą do miejsca, w którym ponosimy kubek, lejemy wodę, pobieramy cukier, też może być dla każdej fazy inna. Jeśli przyjmiemy taki układ, że stoimy na pierwszym pietrze naszego czteropiętrowego mieszkania, na drugim pietrze mając czajnik z wrzątkiem, na czwartym pojemnik z herbatą, na parterze cytrynę a na trzecim pietrze łyżeczkę, to sprawą oczywistą będzie, że wykonywanie poszczególnych etapów przygotowania naszego ulubionego napoju, w takiej lub zupełnie innej kolejności, diametralnie skróci, lub skrajnie wydłuży czas procesu zaparzenia herbaty. Całą czynność może wykonywać jedna osoba, bądź kilka, nawet w liczbie osób, odpowiadającej liczbie niezbędnych faz składowych, składających się na całkowity proces dokonania czynności, od momentu jej rozpoczęcia, poprzez przekazywanie między osobami wykonującymi poszczególne etapy, do momentu zakończenia. Jeśli założymy jednak, herbatę przygotowujemy zazwyczaj w kuchni, w pojedynkę, bez stwierdzenia udziału osób trzecich, oraz bez konieczności biegania po schodach, po całej naszej kilkuset metrowej przestrzeni życiowej, i uznamy wszystkie wymienione wyżej czynniki, jak bieganie po piętrach z kubkiem, łyżeczką, cukrem, cytryną, czajnikiem i Bóg wie czym jeszcze, za zupełnie nieistotne…zbędne, okaże się, że choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli byśmy przygotować wspomnianą herbatę, zmieniając kolejność składowych faz, zaczynając nawet wbrew teoriom przyczynowości i skutku, od jej wypicia, a kończąc na sięgnieciu po kubek, czas jej przygotowania powinien być zawsze, jeśli nie taki sam, to co najwyżej bardzo zbliżony, co wydaje się być logicznym i oczywistym,jak się jednak okazuje, nie dla wszystkich, i jak się okazuje nic nie jest w stanie przekonać, myślącego w taki właśnie sposób tytułowego Ćwierćinteligenta, iż się myli, a który nie jest tak całkiem postacią fikcyjną, i doskwiera mi swoim mechanizmem myślenia od czasu do czasu. Zastanawiające jest dla mnie to, a może nawet wręcz oczywiste, że skłonności do tak błędnego toku rozumowania, przynajmniej spośród przeze mnie spotykanych osób, to w dużej mierze humaniści…bądź ludzie o predyspozycjach, ściślej można by rzec, w kierunku nauk humanistycznych…nie do końca ogarniam tę prawidłowość, ale taką właśnie dostrzegam…nie mam w sumie nic do humanistów, w końcu to równie ważna gałąź nauki, fundament…wręcz… Humanista różni się tym od fanatyka nauk ścisłych, że głównie nastawiony jest na przyswajanie pamięciowe wiedzy…pochłanianie jej w znacznych ilościach, i zapamiętywanie, w celu wygrzebania ich z odpowiednich zakątków pamięci, gdy tylko przyjdzie taka potrzeba. Oczywiście nie można tutaj całkowicie pominąć logiki, jednak jeśli przyswajanie wiedzy porównamy do gromadzenia potężnych ilości danych, dyskach komputerowych, gdzie zdolność do przechowywania ogromu zasobów, bez ich zniekształcenia, z jednoczesnym krótkim czasem dostępu, do pożądanych informacji, przewyższa zdolności ludzkiego umysłu, zakładając, że dysk nie posiada zdolności analizowania-takich jak człowiek…nie posiada zdolności myślenia…tak więc czy idąc takim tokiem rozumowania, możemy nazwać humanistów, zdolnymi do zapamiętywania informacji, antytalentami w zakresie logicznego pojmowania wszechrzeczy? Jeśli tak, na drugim biegunie takich rozważań, powinniśmy postawić wybitnych logików, czy innych przedstawicieli nauk ścisłych, jako beznamiętne liczydła, potrafiące przeanalizować, przeliczyć wszystko, jednak niezdolne do gromadzenia informacji, którą jednak posiadać muszą, aby analiz takowych dokonać…tak samo jak humaniści mający obowiązek…zmuszeni posiadać zdolność logicznej analizy, dla zapewnienia…choćby poprawności, słuszności …ocen…choćby historycznych, norm etycznych itd… Tak więc czy delikwent robiący w spodnie, a później je zdejmujący, w celu pozbycia się nieczystości, i to niekoniecznie tuż po "załatwieniu sprawy", utwierdzony w przekonaniu o sprzyjającej mu wygodzie, w tak dobranej kolejności składowych etapów czynności-oddawania stolca, zmuszony poświęcić na dokonanie gównianego aktu wypróżnienia znaczny czas, który wolał by wykorzystać na działania bardziej pożyteczne dla siebie, czy innych ludzi tego świata, to taki Aurelius Augustinus dzisiejszych czasów, czy raczej taki Ktoś, o IQ zbliżonym do ilorazu Scooby’ego?
Wysłane z mojego HTC

Mario, Wlado And Miii-Trójkąt Bermudzkiii! Czyli Przeprowadzkowyje Refleksyje!


Dwa tygodnie temu, będąc na imieninach, które bywają jedynie raz w roku świętowaliśmy jak przystało na imprezę podmiejską…wróciliśmy dopiero w niedzielę…prosto z auta wjechałem do Mario Bros’a, z czysto kurtuazyjną wizytą, na której Włodek mimo szczerych zapewnień nie pojawił się. Może z powodu posiedzenia dłuższego niż uzgadniane z panią JOT, dzień wcześniej, na którym być nie mogłem, a gdzie oprócz dyma, ominął mnie defibrylator, na który Włodek złapał się z piątek na własne życzenie, montując przewody elektryczne, oświetlenia bufetowej zabudowy, u Maria…na której ponoć swoje miejsce mają znaleźć przeróżne trunki, obok mąki, cukru, ekspresu do kawy, oraz pełnowymiarowego nalewaka z piwem…Wlado pracując jedynie własnymi, gołymi rękoma…bez próbnika, miernika…o zwykłej żarówce do sprawdzenia napięcia nie wspominając, miał więc niepowtarzalną okazję doświadczenia elektrowstrząsów. Szczerze mówiąc żałuję, że nie mogłem być tego właśnie wieczoru świadkiem elektryzującego zdarzenia…siła wyższa…wykonywaliśmy właśnie w tym samym czasie wraz ze Słońcem, ostatni transport moich rzeczy osobistych, w związku z przeprowadzką. Planowałem więc w niedzielę spotkać się z Mario oraz Wlado, i przy okazji towarzyskiego spotkania o podłożu najbardziej charakterystycznym dla próżnych blondynek-czyli zwykłej gadce szmatce, zwrócić Włodkowi Jego ukochaną Anię, którą dostałem od Niego w użytek kilka miesięcy temu, a z którą niewątpliwie musi być emocjonalnie mocno związany, jak sądzę po tym gdy zapytałem czy odsprzeda mi Ją, i jaka była by cena, widząc niechęć, słysząc odmowę i przyjmując jedyne możliwe warunki korzystania z Ani…na zasadach czasowego oddania w użycie…konkretnie moje… Ania jest bardzo gorąca, Ania jest dobra na nudę, smutek, Ania jest dobra na długie wieczory, gdy chciałbyś zafundować sobie odrobinę pozytywnych emocji, Ania jest dobra na wszystko, gdyż Ania to nazwa modelu projektora slajdów, na trzydziestopięcio milimetrową taśmę…projektora, który święcił tryumfy w czasach gdy homoseksualizm leczono elektrowstrząsami, otyłość lewatywą, zaburzenia psychiczne LSD, a guma do żucia, wedle ówczesnej medycyny, w przeciwieństwie do dni teraźniejszych, była wręcz zabójcza dla PH zębów i jamy ustnej. Wspomniana Ania była hitem na miarę dzisiejszego Full HD mimo, iż to nieruchomy obraz, rzucany najczęściej na białe prześcieradło, i w dodatku BEZ DŹWIĘKU!!! Chciałem aby moje Dzieci poznały prawdziwy smak, a w zasadzie zapach początku technologii wizualnych, gdy DVD nie było jeszcze nikomu znane, a do narodzin zwykłego CD miało upłynąć jeszcze wiele lat (zapach-z uwagi na charakterystyczną woń kliszy-taśmy filmowej, która rozchodziła się w powietrzu, podczas wyświetlania slajdów, pod wpływem ogrzania jej, przez żarówkę, która podświetlała taśmę, rzucając przez soczewkę obraz na ekran, którym najczęściej była ściana lub prześcieradło) Teraz Ania, po zaspokojeniu naszych potrzeb…potrzeby wspomnień, potrzeby poczucia tego niepowtarzalnego zapachu, oraz przeżycia tak ekscytującej projekcji, mogła już wrócić do właściciela. Namawiając Go w tym celu na niedługie spotkanie u Maria, przy symbolicznej szklance herbaty, miałem nadzieję, że po ostatnich dywagacjach prowadzonych wspólnie podczas karkołomnej akcji "Fortepian", wszystko a przynajmniej większość została wyjaśniona, i przez strony zrozumiała, jednak jak widać Ania nie była argumentem wystarczająco przekonującym do niedzielnego zderzenia się, lub było to też może wynikiem elektrowstrząsów, które Włodek przyjął "na klatę", jak słyszałem-godnie, oraz bez najmniejszego uszczerbku fizycznego. Sprzyjające okoliczności akcji "Fortepian", jak widać również nie przyniosły porządanego efektu, choć tragedie jak to się powiada, ludzi powinny raczej łączyć a niektóreszczególnie początkowy etap akcji "Fortepian", można by do tragicznych zaliczyć z całą pewnością. U Maria byłem więc w niedzielę między 12.00 a 13.00, o ile mnie moja niezawodna pamięć nie myli…Mario jak zwykle osaczony ogromem prac montażowych…wokół narzędzia…pies…kot.. Córka, Żona…gitara, browar, faja…i trochę nieczystości, wynikających z atmosfery czysto remontowej, płyty karton-gips…wziąłem ze sobą cztery pstrągi…"rozpaliliśmy w piecu" :)…i tak na rozmowach, przez które głównie przewinęło się kilka wątków dotyczących Włodka, Jolki, byłej małżonki Maria, Sponsora, "Młodego", jakiegoś Gacha z Sopotu, dzieci moich, Maria, Włodka-nienarodzonych jeszcze, i paru sprawach natury odmiennej jak moja przeprowadzka, minęły nam ze trzy godziny. W tzw międzyczasie, słowa którego brzmienie z Mario wspominamy już niemalże jako anegdotę, Żona Maria podała obiad, po którym wróciliśmy do rozmów O Wszystkim I O Niczym…Słońce i tak poszło spać, więc miałem sporo wolnego czasu, niedzielnego, który poświęcić mogłem śmiało na budowanie relacji z kumplem. Po wyczerpaniu tematów, i nadejsciu odpowiedniej już pory, jak sam stwierdziłem do powrotu, ubierając się…słysząc "…miło że wpadłeś…", udałem się w kierunku domu, napawając się podczas drogi urokami okolicy, z bananem na twarzy, oraz pisząc pierwsze słowa właśnie tego wpisu. Ponieważ ostatnio miewam bardzo mało wolnego czasu, a coraz więcej obowiązków, i głównie zamieszczam na blogu zdjęcia lub filmy, z krótkimi treściami tekstowymi, postanowiłem napisać coś więcej, dla wymagających dłuższych treści, oraz słowa pisanego, co właśnie jeśli chodzi o ten post, czynię do dnia dzisiejszego, a to już drugi tydzień od zdarzenia, które tu opisuję 🙂 …
…Wracając do domu , pomyślałem, że byłbym sytą karmą dla miejscowych rzezimieszków…gdy wyskoczyłem z auta do kumpla, zabrałem ze sobą w torbie, Taba SG2 10’1…rzecz jasna uzbrojonego w Play Online Pro, HP Mini, Sennheiser XE 300, Motorola S9,ładowarki, kabelki…dwa peny, Nurofen, Ketonal, obcinaczki do paznokci, oraz masło kakaowe do ust… Wprawdzie hapeka zabrałem przez przypadek bez modemu, jednak atrakcyjność fantów, mogła by pewnie podnieść, również w drodze z Natolina, moja nowa karta płatnicza, która dopiero co przyszła pocztą, zupełnie dziewicza, wraz ze wszystkimi instrukcjami, jak nadać jej PIN? Jeden ze stałych czytelników mojego bloga, na łamach jednego z ostatnich moich wpisów, zadał pytanie w komentarzu, podając w swoim nicku nazwę Stały Czytelnik… czy przeprowadziłem się w inny rejon miasta? Jedno jest pewne…z kilkoma stałymi czytelnikami mojego bloga, utrzymuję stały kontakt osobisty. Przykładem takiego Czytelnika mogą być: Wlado-mój współpracownik poznany przed laty w jednym z łódzkich molochów…ma swoje wady, ale jest równy Gość…z niejednego pieca chleb jedliśmy…, Bartek B. (Szponku)-człowiek, który namówił mnie do założenia tego bloga, i pomógł mi go zbudować na platformie WordPress, połowa fabryki Dell, w szczególności SuperWisior Iza Streep, oraz Mietła Pabich…z kilkoma innymi S.C. osobisty kontakt pozostaje sporadyczny…tutaj pozdrawiam panią pielęgniarkę…z jeszcze innymi kontakt ten oparty jest wyłącznie na relacjach zaistniałych i funkcjonujących poprzez Skype, czy portal Facebook…można by tu wymienić chociaż Świruskę, która swego czasu twierdziła, iż śledzi systematycznie mój blog… "ta co wychodziła z telewizora" w filmie Klątwa…jak o Niej, mówił Mefisto, gdy zobaczył Jej czarnobiałe foty na fejsie…hehe…dalej W.G., ostatnio mało miewam dla Niej czasu, co zresztą sukcesywnie mi przypomina…, I.K., jeszcze raz I.K., bo to inna osoba o tych samych inicjałach…P.K., KGB, Magdalena, Ania…M.S… a z tymi którzy nie mieszczą się w w/w kategoriach, nie utrzymuję kontaktu żadnego-choć wiem, że stałymi czytelnikami są…bywają…bądź kontakt ten, ogranicza się do relacji wynikających z potrzeby chwili, potrzeby wynikającej z przyczyn oficjalnych, lub całkowitej niepotrzeby totalnej, jak to się ma, dla przykładu sytuacja z LIDERem szarej strefy, z ulicy Krzemienieckiej w Łodzi, który swego czasu przemówił nawet własnym głosem, na łamach tego bloga, przyznając się nieświadomie przed całym światem do naciągania ZUSu oraz U.S.. Wspomniany Stały Czytelnik nie jest więc jedynym S.C., a co za tym idzie, ograniczając swój komentarz jedynie do wpisu, którego trudno przeprowadzić rzetelną weryfikację autora komentarza, by mieć pewność kto kryje się pod nickiem Stały Czytelnik? Wydaje się więc rzeczą oczywistą, iż wspomniany S.C., kwalifikuje się raczej do tego ostatniego worka kategorii…inaczej docierały by do mnie takie zapytania w wiadomościach prywatnych…no…fakt…jest jeszcze jedna kategoria S.C….mianowicie kategoria NINJA…czyli tych zupełnie ukrytych, utajonych, nieprzyznających się do bycia S.C., bez względu na to, czy wywodzą się z bliskiej, czy też dalekiej strefy, otoczenia w którym przyszło mi egzystować…tu przykładem może być przewidywalna jak sedes dla hydraulika Wójcikowa, z przyjaciółką z Krużewnik Dolnych, Sushi, z całym swoim nadmiarem niedostatku antypatologicznego podejścia do kwestii wychowania dziecka w rodzinie…czy choćby uderzająca skalą swej małostkowości, Księżniczka Z Wieży Ciśnień, obecnie udzielająca się aktywnie za niemiecką granicą…czy nienagannie złośliwa Pierwsza Dama z prowincji, którą należy klasyfikować do wszystkich wymienionych tutaj kategorii, ponieważ od najbardziej zagorzałego czytelnika, przebrnęła przez wszystkie z nich, plasując się w tej ostatniej, i raczej bezpowrotnie…raczej na własne życzenie…Myślę, że przy tej kategorii, nietaktem byłoby pominąć osobę Starego Pudła, jakiejś starej, zgorzkniałej baby, która czuła z niewiadomych mi przyczyn, uzewnętrznić w moim kierunku swoje najskrytsze, ciemne i mocno pokręcone zaułki swojego umysłu… czy choćby Braci Słaby-od światłowodów, z którymi wystarczyło renegocjować warunki umowy, aby osiągnąć cele, które na początku negocjacji przyprawiały ich o śmiech…Zawada wytrząsał się niemal jak Pseudofacecik…ten golący nogi Harleyowiec, słodzący kawę pięcioma łyżeczkami cukru, którego narzeczona zapytała kiedyś: "To Paryż leży we Francji???"…niektórzy to na prawdę mają pech, w aspekcie doboru naturalnego…o Marionetce BP wspomnę jeszcze tylko śladowo…czyli o Pani z …Przemysłowego. Moich obecnych współpracowników pozwolę sobie na dzień dzisiejszy, nie szufladkować w żadnej z tych kategorii, ponieważ z nimi bywa różnie…dziś mieszczą się do tej, jutro do innej…w zależności od ich humorów, jak i mojego samopoczucia. Tak więc zbyt wiele odsłonić tutaj prawdy nie mogę…nie wiem przecież kto kryje się pod tym tajemniczym nickiem…poza tym ilość wejść na blog, które podają statystyki w moim kokpicie, nie przemawia za tym, aby wszem i wobec pisać tu gdzie obecnie mieszkam, co wrzucam do garnka…choć to już pewnie nieraz bywało akurat…z kim śpię, i którą ręką podcieram zad…szczególnie jeśli statystyki pokazują w szczytowym odczycie około czterystu wejść w ciągu doby. To dane oczywiście z czasu gdy inwigilowałem Dell, oraz progresywnie narzucany pracownikom tejże fabryki mobing, ukryty pod płaszczykiem atmosfery "amerykańskiego snu"…No…sprawa jasna…oczywiście, że tak…od kilku dni nie mieszkam tam gdzie mieszkałem :)…ale gdzie? Oczywiste, że napisać tutaj nie muszę…a czy chcę? To inny temat…Jedno co mogę tutaj odsłonić, to fakt, iż do mojego serdecznego Zioma, do którego musiałem jechać przez całe miasto, ryzykując byciem potencjalną karmą dla Banth-ów, w tej chwili nie popadając w przesadę mam zaledwie kilkaset kroków…nie muszę więc całą drogę trzymać palca na spuście swojego niezawodnego, ciążącego mi w spodniach, Glocka 19, z dwoma pełnymi zdrowej amunicji magazynkami, wracając do domu, w formie dalekiej od dobrego samopoczucia…jak to nieraz bywało podczas powrotu od wspomnianego Fumfla… Teraz ze stoickim spokojem, przemierzam odległość od punktu Fumfel do punktu Dom, na przykład pisząc po drodze wpis do bloga w swoim smarcie, wolnym krokiem podążając do domu…zupełnie lajtowo…bez poczucia ryzyka, iż za chwilę stracę telefon, trzymając go w ręku na ulicy, czy nawet życie…ponieważ dziadostwa nie brakuje…nawet tu-domniemam…jednak okolica nastraja mnie tak pozytywnie, że nie sposób niecieszyć się poczuciem pełnej swobody, oraz całkowitego zlewu, w kierunku nisko upadłych zachowań, żałosnych kreatorów mody , których szczytem marzeń, i miarą statusu społecznego jest wysokość sprężyny na pięcie, oraz biel łyżwy na lewej nogawce…jedynego schludnego i czystego fragmentu ubioru, w aspekcie języka, w którym porozumiewają się między sobą WIELKIM SUKCESEM-jak ujął by to Borat, jest fakt, iż ów język zrozumiały jest przeważnie jedynie dla nich, między nimi…co racją bezsprzecznie jest…a i jednocześnie powodem ich dumy niebywałej, z przyczyn nie do końca mi znanych, ale tak może lepiej…To wszystko mimo całej mojej tolerancji, oraz dalekiego mi poczucia kwestii "konfliktu pokoleń", budzi we mnie odczucia zbliżone raczej do tych, którymi Hitler darzył żydów. Zmierzając wolno ku końcowi, pragnę dodać, że nowa ośka jest całkiem wporzo…rzecz jasna, nie bujam się na niej jak wspomniani "kreatorzy", by nie powiedzieć kreatury, ponieważ spędzam całe dnie w pracy, jednak mam nadzieję nieprzerwanie odkrywać nowe pokłady radości, w związku z zamiarem penetrowania wszystkich zakątków nowej okolicy…już wprawdzie z grubsza mi znanej…jednak na dogłębną znajomość potrzeba czasu…Ciekawymi miejscami tej okolicy, inspirującymi mnie nieprzeciętnie do rozmyślania, jest całkiem okazały park, z dość skrupulatnie pielęgnowaną florą, jak również trzy pobliskie sklepy, z branży "pitnej", w których to ekspedientki próbują wmawiać mi, że odkąd ustało lato, wszystkie chłodziarki wyłączono w sklepach nie z powodów oszczędności energii, a właśnie z takiego, że teraz klienci życzą sobie wyłącznie CIEPŁE piwo!!! Argument ten uważam bynajmniej za ciekawostkę…osobiście nie znam nikogo kto lubi ciepłe piwo, poza wyjątkowymi przypadkami chęci wypicia gorącego piwa z jajkiem, czy miodem, z stanach chorobowych, co zdarza się dość sporadycznie, ale może jeszcze mało widziałem na tym świecie. Oczywiście najbardziej wporzo z całego aspektu przeprowadzki jest TO, o CZYM dla zachowania swojej i przede wszystkim nie swojej prywatności, nic więcej nie napiszę…Z wiadomych przyczyn, nikt z czytających tutaj publikowane treści, nawet sam Samuel Gerard, nie ma co liczyć na żadne wskazówki…oprócz najbliższych S.C., rzecz jasna :)A co do Ani i Włodka…przy takim obrocie sprawy, na prawdę ciężko przewidzieć czy zejdą się jeszcze…czy będą razem…na dobre i złe? Czy to wielkie uczucie ma szansę przetrwać?…Wlado-musisz dać jej kolejną szansę…ona tęskni…dziś w nocy łkała cichutko, wołając co chwilę "Włodziu, Włodziu…gdzie jesteś?" Zamknąłem ją w szafie na górnej półce…wprawdzie z reguły nie zachowuje się głośno, ale już dwa razy pobudziła mi sąsiadów…czasem gdy czuje się wyjątkowo samotna, dopada ją złość, i zaczyna wykrzykiwać bardzo brzydkie słowa…jeśli jej nie odbierzesz, następnym razem, gdy będzie midziarmolić w nocy, nie ręczę za siebie! !!!