Umberto Eco Drugie Zapiski Na Pudełku Od Zapałek


Umberto Eco
Drugie zapiski na pudełku
od zapałek (1991-1993)
Tom II
Przekład: Adam Szymanowski
Wydanie polskie: 1994
1991
3
MOJŻESZ NA VIDEO I JAK TO JEST ZE SZMIRĄ
W „Corriere della sera” z 7 stycznia Sandro Bolchi wspomina swoją rozmowę z Luchino
Viscontim, podczas której mówiło się o tym, jak trudno jest przedstawić na ekranie
telewizyjnym nieskończony horyzont, majestatyczne sceny z tłumem statystów,
ogromne, bezkresne morza. Przypomniałem sobie, że w Boże Narodzenie oglądałem
wieczorem w telewizji Dziesięcioro przykazań Cecila B. De Mille’a. Scena rozstąpienia
się wód Morza Czerwonego, ze swej natury wysoce efektowna, oglądana w mroku sali
kinowej, na wielkim panoramicznym ekranie, wywoływała pewien dreszczyk — nie
twierdzę, że był to dreszcz związany z przeżyciem estetycznym, ale w każdym razie impuls
nakazujący cofnąć się, by nie zostać porwanym przez wir; na małym ekranie natomiast
jawiła się jako coś w rodzaju „cytatu”, reprodukcji Kaplicy Sykstyńskiej na pudełku
z czekoladkami.
Oznacza to jedynie tyle, że telewizja jedne gatunki znosi dobrze, inne zaś źle.
Powiedzieć, że trywializuje wszystko, to jakby uznać, że miniatura lub rytownictwo są
sztukami podrzędnymi. Przecież Melancholia Direra jest mniejsza niż Ostatnia wieczerza
Leonarda, ale rzeka atramentu wypisanego z jej powodu przez krytyków wcale nie
była mniej szeroka. Poemat bez wątpienia jest odpowiedniejszą formą niż sonet, gdy
chodzi o opisanie dziejów bohaterów, ale niektóre sonety Petrarki albo Nieskończoność
Leopardiego odznaczają się podniosłością, jakiej nie uświadczy się w Il Morgante
Maggiore Pulciego.
Iluminowane złote księgi sprowadzają wydarzenia historii świętej do obrazu
wdzięcznych igraszek. Ale w Tres riches heures du Duc de Berry są stronice przedstawiające
wyłącznie mroczną przemoc — nie są jednak nigdy reprodukowane, gdyż nie
pasują do naszego wyobrażenia o gracji, jaką powinna charakteryzować się miniatura.
Rzecz nie polega zgoła na tym, że miniatura nie może ilustrować dramatu, trwogi,
krzyku i gniewu Pana Zastępów, ale na tym, że tego rodzaju tematy przedstawiano zazwyczaj
na freskach i wielkich płótnach, które miały wywołać potrzebę pokuty u tłumu,
podczas gdy złote księgi zdobiono za wielkie pieniądze dla arystokratów, którzy chcieli
oglądać je sobie w komnacie lub kaplicy tak, jak my oglądamy telewizję. Jeśli więc wi4
dzimy, że telewizja trywializuje sprawy, o które się ociera, dzieje się tak dlatego, że jest to
odpowiedź na zapotrzebowanie rynku. Właśnie wymogi rynku sprawiły, że Dziesięcioro
przykazań to knot — nawet na wielkim ekranie.
Czytelnik mógłby zadać mi teraz pytanie, dlaczego w takim razie w świąteczny wieczór
straciłem trzy godziny na oglądanie knota? Przypomniałem sobie w tym momencie,
że w „La Repubblica” z 6 stycznia Corrado Augias w toku bardzo kulturalnej dyskusji
z Albertem Roncheyem zauważył, iż uznanie wszystkiego w telewizji za szmirę grozi
porównywaniem jej jako całości ze standardem dobrej prasy. Augias zwraca uwagę na
to, że wprawdzie większość tego, co widzimy na ekranie, nie dorównuje temu, co czytamy
w najpoważniejszych dziennikach — ale zapominamy, iż w kioskach pełno jest
pornograficznego, skandalizującego i słodko-sentymentalnego plugastwa, pamiętając
jedynie, że przy przeskakiwaniu z kanału na kanał każdy może natrafić na nieodpowiedni
program.
Jednak ten argument wcale nie przywraca debacie właściwego wymiaru, przeciwnie,
jeszcze bardziej ją dramatyzuje. Chciałoby się w tym miejscu przypomnieć niesłychane
twierdzenie kantowskie, że muzyka to sztuka niższa, gdyż musimy jej słuchać, nawet
jeśli nie mamy na to ochoty.
Możemy być przeciwnikami wytaczania książce procesów o pornografię lub bluźnierstwo
— bo przecież, żeby przeczytać książkę, musimy pójść do księgarni albo biblioteki;
jesteśmy oburzeni, kiedy ktoś idzie do kina, w którym wyświetla się filmy
porno, a potem składa donos w sądzie — bo tego rodzaju kina nie można pomylić z innym
i wchodzi się do niego tylko wtedy, jeśli się tego chce.
Czujemy się jednak zbici z tropu na widok kiosków, w których w imię wolności
prasy wystawia się wszystko, co zostało opublikowane — ponieważ duchowni, osoby
o słabym sercu, dzieci i wilkołaki również mają prawo wejść i kupić sobie „Famiglia
Cristiana” albo „Unitę”, nie narażając się przy okazji na wstrząs psychiczny wywołany
widokiem videokasety z Moaną Pozzi.
Nie ulega wątpliwości, że wszystko, co w telewizji należy do pośledniejszego gatunku,
ma inną doniosłość społeczną niż to, co poślednie w prasie albo w kinie. Z pewnością
nie daje to odpowiedzi na nasze pytanie, a nawet sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej
niepokojące.
5
RZYMSKI MIECZ, SŁOWO MUSSOLINIEGO
W natłoku przemilczeń, rewelacji, sugerowanych powiązań i zaprzeczeń dotyczących
Gladio, Piano Solo, P2 i podobnych organizacji czujemy się odrobinę zagubieni.
Ponieważ nie dysponuję dokumentacją precyzyjniejszą niż opracowana przez komisje
parlamentarne, ograniczę się do wykonania obowiązków zawodowych, podając garść
faktów natury lingwistycznej.
Piano Solo (Jedyny Plan). Skąd ta nazwa? Nie chodzi o Bobby’ego „Una lacrima sul
viso” Solo (chociaż przychodzi tu na myśl „Nic nie da się już zrobić, pozostaje nam marzyć”).
O ile mnie pamięć nie myli, w żargonie amerykańskich pilotów solo flight to lot,
podczas którego pilot nie ma łączności radiowej z bazą. Być może zgodnie z porażającą
wizją De Lorenza plan Solo powinien doprowadzić do sytuacji, w której trzeba działać
w oderwaniu od wszelkiej bazy, to znaczy parlamentu, wojska, realnego kraju i rządu
— a za to z nożem w zębach i bombą w ręku dokonywać bez radaru czegoś w rodzaju
nalotu na Wiedeń. A Wiedeń nie pojawił się tu przypadkowo; wystarczy pomyśleć o tej
osobistości z monoklem, monarchicznej, stronniczej, neofaszystowskiej — kimś pomiędzy
Da Veroną, pięknym Cece i Osvaldem Valentim.
W jakimże kraju przyszło nam żyć, skoro postać rodem z Krainy dzwonków, Paese del
Campanelli, ktoś, czyj projekt budzi teraz śmiech ekspertów wojskowych, mógł doprowadzić
do drżenia Nenniego, skłonić potężnych ludzi z rządu do wezwania w środku
nocy nadętego pyszałka, by przeprowadzać z nim rozmowy? Problem nie w tym, żeby
dowiedzieć się, czego dokonał De Lorenzo, ale czym były Włochy lat sześćdziesiątych,
skoro potraktowały go z taką powagą. Co za wstyd, nie byłoby wyjścia, trzeba by starać
się o obywatelstwo szwajcarskie, gdyby nie to, że De Lorenzo w końcu nie dokonał
zamachu, gdy tymczasem Mussolini — owszem. To pewnie korzyść płynąca z faktu, że
nie mamy już króla.
Gladio (miecz). Bez oporów akceptuję tezę wysuniętą przez szacowne osoby: Gladio
było organizacją legalną. „Może chcielibyście — powiadało wielu ludzi na wysokich stanowiskach
— żeby kraj należący do NATO utworzył ruch oporu na wypadek inwazji
amerykańskiej? Nikt wam nie powiedział, że Włoska Partia Komunistyczna nie mogła
6 dojść do władzy, ponieważ nie życzyły sobie tego Stany Zjednoczone? Nikt nie wyjawił,
że cała ta partia, a nie tylko Cossutta, okazywała sympatię Związkowi Radzieckiemu,
który był przecież wrogiem NATO? Czyżby lewicowi intelektualiści nie poinformowali
was, że odmawiano im wizy do Stanów Zjednoczonych? Na jakim świecie żyjecie?”
Muszę przyznać, że to rozumowanie trzyma się kupy. Kłopot wziął się raczej stąd, że
konspiracyjna organizacja, która w języku NATO nosiła nazwę stay behind, we włoskim
stała się Gladio. Nazwy nigdy nie są przypadkowe. Inaczej mówiąc, może się zdarzyć, że
ktoś wybiera sobie nazwę odpowiednią, ponieważ jednak oznacza ona coś dyskusyjnego,
postanawia się od niej uwolnić. Miałem kiedyś starą szafę biblioteczną, w której, jak
się okazało, żyły czerwie. Podano mi adres pewnej niemieckiej firmy dostarczającej gaz
zabijający wszelkie gatunki czerwi.
Niestety, okazało się, że gaz ten nadal nazywa się cyklon, a nie potrafię zapomnieć,
że użyto go do uśmiercenia paru milionów Żydów. Wolałem już współżyć z czerwiami.
Nie wątpię, że cyklon jest bardzo skuteczny jako środek przeciwko robactwu, i nie
wątpię, że handlującą nim firmą kierują osoby, które wprawdzie skrzywdziłyby muchę,
ale są niezdolne do skrzywdzenia ludzkiej istoty. Jednak tak już jest z tego rodzaju
nazwą; lepiej ją zmienić. W przeciwnym razie miałby rację biedny Rascel, pytając:
„Przepraszam, co pan ma na myśli?”
Prawie przypadkiem odkryłem, skąd się wzięło słowo Gladio. W przemówieniu
z 5 maja 1936 r., obwieszczającym podbój Abisynii, Mussolini mówi: „Etiopia jest włoska,
włoska, gdyż zajęta przez nasze zwycięskie wojska, włoska na mocy prawa, albowiem
miecz rzymski przynosi cywilizację, która tryumfuje nad barbarzyństwem”. Sam
mógłbym zgłosić zastrzeżenie, że do Gladio przystąpiło wielu ludzi, którzy walczyli
z faszyzmem, i że chociaż ludzie ci są antykomunistami, nie są bynajmniej faszystami.
Z drugiej strony nie oni, tylko ich przywódcy wymyślili tę nazwę. Dlaczego ci przywódcy
— mając już do dyspozycji owo stay behind — wybrali to właśnie słowo? Nic innego
nie przyszło im do głowy? Najwyraźniej nie.
7
ZŁY CZERKIES DLA TV, TEATRU I POWIEŚCI
W momencie wysyłania tego felietonu nie wiem jeszcze, czy w niedzielę 10 lutego
(a więc — dla czytelników — w dniu poprzedzającym ukazanie się w kioskach tego
numeru „Espresso”) zostanie nadany drugi odcinek Tajemnic czarnej puszczy według
Salgariego. Jak przeczytaliśmy w gazetach, serialowi grozi zawieszenie, ponieważ, jak się
zdaje, władze indyjskie nie sprawdziły dotychczas, czy nie zawiera on elementów, które
mogłyby zaszkodzić wizerunkowi ich kraju.
Bez względu na to, jak się sprawa ułoży, incydent jest symptomatyczny. Nie pierwszy
i nie ostatni. W drugiej połowie naszego wieku relacje między grupami etnicznymi,
społecznymi i seksualnymi uległy głębokiej modyfikacji. Mniejszości rasowe albo
polityczne, całe etnosy pozaeuropejskie, członkowie rozmaitych wyznań, kobiety, homoseksualiści,
organizacje imigrantów, upośledzonych, oraz cywilizacje, o których ludzie
Zachodu mówili jako o czymś odległym, domagają się prawa do tego, by nie traktowano
ich w sposób karykaturalny, pogardliwy lub manichejski.
Amerykańskie spektakle telewizyjne czy teatralne od dawna nie mogą pozwolić
sobie na żarty z wad budowy ciała albo stereotypów etnicznych i seksualnych. Ta niewątpliwa
zdobycz na skalę globu nie jest podważana nawet w toku zbrojnego konfliktu,
w który wszyscy jesteśmy zaangażowani, a nawet może przyczynić się do wzmożenia
kontroli i protestu. Widzimy na przykład, że rozmaici przedstawiciele świata arabskiego
uznają bombardowanie swoich współwyznawców irackich za rzecz prawie „normalną”,
ale żądają jednocześnie, by postępowania Saddama nie określano jako krwawe,
dyktatorskie, szalone czy niepojęte.
A wreszcie sprawa Rushdiego — jeśli pominąć to, że sposób, w jaki Iran chce ukarać
winnego, jest nie do przyjęcia — przekonała również osoby bardzo tolerancyjne, iż
być może należy brać pod uwagę religijną wrażliwość innych, nawet pisząc utwór artystyczny.
Wiele felietonów wcześniej zwróciłem uwagę na to, że jeśli będziemy nadal szli
w tym kierunku, dojdzie do kryzysu wszelkich widowisk o charakterze komicznym, ponieważ
komizm opiera się na kpinie z odmienności. Ale w rzeczywistości kryzys czeka
8 całą produkcję literacką, filmową i teatralną. Począwszy od bajki, opowieść fantastyczna
posługuje się stereotypami (źli są: królowa, wróżka, wilk). Przedmiotem wyobrażenia
w dziele sztuki jest walka między dobrem i złem, człowiekiem i przyrodą, człowiekiem
i bogami, mężczyzną i kobietą, i często dochodzi tutaj do przerysowania sprzeczności.
Naturalnie, można to robić rozmaicie i nie wydaje mi się, by delikatność, z jaką Proust
analizuje homoseksualizm Charlusa, mogła być dla kogokolwiek obraźliwa, natomiast
obraźliwy jest sposób, w jaki aktor występujący w spektaklu przed filmem naśladował
„ciotę” ku uciesze zespołu.
Gdzie jest jednak granica? Muszą zniknąć gangsterzy o nazwisku kończącym się na
samogłoskę, Indianie napadający na dyliżans, okrutni Japończycy, podejrzani chińscy
sprzedawcy galanterii, thugowie spragnieni ludzkich ofiar. W porządku jest Sandokan
— bohaterski kolorowy, w porządku Yanez — sympatyczny Portugalczyk, ale co powiedzieć
o angielskich lordach, tych ciemięzcach z epoki Salgariańskiej? Jeśli podstawą powieściowej
fikcji jest starcie i konflikt, kto ma stać po stronie czarnych charakterów? Czy
wyruszymy jeszcze na połów białego wieloryba, wcielenia zła? Nie chodzi o tęsknotę za
utraconymi kostiumami, przypominającą lament starych arystokratów z powodu zniknięcia
świata, w którym służba całowała pana w rękę. Ponosimy nieuniknione koszty
cywilizacji i gdybyż nasze przyszłe problemy polegały tylko na tym, że o Buszmenach
należy opowiadać z ostrożnością, jaką nakazuje szacunek, nie zaś na kwestii liczby powietrznych
rajdów, jakich należy dokonać na ich wioski!
Jednak z pewnością na naszych oczach dzieje się coś, co głęboko odmieni nasz sposób
opowiadania, opisywania, przedstawiania na scenie, i oczywiście dotyczyć to będzie
także produkcji rozrywki, bo skąd tu brać czarne charaktery (albo nawet, jak nie przedstawić
wilka i krokodyla w sposób zachęcający do tępienia)?
Być może ocaleją tylko dzieła, w których z subtelną dwuznacznością analizować się
będzie współwystępowanie dobra i zła w każdym z bohaterów (ile jednak może takich
dzieł powstać?), albo japońskie haiku, które ograniczają się do rejestrowania z olimpijskim
spokojem faktu, że księżyc wznosi się nad lasem. Rzecz tylko w tym, czy to nas
usatysfakcjonuje.
9
RADUJMY SIĘ, NIEBO MOŻE ZACZEKAĆ
Zgodnie z Księgą rodzaju (5, 1-32) Adam żył 930 lat. Noe tylko 500, ale zaglądał do
kieliszka. Jeśli pominąć te nie w pełni sprawdzone informacje, imponuje nam wizerunek
Solona, który dożył osiemdziesiątki, białobrody i mądry. Jesteśmy przekonani, że
społeczeństwa starożytne były gerontokratyczne. Nic bardziej fałszywego.
Platon umarł mając lat 80, ale Arystoteles — tylko 62. Nie brak starców gigantów
(Katon Cenzor, Sofokles, Tycjan, Verdi, Schelling czy Monet), ale oni mieli po prostu
szczęście. Odrzućmy tych, którzy skończyli śmiercią gwałtowną, a więc nie pasują
do naszych rozważań (Katon Utyceński, Cezar, Cyceron, Jezus, Piotr, Paweł, Giordano
Bruno i Robespierre). Odrzućmy też legendarne przykłady żywotów bardzo krótkich,
choć intensywnych — podając w nawiasie liczbę lat pobytu na tej ziemi, przypomnijmy
Aleksandra Wielkiego (33), Katullusa (33), Katarzynę Sieneńską (33), Rafaella (37),
Caravaggia (39), świętego Ludwika Gonzagę (23), Mozarta (35), Chopina (39), Shelleya
(30), Byrona (36), Gozzana (33), Modiglianiego (36).
Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę inne postaci, którym ze względu na rozmach
i wagę twórczości skłonni jesteśmy przypisać długowieczność, liczby mogą zbić nas
z tropu. Prawie na chybił trafił i w pośpiechu zauważam, że wśród polityków mamy:
Scypiona Afrykańskiego (53), Augusta (51), Fryderyka II (56), Ryszarda Lwie Serce (42),
Filipa Augusta (58), Filipa Pięknego (46), Saladyna (55), Wawrzyńca Wspaniałego (43),
Henryka VIII (56), Karola V (58), Richelieu (57), Mazariniego (59), Ludwika XIII (42),
Cromwella (59), Napoleona (52), Cavoura (51), Wiktora Emanuela II (58).
Wśród pisarzy i artystów: Wergiliusz (51), Horacy (57), Dante (56), Chretien de
Troyes (48), Rabelais (59), Moliere (51), Shakespeare (52), Ariosto (59), Correggio (45),
Vermeer (43), Fielding (47), Beethoven (57), Foscolo (49), Leopardi (39), Pascoli (57),
Verlaine (52), Mallarme (56).
Filozofowie: święty Tomasz z Akwinu (49), święty Bonawentura (57), Kartezjusz
(54), Montaigne (59), Pascal (39), Spinoza (45), Fichte (52), Hegel (61).
Bohaterowie, święci, żeglarze i heretyccy reformatorzy: święty Franciszek z Asyżu
(44), święty Franciszek Salezy (55), święty Franciszek Ksawery (46), Kolumb (56),
święty Ludwik IX (56), Vasco da Gama (55), Kalwin (55).
10 Ale na przykład między 60 a 65 rokiem życia, z dokładnością do miesiąca, umarli:
Demostenes, Perykles, Arystofanes, Mahomet, Boccaccio, Ficino, Luter, Racine, Rubens,
Milton, Rembrandt, Rousseau. Tak zatem w minionych wiekach umierało się bardzo
wcześnie, sławę zyskiwało często w młodym wieku i na ogół władzę dzierżyli młodzi.
W naszym stuleciu u steru władzy są ludzie między 70 a 90 rokiem życia. Niedawno
świętowaliśmy siedemdziesiąte urodziny Agnellego i wszyscy się zgodzą (jakże słusznie),
że zachował żwawość, młodzieńczość i sprawność i że jest w wieku odpowiednim,
by kierować imperium finansowym. Jest to bez wątpienia związane z wydłużeniem się
życia, spadkiem liczby urodzeń, ale także z opóźnianiem neotenii, to jest z przeciągającym
się okresem między przyjściem na świat a wkroczeniem w dorosłe (a więc produkcyjne)
życie. W przypadku kotka okres ten trwa kilka miesięcy, Rzymianin osiągał dorosłość
zaraz po wyjściu z dzieciństwa, ale dla nas, z powodu studiów i braku pracy, zaczyna
się ona po trzydziestce, a dla wielu dopiero po czterdziestce.
Młodzież dochodzi do władzy w wieku, w którym kondotierzy, imperatorzy, reformatorzy
i myśliciele spoczywali w ziemi. Nawet wojna nie jest już dobrym sposobem,
gdyż, jak dowiedziałem się z dziennika telewizyjnego, dysponujemy mądrymi bombami,
od których praktycznie nikt nie ginie. Przedwczesna emerytura też właściwie niczego
nie załatwia, i to nie tylko dlatego, że zmusza społeczeństwo konsumpcyjne do
przyznawania przywilejów ludziom starszym, ale również z tego względu, że to nie starzy
wzbraniają się przed zejściem ze sceny; to młodzi zaczynają sobie cenić zwlekanie.
Niecierpliwi w rodzaju yuppies stanowią mniejszość, a zresztą wyskakują z drapaczy
chmur przy pierwszym krachu na giełdzie.
Mundus senescit, świat starzeje się — powiadali starożytni. I umierali w wieku 45
lat. Dzisiaj na szczęście mass media przypominają wszystkim, ze starcami włącznie, jak
piękna jest młodość, więc nie zaprzątamy sobie tym zbytnio głowy.
11
KATEDRA, FLECISTA, INTERPRETACJA
W toku pewnej dyskusji musiałem powrócić do rozróżnienia między interpretowaniem
a odbieraniem tekstu. Odbierać tekst (słowny, wizualny lub muzyczny) to jakby
chłonąć radośnie smutną melodię, bo przypomina nam pierwszą miłość, albo posmutnieć
słuchając wesołej śpiewki, bo słyszeliśmy ją niegdyś w chwili klęski życiowej.
Interpretacja wymaga natomiast szacunku dla tekstu, skupienia — by nie twierdzić, że
mówi coś, czego w nim w rzeczywistości nie ma i być nie może.
Jednak w praktyce granica między tymi dwiema możliwościami teoretycznymi
jest bardzo niewyraźna. Chcąc to wyjaśnić, wspomniałem o tym, jak patrzę na dzieła
Pietera Saenredama, tego siedemnastowiecznego holenderskiego malarza, który malował
kościoły — niezwykle wysokie, tępo prostopadłe (tak się mówi, ponieważ jego znajomość
perspektywy była daleka od doskonałości), przeniknięte białym światłem, które
zalewa ściany i kolumny, sklepienia i łuki (styczniowy „FMR” poświęcił mu przepiękne
reprodukcje).
Kiedy patrzę na Saenredama, myślę o współczesnym mu Jakobie van Eycku, ślepym
dzwonniku i fleciście z katedry w Utrechcie. Po wejściu do tej katedry uderzyło mnie
światło, którego Jakob nie mógł widzieć, i chłód, od którego kostniały mu z pewnością
palce, gdy grał (ale który również — myślałem — utrzymuje w dobrym stanie jego instrumenty,
tak wrażliwe na suche i ciepłe powietrze i na skoki temperatury).
Patrząc na Saenredama, słuchałem van Eycka, który grał w tym zimnie i być może
domyślał się, że spowija go białe światło, grał pogrążony w mroku, rozświetlony własnymi
melodiami, zawsze elegijnymi, podziwianymi jeszcze dzisiaj przez miłośników
fletu prostego. Czy w tej sytuacji odbieram, czy interpretuję Saenredama? Z pewnością
jest dla mnie pretekstem do snucia osobistych fantazji — zupełnie jak Andrea Sperelli,
który szeptał imię jednej, przeżywając ekstazę z drugą. Czy jednak popełniam zdradę,
jeśli chodzi o sens tych obrazów? Próbuję wyobrazić sobie, co by się stało, gdybym patrzył
na nie, wspominając, bo ja wiem, Rossiniego. Mógłbym to zrobić, gdybym tylko
zechciał, ale trudno byłoby mi znaleźć jakiś powód, żeby opowiedzieć o tym innym ludziom.
Natomiast Saenredam i Jakob van Eyck należeli do tej samej kultury i w pew12
nym sensie cytowali ją na przemian; te nieliczne nieme postacie krzątające się wśród
kolumn mogły słuchać van Eycka, któremu płacono za zabawianie wiernych przechodzących
na przykościelny cmentarz.
Po tym wystąpieniu pewna znajoma zapytała, czy miałem na myśli esej, jaki Barthes
poświęcił w 1953 roku Saenredamowi (chodzi o pierwszy szkic z Essais critiques). Nie,
nie pamiętałem o tym artykule, a potem zajrzałem do niego i zobaczyłem, że o Saenredamie
mówi się tam tylko na samym początku („jamais néant n’a été si sur”) i że jest
to wstęp do serii rozważań na temat świata-przedmiotu, na temat tej cnoty, którą odznaczało
się siedemnastowieczne malarstwo holenderskie, a która polega na przedstawianiu
przedmiotów w stanie czystym, przez ich milczenie pozbawionych znaczeń,
na przedstawianiu chwili absolutnego zawładnięcia materią, rezygnacji z odkrywania
esencji, by uchwycić za to najlżejszą wibrację wyglądu.
Być może jednak Barthes wcale nie patrzył na Saenredama w sposób całkowicie
przeciwstawny mojemu? Kojarzył go ze zwartą i błyszczącą skórką cytryny, z twardą
skorupą ostrygi, z ciemnymi refleksami na długich fajkach, z metalicznym blaskiem
wypolerowanych kielichów, jakie widuje się na martwych naturach z tamtego okresu; ja
natomiast widzę kogoś poruszającego się w tym znieruchomieniu i udzielającego głosu
ciszy, w świetle zaś dostrzegam jakiś element boski (aczkolwiek nie przenika go żaden
numen). Kto z nas dwóch odbiera, a kto interpretuje Saenredama?
Jednak stwierdzenie, że dany tekst jest respektowany, wcale nie oznacza, że ten respekt
wymaga zredukowania tekstu do jednego sposobu odczytania. Można go przecież
respektować, uznając, że dopuszcza rozmaite interpretacje. Rozmaite, ale mające
wspólny rdzeń: zawsze chodzi o chwilę „epifanii” (którą Renato Barilli nazwał „materialistyczną
ekstazą”). Katedry Saenredama opowiadają nam o pełnej zdumienia ciszy
metalicznego i materialnego światła, są czystym wyglądem, który sam siebie celebruje,
i właśnie dlatego pozwalają nam otworzyć przesmyk dla delikatnego i błąkającego się
dźwięku fletu Jakoba i ujrzeć w owym świetle, tak odmiennym od dziennego, jedyne
światło, jakie Jakob umiał usłyszeć, widmo wyglądu.
13
ZDARZYŁO SIĘ PEWNEGO WIECZORU W BABILONII…
Był jeden z tych wieczorów, kiedy to ludzie zacni rozkoszowaliby się barwą fal, spacerując
po nadmorskiej promenadzie w Mondello, gdzie siadał być może Goethe, by
podziwiać Monte Pellegrino. Ale obecni — nie zważając na znudzenie i niechęć paru
zacofańców — zachwalali zalety swoich komputerów osobistych. Ponieważ zazwyczaj
komputer sąsiadów ma więcej „mega” niż twój i jest wyposażony w nowy, dopiero co
zainstalowany program, łatwo mogłoby się zdarzyć, że niewłaściwie rozmieściłbyś diagramy
w swoim eseju o języku Horacego (będące zresztą całkowicie zbędnym luksusem).
Antonio Pasqualino, który w edytorze Word for Windows pisze o cyklu poematów
rycerskich, podsunął mi pomysł następującego dialogu, jaki powinien toczyć się
gdzieś między Tygrysem a Eufratem w cieniu wiszących ogrodów parę zaledwie tysiącleci
temu:
Uruk: Podoba ci się ten krój pisma klinowego? Mój system serwoskryptu ułożył mi
w ciągu dziesięciu godzin cały początek Kodeksu Hammurabiego.
Nimrod: Co to za system? Apple Nominator z Eden Valley?
Uruk: Co ci przyszło do głowy? To nie pójdzie już nawet na targu niewolników w Tyrze.
Nie, chodzi o serwoskrybę egipskiego Toth 3Megis-Dos. Zużywa niewiele energii,
ot, garść ryżu dziennie, a pisze także hieroglifami.
Nimrod: Niepotrzebnie zajmują pamięć.
Uruk: Ale może jednocześnie formatować i kopiować. Zbędny staje się serwoformator,
który bierze glinę, lepi z niej tabliczkę, układa na słońcu, żeby wyschła, i dopiero
później inny na niej pisze. Mój lepi, suszy na ogniu i od razu może pisać.
Nimrod: Ale używa tabliczek 5,25 egipskich łokci i waży z sześćdziesiąt kilo. Dlaczego
nie weźmiesz sobie typu portable?
Uruk: Też coś! Chaldejski skaner na płynne kryształy? To wymysł magów.
Nimrod: Nie, po prostu serwoskryba karłowaty, afrykański Pigmej, kompatybilny po
pobycie w Sydonie. Wiesz, jacy są ci Fenicjanie, kopiują wszystko z Egiptu, ale miniaturyzują.
Tylko pomyśl: to laptop, pisze siedząc ci na kolanach.
Uruk: Obrzydliwość, i w dodatku garbus!
14 Nimrod: To konieczne, zainstalowali mu płytę w plecach, żeby uzyskać błyskawiczny
backup. Raz batem, i pisze bezpośrednio w Alfa-beta, zamiast graphic mode masz text
mode, dwadzieścia jeden znaków i możesz zapisać wszystko. Zapis da się zagęścić tak,
że cały Kodeks Hammurabiego zmieścisz na paru tabliczkach 3,5.
Uruk: Za to musisz dokupić serwotranslatora.
Nimrod: Wcale nie. Liliput ma też zainstalowany translator, jeszcze raz batem, i przepisuje
wszystko pismem klinowym.
Uruk: Ma program graficzny?
Nimrod: Jasne, nie widzisz, że jest kolorowy? Kto niby przygotował mi wszystkie
plany Wieży?
Uruk: Nie boisz się? A jak potem runie?
Nimrod: Skądże! Wprowadziłem do pamięci Pitagorasa i Memphis Lotus. Podajesz
wymiary w płaszczyźnie, raz batem, i masz trójwymiarowy plan zikkuratu! Egipcjanie
przy budowie piramid musieli używać jeszcze dziesięciorga rozkazów z systemu
Mojżesz i trzeba było zastosować link z dziesięciu tysięcy serwokonstruktorów. I nie
byli zgoła friendly. Cały przestarzały hardware musieli zwalić do Morza Czerwonego,
nie zważając na to, że podniesie się poziom wód.
Uruk: A rachunek astrologiczny?
Nimrod: Mówi także w Zodiaku. W jednej chwili pokazuje twój horoskop i what you
see is what you get.
Uruk: Drogi?
Nimrod: Jeśli zechcesz kupować tutaj, nie starczy ci plonów z całego sezonu, ale jeśli
każesz kupić na targu w Byblos, worek ziarna siewnego — i jest twój. Co prawda, będziesz
go musiał dobrze karmić. Wiesz, jak to jest: garbage in garbage out.
Uruk: No cóż, na razie zadowolę się moim Egipcjaninem. Jeśli twój liliput jest kompatybilny
z moim 3Megis-Dos, może dałoby się nauczyć go przynajmniej Zodiaku?
Nimrod: To nielegalne, przy zakupie musiałem przysiąc, że jest przeznaczony wyłącznie
na użytek osobisty… Ale, właściwie, wszyscy tak robią, dobrze, spróbujemy podłączyć.
Żeby tylko nie okazało się, że twój złapał wirusa!
Uruk: Jest zdrowy jak koń. Boję się raczej tego, że codziennie pojawia się na rynku
jakiś nowy język i w końcu dojdzie do pomieszania programów.
Nimrod: Spokojnie, nie tutaj w Babel, nie w Babel.
15
DLACZEGO KSIĄŻKI PRZEDŁUŻAJĄ NAM ŻYCIE
No cóż, w ubiegłym tygodniu zabawiałem się, wyobrażając sobie naszych przodków
rozmawiających o swoich niewolnikach wyćwiczonych w zapisywaniu znaków
klinowych, tak jakby ci niewolnicy byli nowoczesnymi komputerami. Bawiłem się, ale
nie żartowałem. Kiedy czyta się artykuły, których autorzy wyrażają troskę o przyszłość
ludzkiej inteligencji w sytuacji, gdy powstają urządzenia zdolne zastąpić naszą pamięć,
ma się uczucie, że chodzi o refren dobrze znanej piosenki. Jeśli ktoś zna się trochę na
rzeczy, rozpozna natychmiast ten cytowany tylekroć ustęp z platońskiego Faidrosa,
gdzie faraon pyta z troską boga Totha, wynalazcę pisma, czy to diabelskie udogodnienie
nie sprawi, że człowiek straci zdolność pamiętania, w więc myślenia.
Taki sam odruch przerażenia musiał mieć człowiek, który jako pierwszy zobaczył
koło. Pomyślał pewnie, że zatracimy umiejętność chodzenia. Być może ówcześni ludzie
byli lepiej niż my przystosowani do pokonywania maratońskich tras po pustyniach
i stepach, ale umierali młodziej, i dzisiaj uznano by ich za niezdolnych do służby wojskowej.
Nie twierdzę bynajmniej, że możemy żyć sobie beztrosko i że będziemy mieli
piękną i zdrową ludzkość, która przywyknie do pikników na łąkach wokół Czarnobyla;
raczej że umiejętność posługiwania się pismem pozwala nam łatwiej dostrzec, kiedy
powinniśmy się zatrzymać — a kto nie umie się zatrzymać, jest analfabetą, nawet jeśli
ma cztery kółka.
Poczucie niepokoju w związku z nowymi formami zapamiętywania przewija się
w historii od dawna. Kiedy pojawiła się książka drukowana na papierze, który robił
wrażenie, że nie przetrwa dłużej niż jakieś pięćset albo sześćset lat, na myśl o tym, że
ten przedmiot stanie się teraz dostępny dla każdego, jak Biblia Lutra, pierwsi nabywcy
wydawali majątek na ręczną iluminację inicjałów, byleby nie stracić poczucia, iż nadal
posiadają pergaminowy manuskrypt. Dzisiaj te iluminowane inkunabuły kosztują zawrotne
sumy, ale prawda jest taka, że książka drukowana nie musiała być zdobiona miniaturami.
Co na tym zyskaliśmy? Co człowiek zyskał na wynalazku pisma, druku, pamięci
elektronicznej?
Valentino Bompiani lansował niegdyś dewizę: „Człowiek czytający wart jest dwóch”.
Sentencję wydawcy można rozumieć jako po prostu trafny slogan, ale moim zdaniem
16 oznacza on, że słowo pisane (i w ogóle mowa) przedłuża życie. Odkąd nasz gatunek zaczął
wydawać pierwsze znaczące dźwięki, rodziny i plemiona zaczęły potrzebować starców.
Być może przedtem byli zbędni i porzucano ich, gdy nie byli już w stanie polować.
Ale wraz z pojawieniem się mowy starcy stali się pamięcią gatunku: zasiadali w jaskini
wokół ogniska i opowiadali o tym, co się zdarzyło (albo uważano, że się zdarzyło;
mamy tu przykład funkcjonowania mitu), zanim młodzi przyszli na świat. Póki nie zaczęto
kultywować tej pamięci zbiorowej, człowiek rodził się bez żadnych doświadczeń
i umierał, nim zdążył je nabyć. Potem stało się tak, jakby dwudziestolatek miał za sobą
pięć tysięcy lat życia. To, co zdarzyło się przed nim, i to, czego nauczyli się starsi, stanowiło
teraz cząstkę jego pamięci.
Dzisiaj starcami są książki. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale nasz skarb — w porównaniu
z analfabetą (albo alfabetą, który nie bierze książki do ręki) — to fakt, że on
przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy ich mnóstwo. Wspominając zabawy
dziecięce przypominamy sobie także zabawy Prousta, cierpieliśmy z powodu własnej
miłości, ale także z powodu miłości Pyrama i Tysbe, przyswoiliśmy sobie szczyptę
mądrości Solona, drżeliśmy z chłodu w wietrzne noce na Świętej Helenie i wraz z bajką
zasłyszaną od babci powtarzamy tę opowiedzianą przez Szeherezadę.
Ktoś może odnieść wrażenie, że ledwie przychodzimy na świat, już jesteśmy starcami.
Ale bardziej zgrzybiały jest analfabeta (pierwotny lub wtórny), który od dziecka
cierpi na arteriosklerozę i nie przypomni sobie (bo nie wie), co stało się podczas id
marcowych. Oczywiście możemy zapamiętywać również kłamstwa, ale lektura pomaga
odróżnić prawdę od fałszu. Nie znając uchybień popełnianych przez innych, analfabeta
nie zna nawet własnych praw.
Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności. Raczej
wsteczna (niestety!), niż spoglądająca w przyszłość. Ale nie można mieć wszystkiego,
i to od razu.
17
NA SZCZĘŚCIE JESTEŚMY NADAL MŁODZI
W latach dziewięćdziesiątych wiele się pisze o wieku, który dogorywa wśród posępnych
łun — jak co sto lat. Trwa najazd Trzeciego Świata na Europę, widmo AIDS terroryzuje
całą Ziemię, dziura ozonowa zagraża życiu planety, cykl pór roku ulega zakłóceniu,
Bliski Wschód spływa krwią, na ruinach radzieckiego imperium odradzają się bratobójcze
konflikty, wrażliwość na utopię zniknęła, a w jej miejsce pojawiły się fundamentalizmy,
kulty misteryjne, sekty czcicieli szatana…
O właśnie, niedawno ktoś mi przypomniał, że tak samo było w wieku dziewiętnastym,
kiedy z kryzysu pozytywizmu odrodził się okultyzm, a subtelna trucizna dekadentyzmu
unicestwiła romantycznego bohatera, chorobliwie spragnionego śmierci estetę,
który sławił umiłowanie chwały. A wiek osiemnasty konał w krwawej łaźni terroru,
gdy tymczasem bladolicy mistrzowie powieści gotyckiej śnili o potępionych mnichach
i konfesjonałach czarnych penitentów, magia Cagliostra zaś, wśród czarnoksięskich inwokacji
i posępnych praktyk alchemicznych, znieprawiała konający Ancien Regime.
Czyż nie było tak zawsze? Rzym umiera pod koniec V wieku razem z Romulusem
Augustulusem; kilkadziesiąt lat przed końcem pierwszego milenium zaczyna się wyczekiwanie
z przerażeniem na koniec świata…
I odwrotnie, nie mówiąc nawet o białym płaszczu Kościoła, okrywającym Europę
odmłodzoną w pierwszym trzydziestoleciu po roku tysięcznym, widzimy, jaką apoteozą
gracji i inwencji był rodzący się wiek osiemnasty i jakim wielkim festynem początek
następnego wieku, kiedy Napoleon porwał za sobą narody w takt Eroiki — a weźmy
choćby i nasz wiek, radość i optymizm Belle Epoque, futurystów, nowe Nike z Samotraki,
Picassa, awangardy, pierwsze samoloty; ach, jakże piękne były czasy modernizmu,
dzisiaj roztapiającego się w ponurym „post”!
Spróbujmy jednak dokonać pewnego eksperymentu. Co stałoby się, gdyby nasi ojcowie
postanowili rozpocząć nową erę nie od roku Narodzenia, lecz od roku Odkupienia?
Takie kryterium okazałoby się również możliwe do przyjęcia. Musielibyśmy tylko
odjąć trzydzieści trzy od każdej daty podanej w podręcznikach historii. I cóż byśmy
powiedzieli? Że piąty wiek zaczyna się od ozdrowieńczej pieśni świętego Augustyna
18 O państwie Bożym i jest świadkiem tryumfu tych rzymsko-germańskich mocarstw,
które doprowadzą do ukształtowania się nowych języków i nowych narodów; wiek
szesnasty kończy się rzeziami podczas wojny trzydziestoletniej, a następny wita jutrzenkę
odnowy dzięki kartezjańskiemu cogito; w pierwszej połowie osiemnastego klęskę
ponosi skorumpowany reżim, a w Niemczech rozbrzmiewa pieśń młodości Sturm
und Drang (a koniec wieku przyniesie jęki umierających pod Waterloo i starczy chichot
Talleyranda na Kongresie Wiedeńskim).
Okaże się następnie, że brzask wieku dziewiętnastego to utwierdzenie, wraz z publikacją
Kwiatów zła, nowej wrażliwości, lata dojrzałe to rok 1844 i pierwsza wystawa impresjonistów,
a schyłek — przerażająca rzeź pierwszej wojny światowej, pojawienie się
sowieckiej dyktatury narodziny europejskich faszyzmów. Ale też na szczęście w roku
1912 mamy koniec drugiej wojny światowej i początek czterdziestolecia stabilności
i dobrobytu, które doprowadziły do przywrócenia demokracji w krajach zniewolonych
przez dogorywający wiek dziewiętnasty.
Oczywiście okaże się, że jest teraz rok 1958 i pesymiści mogą dopatrzeć się początku
powolnego procesu degeneracji. Ale mamy jeszcze mnóstwo czasu, przed nami kilka
dziesięcioleci optymizmu; przecież nasza planeta uświadomiła sobie wreszcie, jakie
ciążą na niej zobowiązania ekologiczne, a trzeci świat staje, nie bez trudności, ale w sposób
nieodwołalny, na progu cywilizacji konsumpcyjnej… Zło, to prawdziwe, jest jeszcze
przed nami. Na szczęście wielu z nas tego nie dożyje.
Tacy już jesteśmy; antropomorfizujemy stulecia — i są dla nas piękne tylko, gdy mają
dwadzieścia lat, a zgrzybiałe, gdy mają dziewięćdziesiąt; można nawet powiedzieć, że
czasem sami przyczyniamy się do tego, by tak właśnie było, dajemy się bowiem zwieść
datom. Natomiast czas, nie zważając na kalendarze i epoki historyczne, miesza narodziny
i śmierć według sobie tylko właściwych kryteriów.
19
PRACA W WEEKEND, ŚWIĘTOKRADZTWO.
Kilka dni temu spędzałem weekend nad morzem i nagle ogarnęło mnie przerażenie.
Spostrzegłem, że nic nie robię. Przeczytałem parę stronic książki, popływałem, a potem
znalazłem się w pozycji leżącej na łóżku i nie miałem nawet ochoty włączyć telewizora.
Zgodnie z nakazami etyki protestanckiej i duchem kapitalizmu poderwałem się,
ogarnięty poczuciem winy. Potem powiedziałem sobie, że miałem bardzo nerwowy tydzień
i mogę trochę poleniuchować, ale zaraz przyszło mi do głowy, że „leniuchowanie”
to bardzo brzydkie słowo, i zacząłem rozpaczliwie szukać uzasadnienia moralnego. Po
prostu zapomniałem (ile to już lat temu?), że niedzielny wypoczynek nie jest prawem,
ale obowiązkiem.
Niekiedy czymś nie do zniesienia wydaje mi się szabas ortodoksyjnych żydów, którzy
muszą włączać telewizor wieczorem w przeddzień szabasu, a tu i ówdzie w Jerozolimie
korzystają z „pośpiesznych” wind, zatrzymujących się automatycznie na każdym
piętrze, żeby nie trzeba było naciskać guzika. A przecież źródłem wszystkich przepisów
rytualnych jest starodawna mądrość i tylko sztywność przykazań gwarantuje ich przestrzeganie.
To tak samo jak z dietą: trzeba w sposób dogmatyczny przestrzegać poleceń
lekarza, co najwyżej osiemdziesiąt gramów mięsa, co najwyżej pół kieliszka wina do
posiłku. Rzecz nie w tym, że po zjedzeniu dziewięćdziesięciu gramów mięsa i wypiciu
trzech czwartych kieliszka utyjesz w dostrzegalny sposób, ale w tym, że jeśli przejdziesz
od osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu gramów — po tobie, bo nie ma już powodu,
byś następnego dnia nie zjadł stu gramów, a potem nie zaczął objadać się jak zawsze.
Na czym polega mądrość żydowskiego szabasu? Ano na tym, że jeśli masz odpoczywać
po pracowitym tygodniu, wypoczynek ma być całkowity, musisz zapomnieć
o wszystkim, porzucić wszelkie rozmyślania, nie możesz troszczyć się o sprawy minionego
tygodnia. A gdy tylko przyjdzie ci do głowy, że mógłbyś dokończyć pisanie listu
albo przeprać koszulę, nie poprzestaniesz na tym, będzie to dwadzieścia listów i pranie
z całego tygodnia.
W świecie katolickim wypoczynku niedzielnego nigdy nie przestrzegano zbyt ściśle.
Chociaż pamiętam, że kiedy miałem dwanaście lat i mieszkałem na wsi, razem z kolegą
20 pochodzącym z bardzo praktykującej rodziny, zobaczyliśmy pewnej niedzieli chłopa
pracującego w polu i kolega powiedział, że takich ludzi trzeba stawiać pod ścianę. To
zdanie grzeszyło fanatyzmem, ale z pewnością zasłyszał je w domu, a to oznacza, że istniało
— przynajmniej jeśli chodzi o pracę w polu — tabu, i trzeba pogodzić się z tym,
że owo tabu odnosiło się jedynie do biednych, bogaci bowiem mogli w niedzielę zajmować
się interesami.
Jednak Kościół zawsze pobłażliwie podchodził do trzeciego przykazania; wiadomo,
że dopuszczano wyjątki, gdy w grę wchodziła służba publiczna… strażacy, policjanci,
potem tramwajarze, potem sprzedawcy gazet. I tak dalej. Z tego powodu w naszej kulturze
nikt nie nadawał dramatycznego wymiaru nakazowi świętowania, a kiedy cywilizacja
konsumpcyjna i rozrywkowa uczyniła niedzielę dniem szaleństw, liczba pracowników
służb publicznych znacznie wzrosła, obejmując hotelarzy, ratowników na plażach,
obsługę stacji benzynowych, sprzedawców kostiumów kąpielowych, sprzedawców
wędrownych, strażników pobierających opłatę za autostradę.
Nie jest jednak tak, że ta spora rzesza ludzi pracuje po to, by inni mogli odpoczywać,
gdyż odpoczywający pracują w pocie czoła, z pewnością ciężej niż w dni powszednie.
Intensywna krzątanina, poprzedzająca wyjazd rodziny Tappetti na wakacje, w dzisiejszych
czasach powtarza się co piątkowy wieczór albo sobotni ranek: ubrany w mokrą
od potu trykotową koszulkę kandydat do wypoczynku ładuje rzeczy do samochodu
i wdeptuje w podłogę pedał sprzęgła, stojąc w denerwujących korkach na autostradzie,
a jeśli jest bogaty, manipuluje wantami i sterem na jachcie, ustala pozycję, wypatruje
w nocy latarni morskiej, męczy się przy radiu, żeby złapać komunikat kapitanatu
portu.
Wszyscy, na morzu czy na lądzie, pracują — parkując samochód tyłem, grzebiąc w silniku,
szukając z obłędem w oczach mechanika, żeby zmienił świece, podnosząc samochód,
żeby zmienić koło, klnąc pod nosem stopione panewki, odparzając sobie dłonie
przy uruchamianiu motorówki za pomocą linki. W klubie wakacyjnym Mediterranee
biorą udział w przymusowych ogłupiających grach bez granic, a niedzielne wieczory
spędzają smarując pokryte bąblami ciało albo zażywając pigułki przeciwko biegunce
spowodowanej pałeczkami okrężnicy. Z drugiej strony, nawet jeśli ktoś odrzuca wakacyjny
rytuał i postanawia spędzić niedzielę w czterech ścianach, wymachuje heblem robiąc
szafę biblioteczną, montuje kupiony w częściach komputer, zabawia się minitelem
niby pracownik dworca lotniczego.
A potem żalimy się, że w ciągu tygodnia pracownik jest ospały, hydraulik wymiguje
się od pracy, urzędnik dokądś wyszedł. Zapominamy o trzecim przykazaniu: mamy
prawo do wypoczynku.
21
CZY SWOBODA SEKSUALNA JEST PRAWICOWA, CZY LEWICOWA?
Kilka tygodni temu dużo się mówiło o rozziewie między społeczeństwem komunistycznym
urzeczywistnionym w krajach Europy Wschodniej, a komunistyczną utopią,
której przejawy mogliśmy zaobserwować w krajach zachodnich, i o tym, że upadek
pierwszego nie zaciążył w najmniejszym stopniu na istnieniu drugiego, albowiem tak
się zawsze działo w toku historii. Szukając potwierdzenia tych rozziewów, warto byłoby
zastanowić się nad dwoma innymi zjawiskami, które przez co najmniej dwa dziesięciolecia
uważano za ściśle powiązane, choć w rzeczywistości ich rozwój przebiegał w sposób
wzajemnie przeciwstawny.
Okres, który przeżywamy, charakteryzuje się nie tylko upadkiem reżimów komunistycznych
i porzuceniem komunistycznej ideologii przez część zachodniej lewicy, ale
i wzrastającą surowością w sprawach seksu. Fakt, że w telewizji coraz częściej widuje się
obnażone piersi i że kwitnie przemysł pornovideo, trzeba uznać za efekt siły bezwładu
albo nawet jako ustępstwo na rzecz mas, dzięki któremu powrót do surowości będzie
mniej uciążliwy. Rzeczywiście, nieliczne kina z czerwonymi światłami nie eksponują już
swoich afiszów, a władze miejskie zezwalają wprawdzie na sprzedaż materiałów pornograficznych,
ale tylko w wyznaczonych miejscach.
Surowość obyczajowa pojawiła się w Stanach Zjednoczonych (ale także gdzie indziej)
ze strachu przed AIDS. Opustoszały bary dla singles, gdzie można się było spotykać,
by przeżyć przygodę jednej nocy, młoda generacja opóźnia chwilę inicjacji seksualnej,
koncepcja trwałego związku bierze górę nad przygodnymi zbiorowymi kontaktami.
We Włoszech duchowni prowadzą pełne rozmachu kampanie przeciwko hedonizmowi;
łatwy seks znalazł się w odwrocie. Prostoduszny i odległy obserwator mógłby ułożyć
następujące równanie: idea rewolucji politycznej stanowiła jedno z ideą łatwej, i zrealizowanej,
rewolucji seksualnej, schyłek jednej musi więc niechybnie oznaczać schyłek
drugiej. To trzyma się kupy. Swoboda seksualna jest lewicowa, a surowość — prawicowa.
22 Tyle że tam, gdzie komunizm został urzeczywistniony, narzucił ogromną surowość
obyczaju. Sowieccy hierarchowie byli (albo takimi musieli się pokazywać) rzecznikami
moralności rodzinnej, a jeszcze dzisiaj (ponieważ wzorce zachowań mają twardy
żywot) rosjanie nie mogą wybaczyć Gorbaczowowi, iż pokazuje publicznie swoją sympatyczną
żonę w strojach znanych firm — gdyż wskutek tego na jego pożycie małżeńskie
pada cień występnej zmysłowości.
Również na Zachodzie ortodoksyjny komunizm odznaczał się surowością, i niełatwo
wybaczono Togliattiemu zmianę towarzyszki życia, tym bardziej że ta druga była
urodziwa; tygodnik „Candido”, przedstawiając proletariacką seksualność, posługiwał
się stereotypem trójpiersiowych towarzyszek z wąsikami, członkiń Związku Kobiet
Włoskich, i pozwalał sobie na bezlitosne drwiny ze skromnej powierzchowności Teresy
Noce.
A jednak, jeśli pominąć moralizatorskie zapędy sympatyków Chin ze Służby Ludowi,
rok sześćdziesiąty ósmy i siedemdziesiąty siódmy, nawiązując do wybryków kalifornijskich
dzieci-kwiatów i rozwiązłości komun berlińskich, utożsamiał wyzwolenie polityczne
z wyzwoleniem seksualnym. Co prawda niektóre grupki krytykowały oficjalnie
burżuazyjną swobodę seksualną, ale w prywatnym życiu bojownicy nie narzucali
sobie zbyt rygorystycznych zasad, pary łączyły się i rozstawały bez większych ceregieli,
najważniejsze było kochać się z podkoszulkiem i dżinsami, nie zaś z wytartym szlafrokiem;
krzywym okiem patrzono na krawat, a nie na prezerwatywę.
Tak zatem dyktatura proletariatu tam, gdzie uznano, że została wprowadzona w życie,
była seksofobiczna, tam zaś, gdzie chciano ją urzeczywistnić, była za swobodą seksualną.
Natomiast dzisiaj celebrowaniu swobód demokratycznych towarzyszy proces
ograniczania swobody seksualnej. Zapewne inaczej jest w Moskwie, gdzie entuzjazm
wywołany odzyskaniem swobód demokratycznych idzie być może w parze z wypróbowywaniem
wszelkich innych rodzajów swobód. Jeśli tak jest naprawdę, widzimy oto, jak
rozwiązłość seksualna ogarnia kraj, w którym ujawnia się tęsknota za carem i odzyskuje
wpływy Kościół prawosławny.
Nie da się tu wyciągnąć wniosków teoretycznych, gdyż trzeba sobie powiedzieć, że
tak jak stalinizm był prawicowy, a więc surowy, tak nowa surowość wskazuje na klimat
sprzyjający restauracji, a prawdziwa lewica była ruchem libertyńskim; ale w takim razie
nie da się tego, co dzieje się w Moskwie, nazwać restauracją. Albo można powiedzieć, że
stalinizm, ta prawdziwa lewica, był surowy, libertynizm lewacki miał charakter drobnomieszczański,
ale płynie stąd wniosek, że przeżywamy dzisiaj wielki okres historycznej
lewicy pod przewodem kardynała Bolonii. Sami widzicie, że coś tu w żaden sposób nie
gra. Historia realizuje się poprzez osobliwe asymetrie.
23
POLIGLOTYZM KULTUROWY, CZYLI OSTATNIA REWOLUCJA
Wydaje się to czymś nie do pomyślenia, ale podczas wywiadów ciągle jeszcze pada
pytanie: „Gdyby znalazł się pan na wieży z X, Y i Z, kogo by pan zepchnął?” Kiedy
zwrócono się z takim problemem do mnie, odpowiedziałem, że zrzuciłbym prowadzącego
wywiad, by uniknąć dalszych tego rodzaju idiotycznych pytań. W przypadku wywiadu
na najwyższym poziomie kulturalnym pojawia się następujący wariant: „Jaką
książkę zabrałby pan na bezludną wyspę?” Na szczęście mam już z tym święty spokój,
tych, którzy mogliby zadać podobne pytanie rozpoznaję teraz od pierwszego spojrzenia
(mają to wymalowane na twarzy) i staram się ich unikać.
Bywają też wywiady, w których padają pytania oryginalne i roztropne, ale prędzej
czy później prowadzący i tak musi zadać pytanie, jakie spontanicznie pojawiłoby się
w umyśle najmniej bystrego z czytelników. Przeprasza i pyta.
Ostatnio spytano mnie, dlaczego nie mamy żadnego sygnału pojawienia się nowego
stylu, charakterystycznego dla naszych czasów, tak jak było z barokiem, klasycyzmem
albo nouveau roman. Narzuca się odpowiedź, że kiedy coś nowego rysuje się na horyzoncie,
muszą minąć dziesięciolecia, zanim społeczeństwo to dostrzeże, i to stwierdzenie
pozwala zrozumieć, dlaczego mój nieodżałowany przyjaciel, Luigi Rognoni — człowiek
niebogaty, lecz o bystrym spojrzeniu — miał w domu mnóstwo dzieł Kleego
i Schwittersa; kupował je rezygnując od czasu do czasu z posiłku, kiedy na tych młodzieńców
nikt nie postawiłby jeszcze złamanego lira. Jednak samo pytanie ma swoje
źródło w postawie kulturowej, którą określiłbym jako heglowską; jakby w historii sztuki
i literatury musiała obowiązywać zasada wciąż obecna w historii techniki, zasada innowacji,
ulepszeń, gwałtownych skoków paradygmatów. A moją generację nauczano w liceum
filozofii w ten sposób, że człowiek zastanawiał się, czy nie należy od razu przejść
do omawiania myślicieli najnowszych, jako że w przypadku wcześniejszych mamy do
czynienia z błędami i naiwnościami obnażonymi przez drugich i trzecich.
Prawda jest jednak taka, że nigdy nie odbywało się to w taki właśnie sposób; pojawili
się impresjoniści, ale w tym samym czasie sprzedawali się bardzo dobrze także pompiers
24 (których dzisiaj na nowo odkrywamy z wielkim szacunkiem), futuryści i abstrakcjoniści
gorszyli tłumy, ale jednocześnie działali także przedstawiciele klasycyzującego i figuratywnego
dziewiętnastego wieku, w naszych czasach na powrót bardzo modni. To
my a posteriori dostrzegliśmy wielkie skoki i nagłe pęknięcia tam, gdzie życie literatury,
sztuki i myśli krytycznej było utkane z materii urozmaiconej i pełnej wątków przeciwstawnych.
Tyle tylko, że patrząc z dystansu nie uwzględniamy biograficznych danych
artystów i chociaż ci ludzie żyli jednocześnie, ocierając się o siebie, nam wydaje się, iż
jedni następowali po drugich, a wszyscy brali udział w dramatycznej grze, która polegała
na przekazywaniu sobie sztafetowej pałeczki.
Można jednak sądzić, że dzisiaj mamy za sobą już nie tylko heglizm interpretacyjny,
ale również wytwórczy. W naszych czasach (a jeśli zechcesz, czytelniku, nalegać, powołam
się w tym miejscu na dwuznaczny przymiotnik „postmodernistyczny”, którego
lepiej byłoby unikać) wynaleziono tylko jedną nowość: taką tolerancję dla wszystkich
„izmów”, że doprowadziła do ich zniknięcia. I to nie tylko w obrębie literatury i sztuki,
ale również ideologii.
Żyjemy w okresie kulturowego poliglotyzmu; można powiedzieć, że pierwsze lata
naszego wieku to czas awangardy, podobnie jak pierwsze lata ubiegłego wieku to czas
romantyzmu, ale nie sądzę, by udało się znaleźć jakąś etykietkę dla ostatnich lat dwudziestego
stulecia. Albo ową etykietką będzie krytyczna tolerancja wszelkich języków,
a istnienie tej wielojęzykowej tkanki zostanie uznane za naprawdę rewolucyjną nowość.
Z drugiej strony ten poliglotyzm narzuca się także w dziedzinie polityki. Amerykański
meltingpot to skutek unifikującego oddziaływania angielskiego; ale dzisiaj zarówno
w Nowym Jorku, jak i w Kalifornii mamy społeczności dwujęzyczne, gdyż coraz więcej
ludzi mówi po hiszpańsku. Europa, od Jugosławii po dawne imperium sowieckie, jest
terenem fragmentaryzacji etniczno-językowej, a to stworzy nowy impuls dla rewindykacji
ze strony wszystkich mniejszościowych języków w Europie Zachodniej. Jeśli powstanie
zjednoczona Europa, będzie wspólnotą bardziej rozdrobnioną niż poprzednio,
i nikt nie będzie już mógł mówić jednym językiem ani w jednym języku myśleć. Czy to
dobrze, czy źle, to już, jak powiada Kipling, całkiem inna sprawa.
25
ZAPOŻYCZ SIĘ I KUP RAFAELA. TO DA SIĘ ZROBIĆ!
Samochód zmieniam co dziesięć lat, ale z przyjemnością przeglądam czasopisma automobilowe
i podziwiam ferrari i rolls-royce’y. Oglądam więc raz na miesiąc błyszczący,
lakierowany katalog domu aukcyjnego Christie’s (obrazy, meble, porcelana, urządzenia
naukowe, zegary, ale także kolekcje cenionych win). Ceny wywoławcze na licytacjach
są zawsze zachęcające; parę lat temu poszła pod młotek Biblia na 42 linijkach,
którą Japończycy kupili za 7 miliardów, chociaż można było stanąć ufnie do rozgrywki
mając w kieszni niewiele ponad 2 miliardy.
Przeglądam więc i snuję fantazje na temat olśniewającego Boccioniego (Le forze di
una strada), który startuje od sześciu i pół miliarda; waham się, czy nie wolałbym pięknego
Degasa za niecałe 9 miliardów, ale jest maleńki, trzydzieści dwa centymetry na
czterdzieści. Chłodno patrzę na rysunek węglem połączony z kolażem, dzieło Braque’a,
milutki, ale niewart miliarda siedmiuset. Mógłbym skusić się na pierwszorzędnego
Tapiesa, który jest wystawiony za marne 610 milionów, ale gdybym nie był sknerą, nastawiłbym
się na Nuit d’Argeval Chagalla, który zaczyna się od sześciu i pół miliarda, ale
zapiera dech. Przerzucając strony natykam się na malarzy renesansowych i siedemnastowiecznych
i aż podskakuję. Czy zdajesz sobie sprawę, czytelniku, że Pokłon pasterzy
Cranacha (aczkolwiek jest to maleńki obrazek) możesz kupić za 350 milionów? Ucieczkę
do Egiptu Savolda (większy niż rysunek Braque’a, wyceniony na miliard siedemset) za
300 milionów? Szesnastowieczną cudowną Madonnę Mistrza z Manchesteru za 400
milionów? Pietę Crivellego, ponad metr na siedemdziesiąt, za 350 milionów? Wielkiego
Mistrza od Santa Lucia sul Prato, począwszy od 320 milionów?
Można jednak zejść do sum między 50 a 150 milionów, kupując piękne obrazy ze
szkół mistrzów. Chyba nie zaprzeczysz, że dochodzi się w ten sposób do ceny dwupokojowego
mieszkania w szeregowych domkach jednorodzinnych na Lido di Spina, a więc
osiągalnego dzięki kasie zapomogowo-pożyczkowej albo pożyczce pod zastaw piątej
części. Na artystę współczesnego może sobie pozwolić tylko Kaczor McKaczka, natomiast
malarz renesansowy mieści się w możliwościach osoby średnio zarabiającej, ale
gotowej na pewne poświęcenia.
26 Antykwariusze są jednomyślni: tematyka religijna sprzedaje się źle. Nie dotyczy to,
jak sądzę, prawdziwych miłośników sztuki ani kustoszy muzeów, bo dla nich Budda jest
równie dobry jak święty Hieronim. Ale dotyczy na przykład japońskich przemysłowców,
niewrażliwych na widok Madonny, świętego, sceny męczeństwa. Nie sądzę jednak,
żeby chodziło tu o wrażliwość religijną.
Wyobraźmy sobie miliardera, który kolekcjonuje dzieła sztuki okazjonalnie, żeby
ozdobić jacht albo willę; spółkę, która chce umieścić dzieło w holu banku albo w gabinecie
prezesa. Czy można pomyśleć — także, i przede wszystkim, jeśli jest się katolikiem
— o tym, by uwodzić modelkę Penthouse’a na Trump Tower, urządzić odrobinę
swobodniejsze przyjęcie i wdychać kokainę pod świętym Sebastianem, który przypomina
zakrwawionego jeżozwierza, lub w obliczu świętej Łucji, która przygląda się nam
oczyma spoczywającymi na talerzu? Czy zdobyłbyś się na zwolnienie tysiąca robotników
w obecności świętego Franciszka, który leży nago na gołej ziemi? To styl pasujący
do dekadenta z końca wieku. Już lepiej robić to wszystko pod Lichtensteinem.
Oto dlaczego ktoś kupujący obraz nie z umiłowania sztuki, ale dla prestiżu lub jako
inwestycję, woli kwiaty, widoki morskie, luksusowe wnętrza, Pollocka, Jirna Dine’a,
a nawet pompierów, malujących damy o obfitych kształtach albo uwodzicielskie akty.
Sprawdziłem notowania i zauważyłem, że stare malarstwo zyskuje na wartości, kiedy
zajmuje się tematami świeckimi albo portretowaniem świętych, ale w sposób bardzo
realistyczny; szlachcic Yeronesa kosztuje 2 miliardy, widok Bellotta miliard trzysta,
dwa portreciki pędzla Pontorma i Bronzina po 900 milionów, holenderskie martwe
natury i amerykański pejzażysta z końca dziewiętnastego wieku po miliardzie,
a nawet dziewczynka Boldiniego, obraz duży, lecz nieco mdły, za 650 milionów. Giełda
dzieł sztuki trzyma się kryteriów, które mają niewiele wspólnego z wartością artystyczną.
Żeby kazać się chłostać wenusowej piękności w futrze pod Wenus wychodzącą z kąpieli
Gustave’a Moreau (dwa i pół miliarda), warto się wykosztować, a poza tym jest to
mniej niemoralne.
27
JA TEŻ BYŁEM SYNEM WILCZYCY
Jesteśmy dziwnym krajem, w którym dzieją się rzeczy straszne, ale gazety poświęcają
pierwsze strony diatrybom na temat świata spektaklu, gdy tymczasem w Ameryce tego
rodzaju tematyką para się wyłącznie „Variety”, czasopismo kupowane przez osoby zajmujące
się właśnie światem spektaklu. Uważam, że zbyt wielkie znaczenie przypisano
deklaracjom Alberta Sordiego, który mówił o tym, jak przyjemnie się żyło w czasach
faszyzmu. Sądzę, iż Sordi miał na myśli to, że kiedy się starzejemy, wydarzenia z dzieciństwa
zabarwiają się tkliwością; sam z nostalgią wspominam noce spędzone w schronie.
Było zimno, chciało się spać, padały bomby, a my, chłopcy, urządzaliśmy wyprawy
odkrywcze do mrocznych zakątków podziemi. I pamiętam sobotnie poranki, kiedy tykałem
na chybcika kawę z mlekiem, bo mama zbyt długo doprowadzała do porządku
skomplikowany mundurek Synów Wilczycy, z metalowym „M”, które nigdy nie było na
właściwym miejscu.
Sordiemu można co najwyżej zarzucić to, że zabrał głos ex cathedra, zamiast w restauracji,
odkrywając na nowo lemoniadę z bąbelkami — ktoś jednak nie powstrzymał
się od insynuacji, że chodziło mu o pozyskanie sobie liczniejszej publiczności krytykujących
demokrację qualunquistów. Ale nieostrożne wypowiedzi aktora znanego z obojętności
na sprawy polityczne nie powinny prowadzić do powstania casusu politycznego.
Być może jednak Sordi o pewnej sprawie zapomniał i dobrze byłoby powiedzieć
o niej młodzieży, która ma dosyć mgliste pojęcie o tych odległych czasach.
W szkole podstawowej ja i pewien blondynek byliśmy klasowymi bogaczami, to
znaczy należeliśmy do tej samej warstwy społecznej co nauczyciel; ja z tego powodu,
że mój ojciec był urzędnikiem i paradował w krawacie, a matka w kapeluszu (nie była
więc „kobietą”, lecz „panią”); blondynek — ponieważ jego ojciec miał sklep. Wszyscy
inni należeli do warstw niższych (rozmawiali w domu dialektem, robili więc dużo błędów
w pisaniu), a najbiedniejszy był niejaki Bruno. Doskonale pamiętam jego imię,
gdyż wtedy zwracano się do siebie po imieniu, ale znamienne jest to, że zapamiętałem
również nazwisko. Był tak biedny, że chodził w podartym czarnym fartuchu, nie miał
białego kołnierzyka, a jeśli nawet miał, to brudny i poprzecierany, i nie nosił błękitnej
kokardy. Strzyżono go na zero (jedyny ślad troski rodziców, którzy najwyraźniej bali
się wszy), a trzeba wiedzieć, że dzieci bogate, kiedy były ostrzyżone na zero (a robiono
tak czasem latem, żeby wzmocnić włosy), miały głowy szare, równomiernie owłosione,
podczas gdy dzieci biedne wystawiały na widok białawe cętki, być może pozostałość po
zaniedbanych strupach albo skutek korzystania z usług taniego golibrody.
Nauczyciel był w sumie zacnym człekiem, ponieważ jednak brał udział w marszu na
Rzym, poczuwał się do obowiązku wychowywania nas po męsku i walił uczniów z całej
siły po twarzy. Naturalnie nigdy nie spotkało to mnie ani blondynka, ale Bruno padał
jego ofiarą częściej niż inni, a już szczególnie, kiedy przychodził do szkoły w dziurawym
fartuchu. Bruno wiecznie stał w kącie. Ja nigdy. A prawdę mówiąc, raz, bo ktoś z tylnej
ławki dokuczał mi, więc pewnie cisnąłem w niego papierową kulą, i to w najbardziej
nieodpowiednim momencie, gdyż nauczyciel wpadł we wściekłość i posłał mnie do
kąta. Ta nieoczekiwana hańba była dla mnie jak grom z jasnego nieba; zalałem się łzami
i po dwóch minutach nauczyciel kazał mi wracać do ławki, robiąc gest, jakby chciał
mnie na pociechę i przepraszając — pogłaskać po głowie. Solidarność klasowa.
Pewnego razu Bruno przyszedł do szkoły po dniu nieobecności — bez usprawiedliwienia;
nauczyciel rzucił się na niego, wymierzając raz za razem policzki. Bruno zaczął
płakać i powiedział, że umarł jego ojciec. Nauczyciel wzruszył się i zarządził zbiórkę
wśród uczniów. Następnego dnia ktoś przyniósł trochę pieniędzy, ktoś inny stare ubranie,
i Bruno przeżywał swoją chwilę solidarności. Być może w reakcji na całe to upokorzenie
podczas marszu przez dziedziniec zaczął iść na czworakach i wszyscy pomyśleli,
że ktoś, komu umarł tatuś, nie powinien zachowywać się tak brzydko. Nauczyciel zwrócił
mu uwagę, mówiąc, że jest pozbawiony uczucia najbardziej elementarnej wdzięczności.
Naprawdę należał do niższego gatunku. Czytelnik może pomyśleć, że piszę oto parodię
Serca Amicisa, ale przysięgam: to wierne wspomnienie moich przeżyć.
Podczas sobotniej zbiórki, w momencie składania przysięgi, kiedy wszyscy mieli wykrzyknąć:
„przysięgam!” (lo giuro), Bruno, który stał obok mnie, mogłem go więc doskonale
słyszeć, krzyknął: „Arturo!” To był jego bunt. Oto mój pierwszy nauczyciel antyfaszyzmu.
Dziękuję, Bruno!
1992
30 ILE DRZEW WYRZUCAM CO ROKU DO KOSZA
Konferencja w Rio zakończyła się w sposób nie budzący nadmiernego entuzjazmu.
Ponieważ jednak tak wielu uczestników zabrało głos, nie da się już udawać, że nie istnieje
naglący problem ratowania planety. Niestety, jeden z najpoważniejszych kłopotów
polega na tym, że reakcje na dramatyczną sytuację Ziemi są bardzo zróżnicowane.
Istnieją rozmaite odruchy ekologiczne, nie ma ekologicznego rozumu. Zważywszy ponadto,
że rozum absolutny istnieje tylko w mrzonkach filozofów, wystarczyłoby, żeby
utrwalił się rozsądek ekologiczny. Ale jedną z najbardziej niepokojących spraw jest to,
że często ów rozsądek ulega osłabieniu wskutek wprowadzenia do dyskursu ekologicznego
wszystkich wad charakterystycznych dla tradycyjnego dyskursu politycznego:
narodowych egoizmów i pychy, maksymalizmów i kompromisów, a zwłaszcza prób
sztucznego tworzenia konfliktów ideologicznych.
Poczuwając się do obowiązku uczestniczenia w jakiś sposób w tym, co dzieje się
w Rio, wraz z innymi ludźmi nauki podpisałem manifest, w którym wzywano do wystrzegania
się w dyskusji irracjonalizmu, utożsamiającego walkę o planetę ze zwalczaniem
nauki i techniki tout court; spostrzegłem jednak, że ten i ów natychmiast spróbował
odczytać manifest jako narzucone konferencji ograniczenie. Powiedziałbym, że
chodzi o coś wręcz przeciwnego, gdyż szkodę inicjatywom na rzecz ratowania planety
mogą przynieść irracjonalne postawy, które pozwalają zachować czyste, maksymalistyczne
sumienie paru mistykom, ale uniemożliwiają osiągnięcie rzeczywistych celów.
Wyjaśnię to na przykładzie. Gazety donoszą o powstawaniu we Włoszech nowych
młodzieżowych ugrupowań ekologicznych, i można tylko cieszyć się z tego, że te młodzieżowe
„bandy” przedkładają dążenia ekologiczne nad kult motocykla, rasizm i totalne
pogrzebanie samych siebie w dyskotekach. Ale przeczytałem również, że wśród
pierwszoplanowych celów jednej z tych grup znalazła się walka z telefonami na karty
magnetyczne i komputerami. Sądzę, że jest to typowy przypadek błędu w określaniu
celów, który pojawił się wskutek tego, że za punkt wyjścia obrano mylne rozumowanie:
ponieważ planecie zagraża nie kontrolowany rozwój, trzeba się przeciwstawić rozwojowi
naukowemu i technicznemu. Zapomina się, że ratując planetę, trzeba ratować
także miliony istot ludzkich, a temu służą między innymi laboratoria produkujące aspirynę.
31
Naprawdę nie rozumiem, jakie zagrożenia niesie telefon na kartę, ale rozumiem, że
łatwiejsze i mniej męczące jest zniszczenie telefonu w eleganckiej dzielnicy Parioli niż
zablokowanie statku poławiaczy fok w Arktyce. Rozumiem, że komputer to najwyższy
symbol rozwoju technologicznego, ale chciałbym poświęcić parę słów korzyściom, jakie
przynosi sprawie ekologii.
Istnieje urządzenie zwane faksem — szkodliwe, gdyż podwajające liczbę ścinanych
drzew. Kiedyś bowiem pisało się na kartce i ta sama kartka docierała do adresata. Teraz
nadawca zapisuje kartkę, wkłada ją do faksu i adresat otrzymuje tekst na drugiej kartce.
Podwójne zużycie papieru, a sprawa jest tym poważniejsza, że faks zachęca do wysyłania
listów liczących dziesiątki stron (podwajając ich liczbę). Istnieje natomiast urządzenie
podłączane do komputera, które pozwala zapisać tekst, wybrać numer adresata
i przekazać tekst jego komputerowi (a jeśli nie ma odpowiedniego komputera — zapisać
go za pomocą faksu). Zmniejsza się w ten sposób o połowę zużycie papieru, a nawet
redukuje się je do zera. Skąd więc ta wrogość wobec komputera zamiast wobec faksu?
Ponieważ padamy ofiarą wizerunków symbolicznych, a komputer wydaje się od faksu
groźniejszy. Naiwny maksymalizm, niepotrzebny luddyzm. Dla ekologii — zero.
Codziennie wyrzucam dziesięć darmowych ulotek i rozmaitych publikacji, wydawanych
przez najbardziej nieprawdopodobne organizacje i prawie zawsze o treści bez
znaczenia dla kogokolwiek. Po skandalu z próbkami dowiedzieliśmy się, że wiele z tych
publikacji (nie twierdzę, że wszystkie) zostało wymyślonych tylko po to, by uzasadnić
istnienie agencji, których celem jest zbieranie składek. Nie mam pojęcia, ile drzew
wyrzucam osobiście w ciągu roku, jeśli jednak uwzględnimy, że każdy z tych zbędnych
druków rozsyła się w nakładzie paru tysięcy egzemplarzy, mamy już całą puszczę.
Wystarczyłoby tu prawo zakazujące wydawania druków rozsyłanych za darmo (i
bez zamawiania); jeśli ktoś chce wydawać czasopismo, powinien udowodnić, że jakaś
minimalna liczba obywateli byłaby skłonna płacić abonament. Chłopcy, pikietujcie siedziby
organizacji trwoniących papier, zostawcie zaś w spokoju telefony na karty magnetyczne.
Ale sprawa wymaga szerszego omówienia. Wróć do niej za tydzień.
32 TUTAJ POTRZEBNY JEST KOMPROMIS EKOLOGICZNY
Wracam do kwestii ekologicznego maksymalizmu. Do nieprzyjaciół ratowania planety
trzeba zaliczyć konsumpcyjny egoizm, ale nieprzyjacielem tak samo groźnym
może być pewnego rodzaju maksymalizm, który lekceważy właściwe cele, gdyż wybiera
sobie inne, o wartości czysto symbolicznej.
Istnieje ekologizm fanatyczny, dla którego istotą wymagającą ratunku jest planeta,
a jeśli trzeba przy tym zniszczyć zadręczających ją ludzi, niech nasz gatunek zginie,
przepadnie. Dobrze, byli ludzie, którzy dla ratowania duszy grzesznika posyłali go
na stos, ale nie cieszą się oni w dzisiejszych czasach powszechną aprobatą. Jeśli chcemy
uznać Ziemię za coś żywego, musimy również uznać, że owa Ziemia „chciała” (a mogła
żyć jedynie obierając ten właśnie kierunek) stworzyć rodzaj ludzki; a skoro dokonała
jego ewolucji tak, by miał kciuk umieszczony przeciwstawnie, postawę wyprostowaną
i bardzo duży mózg, chciała najwyraźniej, by pojawił się Homo Faber. Chciała człowieka,
który by ją zmienił, zaczynając od wygrzebania w niej jamy, rozłupania krzemienia
i rozpalenia ognia. Rzecz w tym, że albo ekosystem jest wynikiem tej interakcji
między Ziemią a jednym z gatunków, które wyżywiła, albo — niczym. W tej chwili
pilnym zadaniem tego gatunku jest zastanowienie się nad granicami własnego rozwoju,
bo jeśli umrze Ziemia, zginie także gatunek. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego,
że znaczna część zmian dokonanych przez rodzaj ludzki na Ziemi jest korzystna
i że Homo Faber wynalazł między innymi weterynarię. Myślenie w terminach organicznej
interakcji między gatunkami a planetą oznacza zrozumienie tego, że takie wzajemne
oddziaływanie wymaga kompromisów. Ziemia wytwarza także wirusy, a nasz
gatunek robi dobrze niszcząc je, jeśli tylko jest to możliwe. Kiedy mówi się, że trzeba
ocalić pewne gatunki zwierząt, gdyż zapewniają one równowagę ekologiczną, mamy
na myśli to, że te zwierzęta nam odpowiadają, gdyż zjadają inne, które nam nie odpowiadają.
Ziemia nie ma żadnych moralnych zasad, gdy w grę wchodzi walka o życie.
Toleruje ją. Toleruje to, że lew zjada człowieka, ale także to, że człowiek zjada kurę.
Człowiek zaś — który ma rozwinięty mózg — powinien zastanowić się, czy warto zjadać
tyle kur, czy może doprowadzić do tego, by zjadały je tylko populacje uprzywilejo33
wane. Uważam, że dieta wegetariańska jest całkiem do zniesienia, i patrzę podejrzliwie
na tych, którzy wylewają łzy nad hodowlą norek, ale pałaszują befsztyki. Nie zabijajmy
norek, lecz starajmy się pamiętać o ogromnych cierpieniach, na jakie narażona jest gęś,
żeby człowiek mógł zjeść kęs pate de foie gras. Walka o byt pozwala nam nie wylewać
łez nad losem komarów, które zabijamy zwiniętą gazetą, ale chciałbym, żeby organizacje
ekologiczne przystąpiły do sporządzania spisu restauracji, gdzie dla wywindowania
rachunku do niebotycznych wyżyn podaje się dania wymagające wyrzucania okrawków.
Jedzeniem wyrzucanym codziennie w restauracjach świata zachodniego można
by wyżywić pół Afryki. Z troską i szacunkiem patrzę na los foki mniszki, ale napisałem
już w jednym z felietonów, że gdyby zaczęto reklamować wyśmienity ryż pełny, zaoszczędziłoby
się dość ryżu, by nakarmić mieszkanców Biafry. Nie mam u siebie żadnego
przedmiotu z kości słoniowej (choć może gdzieś się poniewiera jakiś stary nóż do papieru)
i nie chcę, by zabijano słonie i robiono mi kameę, ale morduje się przecież miliony
świń tylko po to, by podawać na stół kostki mortadeli, którą najlepiej byłoby usunąć
z naszej diety. Dlaczego tak przejmujemy się losem zwierząt rzadkich?
Nie pochwalam wiwisekcji, ale jestem zadowolony, że nowe lekarstwa testuje się na
szympansach, nie zaś na gospodyniach domowych (a Ziemia zezwala mi na to, ponieważ
to ona wynalazła walkę o byt). Moją troskę budzą natomiast pięknoduchy wiedzące
wszystko o wyniszczeniu egzotycznych gatunków, ale nie raczące pomyśleć o tym, co
musi wycierpieć zwierzę cyrkowe, zanim nauczy się zachowywać jak karykatura samego
siebie. Od członków sekty zakazującej transfuzji krwi własnym chorym dzieciom
wolę weterynarza, który prowadzi doświadczenia z chorym kotem, by uratować później
życie dziesiątkom tysięcy innych kotów.
Nie powstrzymujmy się od symbolicznego gestu potępienia paniusi, która ma torebkę
z krokodylej skóry, ale przecież w kraju krokodyli zbyt wiele dzieci umiera dlatego,
że ich rodzice nie mają pojęcia o metodach antykoncepcji. Ograniczmy się do nauczenia
ich metody Ogino-Knausa, ale jeśli w tym celu trzeba zbudować szkoły i wydrukować
ilustrowane podręczniki, może warto ściąć parę drzew (z plantacji kontrolowanych).
Racjonalność ekologiczna wsparta doświadczeniem naukowym to umiejętność wyważenia,
przy dokonywaniu wyboru, wszystkich za i przeciw, przy jednoczesnym zdaniu
sobie sprawy, że nie powrócą czasy sprzed dinozaurów (wytępionych zresztą przez
naturę, nie zaś człowieka), ale że trzeba dążyć do równowagi znośnej dla wszystkich
synów tej samej Matki Gei.
34 POMIJAJĄC TO, ŻE CHAPLIN JEST LEPSZY NIŻ TOTÓ
W poniedziałkowym „Corriere della Sera” Tullio Kezich odpowiada Renzo
Arboremu, który miał oświadczyć, że Totó jest większym artystą niż Charlie Chaplin.
Kezich zauważa, że Chaplin jest artystą całą gębą, ponieważ nie tylko grał w filmach, ale
sam je wymyślał i reżyserował, podczas gdy Toto był na rozmaite sposoby wykorzystywany,
można powiedzieć jako „materiał” komiczny, i do tego często w rolach dość przypadkowych.
Wyjaśniam w tym miejscu, że jestem wielbicielem Tota i mogę bez znudzenia
oglądać jego filmy, chociaż znam je na pamięć, natomiast Chaplina oglądam z umiarem,
powiedziałbym — z pełnym szacunku dystansem. Mimo to uważam, że Chaplin
jest wielkim artystą, jak Balzac albo Vivaldi, podczas gdy Toto pozostaje niezrównanym
fenomenem komizmu instynktownego, zjawiskiem naturalnym — niczym huragan
albo zachód słońca.
Można codziennie rozkoszować się zachodem słońca, chociaż wiadomo, jak ten
spektakl się skończy, nie można natomiast przez całe życie wpatrywać się w Nike z Samotraki.
Kiedy podoba się nam jakaś kobieta, możemy bez znużenia szukać jej, patrzeć
na nią, myśleć o niej, a nawet — z Bożą pomocą — mieć z nią stosunek seksualny natomiast
wystarczy nam wysłuchać od czasu do czas piątej symfonii Beethovena, i wcale
nie bylibyśmy zachwyceni, gdyby grano nam ją każdego ranka zaraz po przebudzeniu.
Jakie mechanizmy twórcze pozwalają mi mówić o arcydziele w jednym przypadku,
a o miłych wrażeniach albo artyzmie rozproszonym i sporadycznym, przesiąkniętym
naturalnością — w drugim? Oto garść uwag (które można rozwinąć), pozwalających
dokonać porównania między filmami Tota i filmami Chaplina. Przede wszystkim uniwersalizm.
Arcydzieło, nawet jeśli opowiada jakąś niezbyt wyszukaną historyjkę, skłania
odbiorcę do odnajdywania w nim siebie i problemów całej ludzkości. Chaplin to
osiąga; jego emigranci, jego poszukiwacze złota, jego odrzuceni kochankowie to zawsze
my sami. Dlatego śmiejemy się półgębkiem, a w oku pojawia się łza. Natomiast Toto
pozostaje neapolitańczykiem z marginesu, kimś, z kogo śmiejemy się do rozpuku, gdyż
wyczuwamy swoją nad nim wyższość.
35
Drugim elementem jest logika tekstu. Nie można gagu z jedzeniem buta przenieść
do filmu Nasze czasy ani wziąć Chaplina powtarzającego kumpulsywnie gest narzucony
przez taśmę montażową i umieścić go w Gorączce złota. Każdy gag jest zintegrowany
z całym dziełem. Natomiast scena z wagonu sypialnego jest wspaniała (jak wygwieżdżone
niebo nad naszymi głowami), ale mogłaby się znaleźć w każdym filmie
Tota — i nie ma tu najmniejszego znaczenia, czy jest on akurat muzykiem, który nie
zrobił kariery, czy podupadłym arystokratą. Cudowny zastrzyk na schodkach u wydawcy
Zozzogno (albo Tiscordi) wypadłby równie dobrze w Totó le Moko, jak w Toto
cerca moglie.
Po trzecie oszczędność, albo umiejętność odrzucania tego, co zbędne. Toto wpasowuje
się harmonijnie w utwór, jedynie gdy reżyser narzuci mu dyscyplinę i umiar (jak
to było w przypadku Pasoliniego albo w przypadku nadającej się do antologii sceny
z Fu Cimin w I solili ignoti). Poza tym jego komizm oparty jest na nadmiarze i powtarzaniu
bez końca „do diabła, a nawet do pioruna”. Sztuka natomiast to wynik rachunku
posługiwania się węgielnicą, cyrklem i miarką. Chaplin błądzi w obłokach, i czujemy
to, kiedy powtarza bez powodu pewne ruchy albo pełne zakłopotania uśmieszki i przewraca
się, i kiedy nie potrafi opanować swoich tików. Totó ma z pewnością technikę instynktowną
i świadomą, ale gospodaruje nią bez umiaru. Oszczędność konstrukcji pozwala
nie obcować zbyt często z wielkim dziełem sztuki; pamiętamy jego schemat, najważniejsze
fragmenty, klimat. Natomiast komizm naturalny konsumujemy zachłannie,
gdyż nie podlega oczyszczeniu przez pamięć, ale za każdym razem porusza nerwy
i trzewia.
Tę analizę można by kontynuować. Chodzi o „anatomizację” tekstów. Niektórzy powtarzają
co jakiś czas, że analizując z anatomiczną precyzją teksty, dochodzi się w końcu
do ukazania, że Myszka Miki dziennikarzem jest utworem równie wielkim jak Król Lear.
Ten, kto tak uważa, najwyraźniej nie jest w kursie i nigdy nie przeczytał uważnie ani jednej
stronicy z rosyjskich formistów, Jakobsona, Barthes’a, Greimasa ani Cesara Segrego.
Uświadomiłby sobie bowiem, że dzieje się coś wręcz odwrotnego; tylko badając dzieło
jako zręczną strategię wykorzystywania efektów można wyjaśnić to, co w innym razie
pozostałoby nie podlegającym wyjaśnieniu wrażeniem, i właśnie dlatego Kordelia jest
ważniejsza niż Clarabella.
36 KTO URODZIŁ SIĘ PIERWSZY, CZŁOWIEK CZY KURA?
W przedostatnim numerze „Espresso” pewien czytelnik, Franco Tassi, podejmuje
dyskusję z dwoma felietonami, w których zająłem się ekologią i polemizowałem z ekologicznym
radykalizmem, uznającym, że warto zniszczyć rodzaj ludzki, jeśli dzięki temu
uratuje się planetę. Mówiłem o ekologii rozumnej, dla której Homo Faber (istota ze
swej natury zmieniająca Naturę) jest synem Wielkiej Matki Ziemi przynajmniej w tym
samym stopniu co foka mniszka. Otóż Franco Tassi zastanawia się, czy to Ziemia pragnęła
pojawienia się Homo Faber.
Pierwsza hipoteza powiada, że Ziemia to czysty system samoregulacji, pozbawiony
woli, celów i intencji. W tej sytuacji wszystko odbywa się tu tak, jak tworzą się kryształki
śniegu albo jak zbocza górskie osuwają się, tworząc lawiny, moreny i piarżyska.
Zatem na Ziemi dochodzi do zdarzeń, które nie są ani złe, ani dobre, zarówno wtedy gdy
Ziemia zabija dinozaury, jak i gdy powoduje pojawienie się gatunku Homo Faber (a następnie
tego, kto wynajduje skalę wartości). Ale w takim razie to, że Homo Faber produkuje
tlenek węgla, niszcząc własny gatunek, jest tylko faktem, a jeśli w ciągu paru najbliższych
tysiącleci drzewa znowu porosną całą Ziemię, która dojdzie do nowego stanu
równowagi, ale już bez człowieka, też będzie to tylko fakt. Nie ma czym się przejmować,
zanieczyszczajmy środowisko, Ziemia sobie z tym poradzi.
Albo też pojmuje się Ziemię jako istotę boską, mając własne zamiary. Jeśli w tej sytuacji
pojawił się Homo Faber, widocznie w ten czy inny sposób tego właśnie chciała,
a skoro tak, musi dojść do stanu równowagi poprzez współpracę z człowiekiem.
Co prawda można również wyobrazić sobie (jak to czyniło wiele religii) bóstwo, które
musi liczyć się z obecnością Zła. Ale Zło (w naszym przypadku człowiek) pojawiło się,
ponieważ bóg na nie zezwolił, by poddać próbie swoje stworzenia, albo zostało stworzone
przez antybóstwo (diabła albo niegodziwego demiurga — lecz wyłania się wtedy
na nowo straszliwe pytanie, dlaczego bóstwo dopuściło do tego wydarzenia), albo samo
bóstwo rządzi się własną wewnętrzną dialektyką, sprawiającą, że jest ono początkiem
nie tylko Dobra, lecz i Zła. W każdym z tych przypadków Wielka Matka Ziemia (podobnie
jak bóstwa w innych religiach) staje się współodpowiedzialna za metafizyczne
37
kłopoty, które jej zagrażają. Ziemia musi liczyć się z człowiekiem, bo albo go chciała,
albo pozwoliła na jego pojawienie się, albo stwierdza, że plącze się on pod nogami jako
jej cząstka.
Jednak jeśli nawet człowiek byłby Złem Ziemi, jest rzeczą raczej osobliwą, że zamysł
Odkupienia (oraz promienna pewność, iż jest się kustoszem sekretu pozwalającego
ocalić Ziemię) pochodzi właśnie od ekologów radykalnych, którzy jako ludzie reprezentują
sobą Zło. Dlaczego mielibyśmy im ufać?
W gruncie rzeczy troska o środowisko to typowy wytwór ludzki. A wrażliwość (i
wyrzuty sumienia) Homo Faber są źródłem idei poszanowania planety. Zwierzęta nie
szanują niczego. Dopóki na wyspie są króliki, wilki pożerają je, nie zawracając sobie
głowy tym, że kiedy zabraknie królików, wilki wyzdychają z głodu; kiedy zaś zostanie
już bardzo mało wilków, nieliczne ocalałe króliki znowu będą się spokojnie i radośnie
mnożyły, nie zdając sobie sprawy, że zapewniają obfitość jadła dla resztki wilków, które
dadzą początek nowemu cyklowi.
Jednak ekologia to nie tylko idea ludzka. Jest poza tym mało pogańska, a bardzo
chrześcijańska. Plemiona pierwotne nie są w najmniejszym stopniu ekologiczne, grabią
naturę ile wlezie. Szacunek dla innych gatunków to koncepcja chrześcijańska, franciszkańska,
przyjęta jednak również przez tych, którzy franciszkańscy nie są, ale dołączają
do zdrowo egoistycznej troski o przetrwanie gatunku.
Również racjonalna troska o przetrwanie gatunku jest produktem czysto ludzkim.
Ekologia to tylko sposób, w jaki rodzaj ludzki dokonuje rozrachunków z prawami
środowiska oraz prawami — własnej ludzkiej skłonności do zmieniania środowiska
w dążeniu do stanu racjonalnej równowagi. Kiedy następnie Franco Tassi podsuwa mi
jako przykład błędnego rozumowania „filo-antropologicznego” odmowę zajęcia się lasami,
gdyż najpierw trzeba pomyśleć o robotnikach, zgadzam się z nim i gotów jestem
uznać tę postawę za irracjonalną, podobnie jak irracjonalne byłoby zaniechanie badań
nad rakiem albo AIDS, gdyż pilniejszą rzeczą jest ratowanie wielorybów.
38 ILE KOSZTUJE UPADEK IMPERIUM?
W tych smutnych dniach, kiedy czytam o okrucieństwach popełnianych na półwyspie
bałkańskim, przychodzi mi na myśl rozmowa, jaką odbyłem z Jacquesem Le Goffem
wkrótce po runięciu muru berlińskiego. Czuło się, że imperium radzieckie kruszy się,
aczkolwiek trudno było przewidzieć, że wszystko potoczy się tak szybko — być może
dzięki głupiemu zamachowi z sierpnia. Le Goff zaczynał właśnie rozdzielać tematy i dobierać
sobie współpracowników do serii książek, które miały być opublikowane przez
czterech lub pięciu wydawców europejskich, a dotyczących historii Europy, i przy tej
sposobności podsunąłem mu pomysł poświęcenia jednej z prac kosztom upadku imperiów.
Zdaje się, że powierzył komuś, nie wiem komu, napisanie takiej książki, ale w tym
czasie chodziło o to, by zrozumieć, ile kosztował upadek dawnych imperiów, i dzięki
temu dokonać swoistej ekstrapolacji kosztów upadku imperium radzieckiego. Dzisiaj
wydaje mi się, że nie musimy już niczego przewidywać, lecz co najwyżej zająć się bezpośrednim
porównaniem.
Imperium jest zawsze konstruktywne i autokratyczne; to jakby pokrywa na wrzącym
kotle. W pewnym momencie ciśnienie wewnętrzne staje się zbyt duże, pokrywa
spada i dochodzi do czegoś w rodzaju erupcji wulkanu. Nie chcę wcale powiedzieć, że
byłoby dobrze, gdyby pokrywa nie spadła — między innymi dlatego, że zwykle spada ze
względów czysto termicznych, a fizyka nie jest ani moralna, ani niemoralna. Twierdzę
tylko, że póki się trzyma mamy ład, choćby i narzucony siłą, kiedy zaś spada, trzeba za
to płacić.
Rozpad cesarstwa rzymskiego spowodował w Europie kryzys, który w postaci gwałtownej
trwał co najmniej sześć wieków. W rzeczywistości jednak cała seria skutków
długotrwałych dawała o sobie znać jeszcze w wiekach następnych, a być może także to,
co dzieje się w tej chwili na Bałkanach (prawosławni ze Wschodu przeciwko katolikom
z Zachodu), jest również konsekwencją tamtego upadku. Jeśli dzisiaj dochodzi w Kolumbii
i Peru do tego, co widzimy, i jeśli Ameryka Łacińska nie jest w stanie stawić czoła
Stanom Zjednoczonym, jest to konsekwencja powolnego rozpadu kolonialnego imperium
hiszpańskiego. Nie wspominając już o powolnym rozkładzie imperium tureckie39
go; jego koszty płaci nadal cały Bliski Wschód. Nie ośmielę się policzyć kosztów upadku
kolonialnego imperium brytyjskiego, a przecież zjednoczenie Włoch to wynik runięcia
krótkotrwałego imperium napoleońskiego.
Otwarcie zadziwiającego kotła austro-węgierskiego doprowadziło co najmniej do
nazizmu, drugiej wojny światowej i raz jeszcze do sytuacji na Bałkanach (ale w tym
punkcie świata sumuje się historia upadku, lekko licząc, pięciu imperiów: rzymskiego,
bizantyńskiego, tureckiego, tego koloru brunatnego i radzieckiego).
Tak więc, kiedy pada imperium, skutki dają się odczuwać przez całe stulecia. Jeśli
chodzi o zniknięcie imperium radzieckiego, nie warto zajmować się najważniejszymi
konsekwencjami, wojownicze (aczkolwiek zrozumiałe) rozdrobnienie języków narodowych
i etnosów na całym Wschodzie, wieczorne świętowanie w zjednoczonych
Niemczech, opały, w jakich znaleźli się Ormianie i Gruzini, a nawet trudności, jakie
przeżywa Bush, bo przecież o jego kochance, Jennifer, plotkuje się tylko dlatego, że nie
pełni on już roli obrońcy przed imperium zła. Ale także zamęt we Włoszech, kryzys
partii socjalistycznej i byłej komunistycznej, kryzys Chrześcijańskiej Demokracji, zerwanie
powszechnie akceptowanego układu miedzy władzami i mafią (obowiązującego
od czasów inwazji aliantów na Sycylię), i stąd to zadawanie ciosów na oślep albo
nowy, międzynarodowy zasięg tejże mafii, która nie ma już niezawodnego oparcia we
władzy, która z kolei nie może już powoływać się na walkę z komunizmem — jednym
słowem, wszystko, co dzieje się w naszym nieszczęsnym kraju, ma związek z upadkiem
imperium radzieckiego, podobnie jak cierpienia młodego Havla. Tysiąc jeden kwiatów
runięcia imperium, a jeszcze chorwaccy ustasze, serbskie ludobójstwo i słowackie odszczepieństwo.
Nie chodzi o to, że znając cenę upadku imperium, osiąga się jej obniżkę. Dobrze ją
znać, aby zapobiegać tragediom w przyszłości. Wprawdzie historia nigdy nie powtarza
się w sposób identyczny i nieprawdą jest, że raz przejawia się w postaci tragedii,
a potem w postaci farsy. Niekiedy powtarza się ciągle pod różnymi postaciami tragedii.
Istnieją jednak pewne prawa, pewne zasady akcji i reakcji, dzięki którym historia pozostaje
magistra vitae, i to w bardzo naukowym, a mało retorycznym sensie.
40 JAKŻE CUDOWNIE BYŁO BAWIĆ SIĘ PLUSZOWYM MISIEM
W zeszłym tygodniu rozmawiałem przez telefon z pewnym dziennikarzem, który
opracowywał materiał o zabawkach z okresu dzieciństwa i prosił mnie o podzielenie
się wspomnieniami. Natychmiast przypomniałem sobie niedźwiadka Angela. Na pytanie,
jaki spotkał go koniec, odparłem, że nie pamiętam, i rzeczywiście w tym momencie
nie potrafiłem odtworzyć zbyt wyraźnie całej historii. Kiedy tekst został opublikowany,
zadzwoniła moja wzburzona siostra, pytając, czy upływ lat odebrał mi pamięć. Czy to
możliwe, żebym nie pamiętał pogrzebu niedźwiadka Angela? Tak, nie powinienem był
zapomnieć. I stopniowo przypomniałem sobie wszystko.
Niedźwiadek Angelo był zwykłym żółtym pluszowym misiem, być może jedną
z pierwszych zabawek, jakie mi podarowano. Dopóki byliśmy bardzo mali, a miś nowiutki,
interesował nas w sposób dosyć nieokreślony. Natomiast kiedy się postarzał, zyskał
wyliniałą mądrość, chromy autorytet i coraz więcej innych cnót — w miarę jak,
niby weteran wielu kampanii, tracił oko albo ramię (ponieważ trwał w postawie wyprostowanej
albo siedzącej i nikt nie ważyłby się nadać mu pozycji czworonoga — miał
ręce i nogi, był antropomorficzny z natury, nie zaś metaforycznie).
Stopniowo zajął pozycję króla wszystkich domowych zabawek. Nawet kiedy odwracałem
stołek, który stawał się czworokątnym pancernikiem prosto z Verne’a i moje żołnierzyki
wyruszały na nim w rejs po Oceanie Korytarza i Morzu Pokoiku, niedźwiadek
Angelo też zasiadał na pokładzie — Guliwer, cieszący się posłuchem wśród liliputów
i czczony przez tych bardziej od niego okaleczonych ludzików, jednych bez głów, innych
bez którejś kończyny — przy czym z ich tułowi, wykonanych z materiałów mocno
już teraz naciągniętych, słabych i wyblakłych sterczały druciane haczyki.
Niedźwiadek Angelo (unisex) był oczywiście także władcą lalek, jednym słowem panował
nad wszystkimi zabawkami, łącznie z kolejkami i klockami. Z upływem czasu
— wyniszczony wskutek pełnienia licznych obowiązków — stracił drugie oko, drugie
ramię, a potem obie nogi. Był to rezultat między innymi tego, że pewien nieznośny kuzynek
włączał go do walk między kowbojami i Indianami, i często przywiązywał do
wezgłowia łóżka, by poddawać okrutnej chłoście, którą my (a także sam Angelo) akcep41
towaliśmy, nie traktując tego jako ujmy dla jego monarszego majestatu, albowiem zabawka,
choćby była autokratą, musi umieć uporać się z rozmaitymi i skomplikowanymi
zadaniami.
Minęły lata i z okaleczonego tułowia stopochoda zaczęły wyłazić wiechcie. Rodzice
jęli przebąkiwać, że chore ciało staje się pokarmem dla robactwa, może pożywką dla
bakterii, i namawiać nas z czułością do urządzenia temu wrakowi pogrzebu. Przykro
było teraz patrzeć na niedźwiadka Angelo chorego, niezdolnego sprostać żadnej sytuacji,
narażonego na powolne wybebeszenie i niezbyt piękne wydostawanie się na zewnątrz
organów wewnętrznych, niweczące jego godność.
Tak więc pewnego wczesnego ranka, kiedy tato rozpalał w kuchni w piecu centralnego
ogrzewania, dając życie wszystkim kaloryferom w domu, ustawił się powolny, uroczysty
orszak. Obok pieca zostały ustawione wszystkie pozostałe zabawki, a ja kroczyłem
niosąc poduszkę, na której spoczywał rzekomy zmarły, i wydaje mi się, że obecni
byli wszyscy członkowie rodziny, połączeni tym samym bólem i tą samą czcią.
Niedźwiadek Angelo został umieszczony w paszczy płomienistego Baala; najukochańszy
zmarły zapalił się i tym samym zgasł nieodwołalnie. Wraz z nim dobiegła
z pewnością końca pewna epoka. Jestem pewny, że nastąpiło to, zanim pierwsze samoloty
nieprzyjacielskie zbombardowały miasto, gdyż wygasł wtedy także piec, pożerający
niestety ogromne ilości brykietów, i zastąpiono go piecykiem na drewno, który ogrzewał
tylko kuchnię.
Dlaczego wspominam niedźwiadka Angela? Ponieważ minęły również czasy, kiedy
dziecko mogło żyć z tą samą zabawką przez prawie dwa pięciolecia, tyle bowiem trwało
szczęśliwe życie niedźwiadka Angela. Dzisiaj zabawki są tańsze i prędzej się psują — jak
radia tranzystorowe, które zmienia się co sezon i które nie są w stanie przetrwać rozpadu
rodziny, jak niegdyś telefunken albo marelli. Myślę, że to smutne dla dziecka, które
nie może już poświęcić całego życia jednemu magicznemu przedmiotowi, inkrustowanemu
wspomnieniami i wzruszeniami. To jakby nigdy nie prowadzić pamiętnika albo
żyć na ziemi pozbawionej pomników przeszłości.
42 TELEWIZJA JEST DARMOWA. ILE JEDNAK MOŻNA JEJ SKONSUMOWAĆ?
W ostatniej „Panoramie” Furio Colombo, okazując dużo zdrowego rozsądku, starał
się uśmierzyć podniecenie, jakie sezonowo budzi pytanie, czy TV jest zła, czy dobra.
Dysponujemy urządzeniem technicznym, które może dać nam mnóstwo rzeczy. Wiele
z nich to tandeta wyprodukowana w przekonaniu, że właśnie tego oczekuje rynek, inne
są jednak pożyteczne (jak wiadomości) albo interesujące (jak spora liczba programów).
Problem tkwi nie w TV, która jest tym, czym jest, i nigdy nie rościła sobie pretensji do
tego, żeby stać się Accademia del Lincei, lecz w nas. TV to supermarket, a my mamy
wykorzystywać ją w sposób należyty, nie narażając się na niepotrzebne wydatki; od nas
tylko zależy, czy nie stanie się źródłem nerwicy.
Kontynuując to rozumowanie, można by powiedzieć, że TV jest jak whisky: jeśli
nic nam nie dolega, lekarz mówi, iż łyk whisky po kolacji może zrobić nam dobrze, ale
ten, kto wypija codziennie butelkę, ma zagwarantowaną marskość wątroby. Tak samo
jest zresztą ze spaghetti: osiemdziesiąt gramów to dieta śródziemnomorska, trzy kilo to
Wielkie żarcie. Jeśli dzieci nie potrafią zachować umiaru, jest to problem wychowawczy,
nie telewizyjny; a jeśli osiemdziesięcioletnia, sparaliżowana staruszka zamknięta
w przytułku wpatruje się w telewizję od rana do wieczora — chwała Bogu, bo gdyby
nie TV, jej życie byłoby nędzniejsze. To rozumowanie jest bez zarzutu, tyle że trzeba by
rozważyć i składową ekonomiczną, i fizjologiczną, które zmieniają zarówno aspekt społeczny,
jak psychologiczny tego problemu.
Jedną z najskuteczniejszych zachęt do umiaru jest cena rzeczy, które się nam podobają.
Gdyby kawior nie był taki drogi, jedlibyśmy go być może bez umiaru, a nawet narkoman,
chcąc zapewnić sobie narkotyk, spędza sporo czasu na żebraniu i kradzieży;
gdyby narkotyki rozdawano gratis i bez żadnej kontroli, umarłby wcześniej. Być może
wszyscy mieliby skłonność do tego, by wypijać do dna butelkę whisky, gdyby trunek ten
nie był taki drogi, tak że nawet osoby zamożne kupują go w umiarkowanych ilościach.
W pewnym sensie również seks nie jest, między partnerami lojalnymi, czymś darmowym;
to znaczy w terminach płatności zawieszonej. Można kochać się całymi dniami,
ale wówczas koniec z pracą, a oszczędności prędzej czy później się wyczerpią.
43
Powróćmy do darmowej TV. To prawda, trzeba kupić telewizor i zapłacić abonament,
ale potem wszystkie produkty oferowane na ekranie są za darmo. To tak jakbyśmy
byli w supermarkecie, ale takim, w którym można brać wszystko, na co ma się chętkę,
nie płacąc ani grosza. Jeśli dobrze się zastanowimy, dojdziemy do wniosku, że nie
ma (poza audycjami radiowymi) towarów ani usług całkowicie darmowych, a w każdym
razie darmowych w takim stopniu jak telewizja; za jedzenie trzeba płacić, komunikacja
kosztuje, alkohol i tytoń są drogie, narkotyki — bardzo, obciąża się nas także za
rozmowy telefoniczne. Natomiast w telewizor można wpatrywać się dwadzieścia cztery
godziny na dobę, i kosztuje tyle samo, ile kosztowałby, gdybyśmy w jego stronę nawet
nie spojrzeli.
Ten fakt bez wątpienia zmienia nasz stosunek do tego środka przekazu, naszą zdolność
kontrolowania się i dokonywania wyboru. Gdyby alkohol był rozdawany na rogach
ulic w dowolnych ilościach i za darmo, liczba alkoholików znacznie by wzrosła,
a gdyby mięso było gratis, nie zliczylibyśmy przypadków podagry. Nawet pewien liberalizm
(dzisiaj już niemodny), jeśli chodzi o darmowe lekarstwa, wiele osób doprowadził
do ich nadużywania. Matka z łatwością może pohamować namiętność dzieci do
lodów, wystarczy bowiem, że nie da im na nie pieniędzy, ale o wiele trudniej zapanować
nad ich zamiłowaniem do bycia obsługiwanymi, które nie wymaga z ich strony żadnego
wysiłku.
Przejdźmy do składowej fizjologicznej. Powiedzmy, że trunki, narkotyki, jedzenie
i lekarstwa są darmowe. Z pewnością wszyscy pozwalaliby sobie na nadmierną konsumpcję,
ponieważ jednak ta konsumpcja miałaby charakter materialny, puściłby zawór
przesytu. Mogę wypić codziennie butelkę whisky, ale trzech — nie; mogę zjadać kilogram
spaghetti, ale nie dziesięć, bo potem ogarnia mnie śpiączka. Nawet zażywanie narkotyków
ma swoje granice fizjologiczne. A jeśli żyje się z renty, można kochać się przez
kilka kolejnych dni, ale przecież przychodzi moment, kiedy siły nas zawodzą, i taki,
kiedy muszą ratować nam życie w szpitalu.
Inaczej jest z konsumpcją o charakterze duchowym: mogę przez szereg dni czytać
Biblię, Homera, Dylana Doga i wcale od tego nie umieram. Są osoby, które nie zdejmują
słuchawek; a jeśli nawet po jakimś czasie rzuca się im to na mózg, musi minąć sporo
czasu, zanim sami (i inni) się zorientują. Tak więc, jeśli tylko strawa duchowa jest za
darmo, można łatwo przesadzić z jej konsumpcją, nie ozwie się bowiem dzwonek alarmowy
przesytu najpierw, a śpiączki przedśmiertnej potem.
W tym sensie TV stanowi problem nawet dla tych, którzy korzystają z niej w sposób
rozsądny. Każdemu z nas (którzy, nie będąc znerwicowani, spędzamy pierwszy wieczór
na sprawdzaniu reguł rządzących optyką) zdarzyło się zasiedzieć wieczorem przed
ekranem i ponieważ nie tyka żaden taksometr, gapić się do białego rana na programy,
które wydawały się nam okropne. Na szczęście to jeszcze nie koniec świata! Poradzimy
44 sobie, a zresztą mamy naturalną selekcję. Ale darmowość i w konsekwencji wysoko
podniesiony próg przesytu winny stać się przedmiotem refleksji. A refleksja służy między
innymi dyscyplinowaniu selekcji naturalnej.
45
TŁUMACZE, JUTRZEJSZA EUROPA BĘDZIE WAS POTRZEBOWAŁA
Szczęśliwie osiągnąwszy numer dwudziesty, doroczny kongres Włoskiego
Stowarzyszenia Badań Semiotycznych odbywa się w tym roku w Wenecji, a jego tematem
jest sztuka przekładu. Na uniwersytecie bolońskim powstaje praca doktorska poświęcona
przekładom. Moje spojrzenie kieruje się na stół i mam przed oczami nowy
periodyk wydawany w Glasgow. „Translation and Literature”. Jak widzimy, jest to hasło
tego dziesięciolecia. A przecież nad sztuką przekładu dyskutował już święty Hieronim.
Kiedy wydaje się, że jakiś temat staje się modny, wszystko polega na tym, żeby znaleźć
przyczyny. Jeśli te przyczyny mają pewną wagę, trzeba zacząć mówić o duchu czasów.
Pod koniec osiemnastego wieku pewien pan noszący nazwisko Degerando napisał
książkę poświęconą semiotyce, Des signes, która pod niejednym względem nadal
jest zadziwiająco nowoczesna, a w której postawiono między innymi pytanie, czy dałoby
się wprowadzić język międzynarodowy. Argumenty przeciw były bardzo osobliwe:
autor obawiał się na przykład, że jeśli wszyscy zaczną pisać w tym samym języku, pisarze
francuscy będą narażeni na kłopotliwą konfrontację z literatami z innych krajów.
A jednak Degerando rozumiał doskonale, że w jego czasach myśl, by rozumieć tych,
którzy mówią innymi językami, nie jest zbyt rozpowszechniona, on zaś, biedaczysko,
robił, co mógł, aby udowodnić czytelnikom, iż nauka języków obcych nie jest czymś
mechanicznym i zbędnym, jak utrzymywali jego współcześni.
W naszych czasach coś się zmieniło. Nikt nie chce, żeby powstał jakiś dominujący
język międzynarodowy, aczkolwiek dla wygody używa się angielskiego. Najnowsze wydarzenia
pokazują nam, że Europa nie idzie w stronę unifikacji języków, ale ich multiplikacji:
będzie się mówić po litewsku, słoweńsku, ukraińsku, katalońsku, baskijsku.
Tak więc przyjdzie czas, by pomyśleć o jakimś języku wspólnym, którego używałoby się
w parlamencie europejskim, na dworcach lotniczych i kongresach (mnie odpowiadałby
esperanto, bo to zapobiegłoby kłótniom mającym na celu narzucenie swojej mowy), ale
nie ulega wątpliwości, że jedynie rozwijając na wielką skalę poliglotyzm nasz kontynent
zdoła doprowadzić do współżycia ludzi rozmaitych kultur i języków.
46 Rzecz w tym, że poliglotyzm totalny jest niemożliwy, chociaż będzie bardzo ważne,
by rozumieć, co ktoś mówi po słoweńsku, bo przecież pomyśli to po słoweńsku, a to coś
innego, niż pomyśleć to samo po angielsku. Oto czemu kwestia tłumaczeń nabiera fundamentalnego
znaczenia. Przyszła Europa będzie kontynentem tłumaczy. Tym bardziej
jeśli weźmiemy pod uwagę cały świat; nie jest ważne, że najbardziej zaawansowane badania
w dziedzinie przekładu komputerowego prowadzą Japończycy, którzy mają większe
niż Anglicy albo Francuzi kłopoty z porozumiewaniem się. Być może chcą podbić
świat, ale chcą narzucić nie swój język, lecz swoją umiejętność tłumaczenia.
Jest faktem, że począwszy od świętego Hieronima, a skończywszy na naszych czasach,
nie wiemy zbyt dokładnie, co to znaczy — tłumaczyć. Wiemy tylko, że nie polega
to na zastępowaniu pojedynczych słów jednego języka przez pojedyncze słowa drugiego,
wykorzystując do tego celu słownik. Byłoby to zbyt piękne i klasyczna stała się już
opowieść o kimś, kto korzystając ze słownika chciał przetłumaczyć „Lo spirito e pronto
ma la carne e debole” (duch ochoczy, ale ciało mdłe) i uzyskał coś w rodzaju „whisky nie
brak, ale befsztyk do niczego”. Tłumaczenie wiąże się z pewnością ze słowami, ale także
z kontekstem. Na przykład trwa ożywiona dyskusja nad tym, czy tłumaczenie powinno
być zorientowane na tekst pierwotny, czy na adresata.
Wyjaśniam. Powiedzmy, że w jakimś artykule albo opowiadaniu napisałem: „Mary
była dziewczyną bardziej przyzwyczajoną do bywania na via Montenapoleone niż na
Gambellino”. Jeśli to zdanie pojawi się w opowiadaniu rozgrywającym się w Mediolanie,
tłumacz będzie musiał zdobyć się na wysiłek, żeby uświadomić czytelnikowi angielskiemu
lub chińskiemu, co znaczy — w Mediolanie — bywać na via Montenapoleone.
Załóżmy jednak, że napisałem tak, by dać do zrozumienia czytelnikowi włoskiemu, co
to za jedna ta Mary, która mieszka być może w jakimś innym kraju. Wydaje mi się, że
tłumacz amerykański miałby prawo napisać, że Mary czuła się pewniej na Madison
Avenue niż w Brooklynie (albo Bronksie). Jeśliby moje opowiadanie było utworem artystycznym,
tłumacz z pewnością zmieniłby w ten sposób oryginał, nie przełożyłby go,
lecz zinterpretował, kierując się troską o adresata tekstu. Jeśliby jednak ten sam tłumacz
miał oddać słowa: „Ta odnoga jeziora Como”, nie mógłby napisać: „Ta odnoga Loch
Ness”, chociaż tłumaczyłby dla Anglików. W tym przypadku tłumaczenie musi być zorientowane
ku oryginałowi.
Gdyby na tym był koniec…! Co to znaczy „przełożyć” powieść na język filmu?
Dlaczego biolodzy mówią o „przełożeniu”, mając na myśli dogłębne prace nad kodem
genetycznym? Co to znaczy przełożyć z tekstu Arystotelesa jakieś wyrażenie odnoszące
się, powiedzmy, do ruchu, skoro wiemy, że pojęcie ruchu jest we współczesnej fizyce
czymś całkiem innym? To tylko wydaje się łatwe, jak mawiała postać z Carosello.
Nie jest to łatwe i ludzie piszą na ten temat książki, zakładają fachowe czasopisma,
chodzą na kursy. A kongres w Wenecji będzie współbrzmiał z duchem czasów.
47
DZIENNIKARZE, CZEMU PODAJECIE TYLE INFORMACJI FAŁ-
SZYWYCH?
Przeczytałem w pewnej gazecie, że podczas jednego z kongresów wystąpiłem
z twierdzeniem o istnieniu czegoś, co nazywa się „mentalese”. Czytelnik nie musi wiedzieć,
co to takiego; wystarczy powiedzieć, że przez ponad godzinę mówiłem coś zupełnie
przeciwnego. Przy tej samej okazji poproszono, żebym wypowiedział się w sprawie
polemiki, do jakiej zdaniem gazety doszło w związku z kongresem. Poprosiłem grzecznie,
żeby nie zadawano mi tego pytania, gdyż nie chcę dostarczać pożywki dla kolejnych
polemik, i umknąłem. Napisano, że oświadczyłem: „Przykro mi z powodu tego, co się
stało”. Nie jest jasne, dlaczego było mi przykro, ale z pewnością robiło to wrażenie wypowiedzi
polemicznej. Któregoś wieczoru kilka dni temu rozmawiałem z wybitnym zagranicznym
dziennikarzem i powtórzyłem mu to, co napisałem już w tych felietonach
o degeneracji dziennikarstwa, on zaś odpowiedział uprzejmie, że tak samo się dzieje na
całym świecie. Kiedy jednak przytoczyłem mu garść przykładów włoskich, przyznał, że
być może u nas doszło do pewnej przesady. Zacytowałem dwie sprawy, które stały się
już klasyczne: samobójstwo Moravii i homoseksualizm Cavoura. W obydwu przypadkach
artykuły zaczynały się od mglistej informacji o tym, że ktoś coś powiedział, potem
szły wywiady z rozmaitymi osobistościami, a wreszcie kończono wnioskiem, że informacja
jest całkowicie bezpodstawna. To tak jakbym ja chodził od politologa do politologa
i pytał, co myślą o twierdzeniu Scalfara, że we Włoszech należałoby przywrócić faszyzm,
a potem w nawiasie wyjaśnił, że na szczęście Scalfaro nigdy czegoś takiego nie
powiedział. Byłoby to wspaniałe opowiadanie science-fiction, ale publikowanie tego
jako informacji jest dewiacją.
Mnóstwo osób pochłania u fryzjerów damskich i męskich te tygodniki, w których
wokół faktu, że ktoś zobaczył dwóch aktorów razem w barze, natychmiast buduje
się sprawę ich „czułej przyjaźni”. Czytelnicy usprawiedliwiają się zazwyczaj, mówiąc:
„Wiem, że to wszystko bajki. Ale zabawne”. Jeśli taką postawę mielibyśmy przyjąć także
w stosunku do prasy codziennej, w porządku, wiemy już, co o tym myśleć.
48 Wśród naukowców zajmujących się logiką krążyła przed wielu laty pewna dykteryjka.
Ten a ten pyta przyjaciela, co robić, żeby poderwać dziewczynę, przyjaciel zaś odpowiada,
że dziewczyny fascynują się trzema sprawami: rodziną, kuchnią i kontrfaktycznymi
zdaniami warunkowymi. Dowcip może zrozumieć tylko ten, kto wie, że kontrfaktyczne
zdania warunkowe to okresy w rodzaju „Gdyby Bush był Norwegiem, nie zostałby
prezydentem USA”. Tak więc nasz młodzieniec podchodzi na przyjęciu do dziewczyny
i pyta ją, czy ma brata, ona zaś odpowiada oschle, że nie. Potem pyta, czy lubi spaghetti,
i otrzymuje taką samą odpowiedź. Wreszcie pada pytanie: „Czy lubiłabyś jednak
spaghetti, gdybyś miała brata?” Otóż wydaje się, że w ostatnich czasach znaczna
część dziennikarzy należy do tego właśnie gatunku. Napisałem już o tym, że prasa codzienna
staje się coraz bardziej cieniem telewizji, gdyż tam znajduje nic nie mówiące
tematy, ku którym zwraca się jednak niezdrowa ciekawość publiczności. Przeczytałem
w gazetach o nowym programie Giuliana Ferrary. Jest rzeczą jak najbardziej właściwą,
by gazety na kolumnie poświęconej widowiskom podały tę wiadomość tym, którzy, jak
choćby ja, nie widzieli tego programu. Ponieważ, jak się zdaje, program skłaniał do refleksji
nad obyczajami politycznymi, było poza tym całkowicie uzasadnione poświęcenie
mu szpalty komentarza na kolumnie przeznaczonej na opinie. Ale poświęcenie,
jak to się zdarzyło, całej stronicy na oceny i ploteczki wydało mi się przesadą. Miesiąc
temu czasopismo „Comix” zachęcało uczniów szkół średnich do przysyłania wykazu
głupstw, jakie padają z ust nauczycieli. Okazało się nawet, że pewien nauczyciel matematyki
twierdził, iż trzy razy trzy daje dziewięćdziesiąt. Wszyscy chodziliśmy do szkoły
i z radością robiliśmy tego rodzaju świństwa, wykorzystując lapsusy i wady wymowy.
Najważniejsze dzienniki poświęciły temu całe szpalty, jakby chodziło o badania prowadzone
przez Giuseppa De Rite.
Nie chodzi o to, że cierpimy na niedostatek informacji. W ostatnich dniach waluta irlandzka
stała się mocniejsza niż angielska. Żeby się o tym dowiedzieć, trzeba było, posługując
się lupą, szukać odpowiedniej wzmianki na kolumnie ekonomicznej. A mnie
się wydaje, że to wydarzenie warte jest jakiegoś wyjaśnienia, gdyż dzięki niemu lepiej
zrozumielibyśmy, co dzieje się na rynku walutowym. Chciałbym dowiadywać się codziennie,
jakich produktów powinienem unikać w sklepie, by nie zwiększać importu
z krajów o mocnej walucie. Niemieckiej pasty do zębów, francuskich perfum, argentyńskich
befsztyków czy krawatów z Galway? Zdaję sobie sprawę, że podawanie informacji
tego rodzaju wymaga wzięcia na siebie przez gazetę poważnej odpowiedzialności,
ale skoro nie dowiem się tego z gazety, kogo mam pytać? Dziewczynę, która nie lubi
spaghetti?
49
PO KOMUNIZMIE I IMPERIALIZMIE IMPERIUM ZŁA TO ŻYDZI
Święty Augustyn był w swoich czasach najbardziej uczonym człowiekiem i jak na
owe czasy miał umysł zadziwiająco otwarty. Jednym z jego najważniejszych problemów
było interpretowanie Pisma Świętego, a w tym celu pragnął ustalić, co rzeczywiście
mówi święty tekst. Niestety nie znał hebrajskiego i dysponował jedynie przekładami.
Człowiek jego pokroju przystąpiłby do nauki hebrajskiego, gdyby uznał, że jest to
konieczne. Nie zrobił jednak tego, sądził bowiem, że tekst hebrajski stał się niedostępny;
Żydzi z pewnością zmienili go, usuwając wszystkie wzmianki o powtórnym przyjściu
Chrystusa.
Tak więc, kiedy się mówi o antysemityzmie, trzeba pamiętać o tym, jak daleko sięgają
w naszej kulturze jego korzenie. I że są to korzenie o charakterze intelektualnym.
Dopiero później przyszły motywacje społeczne, Kiedy okazało się, że Europa po
Rzymie, po diasporze, w okresie schyłku kultury ma w środku miast i wsi wspólnotę
mówiącą obcym językiem i złożoną z ludzi czytających, gdyż ich religia i kultura związana
jest z Księgą, i to w czasach, gdy nawet królowie nie umieli czytać.
Tłumaczono nam, że jeszcze w dziewiętnastym wieku jedną z głębokich motywacji
antysemityzmu rosyjskich chłopów było właśnie poczucie obcości w stosunku do ludzi
uczonych. Którzy zresztą wysyłali synów na studia, dając początek krytycznie nastawionej
i niepokornej rosyjskiej inteligencji.
W swojej najbardziej rozpowszechnionej formie antysemityzm to choroba biednych,
chcących uczynić trudnym życie ludzi, dla których, jak się uważa, jest ono zbyt łatwe.
Na te frustracje nakłada się sezonowo antysemityzm intelektualny, który w odróżnieniu
od tego pierwszego ma prawie zawsze charakter symboliczny: wizja Żydów jako
metafory zła. Czasem intelektualista wykorzystuje to urojenie, kierując się politycznym
cynizmem, umie bowiem znaleźć wrażliwy punkt ludowej frustracji.
Czasem jednak (mam tu na myśli przypadki w rodzaju Céline’a), szukając symbolu
zła sięga do własnych odwiecznych urazów (arystokrata odkrywa — w tym sensie,
w jakim odkrywa się garnek — swą „biedną” nieświadomość). Sądzę, że właśnie dlatego
Sartre powiedział, że antysemityzm to przede wszystkim problem (psychologiczny
i psychiatryczny) dla antysemitów.
Te refleksje stały się użyteczne dzisiaj, kiedy mamy do czynienia z falą antysemityzmu.
Jeśli nawet nie jest tak potężna, jak chcą nam wmówić środki masowego przekazu
— ujawniają się tu bowiem tendencje, które już przedtem występowały w społeczeństwie
na skalę prawie fizjologiczną — a problem naziskinów i przemocy na stadionach
piłkarskich ma inne korzenie, pozostaje faktem, że grupy te wyrażają się między innymi
przez zachowania antysemickie.
Dlaczego właśnie teraz, dlaczego nie kilka lat temu, kiedy, na przykład, wielkie odłamy
zbuntowanej młodzieży były radykalnie filoarabskie, a na nieprzejednanego Izraelczyka
patrzono jak na wroga — bardziej niż dzisiaj, kiedy układa się z Palestyńczykami?
Jedna z możliwych odpowiedzi mówi, że w danym społeczeństwie istnieje zawsze
pewna ilość przemocy, która musi się w ten czy inny sposób wyrazić (walka polityczna,
przestępczość, samozniszczenie).
Zanim upadł mur berliński, mieliśmy inne symbole zła, dla jednych był to komunizm,
dla innych amerykański imperializm. Po upadku obu tych symboli wszelki syndrom
frustracji (nie przypadkiem zarówno naziskini, jak i sięgający po przemoc kibice
należą pod względem socjologicznym i intelektualnym do „ubogich”) stara się wyrazić
poprzez nowy symbol zła. Nie szukając daleko, sięga w głąb zbiorowej pamięci
i odkrywa czarną owcę dawnych biedaków. Jeśli jednak komuś udało się znaleźć inne
czarne owce (skorumpowane państwo, imigranci, Południe Włoch) nie chce, jak się
zdaje, uznać, że mamy do czynienia z falą antysemicką, musiałby bowiem wtedy przyznać,
że istnieje większa fala irracjonalizmu, która pozbawia trzeźwości spojrzenia jego
polityczny zamysł.
Tak więc Liga Północna stara się zaprzeczać istnieniu fali rasistowskiej in toto, aby
nie przyznać, że oto raz jeszcze grupa intelektualistów, aczkolwiek niskiego lotu, robi
politykę, wykorzystując mroczne frustracje nowych ubogich, do których się odwołuje.
Jeśli takie są w istocie odwieczne powody antysemityzmu, jedyna odpowiedź to ta,
której nie dała przeszłość: wielki seans psychoanalityczny dla Zachodu, poczynając od
szkoły.
1993
52 CZY WIECIE, ŻE NIKT NIE TWIERDZIŁ, IŻ ZIEMIA JEST PŁASKA?
Niedawno zakończył się Rok Kolumba, ale spróbujcie spytać kogoś, co Kolumb
chciał udowodnić, doprowadzając do połączenia Wschodu z Zachodem, i czemu astronomowie
z Salamanki tak uparcie zaprzeczali. Wielu zapytanych odpowie, że Kolumb
chciał udowodnić, iż Ziemia jest okrągła, a ci głupcy twierdzili, iż jest płaska i natychmiast
po minięciu Słupów Herkulesa okręty wypadną poza krawędź ziemskiego kręgu.
Jeśli nie znajdziecie nikogo, kto powtarzałby te bzdury, pocieszcie się tym, że Jeffrey
Burton Russell, przestudiowawszy obszerny wybór podręczników dla szkół amerykańskich,
także podręczników uniwersyteckich, stwierdził, iż taki pogląd ma imponująco
twardy żywot (Bompiani obiecuje wydanie przekładu jego Inventing the Fiat Earth).
Kolumb nie musiał dowodzić, że Ziemia jest kulą, gdyż nikt w to nie wątpił. Także
uczeni z Salamanki, chcąc wykazać, że jego przedsięwzięcie jest niewykonalne, obliczyli,
i to dokładniej niż on, jakie są wymiary naszej planety, Kolumb zaś sfałszował rachunki,
byleby odbić wreszcie od brzegu. Oczywiście żadna ze stron nie podejrzewała, że pośrodku
tkwi Ameryka.
Jeśli oznajmisz, czytelniku, że w czasach Kolumba Ziemia była najzwyczajniej
w świecie okrągła, otrzymasz odpowiedź, że za płaską uważano ją w średniowieczu.
Zapytasz wtedy, jak to się stało, że Dante zszedł w lej piekielny i wyszedł po drugiej
stronie, a w odpowiedzi usłyszysz, że przed Dantem wszyscy należeli do Klubu
Płaskoziemnych. Jeśli spytasz, jakim cudem Ptolomeusz w drugim wieku po Chrystusie
zdołał podzielić glob na trzydzieści sześć stopni południkowych, Eratostenes w trzecim
wieku przed Chrystusem — z całkiem niezłym przybliżeniem obliczyć długość
równika, odpowiedzą: no dobrze, ale Arystoteles, Platon, filozofowie przedsokratejscy…
Bynajmniej. Otóż Pitagoras, Parmenides, Eudoksos, Platon, Arystoteles, Euklides,
Arystarch i Archimedes należeli do Klubu Krągłoziemnych. Jedyne, być może, wyjątki
to Leucyp i Demokryt. Właśnie Demokryt, ten scjentysta i materialista? Jak mawiała
moja babka, uczą się i uczą, a i tak są głupsi niż reszta.
53
Jednak wielu naukowców, którzy gorliwie tropią członków Klubu Płaskoziemnych,
wyciąga w tym miejscu inny argument: wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa odrzucono
pogańskie teorie na rzecz dosłownego odczytania Biblii, w której powiada się tu
i ówdzie, że ziemia jest jak namiot albo arka przymierza (i na całe stulecia zapomniano
o klasycznej astronomii). Wcale nie. Ojcowie Kościoła ze świętym Augustynem na czele
rozumowali raczej tak: Biblia przemawia poprzez metafory i nie wypowiada się na
temat kształtu Ziemi, która prawdopodobnie jest kulista, ale nie zbawi się duszy, dyskutując
nad tymi sprawami, dajmy więc temu pokój. Nawet w mrocznym okresie osoba
tak łatwowierna i obdarzona bogatą wyobraźnią, jak Izydor z Sewilli, mimo paru dwuznacznych
wzmianek, oblicza w pewnym momencie obwód wzdłuż równika i wychodzi
mu osiemdziesiąt tysięcy stadiów. No tak.
Czy więc ani jeden chrześcijanin nie powiedział, że Ziemia jest płaska? Owszem,
Laktancjusz (przełom trzeciego i czwartego wieku), człowiek ziejący nienawiścią do
wszystkiego, co pogańskie, oraz w szóstym wieku Bizantyńczyk Kosmas Indikoplestes,
którego Topografia chrześcijańska mogłaby stać się oficjalnym podręcznikiem Klubu
Płaskoziemnych, gdyby była znana zachodniemu średniowieczu. Ale pierwszy jej łaciński
przekład jezuity Menocchia ukazał się dopiero w 1706 roku i wtedy wszyscy się ucieszyli,
gdyż wreszcie dowiedziono że Ojcowie i Doktorowie Kościoła należeli do Klubu
Płaskoziemnych. Jak więc zrodziła się legenda?
Powstała w środowisku kopernikańskim, ponieważ Kościół negował heliocentryzm
(to, owszem) i dla potrzeb polemiki sięgano po wszystko, co nawinęło się pod rękę.
Potem spopularyzowali ją dziewiętnastowieczni uczeni, prowadząc polemikę z protestanckimi
i katolickimi przeciwnikami darwinizmu. Wszyscy przemawiają, żeby
słuchać własnego głosu, ale nawet człowiek tak wykształcony, jak Andrew Dickson
White, w swojej Historii nauki przeciw teologii (1896), wiedząc doskonale, że do Klubu
Krągłoziemnych należeli Orygens, Ambroży, Augustyn, Albert Wielki, święty Tomasz
wraz z całym doborowym towarzystwem, przyznaje to z zaciśniętymi zębami, ale powiada,
iż podtrzymując swój pogląd musieli walczyć z dominującą myślą teologiczną.
A kimże byli oni, jeśli nie dominującą myślą teologiczną? Mnie bardzo pouczająca wydaje
się historia opowiedziana przez Russela, i to nie dlatego, że rozgrzesza moich umiłowanych
ludzi średniowiecza, którzy wcale nie zgrzeszyli, ale dlatego, że obnaża dynamikę
plotki. Są całkowicie fałszywe poglądy, które, puszczone w obieg, zajmują „miejsce
na pierwszych stronach gazet”, i od tej chwili potwór jest zbyt fascynujący (i zbyt dobrze
się sprzedaje), żeby go unicestwić. A wydrukowane czcionką ośmiopunktową zaprzeczenia
są zbyt męczące dla wzroku.
54 PROPONUJĘ BEZPOŚREDNIE TRANSMISJE SPOD SZUBIENICY
W PORZE KOLACJI
Nie podoba mi się, że kompetentne władze nie udzieliły zezwolenia na telewizyjną
transmisję z ostatniego wieszania człowieka w Stanach Zjednoczonych. Moim zdaniem
należało powiesić skazanego o dziewiętnastej według czasu East Coast, żeby uzyskać
jak największą prawdopodobną oglądalność w Nowym Jorku w porze aperitifu, na
Midwest mniej więcej w porze kolacji, a w Kalifornii o dziesiątej, kiedy zazwyczaj sączy
się daiquiri leżąc nad basenem. U nas byłaby pierwsza w nocy, ale dla ludzi pracy, którzy
wcześnie idą spać, można by przeprowadzić retransmisję nazajutrz po dwudziestej.
Bardzo ważne jest to, żeby ludzie siedzieli za stołem, albowiem odgłos pękających
kręgów szyjnych, drgawki brzucha oraz wierzganie nóg powinny w jakimś stopniu
współgrać z czynnością przełykania — mam tu na myśli telewidzów. W przypadku
krzesła elektrycznego warto by pomyśleć o tym, żeby skazaniec skwierczał przez kilka
sekund, kiedy my wsłuchujemy się w dochodzące z kuchni odgłosy smażenia jaj na masełku.
Jeśli chodzi o komorę gazową, widowiskowość jest pewna, ponieważ skazańcowi
mówi się, że ma oddychać od razu i głęboko, co samo w sobie jest już bardzo telewizyjne,
a mamy przecież jeszcze w zanadrzu drgawki. Nie poleca się zastrzyku, gdyż traci się
cały smaczek bezpośredniej transmisji i wystarczyłby tutaj przekaz radiowy.
Zdaję sobie sprawę, że ta propozycja spotka się z nie najlepszym przyjęciem w momencie,
kiedy we włoskiej wersji Disneya zabroniono Kaczorowi Donaldowi mówić,
że chętnie udusiłby swojego siostrzeńca, byłaby to bowiem zachęta do przemocy. To
okropne, że z myślą o rozpowszechnianiu na kasetach produkuje się filmy, w których
ludzie strzelają z automatów megagalaktycznych, po całym ekranie rozpryskują się
fragmenty mózgów i płyną rzeki krwi.
Uważam, że stare filmy, w których Indianie i Japończycy ginęli przewracając się
gdzieś w oddali jak ołowiane żołnierzyki, nie podsuwały nikomu myśli, żeby poderżnąć
gardło rodzicom i dzięki temu odziedziczyć cztery bony skarbu państwa i jedną pizzerię.
I proszę mi nie mówić, że tamte lata to Rina Fort i rzeź na via San Gregorio, gdyż
w tych przypadkach chodziło o namiętność, nie zaś o naśladownictwo.
55
Trzeba jednak rozróżniać między grą pozorów, która może zamącić w niewinnych
główkach (albo skłonić do aberracyjnych zachowań ludzi słabego ducha) a obowiązkiem
kronikarskim. Jestem przeciwny poniewieraniu potworem na pierwszych stronach
gazet, dopóki domniemany potwór nie zostanie osądzony przez sąd, jeśli jednak
jacyś panowie spacerują sobie to tu, to tam, i gwałcą, i zabijają dzieci, trzeba zawiadomić
o tym wszystkich, a zwłaszcza dzieci, żeby rozglądały się uważnie. Jeśli nie nauczą
się tego dzisiaj, jutro może być za późno.
Co się zaś tyczy kary śmierci, świat dzieli się na dwie kategorie: tych, którzy ją potępiają
(jak ja), i tych, którzy utrzymują, że jest niezbędna.
Potępiający, jeśli mają słaby żołądek, mogą zgasić telewizor, kiedy w programie będzie
przewidziane wykonanie kary głównej. Ale przynajmniej będą w pewien sposób
uczestniczyć w żałobie. Jeśli o tej a tej godzinie zabija się człowieka, wszyscy powinni
w jakiś sposób w tym uczestniczyć, choćby modląc się albo czytając całej rodzinie na
głos Pascala. Muszą wiedzieć, że tego wieczora dzieje się coś haniebnego. Jeśli natomiast
patrzą, czują się w pewien sposób mocniej zaangażowani w potępianie tego barbarzyństwa,
nie ograniczają się do powtarzania, że są przeciw — podobnie jak oglądanie w telewizji
niedożywionego dziecka afrykańskiego stawia każdego z nas przed problemem
czystego sumienia.
Teraz ci, którzy popierają karę śmierci. Oni też powinni obejrzeć ten program.
Spodziewam się sprzeciwu; mogę przecież twierdzić, że operacje wyrostka robaczkowego
są czymś dobrym, ale proszę mi nie pokazywać tego zabiegu w porze posiłku.
Ale w przypadku kary śmierci nie chodzi przecież o operację, co do której panuje powszechna
zgoda. To kwestia sensu, wartości ludzkiego życia, a także sprawiedliwości.
Nie opowiadajmy więc koszałków-opałków.
Jeśli jesteś zwolennikiem kary śmierci, musisz zgodzić się na oglądanie skazańca,
który wierzga, miota się, wyrywa, podryguje, krztusi się, oddaje duszę Bogu. Dawniej
ludzie byli uczciwsi, kupowali bilety, żeby patrzeć na kaźń i cieszyli się jak szaleni. Także
ty, który popierasz najwyższy wymiar kary, powinieneś tego zasmakować — jedząc,
pijąc, robiąc co ci się podoba, nie możesz udawać, że czegoś takiego nie ma, skoro podtrzymujesz,
iż jest to słuszne.
Ktoś powie: „A jeśli żona jest w ciąży, gotowa potem poronić?” I co z tego? Nowy
katechizm dopuszcza możliwość ustanowienia przez państwo kary śmierci. Powiada
także, że nie możesz przerywać ciąży, ale tylko, jeśli czynisz to rozmyślnie. Jeśli poronisz
patrząc, jak ktoś kopie powietrze na szubienicy, nie masz żadnego grzechu.
56 UWAGA NA WYWIADY, SĄ ZAWSZE FAŁSZYWE
Otrzymałem egzemplarz wywiadu-rozmowy, jaką odbyłem dwa miesiące temu z Jacquesem
Le Goffem w asyście dwóch dziennikarzy, którzy zadawali nam pytania. Kiedy
wydrukują jakiś wywiad ze mną, rzucam się do lektury — nie przez narcyzm, ale żeby
zobaczyć, co powiedziałem. Zawsze trafiają się jakieś interesujące odkrycia i zwykle
człowiek widzi, że wypowiedział takie czy inne myśli, nawet ciekawe, ale o dziwo pierwszy
raz się z nimi zetknął. W omawianym tu przypadku dziennikarze wykonali swoją
robotę poprawnie: nagrali dialog i pieczołowicie go zapisali. Następnie, zgodnie z regułami
obowiązującymi w cywilizowanych krajach, przysłali mi go do autoryzacji. Kiedy
rozmowa trwa godzinę albo dwie, dziennikarz musi dokonać potem cięć, przykroić wypowiedzi,
usunąć zbędne i przypadkowe dygresje, a osoba udzielająca wywiadu musi
sprawdzić, czy mimo tego koniecznego zabiegu kosmetycznego, sens jej słów został
z grubsza zachowany.
Napisałem oto: „z grubsza”. Wolałbym jednak napisać: „całkowicie”. Dałem się wciągnąć
w pewien rodzaj litotesu, understatement, byle by nie wystąpić z twierdzeniem
apodyktycznym. To samo przytrafiło mi się w wywiadzie, który czytałem. Kiedy się
mówi, wypowiada się różne rzeczy tonem powątpiewającym, wtrąca zastrzeżenia w rodzaju
„można by powiedzieć, nie do końca jestem pewny, ale zaryzykuję twierdzenie,
że…” Po zabiegach kosmetycznych człowiek ma zawsze uczucie, że wypowiedział się
w tonie wyroczni.
W pewnym momencie lektury poczułem, że coś brzmi fałszywie. Mój rozmówca
omawiał jakiś temat, a potem spytał, co o tym myślę. Moja odpowiedź zaczyna się następująco:
„Z grubsza zgadzam się z tym, co powiedział Le Goff ”, a potem mówię swoje.
Z tego, jak to powiedziałem, wynikało, że zgadzałem się całkowicie, tyle że dodałem
parę słów komentarza. A przecież formuły retoryczne mają swoją wartość. Po słowach
„z grubsza się zgadzam…”, oczekujemy zdania zaczynającego się od „ale”, a następnie
wyraźnego sformułowania twierdzenia wprost przeciwnego.
Sprawdzając transkrypcję, znalazłem tę formułkę i zostawiłem ją, bo pamiętałem, że
tak właśnie zacząłem, chociaż z pewnym wahaniem. Dlaczego? Ponieważ zgadzałem
57
się naprawdę, nie powinienem więc dorzucać niczego, ale przyszła moja kolej mówienia,
pomyślałem, że może nawiążę do poprzednich kwestii, by rozbudować zagadnienie,
instynktownie nie chciałem wyjść na kogoś, kto zmienia temat, użyłem więc formułki
z zastrzeżeniem, by oznajmić: „Dobrze, proszę wybaczyć, że rozwinę nieco zagadnienie,
ale to, co ewentualnie powiem, wynika z tego, co już powiedziałem, chociaż na pierwszy
rzut oka tego nie widać”. No właśnie, w toku rozmowy zwykle mówi się w ten sposób,
jak ktoś poruszający się po terenie porośniętym krzakami i rozsuwający zarośla prawie
na chybił trafił, gdyż nie wie jeszcze, gdzie natknie się na ślad ścieżki.
Jednak po zredukowaniu do paru apodyktycznych linijek to zdanie powątpiewające
(czy można być apodyktycznie wątpiącym?) stało się aluzją, sugerowało chęć polemiki.
Dlaczego podaję ten przykład, sam w sobie błahy? Ponieważ ujawnia nam dynamikę
wywiadu, choćby najlepiej prowadzonego, a co więcej, właśnie takiego, w którym
dziennikarz pozwala mówić swojemu rozmówcy, a potem usuwa fragmenty niczego
nie wnoszące, dąży do nadania formy temu, co nieforemne. Nadanie formy, tego
warunku doskonałości, sprawia, że dialog kuleje, dźwięczy fałszywie. Przy czytaniu mogłem
z pewnością wykreślić zwrot „z grubsza”, nie zrobiłem tego jednak, bo miałem
wrażenie, że brzmi dobrze, zmienia moją wypowiedź w nieco mniej pośpieszną, a za to
ostrożniejszą. Ale po wydrukowaniu wszystko się zmieniło.
To odwieczny problem, ile tak zwanej rzeczywistości mogą przedstawić mass media.
Już przez sam fakt przedstawiania — coś dodają, a dynamika lektury skłania następnie
czytelnika do dorzucenia czegoś jeszcze innego. Na przykład czytałem kilka dni temu
o nowych dochodzeniach Tangentopoli, nowych aresztowaniach, i aż podskoczyłem,
gdyż zobaczyłem na środku strony zdjęcie znajomego, surowego miłośnika dociekań filozoficznych.
Jakże to, on też? Potem przyjrzałem się uważniej i zdałem sobie sprawę,
że przeprowadzono z nim wywiad dotyczący zagadnień moralności. Nie można nawet
powiedzieć, że gazeta była nie w porządku; nie tylko podpis pod zdjęciem, ale również
tytuł i podtytuł wyjaśniały, że chodzi o serie pytań zadawanych ludziom ze świata kultury.
Temu jednak, kto zerknął tylko przelotnie na stronę poświęconą dochodzeniom,
to zdjęcie mogło pozostawić w umyśle jakiś ślad podejrzenia. Jeszcze dzisiaj, kiedy sobie
to przypominam, staje mi przed oczyma ta twarz i oczy, w których lśni jakiś złowieszczy
blask. A jednak informacja była w tym przypadku poprawna, nikomu nie można
niczego zarzucić. A jednak, a jednak…
58 CO ZA BOMBA, PRZEPROWADZIŁEM WYWIAD Z KORMORANEM
Z SZETLANDÓW
Spotkałem kormorana w saloniku dla VIP-ów na dworcu lotniczym. Sympatyczna
panienka poprosiła go, żeby nie zbrukał eleganckich foteli, a ja zaproponowałem, że
jeden z nich przykryję moim płaszczem. Wiedziałem, że potem będzie do wyrzucenia,
bo cały przesiąknie ropą na?ową i wodą morską, ale pomyślałem, że „Espresso” pokryje
koszty. Taki wywiad to bomba! Ptak podziękował i pierwsze lody zostały przełamane.
Oto wywiad:
Ja: „Dzień dobry, panie Kormoranie, jak się pan tu znalazł? Sądziłem, że nadal przebywa
pan na Szetlandach”.
Kormoran: „Niestety, jutro muszę wracać. Proszę sobie wyobrazić, że opłacają mi
pierwszą klasę za szybki wypad w jakieś inne miejsce, o którym nigdy nie słyszałem.
Zdaje się jednak, że tankowiec znalazł się na łasce i niełasce fal, ropa może wyciec, stacje
telewizyjne chcą być gotowe na to wydarzenie, a kiedy podpisało się kontrakt… Mówię
panu, co za praca!”
Ja: „Nigdy wakacji?”
Kormoran: „Co robić, czyta pan chyba gazety, tu jakaś wojenka, tam sztorm, morza
to teraz istna kloaka, no więc pan Kormoran pozuje, proszę nie patrzeć w kamerę, proszę
przeczyścić pióra dziobem, smutny wyraz twarzy…”
Ja: „Czy nie ma na rynku innych kormoranów?”
Kormoran: „Zadanie nie jest takie proste. Moi rodzice przypłacili to życiem. Ci,
którzy uciekli, stali się wolnymi ptakami, i nie chodzi tu wcale o przenośnię. Próbują
zaadaptować się w innym miejscu, na wzgórzach, w górach, ale niełatwo tam o ryby,
w najlepszym razie od czasu do czasu trafi się pstrąg. Ja od tego czasu podupadłem na
zdrowiu, proszę tylko na mnie spojrzeć. Nic się już nie da zrobić, nie pomagają nawet
te płyny, które szczypią w oczy. Trzymam się więc tego obrzydlistwa trzeba jakoś żyć.
Płacą dobrze, muszę tylko stawić się na każde zawołanie, miesiąc temu byłem w Galicji,
potem na Szetlandach, pojutrze — któż może wiedzieć. A wszystko zaczęło się jeszcze
przed wojną nad Zatoką”.
59
Ja: „Ale obrazy tej wojny zapewniły panu sukces i sławę”.
Kormoran: „Tak, wtedy mnie zauważono. Przedtem robili mi zdjęcia, ale nigdy ich
potem nie pokazywali. Wraz z wojną przyszedł sukces. Ale to męczące — dzień w dzień
na wizji i za każdym razem kolejna dawka ropy na?owej, dla organizmu nie jest to obojętne,
trzeba odłożyć czym prędzej parę groszy, bo potem przyplącze się niechybnie ta
czy inna chroniczna choroba. Zobaczymy, może na resztę życia znajdę sobie jakąś wysepkę
z dala od szlaków handlowych”.
Ja: „Czy nie mogliby użyć mewy śmieszki, foki, pingwina, choćby trzeba było podcharakteryzować
błotem z jakiegoś uzdrowiska?”
Kormoran: „Taki numer nie przejdzie, to kwestia profesjonalizmu. Mówią, że
zwierzę ucharakteryzowane traci całą spontaniczność. To tak, jak w filmach Luchino
Viscontiego, jeśli aktor ma mówić o szkatułce z klejnotami, klejnoty muszą być w szkatułce,
nawet jeśli się jej nie otwiera, i to bułgarskie. Zresztą my, kormorany, mamy wymiary
dobrze dostosowane do ekranu telewizyjnego, można dać mnie na pierwszy plan
i wszystko widać, proszę sobie wyobrazić, jak by się było słoniem, niezbędne byłyby dalekie
plany”.
Ja: „A nie zgodziliby się na człowieka, jakieś dziecko, choćby już wykorzystane,
z tych na sprzedaż?”
Kormoran: „Proszę pana… Człowiek nikogo nie wzruszy. Niech pan sobie wyobrazi,
że dostałem propozycję nawet z UNICEF-u. Próbowali pokazywać zagłodzone dzieci
afrykańskie z muchami na twarzach i napęczniałymi brzuszkami, ale ludzie tylko się
brzydzą. Natomiast zwierzątko rozczula”.
Ja: „A zatem rzuca pan branżę nafciarską…”
Kormoran: „O nie, na?a to pieniądze, ludzie potrzebują energii, skażonych mórz
będzie na szczęście coraz więcej, mogę żyć doskonale z samych tankowców i bombardowania
szybów. Ale wie pan, jak to jest, kiedy raz się trafi do telewizji, nie wiadomo
już, co robić z ofertami… reklama American Express, Benettona, parlament… To spirala.
W przyszłym roku chcą, bym pomógł przekonać ludzi, że nie należy jeździć autostradami
podczas trzydniowych wakacji w sierpniu”.
Ja: „Nie wystarczą już zdjęcia zgniecionych aut i zwęglonych trupów?”
Kormoran: „Już mówiłem, zwęglona rodzina sprzedaje się słabo. Ale jeśli ta rodzina
zderzy się z cysterną, rozleje się ropa na?owa i przechodzący tamtędy kormoran cały
się upaskudzi, ludzie zaczną się zastanawiać. Co pan chce, robię to za pieniądze, nie
przeczę, ale chodzi tu również o obowiązek obywatelski, o posłannictwo”.
Podeszła panienka, żeby zapytać, czy nie napiłby się whisky, ale kormoran odmówił:
„Może to dlatego, że nic jeszcze nie miałem w ustach, ale mam wrażenie, że jakby
zalatywała na?ą”. Wezwali pasażerów z jego lotu. Oddalił się z pochyloną głową, ryzykując,
że pośliźnie się na wyfroterowanej posadzce, na której zostawiał oleistą smugę.
Odwrócił się po raz ostatni. „Dziękuję — powiedziałem — także w imieniu wszystkich
dzieci na świecie.”
60 BYĆ MOŻE NADEJDZIE DZIEŃ, KIEDY PREZYDENT AMERYKI
BĘDZIE SIĘ NAZYWAŁ WANG LIU
Student prowadzi ze mną wywiad dla jednej z niezliczonych gazetek, jakie ukazują
się w campusie Harvard University. Wszystkimi kierują studenci, na ogół są dobrze robione,
w sposób wyważony przeplatają się w nich kolumny lub rysunki o posmaku żakowskim
z artykułami poważnymi (czasem nawet wyrafinowanymi) z zakresu krytyki
literackiej albo filmowej czy też z refleksjami natury politycznej (w tym tygodniu toczy
się gorąca dyskusja, czy jako oficjalnego mówcę na uroczystość rozdawania dyplomów
należy zaprosić generała Powella, niezbyt lubianego przez radykalnych studentów, gdyż
nie zgadza się na przyjmowanie gejów do wojska).
Student zna na wyrywki temat, o który mnie wypytuje (kiedy przyniesie mi tekst do
sprawdzenia przecinków, przekonam się, że niczego nie opuścił, nawet trudnych, wypowiedzianych
w pośpiechu nazwisk, a skracając wypowiedzi, zrobił to bardzo inteligentnie).
Mówi doskonale po angielsku, nie wymawia „l” zamiast „r” i na odwrót, a warto to
odnotować, gdyż zarówno nazwisko, jak twarz są niewątpliwie chińskie.
Nie poprzestaję na tym, że idąc przez campus zauważam znaczną koncentrację twarzy
o rysach orientalnych. Sprawdzam w księdze house’u, w którym mnie ulokowano
(jest to rodzaj szkoły z internatem, gdzie studenci nie tylko mieszkają, ale są też pod
pieczą tutorów). Otóż na 340 studentów (mam przed sobą nazwiska i zdjęcia) jest 117
kolorowych, z nich zaś 60 to Chińczycy, Koreańczycy albo (niezbyt liczni) Japończycy.
Potem spróbowałem wyłączyć nazwiska południowoamerykańskie, polskie i żydowskie,
zostawiając tylko anglosaskie i irlandzkie (w rodzaju Clark, Church, Carlson i Boyle).
Okazało się, że jest ich setka. Sześćdziesiąt nazwisk „chińskich” na sto kowbojskich
to dużo. Ale na tym nie koniec. Przeglądam „stopki” rozmaitych studenckich wydawnictw,
to znaczy te umieszczane zwykle na drugiej albo ostatniej stronie ramki, w których
podaje się listę redaktorów i współpracowników. Na przykład w suplemencie do
„Harvard Crimson” na 18 nazwisk 7 to chińskie lub koreańskie, 2 zaś niepewnego pochodzenia.
„Fi?een Minutes” ma 39 współpracowników o nazwiskach nieanglosaskich,
61
w tym 8 Chińczyków (dwadzieścia procent), i tak samo jest w „Independent”. W sumie,
jeśli się porówna z niewieloma nazwiskami pochodzenia włoskiego, nazwiska chińskokoreańskie
nasuwają myśl o inwazji.
Co to oznacza? Przede wszystkim, skoro ci chłopcy znaleźli się w Harvardzie, mają
za sobą dobrą szkołę średnią. A skoro należą do najaktywniejszych współpracowników
gazet, są bystrzy i dobrze przygotowani. Trudno domyślić się, czy chodzi o reprezentantów
Dalekiego Wschodu urodzonych w Ameryce (w takim przypadku mogli trafić do
Harvardu dzięki uzyskaniu stypendium), czy dzieci z zamożnych rodzin z Taiwanu lub
Seulu, przygotowujące się do wejścia do klasy rządzącej tych krajów — a może są to po
prostu obywatele Chin Ludowych. Ale jeśli nawet wielu z nich przyjechało z zagranicy,
ilu zostanie w Stanach Zjednoczonych?
W każdym razie rzeczą uderzającą jest obecność, inteligencja, śmiałość tych Chinokoreańczyków,
którzy szturmują twierdzę wiedzy. Jeśli uświadomimy sobie, że ich rodzice
prowadzą prawdopodobnie jeden z tych domów towarowych albo centrów handlowych,
które w dzisiejszych czasach wytwarzają znaczną część obrotu handlowego
w amerykańskich miastach (nie wspominając o tym, co Japończycy robią w zakresie
przemysłu i finansów), nasuwają się liczne interesujące refleksje na temat tej orientalizacji
Stanów Zjednoczonych. Dopóki skośne oczy widziało się w Chinatown, był to
folklor, ale w najbardziej prestiżowych miejscach Harvardu wrażenie jest zupełnie innego
rodzaju.
Wracając do domu akademickiego zamieszkałego tylko w jednej trzeciej przez blondynów
o niebieskich oczach, warto zadać sobie pytanie, czy ta proporcja obowiązuje
także w Senacie albo Białym Domu. Z pewnością minie jeszcze mnóstwo czasu, zanim
prezydent będzie się nazywał Wang Liu, zważywszy, że nie nazywa się nawet Cuomo,
jeśli się jednak dobrze zastanowić, ta refleksja ma taką wartość, jaką ma. Spróbujmy wysunąć
hipotezę z zakresu fantazji naukowej. Władza jest gdzie indziej i terminarz polityczny
ustalają wielkie lobby, czasem nawet kierowane przez Chińczyków; prezydenta
wybiera się ze względów spektakularnych, musi być „telegeniczny”, a dopóki Hollywood
nie zmieni radykalnie stylu, lepiej, żeby miał anglosaski wygląd i takież nazwisko. Ale
chodzi o ten sam powód, dla którego czarni jazzmani cieszą się większym powodzeniem,
a gwiazdy rocka robią wrażenie istot odrobinę hermafrodytycznych. Rzecz
w specjalizacji i być może jesteśmy na najlepszej drodze do tego, żeby reprezentacja polityczna
stała się specjalnością świata spektaklu. A po to, żeby manipulować show businessem
niekoniecznie trzeba mieć twarz aktora.
62 I NAGLE WŁADZA ZNAJDZIE SIĘ W RĘKACH TRZYDZIESTOLATKÓW
Włoch za granicą spotyka się z dwoma rodzajami reakcji. Jeśli jesteś biedakiem, patrzą
na ciebie spode łba, jak my patrzyliśmy za czasów papy Duvaliera na Haitańczyków.
Jeśli cieszysz się odrobiną szacunku, skwapliwie żądają od ciebie wyjaśnienia tego, co
dzieje się we Włoszech. Próbujesz odpowiedzieć, wynajdując analogie, które byłyby
zrozumiałe na przykład tu, w Ameryce. Wydaje mi się, że znalazłem dobrą analogię.
Mówię: wyobraź sobie, że od zakończenia drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone
są rządzone przez Harry’ego Trumana i jego ludzi. Tylko pomyśl. Administracja trzymająca
ster rządów przez czterdzieści siedem lat, a mimo to ciągle nie wiedząca, co to
korupcja, co to konflikty z tym lub owym, świadoma, że władzę zdobywa się, zyskując
sobie dzięki dobrym rządom consensus obywateli!
Dowiedz się więc, że pamiętam, jak młodziutki Andreotti doszedł do władzy mniej
więcej w czasach Trumana, a przecież Andreotti to tylko symbol klasy politycznej, która
tracąc po drodze ze względów biologicznych tego i owego, pozostała jednak w swej
istocie nie zmieniona. Dlaczego tak się stało, powinniście wiedzieć także wy, drodzy
amerykańscy przyjaciele, gdyż tego przecież chcieliście, gdyż ta klasa polityczna zapewniała
wam wsparcie w walce z komunizmem i spychała do opozycji drugą co do wpływów
partię w kraju. Dworowaliście w swoich gazetach z tego, że we Włoszech rządy
zmieniają się co pół roku, i nie zdawaliście sobie sprawy z faktu, że Włochy miały najstabilniejszy
rząd w Europie jeśli pominąć frankizm.
Amerykanie pytają mnie, jaka klasa polityczna jest obecnie przygotowana do przejęcia
rządów po tej, która powinna zejść ze sceny razem ze sztandarami postrzępionymi
od serii z pistoletów maszynowych, razem ze swoim ranami, a również paroma medalami
(tak powiedział Craxi) i prawem do honorowej pensji albo do więzienia. W tym
miejscu muszę poszukać jakiejś innej analogii. Postaraj się wyobrazić sobie — powiadam
— że pod koniec lat sześćdziesiątych Włochy zaangażowały się w krwawą wojnę,
która wyniszczyła całe pokolenie. Trochę jak Niemcy, gdzie po roku 1945 widziało się
na ulicach jedynie starców, dzieci i inwalidów.
63
Pokolenie roku sześćdziesiątego ósmego samo się wykluczyło z życia politycznego;
jedna trzecia została zniszczona przez terroryzm, a przynajmniej stosowanie przemocy
w walce politycznej, ten skończył w więzieniu, inny jako wygnaniec za granicą, jeszcze
inny zaszył się w jakimś zakątku kraju i marzy, żeby o nim zapomniano; jedna trzecia
przeżyła kryzys ideologiczny i zaakceptowała prawa narzucone przez przeciwnika, niektórzy
pracują w wielkich przedsiębiorstwach prywatnych i są bardziej kapitalistyczni,
sprawniejsi i agresywniejsi od tych burżujów, którym dawali niegdyś jeszcze tylko kilka
miesięcy; pozostała jedna trzecia pogrążyła się w praktykach pokutnych, studiuje religie
wschodnie, zakłada poza miastami wspólnoty ekologiczne, medytuje nad dziełami
ojców Kościoła prawosławnego.
Kto z tej generacji pozostał na scenie politycznej i gotów jest wejść do gry? Jeśli chodzi
o rząd, jako jedyny przychodzi mi na myśl Claudio Martelli. Gdybym wziął pod
uwagę sekretariaty różnych partii lub ugrupowania aktywne politycznie, z pewnością
znalazłbym z dziesięć wybitnych nazwisk (może nawet piętnaście), ale przyznasz, że to
nie za wiele. Na włoskiej scenie politycznej brakuje pokolenia zmienników, pokolenia
Clintona, dodam dla jasności. Może nie jednostek, ale właśnie pokolenia.
Któregoś dnia, czytając informacje o manifestacjach ulicznych, o okupacji uniwersytetów
po głosowaniu nad votum zaufania dla Craxiego, pogrążyłem się w rozmyślaniach.
Spróbowałem wyobrazić sobie, co by to było w latach siedemdziesiątych: okupacja
wszystkich wyższych uczelni, na ulicach tłumy młodzieży rzucającej w policję koktajlami
Mołotowa, zastęp młodych lwów przemawiających do robotniczych i studenckich
rzeszy, paru zabitych… Nie chciałbym być źle zrozumiany, uważam powolny, daleki
od przemocy rozwój tak zwanej „rewolucji” włoskiej za rzecz godną pochwały. Przyszły
mi do głowy słowa, które wypowiedział Pannella na początku lat siedemdziesiątych,
a mianowicie, że gdyby we Włoszech wprowadzono w życie wszystkie istniejące prawa
i zasady konstytucji, mielibyśmy do czynienia z czymś bardzo przypominającym rewolucję.
To prawda. A jednak fakt, że protest przyjął cywilizowane formy (owszem, ubolewa
się nad wybrykami, przygotowaniami do samosądów, ale to nic w porównaniu
z tym, co działo się w czasach piazza Fontana) jest także oczywistym znakiem braku
w życiu publicznym pokolenia „rewolucyjnego”, pokolenia wielbicieli Guevary.
Co się stanie? W obliczu tego ostatecznego pytania zaciekawionego rozmówcy-cudzoziemca
potrafię wyobrazić sobie jedynie scenariusz w miarę rozsądny. Jeśli wszystko
pójdzie jak należy, będziemy pierwszym krajem europejskim, w którym ni z tego, ni
z owego dojdzie do władzy pokolenie trzydziestolatków.
64 CHCECIE WIEDZIEĆ, KTO CISNĄŁ DO KOSZA PROUSTA,
FLAUBERTA I WIELU INNYCH?
„Być może jestem tępy, ale po prostu nie potrafię pogodzić się z tym, że jakiś facet
może zużyć trzydzieści stron na opis tego, jak przewraca się w łóżku z boku na boku,
zanim uda mu się zasnąć.” Z tą motywacją pewien recenzent wydawcy Ollendorfa odrzucił
W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Tego jakże surowego sądu nie mogło
zabraknąć w zabawnym zbiorku recenzji wewnętrznych i listów zawiadamiających
o odrzuceniu, opublikowanym przez Andre Bernarda w Pushcart Press pod tytułem
Rotten Rejections.
W zbiorze podano autora, tytuł i datę, ale opuszczono nazwę wydawcy, który odrzucił
rękopis. Jednak na początku książki podano spis zainteresowanych wydawców
i można tam znaleźć wszystkich, od Faber & Faber do Doubleday, od „New Yorkera” do
„Revue de Paris”. W 1851 roku odrzucono w Anglii Moby Dicka z następującym uzasadnieniem:
„Nie sądzimy, by ta pozycja znalazła uznanie na rynku literatury dziecięcej.
Jest rozwlekła, styl przestarzały i wydaje się, że nie zasługuje na rozgłos, jakim się
ponoć cieszy”. Flaubertowi odrzucono w 1856 roku Panią Bovary: „Szanowny Panie,
zagrzebał pan swoją powieść pod stertą szczegółów, które są dobrze zarysowane, lecz
całkowicie zbędne”. Emily Dickinson odrzucono pierwszy zbiór wierszy w 1862 roku:
„Kontrowersyjne. Wszystkie rymy błędne”.
A oto kilka przykładów z naszego stulecia. Colette Klaudyna w szkole, 1900 r.: „Nie
sprzedano by nawet dziesięciu egzemplarzy”. Henry James, Święte źródło, 1901 r.:
„Stanowczo działa na nerwy… Nie do czytania”. Max Beerbhom, Zuleika Dobson, 1911
r.: „Nie sądzimy, by warto było się tym interesować. Autor ma więcej poważania dla siebie
niż mają go dla niego inni i w swojej pracy literackiej nigdy nie osiągnął poziomu
godnego uwagi”. Ezra Pound, Portrait d’une femme, 1912 r.: „W pierwszej linijce za dużo
głoski r”. James Joyce, Portret artysty z czasów młodości, 1916 r.: „W zakończeniu książki
wszystko się rozsypuje. Zarówno samo dzieło, jak zawarte w nim myśli rozpryskują się
na mokre kawałeczki niby zamokły proch strzelniczy”. Francis Scott Fitzgerald, Po tej
65
stronie raju, 1920 r.: „Opowieści brak zakończenia. Ani charakter, ani dzieje bohatera
nie osiągnęły chyba punktu usprawiedliwiającego finał”. Faulkner, Azyl, 1931 r.: „Mój
Boże. Mój Boże, nie możemy tego opublikować. Wszyscy skończylibyśmy w więzieniu”.
George Orwell, Folwark zwierzęcy, 1945 r.: „W USA nie ma mowy o tym, żeby poszła
historia o zwierzętach”. O Molloy Becketta, 1951 r.: „Nie ma sensu myśleć o publikacji:
zły smak czytelników amerykańskich jest nie do pogodzenia ze złym gustem awangardy
francuskiej”. Dziennik Anny Frank, 1952 r.: „Ta dziewczyna nie jest obdarzona, jak
się zdaje, zbytnią spostrzegawczością ani nie wie, jak podnieść tę książkę ponad poziom
zwykłej ciekawostki”. William Golding, Władca much, 1954 r.: „Nie sądzimy, by udało
się Panu w pełni rozwinąć myśl, która mogłaby okazać się obiecująca”. Nabokov, Lolita,
1955 r.: „Należałoby opowiedzieć to psychoanalitykowi, co zresztą zostało zapewne zrobione,
by przerobić rzecz na powieść, w której jest parę pięknie napisanych fragmentów,
ale która jest nadmiernie odrażająca, nawet dla najbardziej oświeconego z freudystów…
Zalecałbym pogrzebanie jej na tysiąclecie”. Malcom Lowry, Pod wulkanem, 1947
r.: „Światło rzucane wstecz na życie bohaterów, podobnie jak myśli przeszłe i teraźniejsze
są nudne i mało przekonywające… Książka jest za długa jak na to, co autor ma do
powiedzenia”. Joseph Heller, Paragraf 22, 1961 r.: „Nie mogę zrozumieć, co ten człowiek
chce osiągnąć. Chodzi tu o grupę amerykańskich żołnierzy we Włoszech, którzy śpią
jedni z żonami drugich, a także z paroma włoskimi prostytutkami, ale nie wydaje się to
zbyt interesujące. Autor chciałby być zabawny, może jest to satyra, ale nie rozbawi nikogo
i na żadnym poziomie intelektualnym. Ma dwa pomysły, oba złe, i bez ustanku do
nich wraca… Nudy na pudy”.
Przejdźmy do literatury popularnej. H.G. Wells, Wehikuł czasu, 1895 r.: „Mało interesujące
dla czytelnika pospolitego i za płytkie dla wykształconego”. Wojna światów tego
samego autora została odrzucona w 1898 r.: „Nie kończący się koszmar. Nic z tego nie
będzie. Błagam, nie czytajcie tej okropnej książki”. Ziemia błogosławiona Pearl Buck,
1931 r.: „Przykro mi, ale publiczność amerykańska nie interesuje się w najmniejszym
stopniu Chinami”. ?e Ipcress File Lena Deightona, 1963 r.: „Nie tylko grzęźnie w połowie
drogi, ale ma skłonność do tracenia czasu na sprawy drugorzędne. Zdaje się, że nie
ma najmniejszego wyobrażenia o tempie narracji, smakuje słowa, subtelności stylistyczne,
aż robi się człowiekowi niedobrze”. Le Carre Ze śmiertelnego zimna, 1963 r.: „Dajmy
mu zaświadczenie. Le Carre nie ma przyszłości”.
66 DROGI DZIENNIKARZU, MÓJ ROZMÓWCO, NIE JESTEM TYM,
KOGO SZUKAŁEŚ
Wyobraź sobie, czytelniku, że w godzinie największego natężenia ruchu znajdujesz
się na jednej z tych ulic, gdzie na chodnikach parkuje się samochody, i reporter,
wykrztuszając z płuc spaliny, zadaje ci pytanie: „Co pan myśli o zjawisku, o którym
tak dużo się dziś mówi, a mianowicie że ludzie coraz mniej jeżdżą samochodami?”
Doznałbyś tego samego wrażenia, co ja, kiedy (podczas międzynarodowych targów
książki, w toku dyskusji nad książkami, gdy połowa publiczności nie może się wepchnąć
do zatłoczonej sali, albo przed zapełnioną przez młodzież księgarnią na terenie
supermarketu) zwracają się do mnie ze stereotypowym pytaniem: „Co myśli pan o kryzysie
książki, którą wypierają inne sposoby komunikacji?”
Wydaje mi się to jakimś: „A jednak się nie kręci” w wyraźnym duchu antygalileuszowskim,
ale nie dopuszczając do siebie w ogóle myśli, że pytający może być człowiekiem
złej wiary, i wmawiając sobie, że po prostu ma nie za dobry refleks, próbuję zaapelować
do jego rozsądku. Widzi pan — powiadam — mamy pewien niepodważalny
fakt, ten mianowicie, że żyjemy w takim okresie historycznym, w którym produkuje się
i sprzedaje więcej książek niż w jakimkolwiek innym wieku, także uwzględniając proporcje
liczby drukowanych książek do zaludnienia ziemi. Czy naprawdę możemy sobie
pozwolić na ignorowanie tego faktu statystycznego?
W tym miejscu reporter (który ujawnia ślepy upór jakby Starzec z Gór polecił mu
pod hipnozą uzyskać za wszelką cenę deklaracje w sprawie kryzysu książki) ma do wyboru
kilka kanonicznych opcji. Pierwsza polega na przyznaniu, że owszem, wydaje
się mnóstwo książek, ale są to książki kucharskie, z dowcipami, poświęcone obcowaniu
z przyrodą, ale nie z kulturą. Pomijając to, że wiele pięknych i klasycznych wydawnictw
szesnastowiecznych było poświęconych ogrodnictwu i że lepiej przeczytać dobrą
książkę o ogrodnictwie niż złą powieść, warto obszernym gestem ręki uświadomić mu,
że w momencie, kiedy z nim rozmawiasz, masz dokoła mnóstwo wydań klasyków, tanich
serii z Dostojewskim, Stendhalem, Goethem i że ktoś to chyba kupuje.
67
Drugie posunięcie kanoniczne to stwierdzenie, że owszem, ludzie kupują Goethego,
ale go nie czytają, bo oglądają telewizję. Jeśli spróbujesz powiedzieć, że być może także
wiele osób kupuje telewizory, ale nawet ich nie włącza, bo czyta Goethego, reporter
przygląda ci się z szyderczym uśmiechem. Nie wierzy. Pytasz go więc, bo mowa jest
o wielkościach statystycznie znaczących, czy naprawdę sądzi, że świat jest zaludniony
przez idiotów, którzy kupują jakieś dobro, by go potem nie skonsumować. To prawda,
że każdemu zdarzyło się kupić książkę, a później do niej nie zajrzeć, albo zajrzeć po jakimś
czasie, to normalne, ale żeby wszyscy nabywcy książek, a zwłaszcza młodzież, ciągle
płacili, a nigdy nie czytali, wydaje mi się czymś nie do wiary. Natomiast nasz rozmówca
w to właśnie wierzy, wierzył, zanim jeszcze postawił ci wstępne pytanie, i oczekiwał
tylko potwierdzenia.
Proszę posłuchać — mówisz — czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że w owych szczęśliwych
czasach, kiedy to książe kazał wykonać sobie za niebotyczną cenę iluminowany
manuskrypt Boskiej komedii, miał znakomite warunki, żeby księgi nie przeczytać,
a trzymać ją tylko po to, by pokazywać gościom, podczas gdy w naszych czasach naprzeciwko
księcia staje dziesięć, sto tysięcy czytelników, którzy kupują Boską komedię,
a wśród nich z pewnością znajdzie się co najmniej tysiąc takich, którzy będą ją poczytywać,
i nawet uwzględniając wzrost zaludnienia na świecie, i tak mamy zawsze przewagę?
W tej sytuacji rozmówca zadaje swój sekretny sztych: tak, czytają, ale nic z tego nie
rozumieją. Używają książki jak towaru, ale nie czerpią z tego żadnej strawy duchowej.
Rzeczywiście, rzuca ci w twarz następny argument: „Czy wie pan, że ankieta przeprowadzona
niedawno wśród studentów uniwersytetu X wykazała, iż Y procent nie
wiedziało, w którym wieku żył Tasso?” Niestety, wierzę w to. Ale zwracam uwagę, że
dwa pokolenia wcześniej ci sami studenci byliby analfabetami dziobiącymi ziemię motyką.
Powiększenie liczby ludzi umiejących czytać i pisać zawsze prowadzi do takiego
zachwiania równowagi i paradoksalnie uniwersytety jako pierwsze na tym tracą, i to
na całym świecie; niedawno opowiedziano mi w Stanach Zjednoczonych, że pewien
świeżo upieczony absolwent jednego z uniwersytetów z Ivy League (a więc ktoś, kto
zapłacił za studia na najwyższym poziomie) nie wiedział, kim był Poe. Im więcej ludzi
uczy się czytać, tym więcej chce osiągnąć wyższy status kulturalny i tym bardziej uniwersytet
się deklasuje. Ale to konsekwencja upowszechnienia, nie zaś kryzysu książki.
Mój rozmówca jest niezadowolony. Nie jestem tym, kogo szukał. Niespokojnie rozgląda
się na wszystkie strony, dostrzega jakąś damę o minie smutnej i zamyślonej, która
z grymasem odrazy patrzy na młodzież szperającą na półkach. Może od niej usłyszy
posłannictwo: koniec jest bliski.
68 NATYCHMIAST TRZEBA POMYŚLEĆ O SZKOLE WIELORASOWEJ.
MOŻE NAWET JEST JUŻ ZA PÓŹNO
Myśl numer jeden. W poprzednim felietonie przytoczyłem przykład włoskiego studenta,
który nie umiał umieścić Tassa we właściwym stuleciu, oraz amerykańskiego,
który nic nie wiedział o Poem. Czytam teraz, że niedawna ankieta Gallupa pokazała, iż
młodzież amerykańska zna gorzej geografię niż młodzież z sześciu krajów rozwiniętych;
jeden na siedmiu dorosłych Amerykanów nie potrafi wskazać Stanów Zjednoczonych
na mapie świata; dwadzieścia pięć procent uczniów liceów w Dallas nie wiedziało, że
Meksyk leży na południu i graniczy z USA.
Te wyniki przytacza Henry Louis Gates Jr (w niedawno opublikowanej książce Loose
Canons. Notes on the Culture Wars, Oxford University Press, 1992), który kieruje wydziałem
studiów afro-amerykańskich w Harvardzie. Jest to dosyć bojowy Murzyn,
który popiera wielokulturowość bez fanatyzmu, to znaczy, chociaż wielu chciałoby,
żeby czarni studenci nie marnowali czasu nad Shakespearem, a zamiast tego studiowali
literaturę afrykańską, Gates utrzymuje, że Murzyn powinien studiować także
Shakespeare’a, a biały literaturę afrykańską. Wydaje się, że to właśnie nakazuje zdrowy
rozsądek (między innymi dlatego tak wymachiwałem szabelką), ale w tym momencie
jest to teza wojownicza i prowokująca.
Otóż Gates cytuje ankiety — w związku z którymi powiedziałem na zakończenie,
że ta ignorancja geograficzna jest symptomem szerszej ignorancji historycznej, gdyż
programy nauczania w szkołach średnich różnych stopni koncentrują się na społeczeństwie
europejskim i amerykańskim — by dzięki temu przedstawić Amerykę jako
punkt szczytowy procesu cywilizacyjnego zapoczątkowanego przez Greków. I wyciąga
kilka wspaniałych wniosków dotyczących takiego spojrzenia na literaturę porównawczą,
które wychodzi poza powiązania między literaturą łacińską, francuską i niemiecką
i wprowadza do obiegu również literaturę arabską i plemienia Yoruba.
Czy to problem wyłącznie amerykański? Bynajmniej, za parę dziesięcioleci w szkole
paryskiej, mediolańskiej czy berlińskiej zasiądzie w ławkach pięćdziesiąt procent dzieci
kolorowych. Kiedy dyskutowało się o tym, co robić podczas lekcji religii z uczniami,
69
którzy na nie nie chodzą, napisałem w tym samym miejscu: niech uczą się historii religii.
Dlaczego nasze dzieci mają wiedzieć wszystko o okrętach u Homera, a nic o przepisach
z Księgi kapłańskiej albo Koranu?
Nie twierdzę, że wystarczy wiedzieć co nieco o kulturze arabskiej, by życzliwiej patrzeć
na sprzedawcę zapalniczek, można bowiem być zwolennikiem Ligi Północnej,
wiedząc, że Pirandello był Sycylijczykiem, ale w sumie powinniśmy przygotować się
na Europę wielorasową — a mówię to właśnie w tygodniu, kiedy państwa europejskie
dyskutują, jak ustalać kwoty imigracyjne. Migracja, panowie, migracja, żadna imigracja!
Migracji nie da się powstrzymać, lepiej więc z góry pomyśleć o szkole wielorasowej
i wielokulturowej.
Myśl numer dwa. Skrzydlata uniwersalność poprzedniej myśli skłania mnie prawem
kontrastu do snucia teraz myśli bardziej prowincjonalnych. Często zdarza mi się, że po
napisaniu paru felietonów dostaję listy, zwykle uprzejme, w których czytam na przykład:
„W poprzednim felietonie zastanawiał się Pan nad przysłowiami jako mądrością
narodów. Ponieważ uważam Pana za człowieka porządnego, muszę uznać, że nie wie
pan, iż w 1960 roku napisałem artykuł o przysłowiach jako mądrości narodów, który,
co osobliwe, umknął Pańskiej uwadze…” Albo: „Ostatnio zwrócił Pan uwagę na fakt,
że liczba studentów chińskich na amerykańskich uczelniach stale wzrasta. Zdaję sobie
sprawę z tego, jak niewielką ilością miejsca Pan dysponuje, ale mógł Pan przecież zacytować
analogiczną obserwację, którą opublikowałem nieco wcześniej w numerze 18
„La Favilla”…”
Chciałbym prosić tych i przyszłych miłych memu sercu czytelników, by pamiętali, że
kiedy zasiadam do pisania felietonu, inspirując się jakimś wydarzeniem lub problemem,
staram się podchodzić do tematu wykorzystując najpospolitszy zdrowy rozsądek (między
innymi dlatego, że w takim doraźnym tekście, jakim jest cotygodniowa rubryka,
nie da się zaprezentować wyników dziesięcioletnich badań, ale wynik siedmiodniowej
refleksji, i to tylko wskutek zadziwiającego zbiegu okoliczności). Rozumowanie z wykorzystaniem
zdrowego rozsądku oznacza — kiedy się udaje — powiedzenie tego, co
mogło przyjść do głowy także moim czytelnikom i być może niejednemu przyszło. To
prawda, że co jakiś czas ktoś się gorszy, ale oznacza to tylko, że żyjemy w świecie, w którym
zdrowy rozsądek gorszy (przyznaję, tym razem nie powiedziałem rzeczy zgodnej
ze zdrowym rozsądkiem).
Jeśli więc ktoś natknie się w felietonie na myśl, która już mu przyszła do głowy, powinien
zaszyć się gdzieś, wtuliwszy ogon pod siebie i z poczuciem palącego upokorzenia,
jest to bowiem świadectwo, że ta myśl, właśnie ze względu na swoją zgodność ze zdrowym
rozsądkiem, mogła wpaść do głowy każdemu — a tym samym nie chodzi tu ani
o kartezjańskie cogito, ani o zasadę względności.
Więcej umiaru, przyjaciele, więcej umiaru…
70 DZIEWCZĘTA, TRZYMAJCIE SIĘ TEGO, CO POWIEDZIAŁ
DANTE. ZOSTAŃCIE NA SWOIM MIEJSCU
Trzeba starać się zrozumieć papieża. Z pewnością trudno zgodzić się z argumentami,
jakie wysuwa odrzucając kapłaństwo kobiet, ale nie należy zapominać, że papież
musi brać pod uwagę tradycję. A tradycja jest taka, a nie inna, i zaraz to zobaczymy.
Zacznijmy od Księgi rodzaju. Nie zamierzam wikłać się tutaj w rozważania nad trudnym
zagadnieniem, czy istota, którą w tradycji nazywa się zwykle Bogiem, jest w tekście
biblijnym opisana w tych właśnie terminach. Uchylam się od tego. Ale z pewnością
pierwsza ludzka istota jest rodzaju męskiego i temu mężczyźnie (Adamowi) dano
pierwsze przykazanie dotyczące drzewa wiadomości dobrego i złego. Trudno powiedzieć,
w jakim języku rozmawiał Bóg z Adamem, i już w czasach ojców Kościoła wysuwano
hipotezę, że chodziło o relację czysto psychiczną, że tak powiem serca z sercem,
albo o komunikowanie za pomocą zjawisk atmosferycznych, grzmotów, błyskawic, świstu
wiatru.
Twórcą pierwszego języka naturalnego jest bez wątpienia Adam, gdyż przemówiwszy
do niego w ten czy inny sposób, Bóg sprowadził przed jego oblicze wszystkie ptaki
powietrzne i zwierzęta ziemne, aby Adam nadał im stosowne nazwy. Pytanie, jaki język
wymyślił przy tej okazji Adam, jest przedmiotem wielowiekowej dyskusji, nie wszyscy
uznawali, że był to hebrajski, a w siedemnastym wieku znalazł się nawet jeden taki,
który twierdził, że chodziło być może o chiński. Z drugiej strony przez wiele stuleci zastanawiano
się, dlaczego w tym epizodzie nie zostały wymienione ryby (może nadano
im nazwy później, w miarę, jak Adam łowił je i rzucał na patelnię, i taką sugestię wysunął
święty Augustyn w De Genesi ad litteram, tyle że nie wspomniał o patelni).
Dopiero w tym momencie dochodzi do stworzenia Ewy, która, jako istota ukształtowana
z mężczyzny, została nazwana przez Adama „iszsza”, co jest rodzajem żeńskim od
„isz” (mężczyzna albo mąż) — a powołałem się tutaj na przypisy do Starego Testamentu
w wydaniu Galbiatiego (por. Biblię tysiąclecia, przyp. tłum.). Wulgata tłumaczy to jako
„virago”, co wprawdzie nie oznacza, jak w dzisiejszym języku włoskim, niewiasty mu71
skularnej i wąsatej, ale i tak pochodzi od „vir” (mąż). Nie ma rady, kobieta zjawia się
później i pierwszą rozmowę, co znamienne, odbywa z wężem. Ona, Virago, spada nam
(i upada) niby dojrzałe jabłko, i niechże czytelnik sam powie, czy udzielanie sakramentów
można powierzyć tak nieroztropnej osobie, która ledwie zyskuje swobodę ruchów,
zadaje się z Księciem Ciemności.
Aby zrozumieć, do jakiego stopnia epizod biblijny zaciążył na chrześcijańskiej wyobraźni,
wystarczy sprawdzić, jaki stosunek do tego tekstu miał człowiek, któremu zwykle
nikt nie odmawia odpowiednio wysokich kwalifikacji intelektualnych, to znaczy
Dante Alighieri — a warto dodać, że przeszedł do historii jako ktoś idealizujący i właściwie
ubóstwiający kobietę. W pierwszej księdze De vulgari eloquentia Dante rozprawia
o narodzinach języka, ale przedtem występuje z zadziwiającym twierdzeniem, które
warto tu przytoczyć (rozdział IV, przekład Mengaldo): „Trzymając się tego, co w Księdze
Rodzaju powiedziano na samym początku, kiedy Pismo Święte mówi o początkach
świata, wnioskujemy, że jako pierwsza ze wszystkich przemówiła niewiasta, to jest
Ewa… Jednakże, chociaż Pismo powiada, że jako pierwsza przemówiła niewiasta, bardziej
zgodne z rozumem byłoby uznać, że pierwszym był mężczyzna, i niestosownie jest
nie mniemać, iżby tak szlachetny akt rodzaju ludzkiego został dokonany najpierw wargami
mężczyzny, a dopiero później niewiasty”.
Następnie Dante przystępuje do rozważań, jaki pierwszy okrzyk radości i wdzięczności
wydał Adam, zwracając się do swego Stwórcy. Najbardziej niewiarygodne jest to,
że Dante miał przed oczami tekst biblijny, z którego mógł wydedukować, iż Adam przemówił
pierwszy niż Ewa, a mianowicie nadając nazwy zwierzętom. Interpretatorzy dyskutują,
czy Dante miał na myśli pierwszy dialog w pełnym tego słowa znaczeniu, a takim
dialogiem była z pewnością rozmowa Ewy z wężem. Uderza nas jednak to, że odczytanie
przez Dantego tekstu biblijnego można by określić jako histeryczne i nacechowane
niepokojem. Dante gotów był nawet poprawić Biblię, tak bał się, że ktoś mógłby
pomyśleć, iż kobieta przemówiła jako pierwsza.
Powtarzam: tymi kategoriami myśli nie mizoginiczny kaznodzieja opętany przez
fobię płci, ale Dante, prawie przykładny ojciec i mąż, idealny kochanek. Można sobie
wyobrazić sposób myślenia innych.
Siła tradycji jest przemożna; tylko pomyśl, czytelniku, przez całe stulecia nie pamiętano
o tym, że także Jezus i apostołowie należeli do przeklętej rasy bogobójców. Jakże
w tej sytuacji zaakceptować kapłaństwo kobiety, skoro od samego początku bano się
jej jak zarazy; nie chodzi o to, że mówiłaby: „Rozgrzeszam cię” i „To jest ciało moje”, ale
o to, że mogłaby powiedzieć najpierw: „Dzień dobry, wężu, jak się miewasz?”
Tak więc, dziewczęta, zostańcie na swoim miejscu. Powiedział to nawet Dante.
72 CHCIAŁBYM PRZECZYTAĆ TĘ ROZPRAWĘ O WYKAŁACZKACH
Być może nie zdajesz sobie sprawy, czytelniku, z tego, jak smakowita jest lektura katalogów
starodruków. Nie tylko dla kolekcjonera, zainteresowanego pięknem i wiekiem
egzemplarza, ale również dla zwykłego ciekawskiego poszukiwacza osobliwości.
Poza tym, jak wiadomo, istnieją całe repertoria bibliograficzne poświęcone „literackim
szaleńcom”, a jedno z najnowszych (Andre Blavier, Les fous litteraire, Vevrier, Paryż
1982) liczy dziewięćset stron i obejmuje tylko dwa ostatnie stulecia. Mam właśnie w rękach
katalog Gabinet de curiosites II paryskiego antykwariatu Intersigne (66, rue du
Cherche Midi, do wiadomości zainteresowanych) i kiedy przeglądam spis tych 535 tytułów,
miałbym ochotę przeczytać wszystkie. Rezygnuję z wybornych publikacji medycznych
z okresu pozytywizmu: analizy szaleństwa Rousseau i E.T.A Hoffmanna oraz
dziełka z 1842 roku Mahomet jako chory psychicznie; eksperymenty z przeszczepianiem
jąder małpy człowiekowi; srebrne protezy jąder; dzieła słynnego Tissota na temat masturbacji
(jako przyczyny ślepoty, głuchoty, przedwczesnej demencji i tak dalej); dziełka,
w którym ostrzega się przed niebezpieczeństwem syfilisu jako prawdopodobnej przyczyny
gruźlicy; innego, z 1901 roku, o nekrofagii. Ograniczam się do tytułów mniej naukowych
i w większości przełożonych na włoski, chociaż są to książki francuskie.
Chciałbym mieć niejakiego Andrieu, O wykałaczkach i związanych z nimi niedogodnościach,
1869 r. Pociąga mnie Ecochoard opisujący rozmaite techniki wbijania na pal,
a także Fournela, O roli bicia kijem (1858), gdzie podaje się listę sławnych pisarzy i artystów,
którzy byli chłostani, od Boileau po Woltera i Mozarta. Niejaki Berillon (wymieniony
jako człowiek nauki zaakceptowany przez nazizm) w środku wojny światowej
(1915) pisze rozprawę La polychesie de la race allemande, w której dowodzi, że przeciętny
Niemiec wytwarza więcej materii fekalnej niż Francuz, i to o bardziej nieprzyjemnym
zapachu.
Pan Chesnier-Duchene (1843) opracowuje skomplikowany system tłumaczenia
francuskiego na osobliwe hieroglify, aby stał się językiem zrozumiałym dla wszystkich
73
narodów. Chassaignon (to akurat mam) pisze w 1779 roku cztery tomy noszące smakowity
tytuł Charakter wyobraźni, potop grafomanii, womity literackie, hemoragie encyklopedyczne,
potwory nad potworami. Dodajmy — kto zdobyłby się jednak na przeczytanie
tych 1500 stron? — że ten pan, którego biografowie jednomyślnie określają jako głupca,
bierze na warsztat całą literaturę powszechną, od Wergiliusza po najbardziej marginalnych
i tępych pismaków; wciąga ich w wir własnego obłędu, wyłuskując cytaty, ciekawe
epizody, uwagi, którymi zapełnia całe stronice przypisów, przechodząc od niebezpieczeństw
związanych z krytykowaniem skromności do sławienia pochwały, od proroctw
Ezechiela do korzeni lukrecji.
W innym katalogu (Quentin, 9 Place de la Fusterie, Genewa) natrafiam na dziełko
z 1626 roku poświęcone Zakonowi Rogaczy Reformowanych, którego autor opisuje statut
obowiązujący adeptów, ceremonię inicjacji i sięga wstecz do rogaczy z Wieży Babel.
A w katalogu Schreibera (285 Central Park West, Nowy Jork) pojawia się książka, która
miała niezliczone wydania od 1714 roku do początków dziewiętnastego wieku. Chodzi
o Arcydzieło nieznanego autora, pióra niejakiego Sainthyacinthe’a, który podpisywał się
jednak jako Chrisostome Matanasius (też mam, ale w gruncie rzeczy to żaden rarytas).
Trzeba wiedzieć, że to, co nazywamy para tekstem — to znaczy teksty towarzyszące
dziełu, od skrzydełka obwoluty po reklamy, od recenzji po notatki prasowe i tak dalej
— niegdyś wchodziło w skład książki. Tytuł zajmował zwykle całą stronę i był po prostu
pochwałą, sławiącą treść i wartość dzieła; samo zaś dzieło było poprzedzone serią
wierszyków pochwalnych, pozdrowień, hołdów i panegiryków ułożonych przez przyjaciół
autora.
Matanasius konstruuje pirotechniczną parodię tej tendencji i pisze księgę, w której
materiał wstępny, nie wspominając nawet o posłowiach i odpowiedziach na odpowiedzi
(w najrozmaitszych językach, z makaronistycznymi transliteracjami z francuskiego
na hebrajski) jest bez mała dłuższy od właściwego tekstu, naśladującego erudycyjne
dzieła. W rzeczywistości chodzi tu o monstrualny komentarz do ludowej piosenki,
która liczy czterdzieści wersów.
Pierwsze wydanie było dosyć cienkie, ale w miarę jak je wznawiano, a w każdym
razie do ósmego wydania, to znaczy do śmierci autora, rozrastało się dzięki wkładom
innych kpiarzy, przyjaciół pisarza. Wydanie, które mam, z 1716 roku, liczy trzysta stron,
natomiast wydanie z 1754 roku, to, którego opis znalazłem w katalogu, już 528.
Na tym kończę i mam tylko nadzieję, że ten pobieżny przegląd będzie pociechą dla
tych, którzy załamują ręce nad tym, iż w naszych czasach drukuje się za dużo książek
niepotrzebnych.
74 TO PRAWDA, W NASZYCH CZASACH NIEBEZPIECZNIE BYŁOBY
WYSTAWIĆ ŻYDA Z MALTY
W zeszłym tygodniu śledziłem na łamach „La Republica” dyskusję sprowokowaną
tym, że Luca Ronconi postanowił z dwóch dzieł uznanych za antysemickie, Kupca weneckiego
Shakespeare’a i Żyda z Malty Marlowe’a, wyróżnić to pierwsze, godząc się na
jego wyreżyserowanie, kosztem drugiego, którym nigdy nie chciał się zająć. Guido
Almansi, przyznając, że utwór Marlowe’a jest „wściekle antysemicki”, protestował (on,
Żyd) przeciwko tej formie cenzury. Trzy dni później Mario Pirani odpowiedział mu,
przypominając o historycznym związku między literaturą a prześladowaniami, a jednocześnie
Anthony Burgess wyjaśniał, że w przypadku Marlowe’a nie można mówić
o antysemityzmie, lecz tylko o ksenofobii.
Ta dyskusja przypomniała mi dyskusje, które w Stanach Zjednoczonych (w okresie
politically correct) stały się obsesyjne i znacznie bardziej zaciekłe niż ta (była bowiem
powściągliwa i uprzejma). Tam by się przeciwstawiono nie tylko wystawieniu Kupca,
ale również zajmowaniu się nim w ramach studiów uniwersyteckich. Ale, jak wiadomo,
po drugiej stronie oceanu można kontestować krytyczną lekturę Pani Bovary, gdyż
płeć żeńska ma w tej książce konotację słabości; i chociaż Almansi napisał to żartem, jesteśmy
bliscy umieszczenia na indeksie Moby Dicka, gdyż zachęca do łowienia wielorybów.
Rzecz w tym, że niektóre dzieła są nośnikami myśli społecznie i moralnie „niebezpiecznych”
— w tym większym stopniu, im większa jest ich wartość artystyczna.
Ustalenie, że należy te pozycje odradzać osobom niedojrzałym i że dzieł markiza
de Sade’a nie należy czytać w gimnazjum ani nawet — by uniknąć żakowskiej reakcji
— w liceum, to jeszcze nie jest cenzura. Ale na uniwersytecie można doskonale poświęcić
wykład Sade’owi. O tych, którzy załamywaliby ręce, gdyż mowa tu o autorze nie
odróżniającym zbyt precyzyjnie ciała kobiety od stołu operacyjnego, można by odpowiedzieć,
że jeśli chce się zrozumieć ten okres historyczny, tę ideologię natury, a także
znaczny fragment literatury późniejszej, trzeba umieć rozważyć również przesłanki fi75
lozoficzne, jakimi inspirował się markiz, a także społeczeństwo, w jakim przyszło mu
żyć. Byleby wszystko zostało przeprowadzone w atmosferze surowej i poważnej, bez
wzywania do auli mistrza kulturystów i Moany Pozzi, żeby zinterpretowali co bardziej
słone kawałki.
Tak samo należy postąpić z tymi dwoma dziełami, Shakespeare’a i Marlowe’a. Chodzi
przecież o dokonanie analizy pewnego składnika europejskiej umysłowości, a jeśli ci
autorzy nie są prawdziwymi antysemitami, tym gorzej, gdyż zależy nam na zbadaniu
żywotności pewnych stereotypów. Podobnie jak, nie wszczynając wojny z Jane Fondą,
warto zrozumieć, dlaczego kapitan Ahab, nafaszerowany lekturami biblijnymi, mógł
utożsamić wieloryba ze złem — natomiast odczytywanie Melville’a według klucza ekologicznego
byłoby najgorszym sposobem, by zrozumieć jego i epokę, w której żył.
Co bym więc zrobił, gdyby zaproponowano mi reżyserowanie Żyda z Malty? Może
dwadzieścia lat temu zgodziłbym się, w każdym razie w laboratorium form teatralnych,
gdyż wtedy można by oczekiwać, że upiory, jakie budzi ten utwór, znikły już bezpowrotnie.
Dzisiaj byłbym znacznie ostrożniejszy, bo dokoła krąży o wiele więcej osób na nowo
opętanych przez te upiory, i nie chodzi tu bynajmniej tylko o młodzież. Omówiłbym to
dzieło w wykładzie uniwersyteckim, ale nie wystawiłbym go w telewizji. Z tego samego
powodu, z jakiego odradzałbym Cierpienia młodego Werthera chłopakowi, który przechodzi
akurat depresję.
W ostatnich dniach przeczytałem na nowo Rozmowy o wielości światów Fontenelle’a.
Chociaż był to umysł otwarty, nie należy zapominać, że pisał pod koniec siedemnastego
wieku. Nie tylko wybiera sobie jako partnera do rozmów naukowych kobietę, ale
również okazuje nadzwyczajną gotowość do uznania inteligencji i godności wszelkiej
rasy, jaka żyje w kosmosie, bez względu na to, czy jest antropomorficzna, czy nie. Kogo
jednak cytuje, kiedy ma podać przykład istot podludzkich? Ziemian o czarnej skórze.
Jest skłonny szanować mieszkańców Księżyca i Jowisza, ale mieszkańców Afryki lub
Oceanii — nigdy. A pod koniec dialogu, po tym, jak owa dama słuchała go z rozumnym
podziwem, w dowód wdzięczności zachęca ją, by wróciła do zajęć, które przystoją białogłowie,
to znaczy do rozmów światowych.
Być może w tym właśnie momencie na jednym z amerykańskich uniwersytetów
jakaś Oleanna występuje przeciwko profesorowi, który czyta Fontenelle’a. Robi źle, bo
pomijając fakt, że dzieło jest interesujące, właśnie te sprzeczności autorskie pozwalają
nam zrozumieć nie tylko umysłowość tamtej epoki, ale również przesądy, jakie po niej
odziedziczyliśmy.
76 ALE W TEJ POLEMICE NAPOTYKAM GŁUPSTWA, HEREZJE
I BLUŹNIERSTWA
Kiedy niedawno spytano mnie, co jest dla mnie nie do zniesienia (pisałem o tym
jakiś czas temu), zacząłem szukać definicji, którą mogliby przyjąć wszyscy, bez względu
na wyznanie i ideologię. Ustaliłem granice, jeśli chodzi o ciało (oczywiście własne, ale
jeszcze bardziej o należące do innych). Rozmawiamy, słuchamy, chodzimy, jemy i pijemy,
stoimy albo leżymy, załatwiamy potrzeby naturalne, łączymy się dla przyjemności
i z wyboru z innymi ciałami, śpimy. Uniemożliwić komuś zaśnięcie albo powiesić
go głową w dół, kazać mu żyć wśród własnych odchodów, zabronić mu mówić i słuchać
tego, co mówią inni, zniewalać go, zabijać — to czyny złe. Wydaje mi się, że taka
elementarna podstawa powszechnej etyki jest do przyjęcia zarówno dla ateisty, jak dla
wierzącego.
Cesare Cavalleri poświęca temu mojemu twierdzeniu dwa artykuły („Eco di
Bergamo” i „Avenire”), gdyż jego troskę budzi fakt, że mówię o ciele, a nie o duszy, i dowodzi
w ten sposób, iż jestem „laikiem” (a przed paroma dniami pewien duchowny
polski powiedział, że to brzydkie słowo). Cavalleri nie wie, że dla Anielskiego Doktora
z Akwinu moce duszy (nobis ignotae) objawiają się nam, śmiertelnym, tylko verbo et
facto, a tym samym poszanowanie wolności innego człowieka do mówienia, słuchania
i wybierania oznacza poszanowanie także jego wnętrza.
Ale najbardziej u Cavalleriego (którego niektórzy chcieliby uznać za chrześcijanina,
choć nie wydaje się to wiarogodne) zadziwia pieczyste przyrządzone z twierdzeń,
w których kryje się głupstwo, herezja i bluźnierstwo wołające o pomstę do nieba.
Głupstwo tkwi w tym, że to moje nadanie nadmiernej wagi ciału jest jakoby „czkawką
po gnozie”, a właśnie gnostykom, według myśliciela Cavalleriego, zawdzięczamy myśl,
że prawa biologiczne ciała są źródłem praw moralnych. Cavalleri nie musi wiedzieć, że
głównym rysem gnozy była pogarda dla ciała i materii (podczas gdy dobrzy chrześcijanie
wierzą w zmartwychwstanie ciał). Spokojnie, nikt nie jest doskonały (poza gnostykami),
aczkolwiek lepiej byłoby, żeby Cavalleri zajrzał do jakiejś popularyzatorskiej bro77
szurki, zanim napisze o czymś, na czym się nie zna. Poza tym jego wyobrażenie relacji
między duszą a ciałem jest osobliwie psychosomatyczne, twierdzi bowiem, że moje sofizmaty
wywołują u niego pokrzywkę.
Przejdźmy do herezji. Moim zdaniem naprawdę gnostyczna jest ta niechęć do uznania
ciała za dar Boży, ten strach, że prawa biologiczne mogą być źródłem praw moralnych.
Zachęcam Cavalleriego do zastanowienia się nad niektórymi z dziesięciorga
przykazań. Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się zakaz zabijania, kradzieży, popełniania
aktów nieczystych i „mówienia” fałszywego świadectwa. Pozostaje zakaz pożądania
żony bliźniego swego i tutaj mamy najsłuszniejsze ze wszystkiego, co napisał Cavalleri.
Ponieważ powiedziałem w swej naiwności, że także gwałt jest zniewoleniem ciała (i
wolności) bliźniego, Cavalleri komentuje to tak: „A czemuż to gwałt nie miałby respektować
ciała bliźniego? Ciało może nawet czerpać przyjemność z gwałtu, obrażona jest
przede wszystkim dusza”. I tutaj jedno z trzech: albo Cavalleri nigdy nie był zgwałcony,
a mamusia nie powiedziała mu, co się dzieje przy tej sposobności (to coś więcej niż pokrzywka!);
albo przyjmuje wyłącznie punkt widzenia gwałciciela, który odczuwa przyjemność,
i utożsamia się z nim, a nie ze zgwałconym; albo, ponieważ zgwałconym jest
zazwyczaj zgwałcona, żywi przekonanie, że wszystkie kobiety to dziwki i kiedy się je
gwałci, w głębi serca godzą się na to i czerpią z tego przyjemność — a potem wystarczy
pójść do spowiedzi (one!) i już zbawiły zranioną duszę.
Cavalleri (nie podejrzewając nawet, że ten, kto tak myśli, idzie prościutko do piekła,
gdyż piekło buduje dla siebie już teraz, snując tego rodzaju fantazje, pełne zawiści
i wzgardy), przytacza następnie parę ustępów z Veritatis splendor, gdzie mówi się
o jedności osoby ludzkiej i zastrzega się, że ta jedność nie może odnosić się do zwykłej
normy biologicznej. Zamiast jednak zrozumieć ten apel w jego najbardziej oczywistym
znaczeniu, to znaczy, że nie można opierać etyki wyłącznie na naszych impulsach
i przyjemnościach materialnych, umieszcza w cudzysłowie cytat papieski, którego ni
w ząb nie pojmuje: „Źródło i fundament obowiązku bezwzględnego poszanowania dla
życia ludzkiego należy znaleźć we własnej godności osoby, a nie w zwykłej skłonności
naturalnej do zachowania swojego życia fizycznego”. Widać stąd, że Cavalleri wszystkie
moje stwierdzenia czytał tak, jakbym chciał oprzeć etykę na moim egoistycznym prawie
do mówienia, siusiania i kochania się (co zresztą nie jest prawem, którego można
by lekkomyślnie się zrzec). Ale ja mówiłem o ciałach bliźnich, tych, którym Jezus powiedział,
by nie oddawali policzka i których mam kochać i szanować bardziej (w miarę
możliwości) niż siebie samego!
Taka myśl Cavalleriemu nawet nie przyszła do głowy.
78
TŁUMACZE, SZYKUJCIE SIĘ, DZIŚ RODZI SIĘ WASZE JUTRO
W zeszłym tygodniu byłem w Arles na Kongresie Przekładu Literackiego, trzydniowym
posiedzeniu, które odbywa się od dziesięciu lat i gromadzi tłumaczy na konfrontację
(między sobą i z autorami). Nie po raz pierwszy zajmuję się w tych felietonach
problemem przekładu, pamiętam bowiem, jak w ostatnim dziesięcioleciu rozmnożyły
się na całym świecie czasopisma, konferencje, wykłady uniwersyteckie poświęcone
temu tematowi. Przedtem ukazywały się pojedyncze dobre książki zajmujące się problematyką
tłumaczenia, jak Po wieży Babel George’a Steinera, teraz zaś mówi się o teorii
albo dziedzinie naukowej, a nawet (wszystkie nowości zachęcają do tworzenia brzydkich
słów, czasem niezbędnych) o traduktologii.
U Bompianiego ma właśnie wyjść antologia klasycznych tekstów z dziedziny przekładu,
skąd widać, że sprawa jest dosyć stara (można mówić o dobrych dwóch tysiącach
lat). Widać też, że refleksja nad przekładami rozwijała się zawsze w decydujących momentach
historii, kiedy dochodziło do przemian kulturowych. Ograniczę się do trzech
przykładów: tłumaczeniami zajmowali się Rzymianie, gdyż stanęli wobec konieczności
przyswojenia sobie tekstów greckich; ojcowie Kościoła (jak święty Hieronim) w momencie,
kiedy chrześcijaństwo legitymizowało się, przekładając Słowo Boże z hebrajskiego;
protestanccy humaniści w okresie, kiedy nie tylko tłumaczy się święte teksty na
języki narodowe, ale i odkrywa, że dzięki drukowi mogą trafić do rąk mnóstwa ludzi.
Jakiż to wstrząs historyczno-cywilizacyjny usprawiedliwia w naszych czasach to rozpalenie
na nowo i porządkowanie w zorganizowany sposób refleksji „traduktologicznej”?
Przede wszystkim mamy do czynienia z pewnym ciekawym zjawiskiem: w przeszłości
wydarzenie literackie, religijne lub polityczne stymulowało przekłady i stąd brała
się refleksja teoretyczna (lingwistyka, filologia, hermeneutyka). Natomiast w naszych
czasach właśnie rozwój badań nad językiem (charakterystyczny dla naszego wieku) poprzedzał
refleksję traduktologiczną i dostarczał adekwatnych narzędzi. Współcześnie,
jeśli chodzi o technologię, rozwijają się badania nad przekładem mechanicznym, co jest
przedsionkiem do wszelkich badań nad sztuczną inteligencją, prowadząc do zetknięcia
się teorii semiotycznych z praktyką elektroniczną.
Ale doszło do tego pewne zjawisko komercyjne. Znamienne jest to, że konferencja,
w której uczestniczyłem, odbywała się we Francji. Francja zawsze należała do krajów,
w których wydawano najmniej przekładów (mniej niż we Włoszech, Hiszpanii,
Niemczech czy Japonii). Powiada się, że powodem jest duma narodowa i brak zainteresowania
innymi kulturami oraz to, iż kultura francuska produkowała dość dzieł, by zadowolić
nawet najbardziej wybrednego czytelnika. Ale dlaczego w takim razie w ostatnich
dziesięcioleciach Francuzi zaczęli intensywnie tłumaczyć (wystarczy wejść teraz
do jednej z ich księgarń)? Ponieważ Francja miała to, co nazwałbym fenomenem firmy
FNAC. Chodzi o gigantyczne księgarnie na wielu piętrach, gdzie sprzedaje się wszystko,
co dotyczy komunikacji kulturalnej (łącznie z płytami, radiami i telewizorami oraz
naturalnie tysiącami książek).
Kiedy rynek książki osiąga taką skalę wielkości, żadna produkcja krajowa (choćby
najbardziej intensywna i wyśmienita) nie dostarczy wystarczająco zróżnicowanej oferty.
Trzeba więc za wszelką cenę importować produkcję zagraniczną. Nie chodzi o to, że
księgarnie-domy towarowe powstały, bo trzeba było sprzedać dużo tłumaczeń, ale tłumaczono,
by takie księgarnie mogły się rozwijać.
Na koniec wyłuskajmy inną przyczynę o wymiarze historycznym. Nie chodzi tu jedynie
o fakt (skądinąd decydujący), że świat stał się mały, i przemysł, handel oraz polityka
rozwijają się na płaszczyźnie międzynarodowej, wskutek czego wszyscy muszą
wiedzieć, co robią i myślą inni; ale również o zjawisko, które sprawiło, iż dzisiaj, po runięciu
muru berlińskiego, mówi się większą liczbą języków niż dziesięć lat temu. Kto
dziesięć lat temu myślał, że będzie tłumaczony (i że istnieje publiczność dumna ze swojego
języka i pragnąca w nim czytać) na ukraiński albo litewski?
Pokawałkowanie etniczno-językowe prowadzi do wielkich konfliktów i przerażających
tragedii (pomyślmy o Bałkanach), ale wskutek czegoś, co Hegel nazwałby wybiegami
rozumu, zmusza grupy etniczne (nawet walczące między sobą) do poznawania się
za pośrednictwem tłumaczeń. Tłumaczenie rysuje się więc jako narzędzie wzajemnego
poznawania się narodów, które poprzednio musiały posługiwać się jednym, obcym im
językiem, teraz odzyskały swój, a jednak nie mogą pozwolić sobie na zamknięcie się we
własnej kulturze. I jest rzeczą znamienną, że w Arles doszło do konfrontacji nie tylko
tłumaczy z wielkich języków międzynarodowych (i na te języki), ale mówiło się także,
jak przekładać na fiński, estoński, albański, arabski i prowansalski, oraz z tych języków
na inne.
SPIS TREŚCI
1991 2
MOJŻESZ NA VIDEO I JAK TO JEST ZE SZMIRĄ 3
RZYMSKI MIECZ, SŁOWO MUSSOLINIEGO 5
ZŁY CZERKIES DLA TV, TEATRU I POWIEŚCI 7
RADUJMY SIĘ, NIEBO MOŻE ZACZEKAĆ 9
KATEDRA, FLECISTA, INTERPRETACJA 11
ZDARZYŁO SIĘ PEWNEGO WIECZORU W BABILONII… 13
DLACZEGO KSIĄŻKI PRZEDŁUŻAJĄ NAM ŻYCIE 15
NA SZCZĘŚCIE JESTEŚMY NADAL MŁODZI 17
PRACA W WEEKEND, ŚWIĘTOKRADZTWO. 19
CZY SWOBODA SEKSUALNA JEST PRAWICOWA, CZY LEWICOWA?
21
POLIGLOTYZM KULTUROWY, CZYLI OSTATNIA REWOLUCJA
23
ZAPOŻYCZ SIĘ I KUP RAFAELA. TO DA SIĘ ZROBIĆ! 25
JA TEŻ BYŁEM SYNEM WILCZYCY 27
1992 29
ILE DRZEW WYRZUCAM CO ROKU DO KOSZA 30
TUTAJ POTRZEBNY JEST KOMPROMIS EKOLOGICZNY 32
POMIJAJĄC TO, ŻE CHAPLIN JEST LEPSZY NIŻ TOTÓ 34
KTO URODZIŁ SIĘ PIERWSZY, CZŁOWIEK CZY KURA? 36
ILE KOSZTUJE UPADEK IMPERIUM? 38
JAKŻE CUDOWNIE BYŁO BAWIĆ SIĘ PLUSZOWYM MISIEM 40
TELEWIZJA JEST DARMOWA. ILE JEDNAK MOŻNA JEJ SKONSUMOWAĆ?
42
TŁUMACZE, JUTRZEJSZA EUROPA BĘDZIE WAS POTRZEBOWAŁA
45
DZIENNIKARZE, CZEMU PODAJECIE TYLE INFORMACJI FAŁ-
SZYWYCH? 47
PO KOMUNIZMIE I IMPERIALIZMIE IMPERIUM ZŁA TO ŻYDZI
49
1993 51
CZY WIECIE, ŻE NIKT NIE TWIERDZIŁ, IŻ ZIEMIA JEST PŁASKA?
52
PROPONUJĘ BEZPOŚREDNIE TRANSMISJE SPOD SZUBIENICY
W PORZE KOLACJI 54
UWAGA NA WYWIADY, SĄ ZAWSZE FAŁSZYWE 56
CO ZA BOMBA, PRZEPROWADZIŁEM WYWIAD Z KORMORANEM
Z SZETLANDÓW 58
BYĆ MOŻE NADEJDZIE DZIEŃ, KIEDY PREZYDENT AMERYKI
BĘDZIE SIĘ NAZYWAŁ WANG LIU 60
I NAGLE WŁADZA ZNAJDZIE SIĘ W RĘKACH TRZYDZIESTOLATKÓW
62
CHCECIE WIEDZIEĆ, KTO CISNĄŁ DO KOSZA PROUSTA,
FLAUBERTA I WIELU INNYCH? 64
DROGI DZIENNIKARZU, MÓJ ROZMÓWCO, NIE JESTEM TYM,
KOGO SZUKAŁEŚ 66
NATYCHMIAST TRZEBA POMYŚLEĆ O SZKOLE WIELORASOWEJ.
MOŻE NAWET JEST JUŻ ZA PÓŹNO 68
DZIEWCZĘTA, TRZYMAJCIE SIĘ TEGO, CO POWIEDZIAŁ DANTE.
ZOSTAŃCIE NA SWOIM MIEJSCU 70
CHCIAŁBYM PRZECZYTAĆ TĘ ROZPRAWĘ O WYKAŁACZKACH
72
TO PRAWDA, W NASZYCH CZASACH NIEBEZPIECZNIE BYŁOBY
WYSTAWIĆ ŻYDA Z MALTY 74
ALE W TEJ POLEMICE NAPOTYKAM GŁUPSTWA, HEREZJE
I BLUŹNIERSTWA 76
TŁUMACZE, SZYKUJCIE SIĘ, DZIŚ RODZI SIĘ WASZE JUTRO 78

2 responses to “Umberto Eco Drugie Zapiski Na Pudełku Od Zapałek

bla, bla, bla ;)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s