Smartwatch Samsung Galaxy Gear SM V-700 Nie Ładuje, Nie Włącza się-Co Zrobić?


Dwa dni temu postanowiłem sparować mój Galaxy Gear, który od kilkunastu tygodni leżał na półce, z moim nowym nabytkiem Galaxy Note’m.

Okazało się, że zegarek nie chce się włączyć, nie reaguje nawet na podłączenie ładowarki. Prawdopodobnie nie został wyłączony po zdjęciu z ręki, i poziom ogniwa spadł do wartości uniemożliwiającej jakąkolwiek reakcję. Gdy po dwunastogodzinnym ładowaniu okazało się, iż nadal urządzenie „leży”, zaniepokoiłem się z lekka. Postanowiłem więc zadziałać w sposób następujący… Sprawdziłem kilka innych ładowarek, kilka innych przewodów, wyczyściłem styki znajdujące się na zegarku jak i stacji dokującej, w którą „ubiera” się urządzenie w celu ładowania.

Gdy okazało się, że wszystkie elementy działają poprawnie, a defekt znajduje się po stronie ogniwa w zegarku, które rozładowało się do poziomu krytycznego, postanowiłem zadziałać niekonwencjonalnie, podpinając mocną, dwuamperową ładowarkę, oraz kładąc go na kaloryferze, w celu ogrzania całego urządzenia, wzbudzenia jakiegokolwiek prądu w ogniwie zegarka, który umożliwiłby dalsze ładowanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zabieg okazał się skuteczny. Po dwóch godzinach takiego zabiegu, wskaźnik ładowania na ekranie zegarka pokazywał już 70%. Jeśli macie podobne problemy ze swoimi smartwatchami, a z tego co czytałem w internecie, nie jest to rzadki przypadek, polecam takie mało inwazyjne rozwiązanie ratunkowe, zanim dobierzecie się do płyty głównej urządzenia, znacznie naruszając jego mocno zintegrowane elementy konstrukcji.

Bystry Ździchu W Szczerym Polu Rżnie Rangera 😎


Późnym popołudniem dzisiejszego dnia, gdy testowałem jeden ze swoich obiektywów, legendarny Helios Zenit, stałogniskowy obiektyw, bez autofokusa, silników, żadnej automatyki, całkowicie manualne szkło, spotkała mnie historia, której nie spodziewał bym się już od lat. Nie sądziłem, iż w ochronie stawiają wieszcze ludzi bez jakiejkolwiek znajomości elementarnych przepisów, w świetle których pracownicy tacy cokolwiek mogą, a czego nie mogą. Tak na prawdę znam ustawę, a w zasadzie miałem do czynienia z ustawą o policji oraz ochronie, przed laty, a kilka tygodni temu, przewertowałem również przepisy dotyczące fotografowania w miejscach publicznych, praw autorskich i związanych z tym rozporządzeń oraz rozmaitych regulacji prawnych. Wracając więc do meritum… chcąc sprawdzić możliwość znakomitego rozmywania tła, wspomnianego obiektywu, jak i jego stan techniczny, wybrałem się z aparatem w teren, fotografując najprzeróżniejsze obiekty, od kwiatów, liści, suchych łodyg, po malownicze graffiti, tryskające dopingiem drużyn piłkarskich, ulubionych drużyn autorów, tej ulicznej poezji. Gdy celowałem w olbrzymią reklamę, hurtowni elektroinstalacyjnej, za którą to właśnie stał olbrzymi płot, zasłaniający włości wspomnianej hurtowni, wynurzył się nie wiadomo skąd ochroniarz, który jakaś archaiczną polszczyzną, próbował przekazać mi niezrozumiałą całkiem treść, wykonując przy tym ruchy, jakby właśnie opanował podstawy breakdance. Z pierwszego, niemrawie sołeckiego zdania, wynikało pytanie, które jak domniemam brzmieć miało ” po co ja to wszystko kameruję? ” Nie ukrywam, iż zawsze śmieszyło mnie niezwykle określenie „kameralnie”… Ranger był leciwy, chaotyczny, ale w sumie dość spokojny, dlatego nie wywarło to na mnie większego wrażenia. Spytałem jedynie, czy znane mu są przepisy dotyczące prawa fotografowania obiektów, znajdujących się w tzw przestrzeni publicznej, i w zasadzie moja rola jako mówcy, zakończyła się, gdy dodałem,iż nie muszę w tym przypadku nikogo pytać o zdanie. Ochroniar, stwierdził, iż nic nie wie, nie są mi znane żadne prawne wytyczne w tej kwestji, jednak sugerował, iż powinienem zgłosić się chyba do niego z zapytaniem o zgodę na zdjęcia…eeech…machnąłem ręką i poszedłem dalej. Proszę zauważyć, że nawet gdyby za tą reklamą znajdował się produkcyjny zakład zbrojeniowy, i tak nie był bym zobligowany żadnym zakazem, z uwagi na wysoki mur, ktory doskonale strzeże wszystkich tajemnic firmy. Może był właścicielem reklamy? Ale nawet gdyby, to i tak w świetle prawa, nie mógł by zabronić mi wykonywać zdjęć. Nie znajdowałem się na prywatnym terenie…wszystko działało na moją korzyść. Chciałbym jednak zwrócić tu uwagę na inny aspekt zachowania rangera, który nagle poczuł się niezwykle ważną osobą w przedsiębiorstwie, w którym go zatrudniają, i kierując się chyba jakimiś prl-owskimi nawykami, próbował zabłysnąć przez krótką chwilę, karmiąc swoją wielce ryzykowną decyzją, wygłodniałe ochroniarskie ego. Po pierwsze, biorąc pod uwagę mundurek, przypominający szkolne wdzianko, wrodzony brak elokwencji, oraz celująca nieumiejętność nawiązywania jakiegokolwiek kontaktu, świadczyły, iż nie jest z całą pewnością licencjonowanym pracownikiem ochrony. Nie miał więc żadnych uprawnień, do niczego…a nawet gdyby miał licencję pierwszego stopnia, i tak mógłby skoczyć mi na wałek. Zmierzam do tego, jak czasem ludzie, bezmyślnie na własne życzenie wpieprzają się w gówno! A mam na myśli to mianowicie, iż gdyby całkiem przypadkowo trafił na jakiegoś bandziora, zamiast na mnie, mógł by nie przeżyć tej nocy, albo w najlepszym wypadku skończyć w szpitalu z połamanymi kulosami…to w dalekie są żarty…takie przecież mamy kurewskie czasy…dziadostwa nie brakuje! Ryzykant niebywały. Chyba jutro wybiorę się tam znów, by wręczyć mu medal za odwagę 😎