Izolacja…Alienacja…Dupa, PingPong…Tulę Cyca!


Jakiś czas temu, gdy zaczynałem lekturę „Cmentarz W Pradze”, mojego ulubionego pisarza, jednego z barzdziej dla ludzkości zasłużonych umysłów, zastanawiałem się, skąd bierze się takie nastawienie, jednego człowieka do drugiego, bądź jednostki do pozostałej reszty?
Pewien „Arystoteles”, tak sugeruję przynajmniej fryzura, słuchając audiobooka wspomnianego wyżej dzieła Eco stwierdził, iż Ten, musi bardzo nienawidzieć czlowieka, wypisując takie a nie inne słowa na temat innych pojedynczych jednostek, społeczności, środowisk, a nawet nacji…
image
Obelgi, wyśmiewanie się, uzewnętrznianie obrzydzenia nawet do płci odmiennej, nie tylko jak i każdego innego człowieka, niechęć do zwracania się z prośbą, o wyświadczenie przysługi, do osób znajomych, w obawie, iż mogłoby Go spotkać to samo…to wszystko świadczyć może o szczególnie perwersyjnej awersji do kogokolwiek, do każdego innego człowieka, poza NIM SAMYM, świadczy o świadomym wyborze-życia samotnika, nie tolerującego nikogo poza sobą, w obawie aby nikt na starość wie wtrącił mu z ręki szklanki wody, jak rzekł kiedyś jeden z wielkich Polaków.
W książce tej główny bohater rozpisuje się szczegółowo na temat mankamentów większości ras, łącznie z tą, charakteryzującą Jego własne korzenie, wyśmiewając perfidnie wszelkie ich defekty, od biologicznych, poprzez fizjologiczne…historyczne, społeczne, na mentalnych kończąc.
Pisząc, iż seks z księdzem, to akt znacznie bardziej obrzydliwy, niż seks z kobietą, daje nam do zrozumienia, że zarówno księża, jak i kobiety, nie są w żadnym stopniu, obiektami jego porządania seksualnego. Rozpisując się z finezją o gotowaniu, daje nam sygnał, że jedyną miłość której doświadcza i wogóle dopuszcza do przyjęcia, jest wyłącznie miłość do dobrej kuchni, do czego zresztą jawnie przyznaje się.
Czy są to słowa jedynie głównego bohatera, postaci fikcyjnej, czy też samego autora, sprawa może być wielce dyskusyjna, i w zasadzie bez konsultacji z samym autorem, niemożliwa do osiągnięcia prawidłowego rozwiązania, jednak nie o to chodzi w dzisiejszym wpisie…
Sprawą drugorzędną jest tutaj również, rozstrząsanie dywagacji, w kwesti tego, czy są to poglądy autentyczne, czy jedynie postawa literacka autora…pisałem już na łamach mojego bloga o tym…
W tym wpisie, który nie zapowiada się jak zwykle na oczywisty, chciałbym skupić się na kwestii bezsprzecznine permanentnej, na relacjach między jednostkami. Nie dalej jak kilka tygodni temu, podczas rozmowy z moją
Ksiezniczką, doznałem przekonania, że aby zachować spokój, równowagę, i uniknąć niechcianych incydentów, które zdarzają się nawet między przyjaciółmi, należałoby prowadzić życie samotnika.
Odrzucenie wszystkiego i wszystkich…chyba, że jakaś część tych osób, jest w stanie Ci pomóc, w osiągnięciu takiego stanu, zdejmując z Ciebie ciężar, konieczności odcięcia ostatniej pempowiny, ułatwia obu stronom proces przejęcia odpowiedzialności za zaistniały impas.
Jest wiele pozytywów takiego funkcjonowania. Przy bałaganie w kuchni, możesz mieć pretensje jedynie do siebie, a przecież sam siebie nie będziesz opieprzać, więc jest gitarra!
Nie narażasz się na żadne przykre incydenty, choćby takie jak zdrada, w jakimkolwiek sensie.
Mówiąc przykre incydenty, mam na myśli negatywne odczucia, co do osób najbliższych, obdarowanych przez nas największym zaufaniem, oraz miłością.
A może nie same odczucia, a przyczyny tych odczuć, a więc działanie tych osób, w sposób wywołujący u nas negatywną interakcję, oraz nieodpartą chęć izolacji.
A tak precyzyjniej ujmując, chodzi mi o paradoks, polegający na wynikaniu takich sytuacji, w relacjach z osobami najmniej podejrzanymi o takie działania, w czasie najmniej do tego nam sprzyjającym, oraz o pewność, że do takiej sytuacji dojść musi, kiedy?…jest to tylko kwestią czasu.
Konflikt jak każda inna okoliczność, jest nieodłączną częścią relacji między ludźmi, a skłonność do kłótliwości, może byc również cechą narodowościową…jak choćby u Irlandczyków, czy innych…Mongołów…
To tak jak z pytaniami dzieci, które zasypują nas, nie dając sobię odpocząć…
Czy kiedyś będzie wojna?
Czy kiedyś dojdzie do upadku naszej cywilizacji?
Czy kiedyś zapadnie się w sobie, najbliższa nam gwiazda, bez której nie może istnieć na ziemi życie?
Czy ja kiedyś umrę?
Rzecz oczywista, że wszystko to kiedyś się wydarzy, pytanie tylko kiedy?
Jak wszyscy doskonale wiedzą, każde zbyt zacieśnione stosunki, zbytnie spoufalanie się, zbyt częste przebywanie razem, musi rodzić większe lub bardziej błahe konflikty…zawsze prowadzą do nich…częściej lub rzadziej, mniej lub bardziej dotkliwie, ale JEDNAK…
Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę takie jednostki, jak nasz wspomniany „Arystoteles”, który twierdzi, że przez dwadzieścia lat małżeństwa nie pokłócił się ani razu ze swoją żoną, spostrzeżemy, iż nawet On, człowiek o nadzwyczaj łagodnym usposobieniu, wielkim sercu, i patencie na bezkonfliktowość, stosuje skupulatną selekcję w dobieraniu sobie osob, do kręgu najbliższych, jak i dalszych znajomych, co zresztą można stwierdzić po przykładzie relacji z moją osobą.
Te dwadzieścia lat bezkłótliwego pożycia, tracą wprawdzie bardziej propagandą niż szczerością, ale przywykłem już do mitomanii tego środowiska.
Każdy człowiek stosuje taką selekcję, dla własnego komfortu psychicznego oraz fizycznego.
Po co jednak stosować wogóle jakikolwiek dobór, skoro i tak obcowanie choćby tylko z jednym, jedynym towarzyszem życia, musi urodzić kiedyś konflikt, a jeśli nie konflikt to z całą pewnością sytuację, w której czując się niezbyt wygodnie, musimy zdobywać się na przemilczenie poczynań naszego towarzysza, aby go nie stracić, nie zranić, lub nie zatłuc własnymi pięściami, w chwili, gdy zdarza mu się czynić niewygodne dla nas ruchy.
Przyjmując tę analogię, należałoby postawić tezę, iż najzdrowszym rozwiązaniem dla nas jako jednostki…dla siebie samego, jest calkowita izolacja, a więc radykalne wyzbycie się potrzeby obcowania z jakimkolwiek drugim obiektem, który w bliskości z nami, może powodować reakcję konfliktową.
To trochę tak jak w Buddyźmie, o czym mówią Cztery Szlachetne prawdy:
http://pl.m.wikipedia.org/wiki/Cztery_Szlachetne_Prawdy
oraz Ośmioraka Ścieżka
http://pl.m.wikipedia.org/wiki/O%C5%9Bmioraka_%C5%9Bcie%C5%BCka
w których głównie chodzi o wyzbycie się jakichkolwiek potrzeb, uczuć, nawet miłości, które zawsze prowadzą do cierpienia.
Źródłem cierpienia, przyczyną cierpienia, jest potrzeba, oraz dążenie do jej zaspokojenia, a jeśli zlikwidujemy potrzebę, nie będzie tego dążenia, w rezultacie nie będzie również cierpienia. Takie działanie wydaje się być bardzo radykalnym, a niektórym osobom, zdawać by się mogło, wręcz niemożliwym do osiągnięcia.
Nic bardziej błędnego, ponieważ są takie jednostki zdolne do tego trybu egzystowania, i w dodatku odnajdują w nim szczęście oraz sens istnienia.
Czy to zdrowe dla duszy, ciała i psychy, jest sprawą odmienną. Nie jest to może łatwe w osiągnięciu, ale wydaje mi się ostatnimi czasy być bardzo właściwym podejściem.
Nie chodzi mi tutaj o całkowitą izolację, w sensie wyboru życia pustelnika, bo to w naszych realiach nie jest możliwym do zastosowania, na takie przyjemności, mogą sobie pozwolić jedynie mnisi tybetańscy, jednak eliminacja obiektów konfliktowych, jest uważam konieczna, w celu uzyskania swobody, komfortu, i wolności.
Ja zacząłem lata temu, z osobami z kręgu znajomych, jak również z osobami z kręgu rodzinnego. Rodziny jak wiadomo nie wybiera się, dlatego zawsze gdy musimy dokonywać wyborów, między oceną zachowania rodziny, na której nam zależy, a osobą spoza rodziny, na której nam również zależy, popadamy w konflikt z samym sobą, chcąc uzyskać kompromis zadowalający obie strony, oraz nas samych. Często jest to piekielnie trudne, często jest to niemożliwe, i mimo szczerych chęci jedna ze stron czuję się urażona, a my mamy dyskomfort z powodu wystąpienia tej urazy, zbierając niekiedy zjeby, z tego właśnie powodu.
Tak więc lata temu rozpocząłem, jeszcze nieświadomie proces eliminowania kolegów…jakby wydawało się początkowo, wręcz mędrców, w efekcie ćwierćinteligentów, jak również pierwszych kandydatów z kręgu rodziny, z mojego otoczenia, z którymi spędzałem cyklicznie czas, a którzy skutecznie sobie na to wyeliminowanie zapracowali…niektórzy pracują na to do dnia dzisiejszego, nawet aktywniej niż przed laty.
Nie mam tu oczywiscie na mysli wszystkich osob, z ktorymi kontakt zostal zerwany, w skutek naturalnego jego ograniczenia z uwagi na rozbieżność życiowych dróg, czy też zmianę miejsca zamieszkania.
Na przestrzeni lat, otoczenie to zostało dość sumiennie oczyszczone, z szumowiny, mitomanów, i „jednostek interesownych” i w zasadzie do niedawna ograniczało się oprócz rodzicow, siostry, moich córek oraz mojej obecnej partnerki, do dwóch najbliższych kolegów, których ilość w zupełności satysfakcjonowała mnie…przynajmniej do chwili, w której jeden z nich okazał się ciężko upośledzonym umysłowo czubkiem, pomniejszając to grono, bardzo skutecznie do niezbędnego minimum.
Jak wiadomo, większość z nas uznaje fakt, że matka jest tylko jedna, ojciec jest tylko jeden, dzieci są święte, a na przyjaciół nie wypada się gniewać, ponieważ zawsze może istnieć potrzeba zwrócenia się do którejś z tych osób, z mniej lub bardziej wyrafinowaną kwestią.
Tak więc zgodnie z tymi zasadami, wypadałoby córce pozwolić nasrać sobie na głowę, synowi nadać przywilej udzielania Ci sumiennego wpierdolu, przynajmniej raz w tygodniu, ojca wyróżnić zezwoleniem na wprowadzanie praktyk Trynkiewicza, matce nie mieć przenigdy za złe, że z pokorą barana, bezsilnie na to wszystko się godzi, a rodzeństwu na bezkarne trzymanie strony wyżej wymienionych, w zasadzie tylko dlatego bo są rodziną, bo są jedyni…, żonie dać przyzwolenie do dawania ciała komu popadnie, a przyjaciołom dać bezgraniczny kredyt zaufania, cierpliwości i wyrozumienia, dla ich cyklicznie pojawiających się gaf.
Oczywiście najprostszym oraz najbardziej rozsądnym rozwiązaniem sytuacji konfliktowej z osobami najbliższymi, jest szczera, rzeczowa i spokojna rozmowa, prowadząca do optymalnego rozwiązania. Nie zapominajmy jednak, że nie każdy z naszych bliskich potrafi rozmawiać, nie każdy potrafi słuchać, analizować, oraz wyciągać wnioski. Nie każdy, a w zasadzie zdecydowana większość, nie znosi krytyki, tak więc nie z każdym taka metoda ma sens, poza tym, nie musimy mieć ochoty na prowadzenie bezcelowej rozmowy, jeśli rozmówca jest niereformowalny, bądź jego naganny czyn jest którymś z kolei…wszystko ma swoje granice, to nasze życie, i my sami decydujemy o tym, kto nadaję się do towarzyszenia nam w nim, kto się już nie nadaje, a kto nigdy nie będzie nadawać się, mimo swoich, szczerych chęci.
Bezgranicznie kochanie kogoś ZA NIC…w sytuacji gdy ten ktoś wystawia Cię na ciągłe, zaskakujące próby przesuwania granic, Twojego…mojego dobrego smaku, wyczucia sytuacji, cierpliwości, jest profanacją życia.
Żyjesz nie wyłącznie dla kogoś…dziecka, matki, partnera, a przede wszystkim DLA SIEBIE…to Twoje życie…i masz prawo przeżyć je jak tylko Ci się podoba. Jeśli ktoś przegina pałę, to masz obowiązek wybaczania tego w nieskończoność, tylko z tego powodu, że to akurat jest matką…ojcem…córką….synem?
Bzdura!
Miałbyś więc tolerować naganne wyczyny osób najbliższych…przyjaciół…rodziców…
rodzeństwa…dzieci…czy qrwa psa przewodnika, tylko dlatego, że są najbliższe…czasem wręcz oddane, jednocześnie częstotliwością wątpliwych zachowań sprawiają, że Twoja tolerancja i cierpliwość ulega nadszarpnięciu?
Nie ma takiej opcji. Każdy z nas ma wybór, każdy z nas dorosłych, poza niektórymi wyjatkami jest wystarczająco dorosły, aby nie mieć obowiązku, zachowania się jak pies, który po zamknięciu w bagażniku, i po otwarciu, chowa swą złość razem z „uszami po sobie”, i suszy zęby ze szczęścia. Każdy ma wybór, lecz zwykły pragmatyzm nie pozwala zazwyczaj większości, dokonywać tego wyboru, w sytuacjach analogicznych.
Musiałbym nie mieć szacunku sam do siebie. W takiej sytuacji, bycie pokornym cielęciem, jest bardzo niewygodne, i nie musisz tego tolerować.
Spotykam się z kim mam ochotę, jeśli mam ochotę, i gdzie mam ochotę, nie mając poczucia bycia narażonym na nieuprzedzone wizyty, niezapowiedzianych gości, przy których wypadałoby robić dobrą minę do złej gry, mam komfort swobody, niezależności… wolności. Nie muszę robić niczego co akurat wypada, lub nie do końca wypada, ale należy…więc wbrew sobie…z przymusu. Nie mam możliwości eliminacji wszystkich…muszę niestety stosować delikatne odstępstwa, muszę chodzić do pracy, która przy takim a nie innym trybie, odbiera wprawdzie w dość znaczącym stopniu wolność osobistą, dając jednak jakotakie środki…mówiąc codziennie cześć, tym samym osobom…nie wszystkim…niektórym faktycznie już nie muszę, ustaliliśmy, że nie będziemy się witać ani rozmawiać ze sobą…zresztą cóż to za frajda, słuchać każdego dnia, jak szkodliwe są papierosy, albo jak wielką przewagę mają osiągnięcia w dziedzinie motoryzacji, z czasów PRLu, nad rozwiązaniami stosowanymi po tym okresie?
Zresztą nie do końca potrzebuję takiej radykalnej izolacji, pomijając rzecz jasna fanatyków PRLu. Szczerze sprawę ujmując, nie do końca jestem również do niej zdolny, choćby z uwagi na aspekt, który całe życie, spędzał sen z powiek, innemu zasłużonemu ludzkości umyslowi, o dość dźwięcznym imieniu Zygmunt. Mam przecież partnerkę z którą żyję…
Jeśli jednak w moim przypadku, powodem niemożliwości dokonania radykalnego wyboru samotności byłaby miłość, której w buddyźmie należałoby się wyrzec, wychodzi na to, że mimo usilnych starań, choćby z uwagi na fryzurę, nie nadaję się jednak na buddystę, a z powodu całkowitego raczej braku fryzury, bardziej skupiam na sobię uwagę, zamiast ją od siebie oddalać…jak powiedział kiedyś pan Stanisław Tym…: „…taka już moja natura…blyszczę…”, a ja od siebie dodam jeszcze tyle, że do tego celu nie muszę używać ani brylantyny, ani żelu…wystarczy mi Nivejka…po goleniu!
Nawet Guru Izolacji Radykalnej, Prze-Mistrz eliminowania ze swojego otoczenia, wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka…oprócz pewnych obiektów, występujących jedynie w ciekłych stanach skupienia, Mistrz Kamuflażu, oraz bardzo trudnej do opanowania sztuki Przypadkowo-Ulicznej Amnezji i niepoznawania ludzi, wielki pan Wu, stosuje raz na kilka lat odstępstwa od swych radykalnych zasad, i wprowadza wybrańców w zachwyt, swym nawiedzeniem w bardzo różnych porach, dając im nadzieję, i stawiając pytanie, czyją tak naprawdę matką jest nadzieja?…lub podsuwając raczej odpowiedź, której nie znają, albo poszukują.
Skoro nawet tak wielce niesławny Maestro nie jest w stanie całkowicie i bez wyjątków opanować sztuki posiadania wszystkich i wszystkiego głęboko w swym odbycie, można by rzec-jest światełko w tunelu…nie ma co się przejmować.
Nawet jeśli nie możecie całkowicie odizolować się od całości, wszystkich i wszystkiego, czy też choćby małej części towarzycha, które Wam dynda, nie ma wstydu…nie ma tragedii. Zawsze gdy ta trudna do opanowania sztuka, sprawiać zacznie trudności, aby nie zostać narażonym na pośmiewisko, można powołać się na zaburzenia stanów reaktywnych.
Zaburzenia reaktywne to stany wywołane ciężkim stresem i problemami adaptacyjnymi. Wyzwolone mogą zostać przez pojedynczy czynnik, np. katastrofę, śmierć bliskiej osoby lub trwającą dłuższy czas sytuację psychospołeczną. Wtedy macie alibi w postaci żółtego papieru, nie ma wstydu, że opanowanie trudnej sztuki nie wyszło, sprawę rozwiązujecie podając argumenty medyczne, i po kłopocie.
Izolacja w pewnych okolicznościach bywa bardzo, ale to bardzo wygodna. Przykładem tutaj może być przypadek osadzone go w zakładzie karnym, w którym znajduje się specjalna cela do uprawiania miłości. Są takie kraje w których systemy prawne, zezwalają na takie rozwiązania.
Dostarcza to swobody, jakiej żaden inny mężczyzna przebywający na wolności doświadczyć nie jest w stanie.
Wariant taki zaczerpnąłem z audycji Wojtka Cejrowskiego, w którym podaje on przykład więźnia, mającego możliwość zaproszenia sobie żony ślubnej, lub jakiekolwiek inne jacuzzi, a przypadku gdy baba jest w bardzo wredny humorze, mówi jej do widzenia, i każe się odprowadzić do swojej celi.
Nawet jeśli staniecie się obiektem próby przypisywania Wam zachowań, nad którymi swoje umysły łamali Hegl, Marcus, czy choćby Marks, otworzy to jedynie przed Wami nieograniczone możliwości, w dalszym nabywaniu umiejętności odizolowania się od wszystkich i wszystkiego. Okolicznosci jakie zapewniają cztery miękkie sciany, bez klamek, bez okien, sprzyjają pogłębianiu sztuki izolacji, sprzyjają medytacji, kontemplacji, analizie rzeczywistości, oraz pracy ze swoją świadomością jak i podświadomością, co po latach żmudnego treningu, da z pewnością efekty w postaci opanowania sztuki alienacji, na najwyższym poziomie wtajemniczenia, być może nawet w postaci całkowitego odizolowania swego umysłu oraz ciała, od własnych procesów życiowych, a może nawet wręcz fizjologicznych, jak oddawanie stolca. Ale nawet i w takim stanie rzeczy potrzebna będzie pomocna dłoń do podtarcia tyłka, czy choćby do założenia pampersa, a to znów oddala nas od osiągnięcia izolacji na najwyższym stopniu możliwości. A może jesteśmy skazani, mimo wszystko, na życie stadne?
Generalnie wszystko, całość wrażeń odbieranych z otaczającej rzeczywistości, które chcielibyście w najwyższym stanie alienacji doświadczyć, będziecie mieć w dupie. Z punktu widzenia skuteczności metody oraz stanu końcowego, gra warta świeczki, a efekt finalny dość zachęcający, jednak z punktu widzenia estetyki, dość dyskusyjny, ale to Wasze życie, i Wasz wybór. Nikt przecież nie może nikomu zabronić srać pod siebie, tym bardziej jeśli udzielający zakazu, nie może być zrozumiany, czy wręcz zauważony. Rodzi się jednak kolejne pytanie, czy taką formę alienacji, można nazwać formą najczystszą?
Jeśli chodzi o mnie, skoro już była mowa o aspekcie osobistym dzisiejszego wpisu, z całą pewnością przydałaby mi się izolacja od wszelkiej maści gówniarstwa, w szczególności od gówniarskiej ignorancji, arogancji, przerośniętego jak kotlety schabowe, ego zlasowanych starczych umysłów, którym wydaje się, że tylko z powodu wieku wiedzą wszystko lepiej…dupa, dupa, dupa! Jak mawia mój idol-Ferdynand.
Panki w jednej z piosenek śpiewają:
Stacja alienacja 
Tylu ludzi o niej śni 
Banki i kochanki 
Twarda walka, bój do krwi…”

Niezaprzeczalnie potrzebuję natychmiastowej izolacji od skośnookich, kurew, oraz patenciarzy, przekonanych o stałości i niezmienności tego co ich otacza, tkwiących w przekonaniu, iż błędem byłoby przekonanie, jakoby jedyną stałą mogłyby być ciągłe zmiany.
Wyjątkiem tutaj, jak zawsze przy każdej regule, jest oczywiście nieprzemijająca infantylność Laskusa, wrodzona bezbarwność…Tęczowej Panny…takiej panny, jak ze mnie tancerz, oraz denny poziom jak zawsze, konkursu Eurowizji,
Tak więc, aby osiągnąć spokój nad spokoje, trzeba wyrzec się wszystkiego, wszelkich potrzeb…i tu akurat ukłon w kierunku Anki Posranki…, która jest jedyną znana mi osobą, bez potrzeb…jakichkolwiek potrzeb…ogólnie rzecz biorąc bez potrzeby posiadania potrzeb…prawie jak Pan Wu, czyli poza jedną, „płynną potrzebą”…prawdziwy Mistrz Bezpotrzebia, którego krąg fanow-naśladowców powiększył się ostatnimi czasy o nowego członka…przepraszam, członka powinno być z dużej C, ale z uwagi na członka rozmiar, pozostanę przy c-małym.
A przede wszystkim przydałaby się izolacja od Rasowego B., który pomimo wielu pozorów nie jest jednak do strawienia, podobnie jak i dwaj zarozumiali gówniarze, „Kolekcjoner” i „Ważniak”, oraz coraz bardziej drażniący, „Polski Wąsik”, wożący się ze swoim megaprzedsięwzięciem w Pierdziszewie Dolnym. Dziś, aby nie zmarnować dnia, i nie poprzestać na bezczynności, w osiąganiu szczęścia i radości, wywalę z Fejsa pewną gówniarę, dla której szacunek, szczególnie dla starszych od siebie, jest tak samo obcy, jak dla mnie rzadkie dość zjawisko „Harley-owca”, umierającego z zachwytu nurtem Disco Polo. A z powodu trafienia, nie głównej wprawdzie ale jednak wygranej…w LOTTO, z pracy wyjdę sobie wcześniej. Wcześniej o całe tfi ałers…przynajmniej „będzie równo”… Noc jest od spania, jak dupa o srania…PingPongi od zapierdalania. Poza tym, po jakiego grzyba mam poraz kolejny stawiać tę biedną Annę w niezręcznej sytuacji, gdy wchodząc do pracy o godzinie siódmej-zero, zero, z purpurą na twarzy, i żalem w sercu, musi omijać mnie długim łukiem…Biedulinka… A tak to ja już od dwóch godzin i czterdziestu minut, będę przytulony do cyca…ha!

Opublikowano przez WordPress dla Androida

Sterylizacja Sracza-Próbą Zreformowania Anki Według Planu Rura Bombera.


Jak już mieliśmy okazję przekonać się, pan Rura Bomber nie darzy szczególną sympatią żadnego z przedstawicieli flory bakteryjnej, którą spotyka się w miejscu, najbardziej ze wszystkich przywołujących na myśl naturę.
Do grupy budzących tę gównianą awersję, zaliczyć należy poza najbardziej znanym gatunkiem E.coli, wszystkie pozostałe, których łączna masa sięga osiemdziesięciu procent masy suchego kału, oraz inne gatunki zamieszkujące ciało ludzkie, szczególnie z okolic penisa oraz odbytu, jak również inne drobnoustroje, odpowiedzialne za wszelkie zapachy, nie tylko spod pachy.
Niczym M. Jackson, swym zamiłowaniem do sterylności, oraz nieprzeciętnymi zdolnościami sensorycznymi pozbawia nas, from time to time bezpośredniego oddziaływania na nasze receptory, naturalnych feromonów, co może wiązać się bezpośrednio, z potencjalnym uprzedzeniem do ekskrementofagii, lub jako wynik nieposkromionej chęci bycia okrzykniętym Guru Wyczucia Dobrego Smaku, bądź niekoniecznie pisma ale zapewne…nosem.
O ile powyższe domniemania snuć możemy w nieskończoność, o tyle usilny pęd ku przywróceniu, jedynemu Męskiemu Przybytkowi Rozkoszy, stanu czystości, porównywalnego z salą operacyjną oddziału neurochirurgii, szpitala Wojskowej Akademii Medycznej, podyktowany nieznanymi mi do końca przyczynami, czego zgłębiać tutaj starał się nie będę, prowadzić może jednak do niezmiernie negatywnych skutków, całego tego, misternie przygotowanego, altruistycznego planu.
Aby nie podnosić zbytnio nastrojów alarmistycznych, które mogłyby tutaj sugerować uprzedzenie również do starej, polskiej, tradycyjnej, walącej łajnem wsi, pozwolę sobie postawić tezę, że zacieranie śladów, czy symptomów funkcjonowania środowiska naturalnego, a więc ingerowanie w naturę, może przynosić opłakane w skutkach efekty.
Do negatywnych reperkusji tak radykalnego wpływu na środowisko, zaliczyć należy z całą pewnością, dezorientację w terenie najukochańszego pupila administratorów obiektu, słynnego Rattus Norvegicus, który zarówno jak Jebany Czarnuch, korzysta z opisywanego przybytku, w celu uzupełniania braków wody i nie tylko…
Dość subtelne różnice rewolucyjne między Rattus Norvegicus a Jebanym Czarnuchem, odsłaniają nam jednak wyższość gatunku wędrownego nad udomowionym…
Rattus pije z miski, jebany Czarnuch prosto z kibla!
Bardziej „ludzkie”, przyjazne środowisko, sprzyja spędzaniu w nim, dłuższego czasu, a dłuższe parcie, prowadzące do wypychania splotów żylnych, może być przyczyną powstania schorzeń hemoroidalnych.
Pozbawienie gównianego królestwa jego naturalnych zapachów, może być powodem do sporego niezadowolenia pozostałych użytkowników, jak dla przykładu Pani Anny
co moim zdaniem, może być najdotkliwszą konsekwencją, pozytywnego zamiaru Rura Bombera.
Przecież wszyscy doskonale znamy dość krytyczny pogląd Pani Anny, dotyczący stosowania kosmetyków czy środków czystości, ktorych aromaty dalece odbiegają swą charkterystyką od „naturalnej”.
Zwiększające się niezadowolenie, wpływać będzie na zmniejszenie wydajności oraz precyzji Pani Anny, która i tak nie sięgając najwyższego poziomu, może być zgubna dla całego kolektywu.
Wybudowanie latryny na pierwszym piętrze, ze specjalnym przeznaczeniem do wyłącznego użytku Pani Anny, byłoby rozwiązaniem zwiększającym przepustowość kibla parterowego, bez konieczności narażania Anki na kontakt jej receptorów węchowych, ze świeżością powietrza, którą w promocji oferuje nam, całkowicie gratisowo, od siebie Rura Bomber.
Jednak z uwagi na koszt, który nawet w przypadku tak nisko budżetowego przedsięwzięcia, musiałby zostać poniesiony, nie pozwala na zastosowanie takiego udogodnienia, i zmusza Panią Annę do oddawania się swym fizjologicznym przyjemnością, w atmosferze świeżego, nie naturalnego zapaszku.
W świetle podejrzenia, iż Anna to baba z jajami, można przypuszczać, że ciężar sterylnych warunków sanitarnych, przejawiających się przyjemnym zapachem, powinien być do udźwignięcia przez Ankę Posrankę, co może być pierwszym, milowym krokiem w kierunku reformy osobowościowej, której priorytety rozwojowe jak domniemam, przeoczono jeszcze dawno, w wieku przedprodukcyjnym.
Jak widać, każdy kij ma dwa końce.
Wszystko zależy od punktu widzenia, i nawet dramatyczny w skutkach bieg wydarzeń, może nieść za sobą mniejsze, a nawet ogromne pozytywy, jakim z całą pewnością, może być skuteczna reforma skrajnie konserwatywnych poglądów.
Jak donosi wręcz przewiarygodne źródło, Cleaning Kit już został skompletowany, jednak tym razem ktoś Rura Bombera ubiegł, oddając się z pasją tej z lekka śmierdzącej sprawie, wręczył częściowo kolegę, odbierając jednocześnie satysfakcję z wykonania planu, od początku do końca całości.
Może w trosce o narząd wechu kolegi, a może w trosce o reputację całego kolektywu.
Bez względu na pobudki gównianej przysługi, widać, że reforma ma szansę zatoczyć szerszy krąg.
Z wczorajszego, mojego pomysłu, rzuconego dla jaj, polegającego na stworzeniu profesjonalnego harmonogramu, sprzątania zakładowego kibla, powstało następnego dnia co?
Nic innego, jak:
Profesjonalny Harmonogram Sprzątania Zakładowego Kibla.
Teraz więc, wystarczy jedynie naciągnąć żółte łapawice, w celu zabezpieczenia się przed przyklejeniem do wspomnianego bogactwa flory bakteryjnej, aby ta nieprzeciętnie ekscytująca przygoda, nie zaparła tchu w piersiach, przy użyciu podręcznego akwalungu, dla ochrony dróg oddechowych, wkroczyć z zestawem czyszczącym, i zupełnie beztrosko uśmiercić miliardy niewinnych istnień.
Nie ma nicczego bardziej budującego, od świadomości bycia prekursorem tego śliskiego przełomu…w sprawie tak wielkiej wagi.