Odpowiedź Na Komentarz Do Postu „Tureckie Podróbki Wód Toaletowych-Tandeta!” z dnia 31.10.2012


Witam…dresiarzem zapewne nie jesteś, sądząc po czterech gwiazdach w pierwszym zdaniu komentarza, wstawionych zamiast flugi, jakiej żaden dresiarz użyć tutaj nie wahał by się pewnie, z powodu zamiłowania do takiego właśnie języka. Zdjęcie użyte we wpisie, nie zostało ściągnięte z sieci, a zrobiono je na tym samym stole, na którym teraz widnieje tab z Twoim komentarzem, zatwierdzonym już pod wpisem, którego dotyczy, drogi czytelniku, który z pewnością po powiększeniu odczytany zostanie bez problemu. Dzielę się czasem na swoim blogu, swoimi opiniami, dotyczącymi produktów, które nie spełniają moich oczekiwań, ale jeśli sięgniesz wstecz, dostrzeżesz również to, że czasem chwalę inne. Jest mi niezmiernie przykro z powodu Twojego uniesienia, jednak między innymi w tym właśnie celu, prowadzę ten blog od kilku lat. Dziękuję za poświęcenie cennego czasu, w celu lektury zamieszczonego przeze mnie wpisu pod tytułem "Tureckie Podróbki Wód Toaletowych-Tandeta!", i z pozdrowieniami zapraszam ponownie.

Wysłane z mojego HTC

Nastrojowy Mini Market


Sklep, którego zdjęcie zamieszczam bez zgody właściciela obiektu, w niniejszym wpisie, zdaje się z pietyzmem kultywować PRL-owskie przyzwyczajenia, polegające na wyłączeniu wszystkich lodówek, gdy tylko nadchodzi chłodniejsza pora roku, aby trwając w takim stanie do pory ciepłej, zaoszczędzić garść moniaków na energii elektrycznej. Ekspedientka zapytana z czego wynika brak schłodzonych napojów, jak Coca-Cola, bo o nią właśnie pytałem, i co z wymaganiami dystrybutorów, którzy sygnują lodówki nazwami własnych marek, swoją odpowiedź utrzymuje w nastroju…można by rzec…opiekuńczości o stan zdrowia klientów, jak również całkowitej empatii wobec wspomnianych. Nie zauważa jednak, że oszczędzanie na poborze energii lodówek, które pamiętam, i irytowało mnie już od wczesnego dzieciństwa, czyli czasów tak utęsknienionej przez niektórych komuny, jest znane polskiemu społeczeństwu od lat, i podczepianie takiego działania pod jakiekolwiek szczytne idee, jest jedynie śmieszne…wszyscy natychmiast wiemy, że albo próbuje się wmówić nam, klientom…jakąś kolejną bzdurę, i tradycyjnie robić nas w człona, albo faktycznie ekspedientka, wierzy w to co mówi, bo tak kazał jej pracodawca, i za sprawą ułomności swojego blond umysłu, powtarza z uporem maniaka, że powodem jest to właśnie, iż wszyscy klienci chcą teraz pić wyłącznie ciepłe piwo, i ciepłe napoje…które w nazwie pełnej zawierają…pozwolę sobie przypomnieć wyraz "chłodzące"…przypominam zarówno blond ekspedientce, jak i jej pracodawcy…albo zwyczajnie goniona przez niego, z kąta w kąt…okazjonalnie, lub też cyklicznie, nie sprzeciwiając się jego zaleceniom w kwestii-co mówić gdy klient spyta, nie chcąc budzić między sobą i nim nastrojów alarmistycznych, powtarza tę samą formułę, licząc na…nie wiem co? Gdyby wysiliła swoje zwoje, porywając się na wprowadzenie odrobiny logiki w swoim toku myślenia, który jest mankamentem nie tylko ekspedientek, ale chyba większości kobiet, co daje się odczuć ostatnimi czasy coraz częściej, sama może doszła by do wniosku, że łatwiej załapać infekcję gardła, pijąc gorącą herbatę po powrocie z mrozu, niż po wypiciu Coca-Coli z lodem. Może doszła by też do tego, że aby posiadać tę wiedzę, nie jest potrzebny tytuł docenta, z zakresu medycyny, a wystarczy jedynie radio i telewizor. Wiedziała by również to, że na anginę, lekarze zalecają duże ilości lodów, a na grypę jelitową duże ilości Coca-Coli. Zdawała by sobie sprawę, że znajduje się w centrum europy, objęta dyrektywami UE, i nie są to ani czasy komuny, i nie Krużewniki tylko centralna Polska. Można by przyjąć hipotezę, iż bzdurę o ciepłych napojach-skądinąd chodzących wymyśliła sama, jednak wcześniejsze odniesienie do czasów komuny, przypomnienie tego ostentacyjnego postępowania wobec klienta, który kupuje napój chłodzący nie po to aby się na Boga ogrzać, wyklucza całkowicie tezę, jakoby wspomnianą ekspedientkę, można było podejrzewać o tak wybujałą inwencję myślową. Aby paradoksów nie było zbyt mało, pomimo wyłączonych lodówek,
czyli ewidentnego zagrywania sobie sklepikarza-handlarzyny z klientami w fallusa, obok kasy, w ladzie chłodniczej przeznaczonej na produkty spożywcze, jak nabiał, wędliny itd…stoi około dziesięciu butelek z alkoholem, różnych gatunków, przygotowanych dla spragnionego procentów klienta mimo, iż wódki do napojów chłodzących, zaliczyć w żaden sposób nie da się…ciekawostka, prawda?…Pewna znana mi dość dobrze, świętej pamięci siedemdziesięcioletnia kobieta, mieszkająca w U.S.A kilkanaście lat, po powrocie do Polski piła jedynie napoje z lodem, bez względu na porę roku, więc to nie jest tak, że zimą wszyscy piją jedynie ciepłe napoje. Czasy komuny odeszły do lamusa, mamy kapitalizm, każdy ma prawo wyboru, jaki chce pić napój chłodzący, czy rozgrzewający, a jeśli właściciela nie stać na utrzymanie lodówek, bo być może zimą sprzedaje się tych chodzących faktycznie nieco mniej, powinien może zająć się handlem obwoźnym, handlując gwoździami albo innym prostym asortymentem, nie wymagającym od właściciela zaprzęgania mózgu do prowadzenia biznesu, redukując w ten sposób nakłady na utrzymanie, brzydko mówiąc swojego małego interesu, nie zmuszając nas do jeżdżenia po całym osiedlu, w potrzebie zakupu schłodzonej coli z jednoczesnym ośmieszaniem siebie samego swoim tandeciarskim wciskaniem nam kitu, o powodach wyłączonych lodówek, kitu starego, i znanego nam wszystkim jak przedwyborcze obietnice. Smutne, a zarazem potwierdzające nierzetelność takiego podejścia do klienta, przez przedstawicieli rynku spożywczego, jest też to, że nie jest to przypadek odosobniony…wręcz przeciwnie…skala problemu jest przeogromna, a wskaźnik tego procederu, utrzymuje się na dość wysokim poziomie.
Powodów też jest kilka. Począwszy od kiepskiej sytuacji ekonomicznej, poprzez niekompetencję sklepikarzy, na ich cwaniactwie kończąc. W sklepie, który mieści się w budynku jakieś dwieście metrów obok tego przedstawionego na zdjęciu, mają w swym asortymencie Coca-Colę, mają również Pepsi, jednak Coca-Coli nie dostaniesz tam schłodzonej, kupując nawet butelkę o objętości jednego litra, schłodzoną możesz poprosić jedynie Pepsi. O tym jednym litrze wspominam, ponieważ często sklepikarze próbują wciskać kit, że dwulitrowe butelki nie mieszczą się do lodówek, a o drugim sklepie, wspominałem z powodu motta, które kiedyś słyszałem od znajomego pracującego w Coca-Coli, które podobno mówi o tym, że głównym celem firmy Coca-Cola jest to, aby ze swoim produktem, przynajmniej w butelce 0/33 dotrzeć do każdego sklepu w Polsce. Jeśli to prawda, to wspominany sklep, wcale nie mały, a nawet ośmielę się stwierdzić, że bardzo duży, został przez dystrybutorów tego najsłodszego napoju świata, o jednocześnie największej zawartości CO 2, zwyczajnie zaniedbany, pominięty, zapomniany…sam nie wiem…Ja kiedyś wolałem Pepsi, dziś jest mi to zupełnie obojętne, i używam generalnie tych napojów głównie do drinków, ale znam ludzi, dla których to wielka różnica. Kiedyś pytając w sklepie spożywczym o przyprawę DO SPAGHETTI firmy KAMIS, otrzymałem taką oto odpowiedź "…nie…nie ma…jest tylko słodko-kwaśny…w słoiku…". To akurat sytuacja, która wydarzyła się w małym mieście, więc mógłbym żartobliwie stwierdzić, iż jestem w stanie zrozumieć, że dla takiej małomiasteczkowej świadomości, może nie być różnicy między przyprawą w formie mieszaniny suszonych, drobno zmielonych ziół, a słodkokwaśną mazią w słoiku. Jednak nie byłoby to fair wobec mieszkańców mniejszych miast. Dlatego stawiając ich na równi z kompetencjami handlarzyn, sprzedawców, ekspedientek miast największych, jestem zmuszony do stwierdzenia, że nie jest to wcale niekompetencja…wydaje mi się, że to już jest debilizm, albo coś bardzo blisko koło tego….oczywiście dodać należy, że powyższą odpowiedzią, obdarowała mnie kobieta.
Tak czy owak to zwyczajna WIOCHA, na której cierpią klienci…jak było właśnie w moim przypadku. Oczywiście niewiele my jako klienci możemy zaradzić temu zjawisku, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby zapytać ekspedientkę, czy przedstawiciel Coca-Coli wie m tym, że jego lodówka jest wyłączona-co dziś zamierzam uczynić…nie widzę także przeciwwskazań, do wywołania odrobiny zamieszania w postaci wysłania na pocztę firmową właściciela tytułowego małego interesu, linku do tegoż właśnie wpisu, co uczynię niezwłocznie po ustaleniu wymaganego adresu mailowego, aby po zawaleniu się struktur komunistycznych, a wraz z ich upadkiem, zniknięciu takich instytucji jak Książka Życzeń I Zażaleń, zaakcentować jednak swoje niezadowolenie, z działań nierzetelnie funkcjonującej jednostki. Upublicznienie nierzetelności funkcjonowania firm czy instytucji, szczególnie w takich mediach jak internet, telewizja itd…przynosi często skutki lepsze, niż sankcje prawne.

Wysłane z mojego HTC

Porażka Inteligencji, Czyli Głupota W Teorii I Praktyce José Antonio Marina / Wydawnictwo WAM/Akapity Wybrane.


"Czym naprawdę jest inteligencja?
Kiedy odnosi triumf, a co oznacza dla niej porażkę?
Jakie są jej moralne odcienie?

Zawsze interesowała mnie kwestia głupoty. Być może ma to związek z moją słabością do Erazma z Rotterdamu i z tym, że duch jego wstępuje we mnie od czasu do czasu. Nie napisałbym oczywiście pochwały głupoty, ale traktat na jej temat? – jak najbardziej. Bowiem jeżeli istnieje naukowa teoria ludzkiej inteligencji, dlaczego nie miałaby istnieć nie mniej naukowa teoria głupoty? Myślę nawet, że wciągnięcie jej na listę przedmiotów obowiązkowych na wszystkich poziomach nauczania przyniosłoby olbrzymie korzyści społeczne. Pierwsza z nich to możliwość – i tu pozwolę sobie na szczyptę optymizmu – zaszczepienia nas wszystkich przeciwko głupocie. Chodzi o nader pilne działanie profilaktyczne, gdyż głupota to choroba, której atakowi ulec może każdy z nas. Reasumując: jestem przekonany, że warto podjąć badania nad głupotą, tak jak warto badać inne nękające ludzkość choroby.

Historia głupoty musiałaby objąć pokaźną część historii ludzkości. Uporczywa skłonność naszego gatunku do syste­matycznego powtarzania jednych i tych samych błędów daje dużo do myślenia. Nietzsche z uporem luminarza przepowiadał przewartościowanie wszelkich wartości – był przekonany, iż powszechnie przyjęte zasady moralne są jednym wielkim nieporozumieniem. Ja myślę, że należałoby raczej dokonać przewartościowania całej historii, bowiem część tego, co przywykło się uważać za chwalebne, jest po prostu podłe. Borges próbował spisać Powszechną historię nikczemności, ale nie wyszedł daleko poza tytuł. Wspólnie z Marią de la Valgoma spróbowaliśmy napisać coś na kształt antytezy książki Borgesa – powszechną historię godności, stanowiącą zapis wyboistych dróg prowadzących do triumfu ludzkiej inteligencji.

Mam nadzieję, że ktoś kiedyś podejmie się spisania kroniki głupoty, kroniki, która z pewnością wprawi nas w zdumienie i w zakłopotanie – odkryjemy bowiem nie tylko, że byliśmy oszukiwani, ale również i to, że co gorsza sami jesteśmy oszustami. W eseju zatytułowanym O głupocie Robert Musil zwrócił uwagę na ten tak specyficzny dla głupoty rys szalbierstwa: "Gdyby głupota nie przypominała do złudzenia postępu, talentu, nadziei lub poprawy, nikt nie zechciałby być głupi".

Niektórzy autorzy próbowali podjąć temat głupoty w ujęciu ironicznym, humorystycznym albo wręcz komicznym -w efekcie zupełnie go trywializując. Przykładem mogą tu być książki takie jak The March of the Folly: From Troy To Vietnam ("Pochód głupoty: od Troi do Wietnamu") Barbary Tuchman (historia głupoty politycznej), czy też On the Psycholgy of Military Incompetence ("O psychologii niekompetencji wojskowej") pióra Normana Dixona, opisująca historię głupoty wojskowej. Cóż, generalnie rzecz biorąc, żartobliwy ton dyskredytuje te prace – przynajmniej z naukowego punktu widzenia. Zresztą samo słowo głupota stało się słowem obraźliwym i ma dziś tak szerokie i nieostre znaczenie, że zupełnie nie przystaje do pracy naukowej. Dlatego też mało go będę używał. Wolę mówić o porażkach inteligencji, podkreślając tym samym głębię tematu. W moich docieka­niach wykorzystam opublikowane w ostatnich latach prace dotyczące zaburzeń w procesach poznania i działania (ich autorzy to Arkes, Kahneman, Tversky, Baron, Stanovich, Perkins, Sternberg oraz kilku innych).

Inteligencja ludzka ponosi porażkę, kiedy nie jest w stanie dopasować się do rzeczywistości, zrozumieć, co się dzieje (czy też – co się z nami dzieje), kiedy nie potrafi rozwiązać problemów uczuciowych, społecznych lub politycznych; kiedy systematycznie popełnia błędy, kiedy obiera sobie absurdalne cele lub obstaje przy nieskutecznych środkach; kiedy marnuje nadarzające się okazje; kiedy zatruwa nam życie; kiedy oddaje się okrucieństwu lub przemocy. Carlo Cipolla opublikował zbiór praw, którymi według niego rządzi się głupota i proponuje nam następującą definicję: "osoba głupia to ktoś, kto czyni krzywdę drugiej osobie lub grupie osób, nie otrzymując w zamian żadnej korzyści dla siebie, a czasem nawet szkodząc samemu sobie". Moim zdaniem jednak to stanowczo za mało powiedziane. Sprawa jest dużo poważniejsza. Musimy włączyć do naszej definicji te osoby, które szkodzą wyłącznie samym sobie oraz, co mam zamiar wkrótce udowodnić, również i te, które wyciągają korzyści z działania na szkodę innych.

Nie tylko inteligencja indywidualna ponosi porażki -ponosi je również inteligencja grupowa. W tym przypadku to właśnie interakcja z innymi powoduje swoiste abaissement du niveau mental – ograniczenie własnych możliwości. Każdy z partnerów, każdy członek rodziny, partii czy narodu może być bystry, błyskotliwy i pełen zapału, kiedy jest sam, podczas gdy towarzystwo innych może działać na niego paraliżująco. Dynamika grupy może mieć charakter ekspansywny lub recesywny, depresyjny. Istnieją społeczeństwa inteligentne i głupie – w zależności od preferowanego stylu życia, od przyjętego systemu wartości, od stawianych sobie celów czy od instytucji, które tworzą.

Często nie jest łatwo odróżnić inteligencję uszkodzoną od inteligencji przegranej – od porażki inteligencji – obydwie prowadzą bowiem do tak samo bolesnych rezultatów. Mamy tu do czynienia z niezwykle złożonymi i trudnymi do zdefiniowania zjawiskami. Rozważmy przykład Franza Kafki. Zawsze uważał się za osobę przegraną – nie z powodu braku uznania jako pisarz, lecz ze względu na trud, jaki sprawiało mu samo istnienie. O swoich życiowych porażkach Kafka raz mówi, jakby miał do czynienia z jakimś "nieszczęsnym fatum", innym razem z kolei, jakby chodziło o "zamierzone działanie": "Chciałem żyć, ale chciałem, że­by mnie zostawiono w spokoju". Był ofiarą skrajnej wrażliwości, pod której wpływem powiedział: "Balzak nosił laskę z dewizą: Łamię każdą przeszkodę – moją dewizą byłoby raczej: Mnie łamie każda przeszkoda". Skąd wzięła się ta wrażliwość? Czy Kafka mógł jej w jakiś sposób uniknąć? I jeszcze jedno, nader podstępne pytanie: czy rzeczywiście chcielibyśmy, żeby jej uniknął?

Wyznam, że nie lubię porażek. Moim zdaniem jednym z elementów zatruwających naszą kulturę jest neoromantyczne, dekadenckie upodobanie do metafizyki upadku. Nota bene upadku doświadczanego – w miarę możności -nie na własnej skórze, co jest już szczytem obłudy. Markiz de Sade jest wspaniały… w lekturze, nie w życiu. Przekształcanie poniżenia, upadku, podłości, okrucieństwa, beznadziei w przedmiot estetycznej kontemplacji jest może i nieuniknione, ale wprowadza pomieszanie pojęć. Oddala sztukę od życia. Jakże gorszące w swojej prawdziwości okazuje się stwierdzenie George’a Steinera, że kultura nie czyni ludzi lepszymi. Jaka szkoda.

To mój niepoprawny optymizm pedagoga każe mi zagłębić się w ten tak skomplikowany temat. Jestem bowiem przekonany, że inteligencja może odnieść zwycięstwo. I dobrze by było, gdyby wreszcie tak się stało. Dlatego więc spró­buję wtrącić tu moje trzy grosze. Celem niniejszej książki jest pomóc w łagodzeniu ludzkiej wrażliwości, w łagodzeniu podatności człowieka na bycie krzywdzonym."

Wysłane z mojego HTC