Zygmunt Freud-Psychopatologia Życia Codziennego, Marzenia Senne


Zygmunt Freud
Urodzony 6 V 1856 w Freibergu (obecnie Pribor) na Morawach, zm. 23 IX 1939 w
Hempsted k. Londynu; austriacki neurolog, neuropatolog, psycholog i psychiatra, twórca
psychoanalizy i psychologii głębi. Działalność: Po uzyskaniu w 1881 stopnia doktora medycyny na
Uniwersytecie w Wiedniu został aspirantem w Szpitalu Das Allgemeine Krankenhaus w Wiedniu,
od 1885 był docentem prywatnym, a w latach 1902-38 profesorem neuropatologii na
Uniwersytecie Wiedeńskim, równocześnie od X 1885 do IV 1886 pracował pod kierunkiem J. M.
Charcota w Klinice Salpetriere w Paryżu. W 1886 rozpoczął prywatną praktykę neurologiczną
w Wiedniu, wraz z J. Breuerem opracował technikę katharis; w latach 1886 – 93 pracował jako
neurolog w Instytucie Neurologicznym Kassowitza w Wiedniu, 1886 studiował w Berlinie w
Szpitalu Cesarza Fryderyka (pod kierunkiem A. Bagińskiego) oraz na oddziale chorób nerwowych i
umysłowych Szpitala Charite (pod kierunkiem R. Thomsena i H. Oppenheima), a podczas
kolejnego pobytu we Francji (1889) — w Klinice Wydziału Medycznego Uniwersytetu w Nancy
(pod kierunkiem H.-M. H. Bernheima). Był współzałożycielem i wydawcą (1909 – 14) pisma
„Jahrbuch fur psychoanalytische und psychopathologische Forschungen” oraz współzałożycielem
pism „Zentralblatt fur Psychoanalyse” (1910 -12) i „Imago” (1912 – 38). W 1903 był założycielem i
prezesem, a od 1910 kierownikiem naukowym Wiedeńskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego;
1910 był współzałożycielem Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychoanalitycznego; od
1936 członkiem zagranicznym Royal Society w Londynie. W 1938 wyemigrował do Londynu,
gdzie podjął wykłady na Uniwersytecie Londyńskim. Freud reprezentował w psychologii
stanowisko dynamiczne, pojmując psychikę jako zorganizowany układ sił nieświadomych; w 1886
wprowadził termin „psychoanaliza”, a w 1887 opracował teorię psychoanalizy. Opracował również
etiopatologię nerwic; był autorem symbolicznej interpretacji marzeń sennych.
Zygmunt |
Biblioteka Klasyków Psycnologii
Komitet Redakcyjny
Włodzimierz Szewczuk – przewodniczący
Jan Legowicz
Józef Pięter
Janusz Reykowski
Bogdan Suchodolski
Tadeusz Tomaszewski
Artur Kowaliszyn – sekretarz
F
Zygmunt l
reud
Psychopatologia żyda codziennego Marzenia senne
Państwowe Wydawnictwo Naukowe -Warszawa 19gy
Tytuły oryginałów:
• \ l ••
Żur Psychopathologie des Alltagslebens (Uber Vergessen, Versprechen, Vergreifen, Aberglaube
und Irrtum), 1901
Pierwsze wydanie polskie 1912
Przełożyli
LUDWIK JEKELS i HELENA IYANKA
Przekład uzupełnił i poprawił na podstawie S. Freud Gesammelte Werke, Vierter Band Imago

Publishing Co., T-dd, Loradon WŁODZIMIERZ SZEWCZUK
Uber den Traum, 1901
S. Freud Gesammelte Werke, Zweiter und dritter Band
Przełożył
WŁODZIMIERZ SZEWCZUK
Notę o autorze i bibliografię oj Adam A. Zych
Projekt graficzny serii Zygmunt Ziemka
Redaktor
Danuta Sulewska
Redalktor techniczny Bożena Siedlecka
Korektor
Alina Dudkowska
© Copyright for the PoUsh edition by Państwowe Wydawnictwo Naukowe Warszawa 1987
Zygmunt Freud
i jego koncepcja człowieka
Nie ulega wątpliwości, że rozwijana przez Zygmunta Freuda psychoanaliza była wielkim
wydarzeniem w historii psychologii, że jej znaczenie wykroczyło poza granice tej nauki.
Nie ulega jednak również wątpliwości, że uczniowie i wyznawcy Freuda, szczególnie ci mniej
twórczy, zbyt wcześnie zbudowali świątynie pod jego wezwaniem, zbyt wcześnie postawili mu
pomnik. Utrudniało to niepomiernie obiektywne spojrzenie na jego osiągnięcia. Jak słusznie
podkreślał Frank Suloway 1, uczniowie Freuda stworzyli mit o przełomowej oryginalności swego
mistrza, a wraz z tym mitem — ortodoksyjny kult psychoanalizy.
Do tego walnie przyczynił się sam Freud, gdyż uporczywie starał się przekonać wszystkich, że
jego psychoanalityczna koncepcja człowieka jest tworem na wskroś oryginalnym. Odżegnywał się
od wszelkich wpływów. Tymczasem jest faktem historycznym, że koncepcja Freuda to synteza, z
pewnością synteza twórcza, oparta na wielowątkowym materiale poglądów filozoficznych, a także
doświadczeń psychiatrycznych, cudzych i własnych.
Freud, jak wielu innych pionierów problematyki osobowości, był z zawodu lekarzem.
Wcześniejsze od me-
ISBN 83-01-07644-5
1 F. Suloway Freud: Biologe der Seele. 1934.
dycznych były jego zainteresowania biologiczne. One związały go ze szkołą Hermanna Helmholtza
— szczególnie z fizjologiem Ernestem Briicke, który na kanwie jednej z idei Helmholtza budował
koncepcję żywego organizmu, w tym także człowieka, jako względnie zamkniętego układu
dynamicznego, rządzonego prawami natury, podobnie jak rządzą one całą rzeczywistością, do
której należy i ta drobna cząsteczka, jaką jest człowiek. Trzeba pamiętać, że przełom XIX i XX w.
to czasy triumfu zasady zachowania energii, czasy rozpatrywania wszystkiego w aspekcie
energetycznym. Ale przełom epok to równocześnie renesans różnych postaci wo-luntaryzmu.
Wszystkie one sięgały do Arthura Schopen-hauera i jego idei woli jako ontologicznej osnowy
wszelkiego istnienia. Rozwijając idee Friedricha Schellinga uznał Schopenhauer wolę za
ontologiczną osnowę wszelkiego istnienia. Bezprzyczynowa wola, jako rzecz sama w sobie,
duchowa praosnowa wszystkiego, przejawia się we wszystkim, od świata nieorganicznego
zaczynając, przez świat organiczny, pierwotny, aż do człowieka włącznie. Świat materialny jest po
prostu obiektywizacją woli. Wola sama jest pozbawiona sensu, jest ślepą siłą istnienia, żądzą życia
dla samego życia. Głód, miłość są najpotężniejszymi napędami wszelkiego działania, w nich jawi
się wola życia. Człowiek, opanowany dzikimi, nie dającymi się nigdy okiełznać instynktami,
opanowany tą właśnie żądzą życia, nie jest w stanie niczego zmienić w jakiś istotny sposób w tym
bezustannym stawaniu się, w tej obiektywizacji woli. Natura ludzka — w jeszcze większym stopniu
niż zwierząt — jest zła w swej istocie i jako taka niezmienna. Jeżeli wola staje się u człowieka

świadoma, to wchodzi automatycznie w permanentny konflikt ze swoim źródłem — wolą
pierwotną. Jednostka ludzka chce za wszelką cenę być ośrodkiem wszystkiego. Każdy człowiek jest
gotów zniszczyć
świat, byle swoje własne „ja”, tę, jak mówi autor „Świata jako woli i jako wyobrażenia”
(Die Welt als Wille und Vorstellung), kroplę w morzu utrzymać nieco dłużej w stanie
jednostkowego istnienia. W tym konflikcie tkwi przyczyna wiecznego ludzkiego cierpienia.
Te dwie koncepcje organizmu żywej jednostki — jako systemu energetycznego oraz jako
głębinowej siły, pędu urzeczywistniającego się w stającym się życiu człowieka, wypełniającego je
treścią — stały się osnową psychoanalitycznej teorii osobowości skonstruowanej przez Freuda. Jej
szczegółowa postać ukształtowała się pod wpływem doświadczeń i przemyśleń psychiatrycznych.
Zainteresowania medyczne Freuda kierowały się ku neurologii. Pasjonował się problematyką
zaburzeń nerwowych. Nie tylko on. Problematyka ta absorbowała całą ówczesną psychiatrię.
Szukano odpowiedzi na pytania o przyczyny tych zaburzeń. Pytania te nakładały się na ogólniejsze
zagadnienie: jaki jest człowiek, jaka jest jego rzeczywista natura — zagadnienie, przed którym, jak
wcześniej już zostało podkreślone, zatrzymywała się XIX-wieczna psychologia eksperymentalna, a
którego rozwiązania — już nie filozoficznego w stylu traktatów o naturze ludzkiej, lecz naukowego
— coraz natarczywiej domagało się życie.
W słynnej szkole francuskiej Jeana M. Charcota w Paryżu zarysowała się propozycja odpowiedzi
na to pytanie. Pewne było, że bardzo wiele zaburzeń, które w klinice Charcota leczono rnetodą
hipnozy, wywodziło się z konfliktów wewnętrznych jednostki. Dla Charcota, w którego klinice, w
słynnym na cały świat ośrodku Salpetriere, Frp.ud odbywał staż naukowy w latach 1885-1886,
pewne było jeszcze i to, że te konflikty najczęściej powstają na podłożu erotyczno-sek-sualnym.
Stefan Z-yeig relacjonuje w autobiografii
Świat wczorajszy wypowiedź Freuda o jego rozmowie z Charcotem, w której toku wielki psychiatra
francuski dał jednoznaczny wyraz takiemu właśnie przypuszczeniu, podkreślając równocześnie, że
nie nadaje się to jednak do oficjalnego przedstawienia, gdyż wywołałoby sprzeciw opinii
publicznej. Trzeba pamiętać, że przełom XIX i XX w. to czasy pruderii, z którą liczyły się nawet
podręczniki anatomii i fizjologii.
W latach 1880 – 1882 lekarz wiedeński dr Józef Breuer, z którym Freud współpracował, stosował
w leczeniu zaburzeń nerwowych metodę wszechstronnego wypowiadania się pacjenta na temat
swojej choroby, uzyskując w ten sposób w wielu przypadkach znaczne polepszenie stanu pacjenta.
W 1895 r. Freud udoskonalił samą technikę wydobywania zwierzeń pacjentów. Analiza treści
zwierzeń, wynurzeń pacjentów, potwierdziła to, co znajdował Charcot. Freud zaczai konstruować
swoją teorię osobowości.
Człowiek jako istota organiczna stanowi dynamiczny system energetyczny, który w wyniku
ciągłych oddziaływań świata zewnętrznego znajduje się w stanie chwiejnej równowagi.
Podstawową, pierwotną część tego systemu stanowi potencjał energetyczny, nazwany przez Freuda
id lub es, czyli „ono”. Swoją energię czerpie „ono” z całokształtu procesów przemiany materii
opierającej się na przyjmowaniu pożywienia ze świata otaczającego. Równocześnie stanowi „ono”,
według Freuda, „prawdziwą rzeczywistość psychiczną”, ale jeszcze bez jakiegokolwiek kontaktu z
obiektywną rzeczywistością. Jest to najbardziej wewnętrzny świat osobnika. Nietrudno dopatrzeć
się tutaj podobieństwa do „pierwotnego pędu”, stanowiącego samą istotę rzeczywistości, u
Schopenhauera. Przemiana materii i ogól pobudzeń prowadzą do powstania nadmiaru energii, a tym
samym do stanu napięcia, szukającego ujścia,
zmierzającego do wyładowania” się, a przez to do swoistej formy urzeczywistnienia, którą rządzi
zasada przyjemności. Rozładowanie napięcia zgodne z tą zasadą dokonuje się albo poprzez
czynności odruchowe oparte na wrodzonych mechanizmach, albo poprzez bardziej złożone reakcje
psychiczne w postaci wyobrażeń lub halucynacji, zaspokajających w swoiście psychiczny sposób
pragnienia, życzenia pierwotnego id. Jednakże to wszystko nie może zredukować całkowicie

napięcia energetycznego, zwłaszcza że potrzeby organizmu zmuszają osobnika do działań
prowadzących do kontaktu z obiektywnym światem, z otaczającą go rzeczywistością. W tym
kontakcie z rzeczywistością nieokreślony świat doznań pierwotnych zaczyna się konkretyzować,
powstają spostrzeżenia, zaczyna różnicować się zaspokajanie życzeń i to, co życzenie zaspokaja,
zaczyna się tworzyć druga warstwa osobowości, nazwana przez Freuda ego albo ich, to znaczy „ja”.
To „ja” jest „zbudowane” ze spostrzeżeń przedmiotów świata otaczającego i samego siebie, z myśli,
z realistycznego myślenia o rzeczach, myślenia, które w płaszczyźnie świadomej planuje
zaspokajanie pierwotnych pragnień. Jest jasne, że to ego jest jedynie nową (powstałą w kontakcie z
rzeczywistością) postacią id, jest, jak można by się wyrazić, zorganizowaną porcją id. Od swego
rozwojowego zarania jest ono stale na usługach id, z niego czerpie swą energię i jego celom służy.
Podobnie jak id i ego jest nastawione na wchłonięcie, zawładnięcie wszystkim dla zaspokojenia
pierwotnego pragnienia. Tutaj już można uzupełnić: pragnienia o charakterze seksualnym. Freud
zamiast tego terminu używa często określenia „libidalny”. Id utożsamia on z libido, z dążeniem do
jakiejś najpierwotniejszej rozkoszy. Gdyby realizacji tego pierwotnego popędu nic nie stało na
przeszkodzie, jednostka niszczyłaby wszyli
10
stkd,eco nie służyłoby zaspokojeniu. Uniemożliwiłoby to współistnienie, społeczne życie gatunku.
Społeczeństwo ogranicza tę realizację, tworząc tym samym w osobniku od najwcześniejszych lat
jego życia trzecią warstwę osobowości, warstwę umożliwiającą współżycie ludzi, a poprzez to
istnienie samej jednostki. Od rodziców, od otoczenia dorosłych, w szkole dziecko przejmuje system
wartości i ideałów społecznych, system ograniczający bezwzględną realizację zasady przyjemności.
To przejmowanie jest oparte na nagradzaniu z jednej, a karaniu z drugiej strony, nagradzaniu tych
działań, które są społecznie dopuszczalne, a karaniu przeciwnych. System nakazów i zakazów
wydawanych przez społeczność dorosłych, utrwalonych u dziecka, uwewnętrznionych, staje się
jego sumieniem, które ocenia, wartościuje każde jego poznanie, każde jego działanie zarówno
zamierzone, jak i wykonywane czy wykonane. Równolegle do kształtowania się sumienia tworzy
się i rozbudowuje ideał własnego „ja”. Rozpoczyna ten proces wpływ wychowawczy, a kończy, nie
zawsze, samodoskonalenie danej jednostki. Sumienie i „ja” idealne to dwa składniki trzeciej
warstwy osobowości, nazwanej przez Freuda super–ego, uber-ich, czyli „nad-ja”. Reprezentowane
przez nie wartości decydują, czy jednostka przeżywa poczucie winy za swój czyn, czy też jest
dumna z niego.
Bliższe określenie tych „warstw”, „pokładów” czy „podsystemów”, ich natury, nie jest łatwe. Nie
są one bytami, nie stanowią one części czy segmentów jakiejś całości. Tego rodzaju określenia są
jedynie obrazowymi przenośniami. W rzeczywistości składają się na nie różnorodne procesy
zachodzące w tym samym osobniku, z tym że jako id mają one charakter biopsychiczny, jako ego
— psychiczny, a jako superego — psychospołeczny. Freud nigdy nie odnosił ich do rzeczywistej
anatomicznej struktury organizmu, do struktury jego układu
nerwowego. Rozpatrując sprawę od tej strony, bardzo istotnej, nie możemy tych procesów w żaden
sposób zlokalizować. Są one zawieszone w próżni spekulatywnego modelu.
Freud wprawdzie posługiwał się chętnie pojęciem systemu energetycznego, ale znowu brak
bliższych określeń nie pozwala na jego jednoznaczną interpretację. Zgodnie z ówczesnym
rozróżnianiem rodzajów energii w zależności od postaci jej działania Freud używał określenia
„energia psychiczna”, rozumiejąc przez to energię psychicznej aktywności osobnika. I dalej,
zgodnie z panującą w nauce zasadą zachowania energii, „energia fizyczna” może przechodzić w
„energię psychiczną” i na odwrót. Właśnie w „systemie”, „warstwie”, „sferze” id zachodzi taka
przemiana, gdy energia wchłaniana przez organizm w postaci pokarmu, częściowo zużywa się na
czynności krążenia, skurcze mięśni, częściowo na spostrzeganie, myślenie, a w swojej reszcie staje

się psychiczną energią popędu, dążenia, pragnienia natury libi-dalnej.
I tutaj dochodzimy do najistotniejszej części freudow-skiej koncepcji człowieka. Libidalny popęd
jest nie tylko energią działania, ale stanowi równocześnie motyw ukierunkowujący działanie,
wyznaczający mu cel, zasadniczy stały cel. Przedmioty działania, poprzez które ten cel bywa
realizowany, mogą się w ciągu życia zmieniać. W tych przemianach wyraża się plastyczność
jednostkowa, ale — trzeba to szczególnie wyraźnie podkreślić — plastyczność ta jest
uwarunkowana jedynie przemieszczaniem się tej samej energii psychicznej, energii libido.
Nie jest to jednak jeszcze pełny obraz człowieka. Musimy ponownie wrócić do najgłębszej jego
warstwy, do id. Popęd seksualny z jego dążeniem do rozkoszy ma do swojej dyspozycji drugi
popęd pierwotny, popęd niszcze-
13
12
nią. Nie ma takiego okrucieństwa, do którego człowiek pod naporem tego popędu nie byłby zdolny,
gdy podstawowe libidalne tendencje nie zostały okiełznane w jakiś sposób.
„Chętnie zapomina się o tym, że człowiek nie jest łagodną i godną miłości istotą — wywodzi
Freud — która najwyżej — kiedy zostanie zaatakowana — potrafi się tylko bronić, lecz że człowiek
posiada wśród swych popędów także potężną porcję skłonności agresywnych. Wskutek tego bliźni
jest dlań nie tylko potencjalnym pomocnikiem i obiektem pożądania płciowego, lecz także stanowi
pokusę, aby w stosunku do niego dać upust skłonnościom agresywnym, wykorzystać jego pracę nie
. wynagradzając go, wyzyskać go seksualnie bez jego zgody, zawładnąć jego mieniem, upokorzyć
go, sprawić mu ból, zadręczyć go i zabić. Homo homini lupus — kto po wszystkich
doświadczeniach życia i historii ma jeszcze odwagę zaprzeczyć temu zdaniu? Ta okrutna skłonność
do agresji z reguły czeka tylko na jakąś prowokację albo staje w służbie jakichś innych zamiarów,
których cel można by osiągnąć także za pomocą łagodniejszych środków. W sprzyjających
okolicznościach, kiedy ustaje działanie sił, które hamowały dotąd tendencje agresywne, agresja
objawia się spontanicznie i ukazuje człowieka jako dziką bestię, której obce są względy dla istot jej
własnego gatunku. Kto przypomni sobie grozę Wędrówek Ludów, najazdu Hunów i Mongołów
Dżyngis-cha-na i Timur Lenka, zdobycie Jerozolimy przez pobożnych (J krzyżowców, a nawet
jeszcze okropności wojny światowej, ten będzie musiał z całą pokorą uznać prawdziwość tego
poglądu” 2.
* Z. Freud Kultura jako żródlo cierpień. W: Z. Freud Czto-wiek, religia, kultura. Warszawa 1967,
Książka i Wiedza, s. 282—283.
Freud był przekonany, że każdy człowiek ma dostateczną liczbę okazji, by uświadomić sobie,
wyczuć w sobie samym istnienie skłonności agresywnych, a jeszcze więcej okazji do obserwowania
pierwotnej wrogości panującej między ludźmi. Wystarczy nieraz bardzo drobne, ledwo zauważalne
ograniczenie czyichś życzeń, tendencji, dążeń, by wywołać konflikt i starcie.
Wobec pierwotnie wrogiego stosunku ludzi względem siebie istnieje od początku
niebezpieczeństwo rozpadu i zagłady życia gatunku. W toku rozwoju gatunek ludzki wykształcił
jako narzędzie samoobrony przed zagładą — kulturę. Kultura stanowi całokształt działań ludzkich i
ich wytworów ograniczających życie popędowe, skierowujących jego energię na boczne, zastępcze
tory. Pogląd, że istotą kultury jest podbój przyrody i stwarzanie człowiekowi lepszych warunków
egzystencji, nie odpowiada rzeczywistemu stanowi rzeczy. Akcent, według Freuda, należy położyć
na stronę psychiczną. Dla niego kluczowym problemem jest to, czy i jak dalece dzięki kulturze
ludzie rezygnują z realizacji pierwotnych popędów na rzecz ich wysublimowanych namiastek. Jej
osiągnięcia są olbrzymie — Freud miesza tutaj pojęcia kultury i cywilizacji — od wytworzenia
pierwszych najprymitywniejszych narzędzi, opanowania ognia, do wspaniałych maszyn i urządzeń
pozwalających człowiekowi panować w dużym stopniu nad przyrodą, następnie — wartości
intelektualnych, naukowych i artystycznych, systemów religijnych, filozoficznych, etycznych.

Powstał rozległy świat idei, ideałów człowieka, którymi się szczyci i które określają w jakimś
stopniu, najbardziej w płaszczyźnie wyobrażeniowej, jego życie. Do tego dodać jeszcze należy
ważną cechę kultury, jaką jest regulowanie wzajemnych stosunków między ludźmi.
Cała kultura powstała nie jako rezultat rozwoju społecznych warunków życia człowieka
zdobywającego lep-
14
15
sze poznanie świata, coraz pełniejszą świadomość swoich możliwości, lecz jako skutek obrony
człowieka przed swoją zachłanną popędliwością seksualną i przed własną agresją.
„Kultura musi używać wszelkich środków — czytamy u Freuda — aby ograniczyć agresywne
popędy człowieka i pohamować ich objawy. Stąd więc obfitość metod, które mają skłaniać ludzi do
wzajemnego upodabniania się i do hamowania związków erotycznych, stąd ograniczenie popędu
płciowego, a także idealny nakaz miłowania bliźniego jak siebie samego, który w istocie można
usprawiedliwić tym, że nic bardziej nie sprzeciwia się pierwotnej naturze ludzkiej” 3.
Wszystko to, co Freud odnosił konkretnie do marzeń sennych jako klapy bezpieczeństwa dla
„najgłębszej, płomiennej ciekłej warstwy naszego świata podziemnego”, jakim jest libido, można
bez najmniejszej zmiany zastosować do kultury.
„Niedobre zachcianki fermentują w każdym z nas — bezsilna chęć władzy, odepchnięte i
tchórzliwie skręcone pragnienie anarchii, próżność, zazdrość, chciwość. Każda kobieta, którą
przelotnie mijamy, budzi króciutki dreszcz lubieżności i ta nie zadośćuczyniona żądza posiadania
kłębi się na dnie podświadomości jak żmija zwinięta i jak żmija jadowita. Czyż nie spłaszczyłaby
się dusza pod takim ciśnieniem atmosferycznym albo nie poderwałaby się w skoku morderczych
zamachów, gdyby te tamowane pragnienia nie znajdowały ujścia” * w kulturze.
Freud, konstruując swój model człowieka, którego zarysy były gotowe wcześniej niż baza
empiryczna, mają-
*. v-
* Ibid., s. 283. < Ibid.
16
ca stanowić jego fundament, podkreślał szczególnie”mocno, że było odwrotnie, że to fakty, że
obserwacja i analiza materiału empirycznego doprowadziły go do takiego właśnie modelu
człowieka. Każdy czytelnik Wizerunku własnego 5 ma możliwość przekonania się, że Freud
oderwał zupełnie świat własnych myśli, własnych doświadczeń od tej rzeczywistości, historycznej
rzeczywistości, w której żył i której poglądy nie były, bo nie mogły być, mu obce. Odżegnanie się
od Briickego, Helmholtza, od Schopenhauera, Nietzschego, żeby już nie wspomnieć o Herbarcie,
wreszcie od Charcota i Janeta było świadomym (zgodnie z koncepcją Freuda należałoby
powiedzieć: nieświadomym) zafałszowaniem drogi, jaką szedł budując początki psychoanalizy 6.
Jak przedstawiała się owa baza empiryczna, która została uznana za fundament psychoanalizy?
Przede wszystkim należy wyraźnie zaznaczyć, że gromadzenie przez Freuda tzw. materiału
faktycznego pozostawia bardzo wiele do życzenia, nie spełnia podstawowych wymogów badania
naukowego. Materiałem faktycznym były z pewnością symptomy nerwicowe i zachowania
pacjentów. Były nim również rzeczywiste spontaniczne i stymulowane wypowiedzi pacjentów.
Niestety Freud nie prowadził żadnych systematycznych protokołów. Niekiedy skrótowo notował
niektóre zdarzenia. Jedyną relacją o nich były wypowiedzi samego Freuda po miesiącach, a nawet
po latach. Ale nawet w tych, z reguły skrótowych, relacjach trudno odróżnić zjawisko od jego
interpretacji. W postępowaniu Freuda nie trudno odczytać regułę: szukać tak długo, aż się znajdzie
to i tylko to, co… powinno być znalezione, by być
5 Z. Freud Wizerunek własny. Wars,

Snalizy.
awa 1973,
« ««• |
17
6 W. Szewczuk Wstęp do anty-psy^ Książka i Wiedza; szczególnie część
w zgodzie z koncepcją. Doskonałym przykładem takiego poszukiwania jest przypadek opisany
przez Freuda w Psychopatologii życia codziennego. Autor „Tłumaczenia marzeń sennych” 7 pisze
w liście do przyjaciela, że ukończył właśnie korektę tej książki i że nie zmieni w niej już nic,
„choćby miała zawierać 2467 błędów”. Zainteresowany podaną liczbą zaczyna szukać i po
żmudnych poszukiwaniach stwierdza:
„Obchodziłem swoją pełnoletność, a więc 24 rocznicę urodzin, w areszcie wojskowym […]. A
więc było to w roku 1880; upłynęło od tego czasu 19 lat. I oto masz cyfrę 24 w liczbie 2467. A
teraz weź liczbę lat mego wieku 43 i dodaj do niej 24, a otrzymasz 67! To znaczy, że na zapytanie,
czy chciałbym także przejść w stan spoczynku, powstało we mnie życzenie, bym jeszcze 24 lata
mógł pracować! Widocznie martwi mnie to, że w tym czasie, w którym śledziłem karierę
pułkownika M., sam zaszedłem niewysoko, a zarazem odczuwam pewien rodzaj triumfu, że on
skończył swą karierę, a ja mam jeszcze wszelkie możliwości przed sobą” 8.
Przykład ten ma być dowodem, że pozornie przypadkowo wypowiedziana liczba ujawnia
nurtujące w nieświadomości myśli o charakterze życzeniowym. Wiele takich i jeszcze bardziej
zaskakujących przykładów znajduje się we wspomnianej pracy.
Trzeba także dodać, że Freud miał zwyczaj poświęcania każdemu pacjentowi jednej godziny
dziennie i że jego analizy przeciągały się na miesiące, a nawet lata. H. K. Wells 9 twierdzi, że Freud
mimo to nie skończył ani jednej ze swoich analiz. W tej sytuacji historia cho-
7 Z. Freud Die Traumdeutung. 1900.
8 Z. Freud psychopatologia życia cdziennego, s. 305 niniejszej książki. ^j,^””*1 » *”•
* H. K.’Wells ZmierzcĄ psychoanalizy. Warszawa 1968, Książ
ka i Wiedza, s. 22, I” „”•
roby była nie tyle udokumentowaną zapisami historią, ile rozwijającą się w czasie interpretacją,
ukierunkowaną na z góry założony cel.
Wielu autorów zwracało uwagę na fakt, że twórca psychoanalizy dawał się nabierać różnym
nimfomankom, że zdarzały się przypadki kłopotliwych wpadek. Jest znany i często cytowany w
literaturze przypadek pacjentki, której nerwicę Freud sprowadzał do wspomnień gwałtu ze strony
ojca w wieku pięciu lat, gdy tymczasem okazało się, że to było po prostu niemożliwe, gdyż ojciec
pacjentki był przez lata całe nieobecny w kraju. Nie spowodowało to jednak zmiany, przynajmniej
w tym okresie, w poglądach Freuda. Znajdowało się to, co chciało się znaleźć, mimo iż Freud
wielokrotnie podkreślał w swoich pracach, że w poszukiwaniach liczył się zawsze z faktami, a
unikał nastawiania się na określone wyniki.
Materiałem empirycznym, który miał podbudować freudowską koncepcję człowieka, były dane
pochodzące z czterech obszarów zjawisk: czynności pomyłkowych, zapominania, marzeń sennych i
nerwic. Im właśnie poświęcił obie prace prezentowane w tym tomie.
Czynności pomyłkowe obejmują przejęzyczenia, błędne odczyty napisów, upuszczenia
przedmiotów itp., znane każdemu z życia codziennego. Autorzy, którzy przed Freudem zajmowali
się tego rodzaju zjawiskami, nie traktowali ich bynajmniej jako bezprzyczynowych, ale widzieli w
nich zdarzenia przypadkowe w tym sensie, że nie zamierzone przez sprawcę. Wyjaśniali je takimi
czynnikami, jak zmęczenie, roztargnienie, podniecenie, które ograniczają kontrolę wykonywania
czynności, a tym samym umożliwiają pomyłki. Freud nie zaprzeczał, że tego rodzaju okoliczności
sprzyjają powstawaniu pomyłek, ale nie one decydują, gdyż możliwości wykolejeń czynności jest
wiele. Jego zdaniem konieczny jest

19
l ,*..
motyw, jakaś siła, która stanowi przyczynę pomyłki. Czynności pomyłkowe nie są zatem
przypadkowymi zjawiskami, lecz „poważnymi aktami psychicznymi, [które] mają swój sens,
powstają przez współdziałanie albo raczej przez wzajemne oddziaływanie na siebie dwóch różnych
zamiarów” 10.
Analiza tych przypadków prowadzi niezbicie, zdaniem Freuda, do ciemnych dziedzin życia
psychicznego, takich jak: nikczemna zazdrość, wspomnienia seksualne z dzieciństwa czy aktualne
zakazane życzenia seksualne, pragnienia ambicjonalne, niszczycielskie, nadmierne ambicje itp.
Narzuca się pytanie, czy we wszystkich przypadkach czynności pomyłkowych dochodzą do głosu
tego rodzaju tendencje. Freud był przekonany, że tak właśnie jest.
Drugi obszar zjawisk, z wcześniej wymienionych, to zapominanie. Właściwie i te zjawiska Freud
traktował jako szczególną postać czynności pomyłkowych.
Psychologowie w czasach Freuda i wcześniej ujmowali zapominanie bądź jako skutek
samorzutnego procesu naturalnego (zacieranie się śladów pamięciowych, rozpad związków
skojarzeniowych), bądź jako wynik zaburzeń organicznych w mózgu. Zdaniem Freuda żadna z tych
teorii nie wyjaśniła podstawowych zjawisk z tego zakresu. Żadna z nich nie mogła np.
odpowiedzieć na pytanie, jak to jest możliwe, że po wielu latach przypomina się coś, co
uważaliśmy za całkowicie zapomniane. Tutaj tok rozumowania Freuda był analogiczny jak przy
poprzednio omawianych czynnościach pomyłkowych: zapomnienie ma przyczynę w samej treści
zapomnianego; zapominanie ma swój określony sens, za nim kryje się określony motyw. Już w
1898 r. Freud był
przekonany, że każde zapomnienie jest dowodem istnienia stłumionych, wypartych ze świadomości
treści i że te stłumione treści dążą do ujawnienia się, jeżeli tylko zaistnieją korzystne po temu
okoliczności. Może to nastąpić nawet po wielu latach oL<. -; –, f-: ‚ ••-‚-?: ‚ . „•” ‚””’- „‚ 1; ^•””>•'”‚•
‚”-‚-‚rl •”
wyeksponowali wielkie źhaćźśńie okresu dzieciństwa dla indywidualnego rozwoju każdego
człowieka. W okresie dzieciństwa zarysowują się pierwsze wzory, pierwsze postawy, pierwsze
konflikty, zarysowują się sposoby kontaktów międzyludzkich, widzenia innych i przeżywania
siebie. Odrzucając jednostronność przypisywania decydującej roli czynnikowi seksualnemu w tym
wszystkim, zachowujemy pogląd na znaczenie tego okresu. Chcąc zrozumieć bieg życia
pojedynczego człowieka, nie możemy nie sięgać do jego dzieciństwa. Chcąc prawidłowo
kształtować rozwój młodego człowieka, wychowywać go, nie możemy nie doceniać niczego, co w
tym okresie dzieje się, i to nie z naszego, lecz z dziecięcego punktu widzenia.
Wszystkie wymienione tutaj i inne zasługi zapewniały Freudowi trwałe miejsce w gronie

najwybitniejszych psychologów.
Należy jednak równocześnie obiektywnie zaznaczyć, że nie są to zasługi na miarę Kopernika, o
czym starali się przekonać współczesnych wielbiciele twórcy psychoanalizy. Stefan Zweig pisał:
„Być może, że przyszła historia filozofii przyrówna ten zwrotny moment w psychologii do
odkrycia Kopernika, który jednym przesunięciem pojęć zmienił c5ły światopogląd mu
współczesny” 1S.
Miał przy tym na myśli degradację świadomości na rzecz nieświadomości.
Zweig nie był pierwszym autorem takiego porównania. Pierwszym był sam Freud. We Wstępie do
psychoanalizy czytamy:
„Nie dziwcie się temu i nie sądźcie, że opór przeciw nam [psychoanalitykom — W.S.] polega li
tylko na trud-
15 S. Zweig Świat wczorajszy. Przekład M. Wassermanówny.
Warszawa 1933. , -,. , ,
ności zrozumienia nieświadomego lub na względnej nie-dostępności doświadczeń, które wykazują
jego istnienie. Myślę, że źródło tego leży głębiej. W biegu czasu ludzkość musiała znieść ze strony
nauki dwie dotkliwe obrazy naiwnej miłości własnej: pierwszą, kiedy dowiedziała się, że nasza
ziemia nie jest punktem centralnym wszechświata, lecz maleńką cząstką systemu światów, którego
wielkość ledwo możemy sobie wyobrazić — obraza ta łączy się dla nas z imieniem Kopernika,
chociaż już nauka aleksandryjska zwiastowała coś podobnego; drugą — wtedy, kiedy badanie
biologiczne zniweczyło roszczenia człowieka do pierwszeństwa, wskazując mu na jego
pochodzenie ze świata zwierzęcego i nieznisz-czalność jego natury zwierzęcej. To
przewartościowanie odbyło się za dni naszych pod wpływem Ch. Darwina, Wallace’a i ich
poprzedników, nie bez silnego oporu współczesnych. Trzecią i najdotkliwszą porażkę ma ponieść
ludzkie urojenie wielkości ze strony dzisiejszych badań psychologicznych, które chcą dowieść
naszemu «ja», że nie jest ono panem nawet we własnym domu, lecz poprzestać musi na skąpych
wieściach o tym, co odbywa się nieświadomie w jego życiu duchowym” 16. Podobnie jak w swoich
uogólnieniach danych empirycznych, daleko nie wystarczających, był Freud również
niepohamowany W ocenach innych ludzi i siebie samego. Żadna z tzw. fundamentalnych tez
psychoanalizy nie została przez niego, podobnie jak przez żadnego z późniejszych
psychoanalityków, udowodniona. Świadomość nie została zdetronizowana, była i pozostała
decydującym czynnikiem w życiu człowieka. Nie było więc tytułu do porównywania libidalnej
koncepcji człowieka z teorią heliocentryczną i teorią ewolucji. Zarozumiałość Freuda kontrastuje
rażąco z niezwykłą skromnością Ko-
16 Z. Freud Wstęp do psychoanalizy. Op. cit., s. 255.
29
28
pernika i Darwina, którzy przedstawili niepodważalne dowody na rzecz opracowanych przez siebie
teorii.
Popełniony przez Freuda w punkcie wyjścia błąd nie pozwolił mu do końca życia zrozumieć
prawdy o człowieku, tej prawdy, o której poucza historia, którą współczesność ukazuje
bezstronnemu zdroworozsądkowe myślącemu obserwatorowi. Niezaprzeczalnymi faktami były
okropności wędrówek ludów, najazdy Hunów i Mongołów, Dżingis-chana i Tamerlana, zdobycie
Jerozolimy przez pobożnych krzyżowców, o których pisał Freud, niezaprzeczalnymi faktami były
jeszcze większe okropności ludobójstwa Hitlera, rzezie milionów ludzi w Kambodży i Wietnamie.
Ale również niezaprzeczalnym faktem było i jest życie milionów ludzi, którzy nigdy nie zagrażali
życiu innych ludzi, a wśród nich są tacy, którzy pomoc innym uważają za swój obowiązek, a wśród
tych tacy, którzy życie swoje poświęcili, by chronić życie innych.
Ani Freud, ani nikt z współczesnych agresjologów kontynuujących jego mit o dzikiej bestii

tkwiącej w naturze ludzkiej nie potrafił zrozumieć, że człowiek może być zarówno oprawcą, jak i
bohaterem, że w punkcie wyjścia nie jest ani jednym, ani drugim, że jednym i drugim staje się w
zależności od całokształtu warunków społeczno-politycznych, w jakich żyje, od złożonego splotu
czynników jego indywidualnego biegu życia.
Włodzimierz Szewczuk
Psychopatologia życia codziennego
O zapominaniu, przejęzyczeniach, czynnościach pomyłkowych, zabobonach i błędach
Zapominanie imion własnych
Rozdział I
Teraz powietrze pełne takich strachów, Iż nie wie nikt, jakby ich mógł uniknąć, Choć jasny dzień
przytomnie się uśmiecha, Lecz w senne mary uwikła nas wnet noc.
Goethe Faust część druga, akt piąty
W roku 1898 ogłosiłem w „Monatsschrift fur Psychiatrie und Neurologie” małą rozprawę pt. Zum
psichi-schen Mechanismus der Vergesslichkeit („O psychicznym mechanizmie zapominania”),
której treść chcę tutaj powtórzyć i wziąć za punkt wyjścia do dalszych rozważań. Poddałem tam
analizie psychologicznej częsty przypadek chwilowego zapomnienia imion własnych, oparty na
przykładzie z samoobserwacji, i doszedłem do wniosku, że ten zwykły i praktycznie nie bardzo
ważny pojedynczy przypadek, gdzie jedna z funkcji psychicznych, tj. pamięć, nas zawodzi —
dopuszcza wyjaśnienie prowadzące daleko poza zwykłe rozumienie tego zjawiska.
Jeśli się nie bardzo mylę, to psycholog, od którego by się żądało wyjaśnienia, dlaczego tak często
zapominamy nazwiska dobrze nam przecież znane, zadowoliłby się odpowiedzią, iż imiona własne
łatwiej podlegają zapomnieniu niż zawartość pamięciowa innego rodzaju. Przytoczyłby
prawdopodobnie powody takiego wyróżnienia imion własnych, nie przypuszczałby jednak, że to
pierwszeństwo ma jeszcze inne uzależnienia.
Dla mnie przyczyną dokładniejszego zajęcia się zjawiskiem chwilowego zapominania imion
własnych było zaobserwowanie pewnych szczegółów, które wprawdzie nie we wszystkich, lecz w
niektórych przypadkach dostatecznie wyraźnie można rozpoznać. W takich przy-
33
2 Psychopatologia…
padkach, mianowicie, nie tylko sią zapomina, ale także błędnie przypomina. Starającemu się
odnaleźć zapomniane imię przychodzą na myśl inne, zastępcze, które wprawdzie natychmiast
zostają rozpoznane jako niewłaściwe, niemniej jednak narzucają się wciąż z wielką uporczywością;
tak, jak gdyby w procesie, który miał prowadzić do reprodukcji poszukiwanego imienia, zaszło
jakieś przesunięcie, wskutek którego doprowadził on do fałszywych imion zastępczych. Otóż
przypuszczam, iż owo przesunięcie nie jest pozostawione psychicznej dowolności, lecz podlega
ścisłym i dającym się z góry określić regułom. Innymi słowy, sądzę, że imiona zastępcze pozostają
w dającym się wyśledzić związku z poszukiwanym imieniem, i spodziewam się, że jeśli mi się uda
wykazać ten związek, rzucę też trochę światła na przyczynę zapominania
imion.
W przykładzie z 1898 r., wybranym przeze mnie do analizy, na próżno usiłowałem sobie
przypomnieć nazwisko mistrza, który w katedrze w Orvieto stworzył wspaniałe freski „o rzeczach
ostatecznych”. Zamiast szukanego nazwiska Signorelli narzucały mi się dwa inne nazwiska malarzy
— Botticelli, Boltraf-f i o — które w tejże chwili jako mylne stanowczo odrzuciłem. Gdy
wymieniono właściwe nazwisko, poznałem je natychmiast i bez wahania. Badanie, wskutek jakich

wpływów i na jakiej drodze kojarzeniowej reprodukcja została w ten sposób przesunięta — z
Signorelli na Botticelli i Boltraffio — doprowadziło do następujących rezultatów:
a. Przyczyny wypadnięcia z pamięci nazwiska „Signorelli” nie należy szukać ani w osobliwości
tegoż, ani też w psychologicznym charakterze związku, w jakim się ono znajdowało. Zapomniane
nazwisko było mi równie dobrze znane, jak jedno z zastępczych, Botticelli, a zgoła
lepiej niż drugie zastępcze, Boltraffio, o którym mógł-Ś bym zaledwie to tylko powiedzieć, iż
jego właściciel należał do szkoły mediolańskiej. Związek zaś, w którym nastąpiło zapomnienie,
wydaje mi się bez znaczenia i nie prowadzi do dalszych wyjaśnień: jechałem z pewnym
cudzoziemcem powozem z Raguzy w Dalmacji do jednej ze stacji Hercegowiny; zaczęliśmy
rozmawiać o podróżach po Włoszech i spytałem swego towarzysza, czy był już w Orvieto i oglądał
znakomite freski malarza…
b. Zapomnienie tego nazwiska wyjaśnia się dopiero wtedy, gdy sobie przypominam bezpośrednio
przedtem poruszony temat rozmowy; okazuje się ono saki 6-c e n i em świeżo wyłaniającego się
tematu przez poprzedzający. Na krótko przedtem, nim zapytałem swego towarzysza, czy był już w
Orvie-to, rozmawialiśmy z nim o obyczajach Turków zamieszkujących w Bośni i Hercegowinie.
Opowiadałem, co słyszałem od praktykującego tam kolegi, iż ci ludzie okazują zazwyczaj wiele
zaufania do lekarzy oraz. całkowite zdanie się na los. Gdy się im mówi, że dla chorego nie ma już
ratunku, odpowiadają: „H e r r, was ist da zu sagen? Ich weiss, wenn er zu retten wdre,: ndttest du
ihn gerettet” („Panie, cóż tu można powiedzieć? Wiem, iż gdyby go można było uratować, byłbyś
to uczynił”). Dopiero w tych zdaniach odnajdujemy słowa i nazwy: Bośnia, Hercegowina, H e r r
(pan), które dadzą się włączyć w szereg kojarzeniowy: Signorelli — Botticelli — Boltraffio,
c. Przyjmuję, że ciąg myśli o obyczajach Turków w Bośni itd. dlatego mógł zakłócić następną
myśl, iż odwróciłem od niego uwagę, zanim został doprowadzony do końca. Przypominam sobie
mianowicie, iż chciałem opowiedzieć jeszcze drugą anegdotę, która w mej pa-” raieci znajdowała
się blisko pierwszej. Turcy owi cenią1 rozkosz seksualną ponad wszystko i przy zaburzeniach i
34
płciowych wpadają w rozpacz, która w dziwny sposób odbija od ich rezygnacji w obliczu groźby
śmierci. Jeden z pacjentów mego kolegi tak mu raz powiedział: „Du weisst ja, H e r r, wenn das
nicht mehr geht, dann hat das Leben keinen Wert” („Wiesz przecież, panie, że jak to już nie idzie,
to życie nie ma żadnej wartości”). Powstrzymałem się od opowiedzenia o tym charakterystycznym
rysie, gdyż nie chciałem w rozmowie z obcym poruszać drażliwego tematu. Uczyniłem jednak
jeszcze więcej: odwróciłem także swoją uwagę od dalszych myśli, które by mi się mogły nasunąć
na temat śmierci i seksualności. Znajdowałem się wtedy pod wpływem wiadomości, którą
otrzymałem przed kilku tygodniami w czasie krótkiego pobytu w T r a f o i. Jeden z pacjentów,
któremu poświęciłem wiele trudu, odebrał sobie życie z powodu nieuleczalnych zaburzeń
seksualnych. Wiem na pewno, że w czasie owej podróży po Hercegowinie nie przypominałem
sobie świadomie tego smutnego zdarzenia i wszystkiego, co pozostawało z nim w związku. Ale
zgodność „Trafoi” i „Boltraffio” zmusza mnie przyjąć, iż wtedy poczęła się jednak odzywać u mnie
owa reminiscencja, mimo umyślnego odwrócenia uwagi, d. Nie mogę dłużej uważać zapomnienia
nazwiska „Signorelli” za przypadkowe, natomiast muszę przyjąć jakiś motyw tego zapomnienia.
Były zatem motywy, które spowodowały niewypowiedzenie myśli (o obyczajach Turków itd.), a
dalej wyłączenie z mej świadomości łączących się z nimi myśli, które by w końcu doprowadziły aż
do wiadomości w Trafoi. A zatem chciałem coś zapomnieć, stłumiłem coś. Chciałem wprawdzie
coś innego zapomnieć niż imię mistrza z On/ieto; ale to „coś innego” zdołało wstąpić w związek
kojarzeniowy z tym imieniem, tak że mój zamiar minął się z celem, i jedno zapomniałem wbrew
woli, podczas gdy drugie chciałem zapomnieć
(zapomnienie zamierzone). Niechęć do przypomnienia była skierowana przeciw jednej treści;

niezdolność do przypomnienia wystąpiła w innej. Oczywiście byłby to prostszy przypadek, gdyby
niechęć i niezdolność do przypomnienia tyczyły się jednej i tej samej treści. Imiona zastępcze nie
wydają mi się więc już całkiem nieuzasadnione, jak przed wyjaśnieniem, bo przypominają mi one
— na zasadzie kompromisu — równie dobrze to, co chciałem zapomnieć, jak i to, co usiłowałem
sobie przypomnieć, i wykazują, że mój zamiar zapomnienia czegoś nie był ani całkowicie udany,
ani też w zupełności nieudany.
e. Bardzo uderzający jest sposób, w jaki zlały się z sobą poszukiwane imię i stłumiony temat (o
śmierci, seksualności itd., w którym znajdują się nazwy: Bośnia, Hercegowina, Trafoi). Na
poniższym schemacie, powtórzonym z rozprawy z 1898 r., starałem się zachodzące tu połączenia
przedstawić poglądowo.
Herrl ivas ist da zu sagen,etc. (panie, cóż tu można powiedzieć, itd)
śmierć i seksualność
Trafoi
stłumione myśli
Nazwisko „Signorelli” zostało przy tym rozłożone na dwie części. Jedna para zgłosek powtórzyła
się bez zmiany w jednym z imion zastępczych (elli), druga zaś,
36
37
wskutek przetłumaczenia Signor — Herr, zahaczyła wielokrotnie o rozmaite na?,wy ze stłumionego
tematu; wskutek tego jednak przepadła dla reprodukcji. Sposób, w jaki została tu ona zastąpiona,
był taki, jak gdyby nastąpiło przesunięcie, nie uwzględniające ani znaczenia, ani akustycznej
różnicy sylab, a posługujące się ślepo nazwami „Bośnia” i „Hercegowina”. Nazwy są więc w tym
procesie podobnie traktowane jak wyrazy przy układaniu rebusów. Z całego procesu, który w ten
sposób zamiast nazwiska „Signorelli” wytworzył imiona zastępcze, nie udzieliło się nic mej
świadomości. Zrazu zdaje się, że nie ma innej łączności między tematem zawierającym nazwisko
„Signorelli” a poprzedzającym go w czasie tematem stłumionym oprócz tego, że w obu pojawiają
się te same zgłoski (a właściwie ten sam porządek głosek).
Nie będzie chyba zbyteczne nadmienić, że powyższe wyjaśnienie nie przeczy przyjętym przez
psychologów prawom reprodukcji i zapominania, których dopatrują się oni w pewnych związkach i
dyspozycjach. Do od dawna już uznanych momentów, które w pewnych przypadkach mogą
spowodować zapominanie imion, dodaliśmy tylko jeszcze motyw, a ponadto wyjaśniliśmy
mechanizm błędnego przypominania. Te same dyspozycje muszą nieodzownie występować i w
naszym przypadku, jeżeli stłumiony pierwiastek ma kojarzeniowo zawładnąć poszukiwaną nazwą i
wraz z sobą porwać ją w stłumienie. Przy innym nazwisku, o korzystniejszych dla reprodukcji
warunkach, może by się mu to nie udało; jest bowiem prawdopodobne, że stłumiony pierwiastek
wprawdzie zawsze usiłuje się gdzieś przejawić, to jednak ten rezultat osiąga on tam tylko, gdzie
napotka sprzyjające warunki. W innych razach udaje się stłumienie bez zaburzenia funkcji, czyli,
jak słusznie możemy powiedzieć, bez objawów.
A zatem warunki zapomnienia nazwy i mylnego jej przypomnienia się są następujące: 1) pewne
usposobienie do jej zapomnienia, 2) na krótko przedtem zachodzący proces stłumienia, 3) możność
wytworzenia z e-wnętrznego skojarzenia między odnośną nazwą a poprzednio stłumionym
pierwiastkiem. Ostatniego warunku nie należy jednak przeceniać, gdyż przy łatwości, z jaką tworzą
się te powierzchowne kojarzenia, odnajdujemy go w najczęstszych przypadkach. Ważniejsza
natomiast jest kwestia, czy takie zewnętrzne skojarzenie rzeczywiście wystarcza, aby stłumiony
pierwiastek przeszkodził reprodukcji szukanego imienia, czy nie jest jednak konieczny ściślejszy

związek obu tematów. Przy powierzchownym rozpatrywaniu można by odrzucić to ostatnie
wymaganie i sądzić, że wystarcza czasowy zbieg obu tematów nawet przy zupełnie różnej treści.
Przy szczegółowym badaniu znajdujemy jednak coraz częściej, że oba pierwiastki (stłumiony i
nowy) połączone przez zewnętrzne skojarzenie pozostają z sobą w związku i co do treści — i w
przypadku „Signorelli” da się to również wykazać.
Doniosłość wglądu uzyskanego przy analizie przykładu „Signorelli” zależy naturalnie od tego, czy
ten przypadek można uważać za typowy, czy też za odosobniony. Twierdzę jednak, iż zapominanie
imion z biednym ich przypominaniem odbywa się niesłychanie często, tak jak to ustaliliśmy w
przypadku „Signorelli”. Niemal każdorazowo, gdy obserwowałem to zjawisko na samym sobie,
mogłem je wytłumaczyć w wyżej przytoczony sposób, tj. jako umotywowane stłumieniem. Muszę
też podnieść jeszcze inny punkt widzenia, przemawiający za tym, że nasza analiza jest typowa.
Sądzę, że nie mamy prawa oddzielać zasadniczo przypadku zapominania imion z błędnym
przypominaniem tychże od takich, w których te mylne nazwy zastępcze wcale się nie zja-
38
39
wiły. Te nazwy zastępcze w pewnej liczbie przypadków przychodzą samorzutnie; tam zaś, gdzie się
nie wynurzyły samorzutnie, można je zmusić do pojawienia się przez natężenie uwagi; a wtedy
wykazują one taki sam stosunek do stłumionego pierwiastka i poszukiwanego imienia, jak gdyby
się same zjawiły. Zdaje się, że przy uświadamianiu sobie imion zastępczych są miarodajne dwa
momenty: najpierw natężenie uwagi, a po wtóre warunek wewnętrzny, zależny od materiału
psychicznego. Tego ostatniego warunku dopatruję się w mniejszej lub większej łatwości, z jaką się
wytwarza konieczne zewnętrzne skojarzenie między obydwoma pierwiastkami. W ten sposób
znaczna część przypadków zapomi-• nania imion bez ich błędnego przypominania należy do grupy,
w której tworzone są imiona zastępcze i dla której przyjęliśmy mechanizm przykładu „Signorelli”.
Na pewno jednak nie odważę się twierdzić, że wszystkie przypadki zapominania imion dadzą się
zaliczyć do tejże samej grupy. Zachodzą niewątpliwie przypadki zapominania imion, które są
daleko prostsze. Dość ostrożnie zapewne przedstawimy stan rzeczy, twierdząc: obok zwykłego
zapominania imion własnych zdarza się także zapominanie umotywowane stłumieniem.
Zapominanie wyrazów obcych
Zasób słów naszej mowy, którym się zazwyczaj posługujemy, jest, jak się wydaje, w zakresie
swojej normalnej funkcji zabezpieczony przed zapomnieniem. Inaczej rzecz się ma, jak wiadomo, z
wyrazami języków obcych. Skłonność do ich zapominania obejmuje wszystkie części mowy;
pierwszy stopień zakłócenia ich funkcji przejawia się w tym, że, zależnie od naszego ogólnego
stanu i stopnia zmęczenia, nierównomiernie rozporządzamy zasobem wyrazów obcych. To
zapominanie odbywa się w wielu przypadkach według tego samego mechanizmu, jaki ujawnił nam
przykład „Signorelli”. Jako dowód przytoczę tutaj tylko jedną, ale dla swych właściwości cenną,
analizę, która się tyczy przypadku zapomnienia wyrazu z łacińskiego cytatu. Niechaj mi wolno
będzie opowiedzieć to małe wydarzenie nieco szerzej i szczegółowiej.
Ubiegłego lata, również w podróży wakacyjnej, odnowiłem znajomość z pewnym młodym
człowiekiem o uniwersyteckim wykształceniu, który, jak to wkrótce zauważyłem, był obeznany z
niektórymi mymi pracami psychologicznymi. W czasie rozmowy weszliśmy, nie wiem już w jaki
sposób, na temat socjalnego położenia narodu, do którego obaj należymy; tamten, ambitny,
rozwodził się w skargach nad tym, że jego pokolenie, nie mogąc rozwinąć swoich zdolności ani
zaspokoić potrzeb, jest skazane na zmarnowanie. Gorące swe żale za-
41
kończył znanym wierszem Wergiliusza, w którym nieszczęśliwa Dydo przekazuje potomnym

zemstę nad Eneaszem: „Exoriare…”, a raczej chciał tylko tak zakończyć, bo nie mógł tego cytatu
przytoczyć i starał się pokryć widoczną lukę pamięci przez przestawienie wyrazów: ,,Exoriar(e) ex
nostris ossibus ultor!” Wreszcie zniecierpliwiony rzekł:
— Proszę, niech pan nie robi tak drwiącej miny, jak by pan się rozkoszował moim zakłopotaniem,
i niech mi pan lepiej pomoże. W tym wierszu brak czegoś. Jakżeż brzmi on w całości?
— Chętnie — odpowiedziałem i zacytowałem go dokładnie: ,,Exoriar(e) aliąui s nostris ex ossibus
ultor!”
— Cóż za głupota, jak można zapomnieć takie słowo. A! Wszak pan twierdzi, że niczego się nie
zapomina bez powodu. Byłbym bardzo ciekaw dowiedzieć się, skąd się wzięło u mnie zapomnienie
tego nieokreślonego zaimka aliąuisj
Przyjąłem z gotowością wyzwanie, gdyż spodziewałem się uzupełnienia swoich zbiorów. Rzekłem
więc:
— Zaraz będziemy to mieli. Muszę tylko pana prosić, aby mi pan szczerze i wstrzymując się od
wszelkiej krytyki mówił wszystko, co mu na myśl przyjdzie, gdy bez określonego zamiaru skieruje
pan swą uwagę na zapomniane słowo 1.
— Dobrze, a więc wpadam na śmieszny pomysł, aby to słowo rozdzielić na: a i liąuis.
— Co to ma znaczyć?
— Nie wiem.
— Cóż panu dalej na myśl przychodzi?
1 Jest to droga, którą się posługujemy, aby wprowadzić do
świadomości ukryte pierwiastki wyobrażeniowe. Por. moje Die
Traumdeutung 1910, wyd. II, s. 71.-a» s-;!;,-.;>«, ,-• v ,.•’.
— To tak się ciągnie: relikwie — likwfcłja-c j a — płyn — fluid. Czy pan już coś teraz wie?
— Nie — nic jeszcze. Ale proszę kontynuować.
— Myślę teraz — mówił śmiejąc się drwiąco — o Szymonie z Triestu, którego relikwie oglądałem
przed dwoma laty w jednym z tamtejszych kościołów. Myślę o obwinianiu Żydów o przelewanie
krwi i o broszurce Kleinpaula, który w tych wszystkich rzekomych ofiarach widzi jakoby ponowne
wydanie Zbawiciela.
— Ta myśl nie jest tak zupełnie bez związku z tematem, którym zajmowaliśmy się poprzednio,
zanim łacińskie słowo wypadło panu z pamięci.
— Słusznie. Myślę dalej o artykule w pewnej włoskiej gazecie, który niedawno czytałem. Zdaje
mi się, że zatytułowany był: „Co powiada św. Augustyn o kobietach”. Cóż pan z tym zrobi?
— Czekam.
— Teraz nasuwa mi się coś, co z pewnością nie ma żadnej łączności z naszym tematem.
— Proszę się powstrzymać od wszelkiej krytyki.
— Wiem już. Przypominam sobie pysznego starego jegomościa, którego spotkałem w zeszłym
tygodniu w podróży. Prawdziwy oryginał. Wygląda jak wielki drapieżny ptak. Nazywa się, jeżeli
pan chce wiedzieć, Benedykt.
— Mamy przynajmniej szereg świętych i ojców Kościoła: św. Szymon, św. Augustyn, św.
Benedykt. Sądzę, że jeden z ojców Kościoła nazywał się Orygenes. Trzy z tych nazw są zresztą
imionami własnymi, jak P a u l w nazwisku Kleinpaul.
— Teraz przychodzi mi na myśl św. J a n u a r y i cud tyczący się jego krwi — uważam, że to tak
dalej mechanicznie się ciągnie.
— To pomińmy; św. January i św. Augustyn
42
43
mają obaj łączność z kalendarzem. Czy nie zechce mi pan przypomnieć cudu krwi?
— Przecież go pan chyba zna. W jednym z kościołów w Neapolu zachowana jest w flaszeczce

krew św. Janua-rego, która wskutek cudu w pewnym oznaczonym dniu świątecznym znowu
zaczyna płynąć. Lud ceni sobie wielce ten cud i bardzo jest wzburzony, gdy się on odwleka, jak to
raz miało miejsce w czasie okupacji francuskiej. Wtedy dowodzący generał — czy się nie mylę?
Może to był Garibaldi? — wziął na stronę księdza i dał mu do zrozumienia z bardzo znaczącym
gestem w stronę stojących na dworze żołnierzy, że spodziewa się, iż cud się wkrótce spełni. No, i
spełnił się rzeczywiście…
— A co dalej? Dlaczego się pan zacina?
— Teraz mi w samej rzeczy przyszło coś na myśl, ale to jest zanadto poufne, aby o tym mówić.
Nie widzę zresztą ani związku, ani konieczności, by o tym mówić.
— O związek ja się zatroszczę. Nie mogę pana zmusić do mówienia tego, co jest mu
nieprzyjemne; proszę jednak w takim razie nie żądać, abym powiedział, w jaki sposób zapomniał
pan słowo aliąuis.
— Rzeczywiście? Tak pan sądzi? A zatem, pomyślałem nagle o pewnej damie, od której łatwo
mogę otrzymać wiadomość bardzo przykrą dla nas obojga.
— Że się jej period zatrzymał?
— Jak pan to odgadł?
— To już chyba nietrudno. Dostatecznie mnie pan do tego przygotował. Niech pan przypomni
sobie tylko o świętych kalendarzowych, o krwi, która w pewnym określonym dniu zaczyna płynąć,
o wzburzeniu, jeżeli to nie następuje, o wyraźnej pogróżce, aby się cud stał, gdyż inaczej…
Przerobił pan cud św. Januarego na śliczną aluzję do periodu tej pani.
— Nie wiedząc nawet o tym. I pan przypuszcza rzeczywiście, że wskutek tego trwożliwego
oczekiwania nie mogłem odtworzyć słówka aliąuis?
— To nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Niech pan przypomni sobie, że rozłożył je na a i
liąuis oraz kojarzył z: relikwia, likwidacja, płyn. Mam-że wciągnąć w to jeszcze i św. Szymona
straconego jako dziecko, do którego pan przeszedł od re-likwi?
— Proszę tego raczej nie czynić! Mam nadzieję, że tych myśli, jeżeli miałem je rzeczywiście, nie
bierze pan na serio. Za to wyznam panu, iż ta dama jest Włoszką i że w jej towarzystwie
zwiedziłem także Neapol. Czy to wszystko jednak nie może być przypadkiem?
— Muszę to pozostawić pańskiej własnej ocenie, czy będzie można te wszystkie związki
wytłumaczyć sobie jako przypadek. Powiem jednak, iż analizując każdy podobny przypadek,
napotka pan takie same dziwne związki 2.
Mam wiele powodów ku temu, aby cenić tę małą analizę, za którą jestem wdzięczny swemu
towarzyszowi podróży. Po pierwsze, wolno mi było czerpać w tym przypadku ze źródła, które
zwykle jest niedostępne. Jestem najczęściej zmuszony czerpać z samoobserwacji przykłady
zaburzeń funkcji psychicznych w życiu co-
2 Ta krótka analiza spotkała się z dużą uwagą w literaturze, a także wywołała żywe dyskusje. E.
Bleuler starał się wręcz o matematyczne ujęcie na jej podstawie wiarygodności
psychoanalitycznych wyjaśnień i doszedł do wniosku, że cechuje ją większy stopień
prawdopodobieństwa niż tysiące nie atakowanych medycznych „ustaleń poznawczych”, a miejsce
szczególne zajmują one jedynie dlatego, że nie przyzwyczajono się jeszcze do liczenia się w nauce
z prawdopodobieństwami psychologicznymi — E. Bleuler Dos autistisch-undisciplinierte Denken
in der Medizin und seine ttberwindung. Berlin 1919.
44
45
dziennym, które tu zestawiam. Znacznie bogatszego materiału, którego mi dostarczają moi
neurotyczni pacjenci, staram się unikać, gdyż obawiam się zarzutu, iż odnośne zjawiska są właśnie
wynikiem i przejawem nerwicy. Jest to więc szczególnie cenne dla moich celów, jeżeli nerwowo
zdrowy osobnik ofiaruje się jako przedmiot takiego badania. Z innego też względu jest ta analiza

pełna znaczenia, gdyż wyjaśnia przypadek zapomnienia wyrazów bez stosowania słów zastępczych
i potwierdza moje poprzednio przytoczone zdanie, że wyłonienie się słów zastępczych lub jego brak
nie stanowią zasadniczej różnicy 3.
Główna wartość przykładu aliąuis leży jednak w innym momencie różniącym go od przypadku
„Signorel-li”. W tym ostatnim przykładzie zakłócenie reprodukcji było następstwem tego, że
rozpoczęty na krótko przedtem tok myślowy został przerwany; treść jego nie pozostawała jednak w
żadnym wyraźnym związku ze świeżym tematem, mieszczącym w sobie nazwisko „Signo-relli”.
Oba te tematy pozostawały do siebie li tylko
* Subtelniejsza obserwacja prowadzi do zmniejszenia się nieco w toku analizy różnic między
„SignoreHi” i aliąuis w kwestii przypomnień zastępczych. Mianowicie zdaje się, iż w tym drugim
przypadku zapomnieniu towarzyszy również twór zastępczy. Kiedy później zapytałem swego
towarzysza, czy przy jego usiłowaniach, by przypomnieć sobie brakujący wyraz, przyszło mu
cokolwiek na myśl jako zastępstwo, oznajmił mi, że odczuwał pokusę, żeby do cytowanego wiersza
wprowadzić ab: nostris ab ossibus (może nie spojoną część od a-liąuis), i potem jakby mu się
szczególnie wyraźnie i uparcie narzucało exoriare. Jako sceptyk dorzucił, że widocznie dlatego, iż
były to pierwsze słowa wiersza. Gdy go prosiłem, by jednak zwrócił uwagę na skojarzenia z
exoriare, wymienił rai „egzorcyzm”. Mogę sobie łatwo wyobrazić, iż to zaakcentowanie excriare
miało w reprodukcji wartość właśnie takiego tworu zastępczego, wystąpiło ono może przez
skojarzenie egzorcyzmu z imionami świętych. Zresztą są
w stosunku następstwa w czasie. Już to wystarczyło, by je wprowadzić w łączność przez
zewnętrzne skojarzenie 4. Natomiast w przykładzie aliąuis nie odnajdujemy takiego stłumionego
tematu, który byłby bez związku z następującym i li tylko poprzednio zaprzątał naszą świadomość,
a potem jako przeszkoda się odzywał. Tu przeszkoda w reprodukcji pochodzi z treści podjętego
tematu, gdyż nieświadomie wyłania się zaprzeczenie życzeniu wyrażonemu w cytacie. Należy sobie
skonstruować przebieg zjawiska w sposób następujący: mówca żałował, że współczesna generacja
jego narodu jest tak ograniczona w prawach; nowe pokolenie (prorokuje on jak Dydo) wywrze
zemstę na ciemiężycielach. Wyraził więc życzenie potomstwa. W tej chwili nasunęła mu się myśl
przecząca: „Czyż naprawdę tak gorąco życzysz sobie potomstwa? To nie jest prawdą. Jakież byłoby
twe zakłopotanie, gdybyś otrzymał teraz wiadomość, że ze
to subtelności, do których można nie przywiązywać wagi. Jest jednak możliwe, iż wystąpienie
jakiegokolwiek tworu zastępczego jest stałą, może też i znamienną oraz zdradliwą oznaką
zapomnienia umotywowanego przez stłumienie. Nawet w tych przypadkach, gdzie imiona
zastępcze nie pojawiają się wyraźnie, następuje w ich miejsce wzmocnienie jakiegoś pierwiastka
bliskiego zapomnianemu. I tak np. w przypadku „Signorelli” (zanim przypomniałem sobie
nazwisko) wzrokowe wspomnienie jego fresków i jego autoportretu w rogu obrazu było dla mnie
zbyt wyraźne, w każdym razie o wiele intensywniejsze niż moje zwykłe wspomnienia wzrokowe.
W innym przypadku, o którym również pisałem w pracy z 1898 r., zapomniałem z adresu osoby,
której odwiedzenie było mi całkowicie niemiłe, nazwę ulicy, natomiast, jakby na drwiny, jak
najwyraźniej zapamiętałem numer domu.
4 Nie mógłbym z zupełnym przekonaniem ręczyć za brak wewnętrznego związku między
obydwoma kręgami myśli w przypadku „Signorelli”. Przy starannym śledzeniu stłumionej myśli na
temat śmierci i seksualności można się jednak natknąć na myśl, która ma bliską styczność z
tematem fresków z Orvieto.
46
47
strony, którą znasz, możesz się spodziewać potomstwa? Nie, żadnego potomstwa — aczkolwiek
potrzeba go dla zemsty”. Ta sprzeczność zaznacza się w ten sposób, że, podobnie jak w przykładzie
„Signorelli”, wytwarza się zewnętrzny związek między jednym z pierwiastków wyobrażeniowych a

pierwiastkiem skrytykowanego życzenia — i to tym razem w bardzo naciągany sposób, na
sztucznej drodze kojarzeniowej. Druga zasadnicza zgodność z przypadkiem „Signorelli” polega na
tym, że sprzeciw bierze się ze stłumionego materiału i z myśli, które mogłyby wywołać odwrócenie
uwagi.
Tyle o różnicy i wewnętrznym pokrewieństwie obu wzorów zapominania imion. Poznaliśmy drugi
mechanizm zapominania, mianowicie zakłócenia toku myślowego przez sprzeciw wewnętrzny
pochodzący z tego, co stłumione. Z tym mechanizmem, który wydaje nam się łatwiej zrozumiały,
będziemy się w toku następnych wyjaśnień wielokrotnie spotykać.
Zapominanie nazw i szyku wyrazów
Doświadczenia dotyczące mechanizmu zapominania wyrazów obcych mogą wzbudzać
zainteresowanie, czy w ten sam sposób da się wyjaśnić zapominanie słów w języku macierzystym.
Nie dziwi n ar zazwyczaj, gdy wyuczoną na pamięć formułkę lub wiersz reprodukujemy po jakimś
czasie niedokładnie, ze zmianami i lukami. Ponieważ jednak zapomnienie nie odnosi się do całości,
lecz dotyczy tylko poszczególnych cząstek, warto więc zadać sobie trud i zbadać analitycznie kilka
przykładów takiej błędnej reprodukcji.
Jeden z młodszych kolegów wyraził w rozmowie ze mną przypuszczenie, że zapominanie wierszy
w języku ojczystym mogłoby być motywowane podobnie jak zapominanie poszczególnych
pierwiastków w języku obcym; ofiarował się też sam jako osoba badana. Spytałem go, z jakim
wierszem chciałby zrobić próbę; wybrał sobie Die Braut von Korinth (Narzeczoną z Koryntu),
który to poemat bardzo lubił; sądził też, że co najmniej kilka strof z niego umie na pamięć. Już od
samego początku recytował bardzo niepewnie. Czy jest tam „z Koryntu do Aten” czy też „do
Koryntu z Aten”? Ja sam wahałem się także chwilę, dopóki nie zauważyłem ze śmiechem, że
przecież tytuł poematu Narzeczona z Koryntu nie pozostawia wątpliwości, jaką drogą młodzieniec
musiał pójść. Reprodukcja pierwszej zwrotki poszła potem gładko albo przynajmniej bez wyraźnej
po-
49
mylki. Po pierwszym wierszu drugiej zwrotki kolega
zdawał się chwilę namyślać, wkrótce jednak ciągnął da
lej i recytował w ten sposób: -ł .*•-••
Aber wird er auch willkommen scheinen
Jetzt, wo jeder Tag was Neues bringt?
Denn er ist noch Heide mit den Seinen
Und się sind Christen und — getauft. ;
(Ale czy przyjmą go chętnie teraz,
gdy każdy dzień przynosi coś nowego?
Wszak on wraz ze swoimi jest poganinem,
a oni są już ochrzczeni)1.
Już przedtem słuchałem ze zdziwieniem; po zakończeniu ostatniego wiersza zgodziliśmy się obaj,
że nastąpiło tu jakieś zniekształcenie. Ponieważ jednak z pamięci nie udało nam się go sprostować,
pospieszyliśmy do biblioteki i poszukaliśmy w poezjach Goethego; i stwierdziliśmy, ku naszemu
zdziwieniu, że drugi wiersz tej zwrotki brzmi zupełnie inaczej i że został on z pamięci kolegi jak
gdyby usunięty, a jego miejsce zajęło coś pozornie obcego. W rzeczywistości brzmiał on:
i
Aber wird er auch willkommen scheinen,
Wenn er teuer nicht die Gunst erkauft.
(Ale czy przyjmą go chętnie,
Jeśli nie opłaci drogo tej łaski).
Do erkauft rymowało się getauft i wydało mi się dziwne, że konstelacja: poganin, chrześcijanie i

ochrzczeni — tak mało pomogła przy odtworzeniu tekstu.
— Czy może pan sobie objaśnić — spytałem kolegę — dlaczego w tym, pozornie tak dobrze panu
zna-
* Lecz jak przyjmą go? — miody się troska —,:*»
Czy mu serca nie każą odmienić? |V
Poganinem wraz z swymi pozostał,
Ond są już od dawna ochrzczeni. ^'” • .’*
J. W. Goethe Narzeczona z Koryntu. Przekład W. Markow-skiej. Dzielą wybrane. T. I. Warszawa
1956, PIW (przyp. Red.).,
nym, poemacie jeden wiersz skreślił pan całkowicie i czy ma pan poczucie, z jakiego związku
wyprowadził pan to zastępstwo?
Był w stanie dać mi wy jaśnienie, chociaż czynił to widocznie nie bardzo chętnie.
— Wiersz „Teraz, gdy każdy dzień przynosi coś nowego” wydaje mi się znany; musiałem go użyć
niedawno w związku ze swoją praktyką, z której wzrostu, jak pan wie, jestem obecnie bardzo
zadowolony. Jakim jednak sposobem weszło tutaj to zdanie? Widziałbym pewien związek. Wiersz
„Jeśli drogo nie opłaci tej łaski” był dla mnie widocznie nieprzyjemny. Pozostaje on w związku z
pewnymi konkurami, które obecnie, wobec poprawy mych warunków materialnych, mam zamiar
powtórzyć. Więcej panu nie rnogę powiedzieć, ale będzie mi miło uprzytomnić sobie, że pewnego
rodzaju wyrachowanie decydowało tak wówczas, jak i obecnie.
To wydawało mi się dostatecznie przekonujące nawet bez bliższych szczegółów. Spytałem jednak
dalej:
— Jak pan w ogóle dochodzi do tego, że siebie i swe prywatne stosunki wciąga pan do tekstu
Narzeczonej z Koryntu? Czy może w pańskim przypadku zachodzą również różnice wyznaniowe,
jak to ma miejsce w tych wierszach?
Keirnt ein Glaube neu,
wird o/t Lieb und Treu,
wie ein bbses Unkraut ausgerauft-
Nie zgadłem dokładnie, lecz, szczególna rzecz, jak
jedno dobrze wymierzone pytanie, zrobiło nagle tego
człowieka jasnowidzem, tak że mógł w odpowiedzi
sformułować to, o czym z pewnością dotychczas nie wie
dział. Spojrzał na mnie udręczonym, a także niechęt
nym wzrokiem i szepnął przed siebie dalszy ustęp wier
sza: ‚ -‚••••-••::• – • .,• ;;-;•••
50
51
^v’ Sieh się an genau, : iJitSrTSHfe^lgC *Vf:K*#«><%; ,”*j . Morgen ist się grań* r,„/’•’••’…ó •>&•; ?”‚:’!
.••’• (Przyjrzyj jej się dobrze, .>«j: ‚ >y; :;;,,•:;>’>••:*
jutro stanie się ona siwa),
po czym dodał krótko: „Ona jest trochę starsza ode mnie”. Aby mu nie przysparzać więcej
przykrości, przerwałem dalszy wywiad. Wyjaśnienie wydawało mi się dostateczne. Było to jednak
zadziwiające, że usiłowanie, aby wynaleźć przyczyny niewinnego uchybienia pamięci, musiało
poruszyć tak odległe, poufne i z przykrym afektem połączone sprawy badanego.
Przytoczę teraz według C. G. Junga 3 i własnymi słowami autora inny przykład zapomnienia
szyku wyrazów w znanym utworze.
„Pewien pan chce recytować znany utwór: Ein Fich-tenbaum steht einsam («Stoi jodła samotnie»)
itd. W wierszu «na sen mu się zbiera» utknął nagle beznadziejnie, zapomniał najzupełniej: «białą

zasloną». To zapomnienie w tak znanym wierszu uderzyło mnie, więc poleciłem mu reprodukować
to, co mu przy słowach «bia-łą zasłoną* na myśl przychodziło. Powstał następujący ciąg: «Myśli
się przy białej zasłonie o całunie, prześcieradle, którym się przykrywa zmarłego — teraz
przychodzi mi na myśl bliski przyjaciel — jego brat umarł na udar serca — był on także bardzo
otyły — mój przyjaciel jest także otyły — i ja myślałem, że i jego także mogłoby to spotkać —
prawdopodobnie używa za
2 Kolega zmieni} nieco piękny fragment poematu zarówno
w jego brzmieniu, jak i w odniesieniu: –
Mcine Kette hab Ich tUr gcgcbcn; , :. ,-,
– Dcinc Loc/ce nehm ich mit mir fort. j*
Sieh się an genau! .’•••• „‚•’••••••”'” •’•’•••
Morgen bist du grań. 4,. f ,. i~^
Und nur braun crscheinst du wicdcr dort. ‚ ^ t „
8 C. G. Jung Uber die Psychologie der Dgrnejtł^^ praecox. < 1907, s. 64.'”‚” „”•'””” mało ruchu — gdy usłyszałem o tym śmiertelnym wypadku, zląkłem się nagle, że i ze mną także może się to stać, bo i w naszej rodzinie występuje skłonność do otyłości, a mój dziadek umarł także na apopleksję; ja siebie też uważam za zbyt otyłego i dlatego rozpocząłem w tych dniach kurację odtłuszczającą*. Ten pan identyfikował się więc nieświadomie z jodłą — powiada Jung — która właśnie pokryta jest białym całunem”. Natomiast poniżej przytoczony przykład zapomnienia szyku wyrazów, który zawdzięczam swemu koledze drowi S. Ferencziemu z Budapesztu, odnosi się, w odróżnieniu od poprzedniego, do własnych słów, a nie do przytoczonych za poetą. Jest to zarazem niepowszedni przypadek, w którym zapomnienie, by nas powstrzymać od pofolgowania chwilowej zachciance, wydaje się jakoby rozważne. Tutaj pomyłka nabiera funkcji pożytecznej. Otrząsnąwszy się, przyznajemy słuszność temu wewnętrznemu prądowi, który poprzednio mógł się ujawnić tylko jako niedomoga, zapomnienie. „W pewnym towarzystwie padają słowa: «Tout com-prendre ćest tout pardonner». Robię uwagę, że pierwsza część zdania wystarczy, pardonowanie jest już zarozumiałością, należałoby je zostawić raczej Bogu i duchownym. Jeden z obecnych uznaje tę uwagę za bardzo trafną, co mnie ośmiela i chcąc prawdopodobnie zapewnić sobie dobre miemanie przychylnego krytyka powiadam, iż niedawno jeszcze coś lepszego przyszło mi do głowy. Gdy jednak chcę to przytoczyć, okazuje się, iż zapomniałem. Natychmiast odsuwam się od towarzystwa, i zapisuję myśli osłaniające, zastępcze. Najpierw przychodzi mi na myśl imię przyjaciela M a k s, którego zwykle nazywamy M a k s i. To naprowadza mnie na słowo maksyma i przypomina mi, że wówczas, jak i w przytoczonym na wstępie przypadku, chodziło 53 52 o zmianę znanej maksymy. Dziwnym trafem przychodzi mi jednak na myśl nie maksyma, ale następujące zdanie: «Bóg stworzył ludzi na obraz i podobieństwo swoje», oraz parafraza: «C z łowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo*. Potem przypominam sobie poszukiwaną sentencję. Mój przyjaciel powiedział wtedy do mnie na ulicy Andrassiego: «Nic, co ludzkie, nie jest mi o b c e», na co ja — robiąc aluzję do doświadczeń psychoanalitycznych — odrzekłem: «P o-winiene.ś pójść dalej i przyznać, że nic, co zwierzęce, nie jest ci obce». Przypomniawszy sobie wreszcie poszukiwane zdanie nie mogłem go naturalnie wypowiedzieć w tym towarzystwie, w którym się właśnie znajdowałem. Młoda małżonka przyjaciela, któremu przypomniałem zwierzęcą treść nieświadomego, znajdowała się także wśród obecnych, a ja wiedziałem, że nie była ona przygotowana na to, by zaznajomić się z podobnie niemiłymi ujęciami. Przez zapomnienie zaoszczędziłem sobie zatem wielu nieprzyjemnych pytań z jej strony oraz uniknąłem bezcelowej dyskusji, i właśnie to musiało być motywem owej chwilowej amnezji. Ciekawe, iż jako myśl zastępcza nasunęło się zdanie, w którym bóstwo zostało zdegradowane aż do ludzkiego wynalazku, podczas gdy w zdaniu poszukiwanym wskazuje się na to, co jest zwierzęcą stroną w człowieku. Oba więc one mają capitis diminutio jako wspólną cechę. Całość jest widocznie tylko dalszym ciągiem poruszonego przez rozmowę toku myśli o zrozumieniu i przebaczaniu. Że w tym przypadku tak prędko zjawiła się myśl poszukiwana, zawdzięczam może tej okoliczności, iż z towarzystwa, w którym ona była niedopuszczalna, usunąłem się natychmiast do pustego pokoju”. -. Od tej pory robiłem liczne inne analizy przypadków zapominania lub błędnej reprodukcji szyku wyrazów j wskutek zgodnych rezultatów tych badań jestem skłonny przyjąć, iż mechanizm zapominania wykazany w przykładach aliąuis i Narzeczona z Koryntu jest ogólną regułą. Nie jest na ogół bardzo wygodne podawać do wiadomości podobne analizy, gdyż, tak jak i powyżej przytoczone, prowadzą one zwykle do spraw poufnych i dla analizowanego przykrych; dlatego też nie będę dalej pomnażał liczby tych przykładów. We wszystkich tych przypadkach, bez względu na materiał, pozostaje wspólne to, że myśl zapomniana lub zniekształcona łączy się na jakiejkolwiek drodze kojarzeniowej z nieświadomą treścią myślową, tak że w istocie rzeczy ta ostatnia właściwie powoduje zapomnienie. Powracam znowu do zapominania nazw, którego ani kazuistyki, ani motywów nie rozpatrzyliśmy dotychczas wyczerpująco. Ponieważ ten właśnie rodzaj pomyłek mogę czasem na sobie samym obserwować, nie będę więc miał kłopotów z przykładami. Lekkie migreny, na które jeszcze ciągle cierpię, zapowiadają się zwykle na wiele godzin przedtem przez zapominanie nazw, a w czasie ich największego nasilenia, które nie zmusza mnie j.ednak do przerwania pracy, wypadają mi z pamięci wszystkie imiona własne. Właśnie takie, jak mój, przypadki mogłyby dać sposobność do zasadniczego zarzutu przeciw naszym analitycznym usiłowaniom. Czyż z podobnych obserwacji nie należałoby wywnioskować, że przyczyna zapominania, a szczególnie zapominania imion, leży w ogólnym zaburzeniu czynności mózgu i wskutek tego oszczędzić sobie trudu psychologicznego wyjaśniania tych zjawisk? Bynajmniej; pomieszalibyśmy bowiem w takim razie mechanizm stały i dający się odnaleźć we wszystkich przypadkach z warunkami zmiennymi i niekoniecznie wymaganymi. Zamiast dy- 54 55 skutować, wolę jednak odeprzeć powyższy zarzut za pomocą porównania. Przyjmijmy, że byłbym na tyle nieostrożny, by się wybrać na nocną przechadzkę w odludną okolicę dużego miasta i że w następstwie tego zrabowano by mi zegarek i pugilares. Udałbym się na najbliższy posterunek policji i podał, że gdy byłem na tej ulicy, odludność i ciemność zabrały mi zegarek i sakiewkę. Następstwem tego byłoby prawdopdobnie to, że uważano by mnie za niespełna rozumu, pomimo że w słowach moich nie byłoby nic, co by nie było prawdziwe. Lecz stan rzeczy należałoby w tym przypadku oddać tylko w ten sposób, że korzystając ze sprzyjającej odludno-ści i ciemności nie znani złoczyńcy zabrali mi moje kosztowności. Podobnie ma się rzecz i z zapominaniem nazw; korzystając ze zmęczenia, zaburzeń w krwioobiegu i przemianie materii jakaś nie znana siła psychiczna uniemożliwiła naszej pamięci przypomnienie imion własnych, ta sama siła, która dokonuje tego i wówczas, gdy jesteśmy w pełni zdrowia i sprawności. Kiedy analizuję obserwowane na samym sobie przypadki zapominania imion, wtedy stwierdzam prawie regularnie, że zapomniane imię jest w związku z tematem, który mnie bardzo obchodzi i może wywoływać silne, a często i przykre wzruszenia. Według wygodnej i słusznej formuły szkoły zurychskiej (Bleuler, Jung, Riklin) można określić to także w ten sposób, że zapomniana nazwa poruszyła u mnie kompleks osobisty. Stosunek tej nazwy do mojej osoby jest nieoczekiwany, wytworzony przeważnie za pośrednictwem powierzchownego skojarzenia (dwuznaczność, równobrzmien-ność); na ogół można go uważać za uboczny. Kilka prostych przykładów objaśni najlepiej jego istotę. 1. Jeden z pacjentów prosi, abym mu polecił jakieś uzdrowisko na Riwierze. Znam taką miejscowość obok Genui, przypominam sobie nawet nazwisko niemieckiego kolegi, który tam praktykuje, lecz miejsca samego żadną miarą nazwać nie mogę, mimo że je tak dobrze znam. Nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić pacjenta, aby zaczekał, i zwrócić się o pomoc do kobiet z mej rodziny. „Jakże się nazywa ta miejscowość obok Genui, gdzie dr N. ma swój zakład, w którym ta a ta pani tak długo przebywała na kuracji?” „Naturalnie, właśnie ty musiałeś zapomnieć tę nazwę; nazywa się N e r v i”. Z nerwami mam w samej rzeczy dostatecznie do czynienia. 2. Ktoś inny opowiada o pobliskim letnisku i zapewnia, że oprócz dwóch znanych gospod jest tam jeszcze trzecia, z którą łączą go pewne wspomnienia; nazwę jej zaraz mi wymieni. Ja zaprzeczam istnieniu tej trzeciej gospody i powołuję się na to, że siedem lat z rzędu mieszkałem w tej miejscowości, a zatem lepiej muszę ją znać niż on. Podrażniony opozycją przypomniał sobie nareszcie nazwę. Zajazd ten nazywa się H o c h-w a r t n e r. Wtedy naturalnie ustępuję, a nawet muszę się przyznać, iż w ciągu siedmiu letnich sezonów mieszkałem w najbliższym sąsiedztwie tej gospody, której istnieniu zaprzeczałem. Dlaczegóż tutaj zapomniałem i nazwę, i rzecz samą? Przypuszczam, że nazwa ta, która mi aż nadto wyraźnie przypomina nazwisko wiedeńskiego kolegi po fachu, poruszyła we mnie kompleks zawodowy. 3. Innym razem, mając kupić bilet na dworcu kolejowym w R e i c h e n h a 11, nie mogę sobie przypomnieć dobrze mi znanej nazwy najbliższej wielkiej stacji, przez którą tak często przejeżdżałem. Muszę jej zupełnie serio szukać w rozkładzie jazdy. Nazywa się R o-s e n h e i m. Wtedy od razu wiem, wskutek jakiego skojarzenia zapodziała się ta nazwa. Godzinę przedtem odwiedziłem siostrę w miejscu jej zamieszkania, bardzo 56 blisko Reichenhall; siostrze mej na imię Rosa, a zatem także Rosenheim. Nazwę zahamował kompleks rodzinny. 4. Do jakiego stopnia grabieży dopuszcza się na nas kompleks rodzinny zilustrują następujące przykłady, Pewnego dnia przyszedł do mego gabinetu pewien młody człowiek, młodszy brat mej pacjentki, którego widywałem niezliczoną liczbę razy i przyzwyczajony byłem nazywać po imieniu. Kiedy potem chciałem opowiedzieć o jego odwiedzinach, zapomniałem i w żaden sposób nie mogłem sobie przypomnieć jego imienia, zresztą całkiem powszedniego. Wyszedłem potem na ulicę, aby czytać szyldy sklepowe, i skoro tylko natknąłem się na to imię, poznałem je natychmiast. Analizując ten przypadek doszedłem do wniosku, że przeprowadziłem porównanie z moim własnym bratem, które kończyło się stłumionym pytaniem: „Czy mój brat w takim przypadku zachowałby się podobnie, czy też raczej przeciwnie?” Zbieg okoliczności umożliwił mi zewnętrzne połączenie myśli o obcej i własnej rodzinie, gdyż matki nosiły to samo imię: Amalia. Zrozumiałem też potem znaczenie imion zastępczych: Daniel i Franciszek, które mi się wprawdzie nasunęły, lecz nie przyniosły wyjaśnienia. Są to jak i Amalia imiona ze Zbójców Schillera, z którymi się wiąże koncept wiedeńskiego humorysty Daniela Spitzera. 5. Innym razem nie mogę przypomnieć sobie nazwiska pacjenta, który jest moim znajomym jeszcze z lat młodzieńczych. Analiza kołuje długo, zanim dostarcza poszukiwanego imienia. Pacjent wyrażał obawę, że straci wzrok; to obudziło wspomnienie o pewnym młodym człowieku, który oślepł na skutek postrzału. Do tego przyłączył się znów obraz innego młodzieńca, który się postrzelił, i właśnie ten ostatni nosił to samo nazwisko co i pierwszy pacjent, chociaż nie był z nim spokrewniony. Nazwisko odnalazłem jednak dopiero wtedy, gdy uświadomiłem sobie przeniesienie trwożnego oczekiwania z tych dwóch młodocianych osobników na jedną z osób mojej własnej rodziny. W naszym myśleniu istnieje więc, bez współudziału naszej świadomości, ustawiczna tendencja odnoszenia wszystkiego do siebie; zdradza się ona jednak poprzez takie zapominanie nazwisk. Jest to tak, jak gdybym był zmuszony wszystko, co słyszę o osobach obcych, porównywać z mą własną osobą i jak gdyby moje osobiste kompleksy budziły się przy każdej wzmiance o innych ludziach. Nie może to być żadną miarą indywidualną moją właściwością, lecz jest raczej wskazówką, że w ogóle w ten sposób rozumiemy wszystko inne. Mam pewne dane, by przyjąć, że i u innych osób dzieje się to w sposób zupełnie podobny jak u mnie. Najpiękniejszy przykład tego rodzaju opowiedział mi niejaki pan Lederer jako własne przeżycie. Podczas poślubnej podróży spotkał się w Wenecji z pewnym panem, którego znał tylko powierzchownie i musiał przedstawić swej młodej małżonce. Ponieważ jednak zapomniał nazwiska, pomógł sobie tym razem niewyraźnym mruczeniem. Spotkawszy się z nim jednak po raz drugi, co w Wenecji jest nieuniknione, wziął go na stronę i prosił, by go wyprowadził z zakłopotania, podając swoje nazwisko, które, niestety, zapomniał. Odpowiedź obcego świadczyła, że był on niepospolitym znawcą ludzi: „Wierzę, iż pan nie zapamiętał mego nazwiska, nazywam się tak jak pan: L e d e r e r!”. Nie można się obronić przed pewnym dość nieprzyjemnym uczuciem, skoro się swoje własne nazwisko napotka u obcego. Doświadczyłem tego niedawno bardzo wyraźnie, kiedy mi się w godzinie przyjęć przedstawił niejaki pan Z. Freud. (Przyjmuję zresztą do wiadomości 59 58 zapewnienie jednego z moich krytyków, że on w podobnej sytuacji zachowuje się odwrotnie). 6. To odnoszenie do siebie (ksobność) i jego wpływy odnajdujemy w następującym przykładzie przytoczonym przez Junga:4 „Pan Y. zakochał się bez wzajemności w damie, która wkrótce potem wyszła za mąż za pana X. Chociaż pan Y. już dość dawno zna pana X. i nawet łączy ich wspólność interesów, to jednak zapomina on wciąż jego nazwisko, tak że musiał już kilka razy zapytywać innych, gdy chciał do niego napisać.” Umotywowanie zapomnienia w tym przypadku jest przejrzystsze jak w poprzednich, które stoją pod znakiem ksobności. Zapomnienie wydaje się tu prostym następstwem niechęci pana Y. do swego szczęśliwszego rywala; on niejako nie chce o nim nic wiedzieć; nie powinien go nawet wspomnieć. 7. Motyw zapomnienia nazwiska może być również bardziej subtelny; może polegać, żeby tak powiedzieć, na „wysublimowanej” nienawiści do jego nosiciela. Pewna niewiasta I. v. K. tak oto pisze z Budapesztu: „Przygotowałam sobie taką małą teorię. Zaobserwowałam, mianowicie, że ludzie, którzy mają zdolności malarskie, nie mają zrozumienia dla muzyki, i odwrotnie. Niedawno rozmawiałam w tej kwestii z kimś i powiedziałam: «Moja obserwacja zawsze się sprawdzała, z wyjątkiem jednego przypadku». Ale kiedy chciałam przypomnieć sobie nazwisko tej osoby, zapomniałam je w sposób beznadziejny, mimo że wiedziałam, iż jego nosiciel jest jednym z moich najbardziej intymnych znajomych. Kiedy po paru dniach przypadkowo posłyszałam nazwisko, natychmiast wiedziałam, że to była mowa o osobie, która burzyła moją teorię. Nienawiść, JE – ” Ibid., s. 52. nieświadomie żywiłam do niego, ujawniła się poprzśl zapominanie jego nazwiska, skądinąd tak dobrze znajt nego.” 8. Na innej trochę drodze spowodowała ksobność zapomnienie nazwiska w następującym, przytoczonym przez S. Ferencziego, przypadku, którego analiza staje się szczególnie pouczająca przez objaśnienie myśli zastępczych (jak Botticelli, Boltrafio w przypadku „Signo-relli”). „Pewna pani, która trochę słyszała o psychoanalizie, nie może sobie w żaden sposób przypomnieć nazwiska psychiatry Junga. W miejsce tegoż nasuwają się następujące myśli zastępcze: K1. (nazwisko) — Wilde — Nietzsche — Hauptmann. Nie mówiąc jej prawdziwego nazwiska żądam, by przy każdym narzucającym się pomyśle kojarzyła swobodnie. Przy Kl. myśli natychmiast o pani Kl., która jest osobą zmanierowaną, afektowaną, ale jednak na swój wiek bardzo dobrze wygląda. «Ona się wcale nie starze-j e!» Jako wspólne nadrzędne pojęcie dla Wilde’a i Nie-tzschego wymienia chorobę umysłową. Następnie mówi drwiąco: «Wy, freudyści, będziecie tak długo szukać przyczyn chorób umysłowych, aż sami się staniecie wariatami». Potem: «Nie mogę znieść Wilde’a i Nietzschego. Nie rozumiem ich. Słyszę, że obaj byli homoseksualistami; Wilde zadawał się z młody-m i ludźmi». (Chociaż w tym zdaniu wypowiedziała właściwe nazwisko, co prawda, po węgiersku, mimo to jednak nie może go sobie jeszcze przypomnieć). Z Hauptmannem kojarzy H a l b e, potem J u g e n d («Młodość» — dramat Halbego) i dopiero teraz, kiedy skierowałem jej uwagę na słowo Jugend, wie, że szukała nazwiska Jung. W samej rzeczy dama ta, która w wieku 39 lat stra- 60 61 ciła męża i nie ma widoków na powtórne zamążpójście, ma dostateczne powody, by unikać wszystkiego, co przypomina starość lub młodość. Uderza nas tu, że myślami zastępczymi były skojarzenia mające wspólną treść z poszukiwanym imieniem, tudzież zupełny brak skojarzeń czysto dźwiękowych”. 9. Oto jeszcze jeden bardzo subtelnie umotywowany przykład zapomnienia nazwiska, który dana osoba wytłumaczyła sobie sama. „Kiedy zdawałem egzamin z filozofii jako przedmiotu ubocznego, spytał mnie egzaminator o naukę Epikura, a dalej, czy wiem, kto ponownie podjął tę naukę w późniejszych stuleciach. Powiedziałem mu nazwisko P i o-tra Gassendi, którego właśnie dwa dni temu w pewnej kawiarni wymieniono jako ucznia Epikura. Na pełne zdziwienia pytanie, skąd mam te wiadomości, odpowiedziałem śmiało, że się już od dawna Gassendim interesuję. Z tego wyniknęło magna cum laude na świadectwie, ale też, niestety, później uporczywa skłonność do zapominania nazwiska Gassendi, Sądzę, iż moje nieczyste sumienie jest temu winne, że nie mogę zapamiętać tego nazwiska mimo wszelkich usiłowań. Wszak i wtedy nie powinienem był tego wiedzieć”. Chcąc właściwie ocenić miarę niechęci przeciwko przypomnieniu tego epizodu należałoby wiedzieć, że opowiadający wysoko ceni swój tytuł doktorski, który rnu musi starczyć za wiele innych rzeczy. 10. Przytaczam jeszcze przykład zapomnienia nazwy miasta, który może nie jest prosty jak poprzednio przytoczone, ale każdemu obeznanemu z podobnymi badaniami wyda się wiarygodny i cenny. Nazwa pewnego włoskiego miasta opiera się na przypomnieniu, z powodu wielkiego podobieństwa dźwiękowego, imienia kobiety, z którą łączą się wielorakie, pełne afektów wspomnienia, w poniższej analizie nawet nie dość wyczerpu- 62 przytoczone. Dr S. Ferenczi (Budapeszt), który ten przypadek zapomnienia na sobie samym zauważył, traktował go tak, jak się analizuje sen lub ideę neurotyczną, zapewne nie bez słuszności. „Byłem dziś u znajomych; mówiono o północnowło-skich miastach. Ktoś zauważył, że można się w nich jeszcze dopatrzeć wpływu austriackiego. Wymieniają niektóre z tych miast i ja także chcę przytoczyć jedną nazwę, jednak nie przychodzi mi ona na myśl, chociaż wiem, że spędziłem tam bardzo mile dwa dni, co niezupełnie się zgadza z teorią Freuda o zapominaniu. Zamiast szukanej nazwy miasta narzucają się następujące: Capua — Brescia — Lew z Brescii. Lwa tego widzę plastycznie przed sobą w postaci marmurowego posągu, spostrzegam jednak natychmiast, że jest on mniej podobny do lwa na pomniku wolności w Brescii (który znam z obrazka), a bardziej do innego marmurowego lwa, którego widziałem w L u-cernie, na grobowcu szwajcarskiej gwardii, poległej w Tuileriach; jego miniaturowa reprodukcja stoi u mnie na szafce z książkami. Wreszcie nasuwa mi się poszukiwana nazwa: W e-r o n a. Wiem też od razu, kto był przyczyną tej amnezji. Nikt inny jak dawniejsza służąca tej rodziny, u której właśnie gościłem. Nazywała się W e r o n i k a, po węgiersku W e r o n a, i była mi wysoce antypatyczna, tak z powodu swej odrażającej powierzchowności, jak i zachrypłego, skrzeczącego głosu oraz niemożliwej poufałości, do której się czuła upoważniona przez długoletnią służbę. Nie mniej nieznośne było u niej i to, że swego czasu tyranizowała dzieci domu. Teraz wiedziałem, co oznaczały pomysły zastępcze. Z Capua kojarzyło się natychmiast caput ?nor- 63 tuum. Często porównywałem głowę Weroniki z trupią czaszką. Między innymi z pewnością także i węgierskie słowo kapzsi (chciwy) determinowało to przesunięcie. Naturalnie, odnajduję też i prostsze drogi kojarzeniowe, które łączą Capuę i Weronę jako geograficzne pojęcia i włoskie słowa o jednakowym rytmie. To samo odnosi się do B r e s c i i; lecz i tu zachodzi większa gmatwanina kojarzeń. Moja antypatia była swego czasu tak gwałtowna, iż uważałem Weronikę wręcz za wstrętną i wyraziłem kilkakrotnie zdziwienie, że jednak mogła ona mieć życie miłosne i być kochaną: pocałowanie jej — mówiłem — musi pobudzać do wymiotów (Brechreiz), a ponadto już od dawna można ją było zestawić z upadłym (poległym) gwardzistą szwajcarskim. B r e s c i a bywa, przynajmniej tutaj na Węgrzech, często wymieniana, nie w związku z lwem, lecz z innym dzikim zwierzęciem. Najwięcej znienawidzonym nazwiskiem w tym kraju jak również w północnych Włoszech jest nazwisko generała H a y n a u, którego wprost nazywają hieną z Brescii. Od znienawidzonego tyrana Haynau prowadzi jedna nić myślowa przez Brescię do miasta Werona, druga przez wyobrażenie tego zwierzęcia o zachrypłym głosie, wygrzebującego trupy (stąd skojarzenie o grobowcu), do trupiej czaszki i niemiłego organu mowy Weroniki, tak mocno przez mą nieświadomość zelżonej; w swoim czasie gospodarowała ona tak po tyrańsku w tym domu, jak ów generał po węgierskich i włoskich walkach wolnościowych. Z Lucerną łączy się myśl o lecie, które Weronika ze swym państwem spędziła nad jeziorem czterech kantonów w pobliżu Lucerny; z szwajcarską gwardią zaś łączy się wspomnienie, że nie tylko dzieci, ale i dorosłych członków rodziny potrafiła tyranizować, i upodobała sobie rolę gardę damę. Dodam jednak z naciskiem, że świadomie już od dawna przezwyciężyłem swoją antypatię do Weroniki. W międzyczasie zmieniła się ona bardzo na korzyść, zarówno zewnętrznie jak i w swym zachowaniu, i mogę się do niej odnosić ze szczerą uprzejmością, do czego jednak rzadko miewam okazję. Moje nieświadome trzyma się jak zwykle uporczywie wrażeń pierwotnych — i nie zapomina. Tuilerie są aluzją do innej osobistości, starej francuskiej damy, która przy różnych okazjach p i 1-n o w a ł a (gardiert) kobiet tego domu, a którą mali i dorośli szanowali, zarazem obawiając się jej jednak trochę. Dłuższy czas byłem u niej elewem francuskiej konwersacji. W związku ze słowem elew nasuwa mi się jeszcze, że gdy byłem z wizytą u szwagra mego dzisiejszego gospodarza domu w północnych Czechach, bardzo się z tego uśmiałem, że tamtejsza ludność nazywa elewów leśnej akademii konsekwentnie Lowen (lwy). Może i to wesołe wspomnienie miało udział w zamienieniu hieny na lwa”. 11. Również kolejny przykład5 może pokazać, jak kompleks ksobności opanowujący kogoś w danej chwili wywołuje zapomnienie nazwiska. „Dwaj mężczyźni, starszy i młodszy, którzy przed pół rokiem wspólnie podróżowali po Sycylii, wymieniali wspomnienia tych pięknych i bogatych w treść dni. «Jak nazywała się ta miejscowość — zapytał młodszy — w której nocowaliśmy przed przejażdżką do Selinunt? Calatafimi, nieprawdaż?* Starszy zaprzeczył: «Na Pewno nie tak, ale ja również za )omniałem nazwę, choć bardzo dobrze przypominam sobie wszystkie szczegóły * „Zentralblatt fur Psychoanalyse” I, 1911, 9. 3 Psychopatologia… 65 64 pobytu. Ze mną jest tak, że wystarczy, gdy zauważę, że ktoś nazwę jakąś zapomniał, by wywołało to również moje zapomnienie. Może spróbujemy poszukać tej nazwy? Mnie nie narzuca się żadna inna poza C a 11 a n i-. s e 11 a, która jednak z pewnością nie jest właściwa». «Nie! — mówi młodszy — nazwa zaczyna się na w albo występuje w niej to u>». «Ale w języku włoskim nie ma
w» — przypomniał starszy. «Ale ja myślałem v, a tylko powiedziałem w, ponieważ
przyzwyczaiłem się do tego poprzez mowę ojczystą». Starszy opierał się przed v. «Sądzę — rzekł
— że zapomniałem już wiele nazw sycylijskich; byłby czas spróbować przypomnieć je sobie. A
więc np. jak nazywa się wysoko położona miejscowość, która w starożytności nazywała się E n n
a? Ach, wiem już Castrogiovanni». W następnym momencie również młodszy odnalazł
zagubioną nazwę. Zawołał: «C a s t e l v e t r a no!» — i cieszył się, że było w niej v. Starszy
jeszcze przez chwilę miał poczucie nieznajomości tej nazwy, ale gdy ją wymówił, chciał podzielić
się informacją, dlaczego mu ta nazwa uciekła. Myślał tak: «Zapewne dlatego, że druga jej połowa v
e-t r a n o brzmi jak weteran. Wiem dobrze, że niechętnie myślę o starzeniu się i w szczególny
sposób reaguję, gdy mi się o tym przypomni. Tak np. wytknąłem niedawno szacownemu
przyjacielowi ubranemu w najdziwaczniejszy sposób, że przecież już dawno przestał być młody,
ponieważ pewnego razu w toku różnych pochlebstw powiedział pod moim adresem: «Ja już nie
jestem młodzieńcem*. To, że u mnie opór skierował się na drugą część nazwy Castelvetrano,
wynikało też z tego, że początkowa zgłoska powróciła w zastępczej nazwie Caltanisetta». «A sama
nazwa Caltanisetta?» — zapytał młodszy. «Ona wydała mi się jakimś pieszczotliwym imieniem
młodej dziewczyny» — wyznał starszy. Po pewnym czasie dodał: «Nazwa dla Enna była też
nazwą zastępczą. Narzuca mi się teraz myśl, że nazwa Castrogiovanni, przedzierająca się do
świadomości za pomocą racjonalizacji, zupełnie tak samo przypomina dźwiękowo giovane —
młody, jak zagubiona w pamięci nazwa Castelvetrano przypomina weteran — stary».
Starszy sądził, że w. ten sposób zdał sprawę ze swego zapomnienia nazwy. Nie zastanawiali się
nad faktem, jaki motyw spowodował, że młodszy również zapomniał”.
Oprócz motywów zapominania nazwisk zasługuje na nasze zainteresowanie również mechanizm
tego zjawiska. W dużej liczbie przypadków nazwisko jest zapominane nie dlatego, że ono samo
wywołuje takie motywy, lecz dlatego, że poprzez podobieństwo dźwiękowe, poprzez
równobrzmienność wzbudza wypowiedzenie innego nazwiska, przeciw któremu skierowane są te
motywy. Zrozumiałe, że takie rozluźnienie związków prowadzi do wyjątkowego ułatwienia
powstawania omawianego zjawiska. Tak właśnie jest w kolejnych przykładach.
12. Dr Ed. Hitschmann a: ,.Pan N. chce wymienić firmę księgarską «Gilhofer & Ranschburg». Ale
minio zastanawiania się przychodzi mu na myśl tylko nazwisko Ranschburg, choć firma była mu
dobrze znana. Wracając do domu z lekkim niezadowoleniem z tego powodu uzna! sprawę za
dostatecznie ważną, by zasypiającego już brata zapytać o pierwszą część nazwy firmy, ien
wymienił ją bez trudności. Potem natychmiast nazwa «GiIhofer» wywołała u panów słowo

«Gallho?». Przed paru miesiącami odbył do Gallhof bogaty we wspomnienia spacer w
towarzystwie pociągającej dziewczyny. Podarowała mu cna na pamiątkę przed-
„Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” I, 1913.
66
67
miot, na którym było napisane: «Na pamiątkę pięknych w Gallhofer godzin». W ostatnich dniach
przed zapomnieniem nazwiska przedmiot ten, na pozór przypadkowo, został uszkodzony przez N.
przy szybkim zasuwaniu lady, co on, obeznany ze znaczeniem działań symptomatycznych,
skonstatował nie bez poczucia winy. W tych dniach był on nieco obojętnie nastawiony wobec tej
damy, którą wprawdzie kochał, ale przeciwstawiał się, zwlekając, jej życzeniom małżeńskim”.
13. Dr Hans Sachs: „W rozmowie o Genui i jej najbliższym otoczeniu pewien młody człowiek
chciał wymienić miejscowość P e g l i, ale dopiero z trudem, w wyniku usilnego zastanawiania się,
potrafił sobie przypomnieć jej nazwę. Po powrocie do domu rozmyślał o tym przykrym
wymknięciu się dobrze mu znanej nazwy i to doprowadziło go do całkiem podobnie brzmiącego
słowa P e l i. Wiedział on, że tak się nazywała wyspa na morzu południowym, której mieszkańcy
zachowali kilka osobliwych zwyczajów. Niedawno czytał o tym w etnologicznej książce i
postanowił wykorzystać te opisy dla pewnej własnej hipotezy. Przypomniało mu się wtedy, że Peli
jest widownią pewnej powieści, którą z zainteresowaniem i przyjemnością przeczytał, powieści
Van Zantes gliicklichste Zeit («Najszczęśliwszy czas van Zantena»), napisanej przez Laurids
Bruun. Myśli, które nieustannie zaprzątały go tego dnia, wiązały się z listem, jaki otrzymał rano od
bardzo drogiej mu kobiety; list ten napełnił go niepokojem, że będzie musiał zrezygnować z
umówionego spotkania. Po spędzeniu całego dnia na najgorszym leniuchowaniu wieczorem
powziął postanowienie, że nie będzie dłużej męczył sit; denerwującymi myślami i sko-^-zycta 7.
towarzystwa wvsoce cenionego, nic zakłócającego jego spokoju. Jest asne, że słowo <‚Pegli»
znowu mogło zagrozić jego zamiarowi, gdyż dźwiękowo wiązało
siQ ono tak bardzo z «Peli»; ale «Peli», które poprzez; zainteresowania etnologiczne nabrało u
niego osobistego znaczenia, ucieleśniało nie tylko van Zantena, ale i jego własny, najszczęśliwszy
czas, a tym samym również obawy i troski, jakie trapiły go przez cały dzień. Jest charakterystyczne,
że to proste tłumaczenie udało się dopiero wtedy, kiedy drugi list przekształcił zwątpienia w
pogodną pewność rychłego ponownego zobaczenia”.
Gdy w związku z tym przykładem przypomni się bliski mu inny przykład, w którym nie mogła
być przypomniana nazwa miejscowości Nerwi (przykład 1), to wówczas widzi się, jak
podobieństwo dźwiękowe dwóch słów powoduje nadanie podwójnego znaczenia jednemu słowu.
14. Kiedy w 1915 r. wybuchła wojna z Włochami, mogłem u siebie zaobserwować, że nagle
wypadła z mojej pamięci duża liczba nazw włoskich miejscowości, z którymi przedtem nie miałem
większych trudności. Jak wielu Niemców, przyzwyczaiłem się spędzać część wakacji na ziemi
włoskiej i nie mogłem wątpić, iż owo masowe zapominanie było wyrazem mojego zrozumiałego
powaśnienia z Włochami, które zajęło miejsce wcześniejszego szczególnego upodobania. Obok
tego bezpośrednio motywowanego zapominania nazw daio o sobie znać również zapominanie
pośrednie, sprowadzające się do tego samego wpływu. Skłonny byłem także zapominać inne niż
włoskie nazwy miejscowości i ustaliłem w toku badania tych przypadków, że nazwy te w jakiś
sposób wiązały się poprzez dalsze nawet podobieństwo dźwiękowe z zakazanymi niejako nazwami
wrogimi. I tak mozoliłem się pewnego dnia z przypomnieniem sobie nazwy miasta B i s e n z na
Morawach. Gdy w końcu wpadłem na nie, natychmiast wiedziałem. ^e to zapomnienie należy
złożyć na konto Palazzo B i-s e n z i w Orvieto. W Palazzo znajduje się hotel Belle
liŁ

Arti, w którym mieszkałem za każdym pobytem w Or-vieto. Ukochane wspomnienia zostały
naturalnie najsilniej naruszone przez zmienione nastawienie uczuciowe.
Celowe jest zatem omówienie kilku przykładów ukazujących, jak różnym zamiarom może służyć
błędna czynność w przypominaniu nazwy.
15. A. J. Storfer 7: „Dama z Bazylei zorientowała się pewnego ranka, że jej przyjaciółka z czasów
młodości S e l m a X. z Berlina, odbywająca podróż poślubną, przybyła przejazdem do Bazylei;
berlińska przyjaciółka miała pozostać w Bazylei tylko jeden dzień i dlatego bazylejka pospieszyła
natychmiast do hotelu. Przyjaciółki, rozchodząc się, umówiły się ponownie na spotkanie
popołudniowe, które miały spędzić razem aż do odjazdu berlinki. Po południu bazylejka
zapomniała o spotkaniu. Uwarunkowania tego zapomnienia nie są mi znane, ale właśnie w tej
sytuacji (spotkanie z przyjaciółka z czasów młodości co tylko zamężną) są możliwe wielorakie
typowe konstelacje, które mogły spowodować zahamowanie pamięci o ponownym spotkaniu.
Interesująca jest w tym przypadku dalsza czynność pomyłkowa, która stanowi nieświadome
zabezpieczenie pierwszej. W czasie, gdy miała spotkać się ponownie z przyjaciółką z Berlina,
bazylejka przebywała w towarzystwie w innym miejscu. Była mowa o niedawnym małżeństwie
wiedeńskiej śpiewaczki Kurz. Dama z Bazylei wyraziła się krytycznie (!) o tym małżeństwie, ale
gdy miała zamiar wymienić nazwisko śpiewaczki, nie mogła sobie przypomnieć jej imienia
(wiadomo, że przy nazwiskach jednozgłoskowych ma się tendencję do podawania imie-
7 A. J. Storfer Namensvergessen żur Sicherung eines Versatz-vergessens. „Internationale
Zeitschrift fur Psychoanalyse” II, 1914.
70
nią). Damę z Bazylei tym bardziej irytowała słabość pamięci, że często śpiewaczkę słyszała. Kurz,
jej nazwisko, a także imię były dla niej czymś powszednim. Ponieważ nikt inny nie wymienił
imienia, które jej uleciało z pamięci, rozmowa potoczyła się w innym kierunku. Tego dnia
wieczorem nasza dama znalazła się w towarzystwie częściowo identycznym z tym z popołudnia.
Przypadkowo rozmowa zeszła ponownie na temat mał- , żeństwa wiedeńskiej śpiewaczki i dama
bez żadnej trud- , ności wymieniła imię i nazwisko: Selma Kurz. Zaraz potem zawołała: «Ach, teraz
przyszło mi do głowy: całkiem zapomniałam, że dziś po południu umówiłam się ze swoją
przyjaciółką Selmą!». Spojrzenie na zegarek uświadomiło jej, że przyjaciółka musiała już
odjechać”.
Nie jesteśmy raczej jeszcze przygotowani do oceniania tego pięknego przykładu we wszystkich
jego aspektach. Prostszy jest kolejny przykład, w którym wprawdzie nie nazwisko, a obcojęzyczny
wyraz został zapomniany wskutek motywu wynikającego z jasnej sytuacji (zauważyć trzeba, że
rozpatrujemy te same procesy niezależnie od tego, czy odnoszą się one do nazwisk, imion,
obcojęzycznych wyrazów czy szyku wyrazów). Tutaj młody człowiek zapomina w języku
angielskim słowa ,,złoto”, które jest identyczne z niemieckim, aby znaleźć powód do pożądanego
działania.
16. Dr Hans Sachs: „Młody człowiek poznał na wspólnej pensji Angielkę, która mu się spodobała.
Gdy pierwszego wieczoru po jej poznaniu rozmawiał z nią w jej ojczystym języku, który już trochę
opanował, i w pewnym momencie chciał użyć angielski odpowiednik słowa «złoto» (niemieckie
Gold), mimo usilnego poszukiwania ten jednogłoskowy wyraz nie przyszedł mu do głowy.
Natomiast narzucały mu się słowa zastępcze w postaci francuskiego or, łacińskiego aurum i
greckie-
71
go chrysos tak uporczywie, że tylko z trudem potrafił je odrzucić, choć wiedział z pewnością, że nie
są one w żaden sposób spokrewnione z szukanym wyrazem. Nie znalazł w końcu żadnego
innego sposobu porozumienia się, jak dotknięcie złotego pierścionka na ręce damy; czuł się wręcz
zawstydzony, gdy dowiedział się od niej, że tak długo szukany odpowiednik słowa «złoto» (Gold)

brzmi tak samo jak w języku niemieckim: gold. Duża wartość tego dotknięcia, spowodowanego
zapomnieniem, polegała nie tylko na nie gorszącym zaspokojeniu popędu chwytania, dotykania,
które mogło zachodzić również z pobudek innych, gorliwie przez zakochanych
uwzględnianych, lecz w większym stopniu na tym, że umożliwiało ono rozeznanie się w widokach
na wynik starania się o tę damę. Jej nieświadomość, szczególnie przy sympatycznym nastawieniu
wobec partnera w czasie rozmowy, może odgadnąć ukrywający się za bezwstydną maską
erotyczny cel zapomnienia; rodzaj i sposób przyjęcia przez partnerkę tego dotknięcia i jego
umotywowania może stać się nieświadomym dla obojga, ale pełnym dużego znaczenia środkiem
porozumienia co do szans rozpoczynającego się właśnie flirtu”.
17. Przytoczę jeszcze za J. Starcke8 interesujący przypadek zapomnienia i przypomnienia
sobie nazwi- i ska, który tym się wyróżnia, że z zapomnieniem nazwi- ; ska wiązało się
zniekształcenie szyku wyrazów, jak w przykładzie dotyczącym Narzeczonej z Koryntu.
„Stary prawnik i nauczyciel języka, Z., opowiadał w towarzystwie, że za czasów studenckich
poznał w Niemczech kolegę, który był szczególnie głupi, i Z.
8 Z wydania holenderskiego pt. De invloed van ons onbe-wuste in ons dagc.lijksche leven.
Amsterdam 1916, przedruk niemiecki w „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” IV,
1 n-i c
1916.
mógłby przytoczyć wiele anegdot o tej jego głupocie. Ale nie mógł sobie przypomnieć jego
nazwiska, sądził, że to nazwisko zaczyna się na W., później jednak wycofał się z tego. Przypomniał
sobie, że ten głupi student został później handlarzem win (Weinhdndler). Potem Z. znowu
opowiedział anegdotę o głupocie tego studenta, znowu dziwił się, że nie może sobie przypomnieć
jego nazwiska i powiedział: «Był takim osłem, że wciąż nie pojmuję, jak mogłem wbić mu do
głowy łacinę przez powtarzanie». Chwilę potem przypomniał sobie, że szukane nazwisko kończy
się na mań. Zapytaliśmy go, czy nie przychodzi mu na myśl inne nazwisko, kończące się na m a n,
na co on: E r d m a n n. «Któż to taki?» To również jakiś student z tego okresu! Siostra Z.
zauważyła, że jest także profesor Erdmann. Przy dokładniejszym rozeznaniu okazało się, że ten
profesor Erdmann wyraził niedawno zgodę na przyjęcie do redagowanego przez siebie czasopisma
pracy przesłanej mu przez Z., ale w skróconej postaci, przy czym częściowo nie podzielał
zawartych w niej poglądów itd., a dalej, że Z. przyjął to jako fakt dość nieprzyjemny.
(Dowiedziałem się ponadto później, że Z. za dawnych lat miał zamiar być profesorem w tej samej
specjalności, w jakiej obecnie naucza profesor E., że zatem to nazwisko i pod tym względem mogło
dotknąć u niego wrażliwej struny).
Nagle Z. przypomniał sobie nazwisko głupiego studenta: Lindeman! Już wcześniej przypomniał
sobie, że nazwisko kończy się na m a n, a Linde pozostało jeszcze przez pewien czas stłumione. Na
pytanie, co przychodzi mu na myśl przy Linde, powiedział: «Nic mi przy tym nie przychodzi na
myśl». Przy moim naleganiu, że jednak coś mu się przy tym słowie przypomina, powiedział,
patrząc przy tym w górę i czyniąc ręką gest w powietrzu: «No tak, lipa (Linde) to piękne drzewo».
72
Więcej nic nie przychodziło mu do głowy. Wszyscy milczeli i każdy zajął się swoją lekturą czy
czymś innym, aż chwilę później Z. zacytował marzycielskim tonem:
i bardziej skomplikowany), niż się początkowo wydawało, a. Pierwsze cytowane wiersze brzmią
(por. wyżej):
Steht er mit festen Gefiigigen Knochen Auf der E r d e So reicht er nicht auf Nur mit der Linde
Oder der Reb e sich zu vergleichen.
(Kiedy tak stoi

mocnymi, gibkimi gnatami
na ziemi,
nie sięga do tego,
by równać się
choćby z lipą
lub z latoroślą
winną).
Zawołałem triumfująco: «A więc mamy Erdmanna. Ten człowiek, który stoi na ziemi, to jest E r d
e–m a n n lub E r d m a n n; nie wytrzymuje on porównania z lipą (Linde — Lindeman) lub z
winną latoroślą (Rebe — Weinhandler). Innymi słowy: ten Lindeman, głupi student, który później
został hadlarzem win, by1 osłem, ale Erdmann jest jeszcze większym osłem i nie może się z tym
Lindemanein porównać».
Taka tkwiąca w nieświadomości mowa, pełna nienawiści i obelg, jest czymś całkiem zwyczajnym,
a tym samym ustalona jest już teraz główna przyczyna zapomnienia nazwiska.
Zapytałem, z jakiego poematu pochodzą cytowane wiersze. Z. powiedział, że jest to poemat
Goethego rozpoczynający się od słów:
(Szlachetny jest człowiek Pomocny i dobry!)
Edel ist der Mensch Hilfreich und gut!
i że dalej jest tam jeszcze:
(Kiedy unosi się w górę, Igrają z nim wiatry).
Und hebt er sich aufwarts So spielen mit ihm die Windę.
Następnego dnia wyszukałem ten poemat Goethego i okazało się, że przypadek jest jeszcze
ładniejszy (ale
(Stoi na mocnych, jędrnych gnatach).
Steht er mit festen Markigen Knochen
Gibkie (giętkie) gnaty byłyby tu dość obcą kombinacją. Nie chcę się jednak bliżej w to wdawać, b.
Dalsze wiersze tej strofy brzmią (por. wyżej):
Auf der wohlbegrundeten
D aue r nde n Erde,
Reicht er nicht auf,
Nur mit der E ich e
Oder der Rebe
Sich zu vergleichen.
W całym poemacie nie ma w ogóle żadnej lipy (Linde)! Zamiana dębu na lipę (w jego
nieświadomości) powstała tylko dlatego, aby umożliwić grę słów: E r d e- –L ind e-R e b e.
c. Poemat ten nosi tytuł: Grenzen der Menschheit («Granice ludzkości*) i zawiera porównanie
wszechmocy bogów i nikłej mocy człowieka. Poemat, którego początek brzmi:
Edel sei der Mensch Hilfreich und gut!
to jednak inny poemat, znajdujący się w zbiorze kilka stronic dalej. Jego tytuł brzmi: Das Gottliche
(«Bos-kość») i zawiera również myśli o bogach i człowieku. Ponieważ nie wchodziliśmy w to
bliżej, mogę najwyżej Przypuścić, że w powstaniu analizowanego przypadku mogły pewną rolę
odegrać również myśli o życiu i śmierci, o przemijającym i wiecznym oraz o własnym marnym
życiu i przyszłej śmierci”.
W niektórych z tych przykładów wzięto pod uwagę
75
74
wszystkie subtelności techniki psychoanalitycznej dl wyjaśnienia zjawiska zapominania nazwisk.

Kogoś, kto chciałby nauczyć się czegoś więcej o takiej pracy, odsyłam do doniesienia E. Jonesa
(Londyn), które zostało przełożone z języka angielskiego 9.
18. Ferenczi zauważył, że zapominanie nazwisk może być również objawem histerii. Pokazał
mechanizm tego zjawiska, odległy od mechanizmu czynności pomyłkowej. Jego doniesienie
uwidacznia, jak rozumiana jest ta różnica:
„Najmuję się obecnie pacjentką, starzejącą się panną, która zapomina nazwiska nawet najczęściej
używane i bardzo dobrze jej znane, choć poza tym ma dobrą pamięć. Analiza wykazała, że chce ona
za pomocą tego symptomu udowodnić swoją ignorancję. To demonstracyjne okazywanie niewiedzy
jest właściwie wyrzutem pod adresem rodziców, którzy nie umożliwili jej uzyskania żadnego
wyższego wykształcenia. Również jej męczące przymuszanie się do czyszczenia wszystkiego
(psychoza pani domu) częściowo pochodzi z tego samego źródła. Chce ona przez to powiedzieć
mniej więcej to: «Zrobiliście ze mnie służącą»”.
Mógłlbym pomnożyć liczbę przykładów zapominania nazw i dalej je omawiać, lecz chciałbym
uniknąć rozpatrywania zaraz na wstępie prawie wszystkich punktów widzenia, które będą
rozważane w związku z później pojawiającymi się tematami. Pozwolę sobie jednak ująć w kilku
zdaniach rezultaty przytoczonych tutaj analiz.
Mechanizm zapominania nazw (właściwie wypadnięcia, chwilowego zapomnienia) polega na
zakłóceniu zamierzonej reprodukcji nazwy przez obcy i w danej chwili nieświadomy tok myślowy.
Albo z góry już istnieje
E. Jones Analyse eines Falles von Namensvergcssen. ,,Zen-tralblatt fur Psychoanaiyse” II, 1911.
związek między zapomnianą nazwą a przeszkadzającym’ kompleksem, albo też związek taki
powstaje dopiero za” pomocą powierzchownego (zewnętrznego), często sztucznego, skojarzenia.
Wśród zakłócających kompleksów największy wpływ wywierają stosunki osobiste (rodzinne,
zawodowe).
Nazwa, która wskutek swej wieloznaczności należy do kilku kręgów myślowych (kompleksów),
może w jednym toku myślowym ulec zapomnieniu pod wpływem dru -giego, silniejszego,
kompleksu.
Wśród motywów tych zakłóceń przebija się dążność do unikania przykrości, jaką by mogło
pociągnąć za sobą przypomnienie tych nazw.
Można na ogół rozróżnić dwa typy zapominania nazw, tj. gdy sama nazwa wiąże się z czymś
nieprzyjemnym lub gdy się wiąże z czymś innym o podobnym działaniu, tak że nazwa może zostać
zapomniana dla niej samej lub też z powodu dalszych lub bliższych związków skojarzeniowych.
Rzuciwszy okiem na powyższe tezy zrozumiemy, że czasowe zapominanie nazw stanowi nasze
najczęstsze czynności pomyłkowe.
19. Omówione tu cechy nie wyczerpują jeszcze wszystkich właściwości tego zjawiska. Rad bym
wskazać jeszcze tutaj na to, że zapominanie nazw bywa w wysokim stopniu zaraźliwe. W rozmowie
dwóch osób wystarcza często, by jedna oświadczyła, że zapomniała tej lub owej nazwy, aby
również i drugiej osobie wypadła ona z pamięci. Tam jednak, gdzie zapomnienie udzieliło się w ten
sposób, odnajduje się łatwo zapomnianą nazwę. 1’o „kolektywne” zapominanie, ściślej ujmując —
zjawisko z zakresu psychologii tłumu — nie stało się jeszcze przedmiotem badania analitycznego.
W pojedynczym, ale szczególnie pięknym przypadku T. Reik przed-
77
stawił dobre wyjaśnienie tego zadziwiającego zdarzenia 10.
„W małym towarzystwie akademików, w którym były również obecne dwie studentki filozofii,
rozmawiano o rozlicznych kwestiach, jakie początki chrześcijaństwa postawiły przed historią
kultury i religioznawstwem. Jedna z młodych pań włączyła się do rozmowy i przypomniała z
powieści angielskiej, którą niedawno czytała, zajmujący obraz wielu kierunków religijnych, jakie
poruszały ludzi w ówczesnych czasach. Dodała, że w powieści było opisane całe życie Chrystusa

od urodzenia aż do śmierci, ale tytuł książki nie przychodził jej na myśl (mimo że wzrokowe
przypomnienie okładki książki i typograficzny obraz tytułu były bardzo wyraźne). Również trzech
obecnych panów twierdziło, że znają powieść, ale zauważyli, że i oni mają przedziwnym sposobem
trudności z przypomnieniem sobie tytułu”.
Tylko młoda niewiasta poddała się analizie dla wyjaśnienia przypadku zapomnienia tytułu książki.
Tytuł brzmiał: Ben Hur (autor: Lewis Wallace). Zastępczo pojawiły się: Ecce homo — homo sum
— quo vadis? Dziewczyna sama rozumiała, że zapomniała tytuł, „gdyż zawiera on wyrażenie,
którego ani ja, ani żadna młoda dziewczyna — w dodatku w towarzystwie młodych ludzi — nie
używa chętnie”. To wyjaśnienie zostało pogłębione przez bardzo interesującą analizę. W raz
poruszonym związku również słowo homo — człowiek (Mensch) ma podejrzane znaczenie. Młoda
niewiasta potraktowała wyraz tak, jak by przez wypowiedzenie tego podejrzanego tytułu
przyznawała się przed młodymi mężczyznami do życzeń, które odrzuciła jako niestosowne
dla jej osobowości i jako przykre. Mówiąc krócej, wypowiedzenie Ben Hur n nieświadomie
przyrównała do oferty seksualnej i zapomnienie tego tytułu odpowiadało odrzuceniu nieświadomej
pokusy tego rodzaju. Mamy podstawę do przypuszczenia, że podobne nieświadome procesy
spowodowały zapomnienie u młodych mężczyzn. Ich nieświadomość uchwyciła zapomnienie, jakie
wystąpiło u dziewczyny, w jego rzeczywistym znaczeniu i… podobnie je zinterpretowała.
Zapomnienie u mężczyzn powstało ze względu na tego rodzaju odrzucające zachowanie. Było tak,
jak gdyby partnerka w rozmowie przez swą nagłą słabość pamięci dała wyraźne skinienie, które
mężczyźni nieświadomie w pełni zrozumieli.
Zdarza się też, że i całe ciągi nazw wypadają z pamięci. Łowiąc, w poszukiwaniu za zapomnianą
nazwą, inne, z którymi była ona w ścisłym związku, gubimy często i te nowe nazwy, które miały
nam być pomocne. Zapominanie przenosi się w ten sposób z jednej nazwy na drugą jakby dla
wykazania, że zachodzi tu jakaś niełatwo dająca się usunąć przeszkoda.
11 Die Hure-prostytutka (przyp. tłum.).
10 T. Reik Uber kollektives Vergessen. „Internationale Zeilschrift
fur Psychoanalyse” VI, 1920; tenże Der eigene und der
fremde Gott. 1923. .. ,. . .-.- ..
78
Rozdział iv O wspomnieniach dziecięcych i tzw. maskujących
W innej rozprawie (drukowanej w 1899 r. w „Monat-. schrift fur Psychiatrie und Neurologie”)
zdołałem w zupełnie nieoczekiwanym miejscu wykazać tendencyjną naturę naszego
przypominania. Punktem wyjścia był uderzający fakt, że u wielu osób w najwcześniejszych
wspomnieniach dziecięcych przechowują się często w pamięci fakty obojętne i podrzędne,
podczas gdy ważne, pełne znaczenia i afektu wrażenia z tego okresu nie pozostawiają (często, na
pewno nie zawsze) w pamięci dorosłych ani śladu. Ponieważ wiadomo, że nasza pamięć dokonuje
wyboru między nasuwającymi się wrażeniami, musielibyśmy więc przyjąć, że ten wybór w
wieku dziecięcym podlega zupełnie innym zasadom niż w wieku dojrzałości intelektualnej.
Szczegółowsze badanie wykazuje jednak, że tak nie jest. Obojętne wspomnienia z dzieciństwa
zawdzięczają swoje istnienie procesowi przemieszczenia: zastępują one w reprodukcji inne,
prawdziwie ważne wrażenia, których przypomnienie można uzyskać za pomocą analizy
psychologicznej, a których bezpośrednia reprodukcja natrafia na opór. Ponieważ przechowały się
one nie dzięki swej własnej treści, lecz dzięki związkowi kojarzeniowemu tejże z inną,
stłumioną, treścią, przeto jest uzasadniona nadana im przeze mnie nazwa „wspomnień
maskujących” (Deckerrinerungen).
W przytoczonej pracy omówiłem tylko pobieżnie zna czenie tych wspomnień i ich różnorodne
związki W zanalizowanym tam obszernie przykładzie położyłem nacisk na to, iż zachodzi
szczególniejszy czasowy związek między wspomnieniem maskującym a osłoniętą przez nie treścią.

Treść wspomnienia maskującego pochodziła tam z pierwszych lat dziecięcych, podczas gdy
reprezentowane przez nie w pamięci przeżycia, zupełnie niemal nieświadome, pochodziły z
późniejszych lat życia danego osobnika. Ten rodzaj przemieszczenia nazwałem wstecznym.
Częstszy może jeszcze jest stosunek odwrotny, polegający na tym, że jakieś obojętne wrażenie z
ostatniego czasu ustala się w pamięci jako wspomnienie maskujące dzięki połączeniu z takim
dawniejszym przeżyciem, którego bezpośrednia reprodukcja natrafia na opór. Są to tzw. poprzedzaj
ą-c e wspomnienia maskujące, bo to, co się w tym przypadku właściwie w pamięci dzieje, znajduje
się w czasie poza wspomnieniem maskującym. Zauważyć można jeszcze i trzecią możliwość, że to
wspomnienie nie tylko pod względem treści, lecz i pod względem czasu odpowiada wrażeniu
przezeń osłoniętemu; byłoby to więc równoczesne lub przyległe wspomnienie maskujące.
Jak wielka część naszego skarbca pamięciowego należy do kategorii wspomnień maskujących,
jaka jest ich rola w procesach myślowych i w nerwicy — tych oto zagadnień nie roztrząsałem ani
tam, ani też tutaj nie będę ich rozpatrywać. Chodzi mi tylko o to, by wykazać, że zapominanie
imion własnych z mylnym przypominaniem i tworzenie wspomnień maskujących są procesami
jednakowymi.
Zrazu bardziej rzucają się w oczy różnice między tymi obu zjawiskami aniżeli ich podobieństwa.
Tam chodzi o imiona własne, tutaj o całościowe wrażenia,
80
81
o przeżycia rzeczywiste lub fantazyjne; tam pamięć wyraźnie zawodzi, tu stwarza coś, co nas
zastanawia; tam mamy do czynienia z chwilowym zaburzeniem, gdyż tylko co zapomnianą
nazwę reprodukowaliśmy niezliczoną ilość razy i będziemy jeszcze reprodukować, tutaj — o
trwałe przeżycia, gdyż zdaje się, że obojętne wspomnienia z dzieciństwa towarzyszą nam przez
długi okres naszego życia. Zdawałoby się, że zagadkowość w obu tych przypadkach polega na
czymś innym: tam zapomnienie, tutaj zaś pamiętanie jest tym, co budzi nasze zaciekawienie. Przy
głębszym rozpatrzeniu widzimy jednak, że mimo różnic treściowych i czasowych obu zjawisk
przeważa znacznie ich zgodność. I tu, i tam pamięć spudłowała; pamięć zreprodukowała nie to, co
powinna, lecz zastępczo coś innego. I w przypadkach zapominania nazw pamięć jest czynna, dając
nazwę zastępczą. Tworzenie wspomnień maskujących polega na zapominaniu innych istotnych
wrażeń. W obu przypadkach intelektualne odczucie powiadamia nas o jakimś zakłócającym
wpływie, tylko za każdym razem w innej formie. Przy zapominaniu nazw wiemy, że imiona
zastępcze są fałszywe; przy myślach maskujących dziwimy się, iż w ogóle je posiadamy. Jeśli
potem analiza psychologiczna wykaże, że twór zastępczy powstał w obu przypadkach w ten sam
sposób, mianowicie przez przemieszczenie za pośrednictwem powierzchownego skojarzenia, to
właśnie różnice w materiale, czasie i ześrodkowaniu obu zjawisk przyczyniają się do tego, że
spodziewamy się odnaleźć coś ważnego i mającego powszechne zastosowanie. To uogólnienie
opiewałoby tak, że pomyłki w reprodukcji wskazują o wiele częściej, aniżeli to przypuszczamy, na
wmieszanie się czynnika stronniczego, tendencyjnego, który sprzyja jednym wspomnieniom,
a innym stara się przeciwdziałać.
Temat wspomnień dziecięcych wydaje mi się tak ciekawy i ważny, że chciałbym poświęcić mu
jeszcze kilka uwag, które wykraczają znacznie po/a dotychczasowe poglądy.
Jak daleko w dzieciństwo sięgają wspomnienia? Znane mi są niektóre prace w tej kwestii (np. V. i
C. Hen-i ri! i Potwin2); wykazują one wielkie różnice indywidualne u badanych; podczas gdy
niektórzy z nich pierwsze swe wspomnienia odnoszą do szóstego miesiąca ży-; cia, to inni nic me
wiedzą o swym życiu aż do skończę-: nią szóstego, ba, nawet ósmego roku. Ale od czego zależą te
różnice w zdolności przypominania sobie dzieciństwa i jakie należy przypisać im znaczenie?
Widocznie nie wystarcza zbierać materiał do tych badań przez masowe wywiady, trzeba go jeszcze
opracować przy współudziale informujących.

Sądzę, że zbyt obojętnie traktujemy fakt dziecięcej amnezji, zapomnienia przeżyć z pierwszych łat
życia, i wskutek tego nie widzimy, że jest ona osobliwą zagadką. Zapominamy, do jak wysokiej
sprawności intelektualnej i jak skomplikowanych wzruszeń uczuciowych jest zdolne dziecko
czteroletnie, i powinnibyśmy się raczej dziwić, że pamięć z późniejszych lat tak mało z nich na ogół
przechowała — zwłaszcza że mamy pewne dane, by przyjąć, iż same zapomniane przeżycia
dziecięce w rozwoju osobnika nie przeszły bez śladu, lecz miały decydujący wpływ na jego życie
późniejsze. A jednak mirno tego niezrównanego wpływu zostały zapomniane! Wskazuje to, iż
przypominanie (w znaczeniu świadomej reprodukcji) podlega szczególnym warunkom, które
dotychczas nie były nam znane. Jest też
1 V. i C, Henri Enąuete sur ies premiers souvenirs de l’en-lance. „L’annee psychologiques” III,
1897,
2 Potwin Study of early memories. „Psycholog. Review” 1901.,
82
83
całkiem możliwe, że zapominanie dzieciństwa dostarczy nam klucza do zrozumienia owej amnezji,
która, według naszych badań, bywa przyczyną objawów neurotycznych.
Z zachowanych wspomnień dziecięcych niektóre wydają się nam łatwe, inne znów trudne do
zrozumienia, a nawet zadziwiające. Nietrudno jednak będzie sprostować niektóre błędy tyczące się
obu rodzajów. Jeśli się podda analizie zachowane wspomnienia, to można łatwo skonstatować, że
nie istnieje pewność co do ich prawdziwości. Niektóre z obrazów wspomnieniowych są z
pewnością sfałszowane, niezupełne albo przesunięte w czasie i przestrzeni. Twierdzenia
badanych, jakoby np. pierwsze ich wspomnienie pochodziło z drugiego roku życia, są oczywiście
niewiarygodne. Udaje się też wkrótce odnaleźć motywy, które pozwalają zrozumieć
zniekształcenie i przesunięcie przeżyć, a zarazem dowodzą, że nie tylko zwyczajna niestałość
pamięci bywa przyczyną tych błędów. Potężne siły z późniejszego okresu życia wpływały na
zdolność wspominania dziecięcych przeżyć; te same siły zapewne, które spowodowały, że w ogóle
tak odbiegliśmy od zrozumienia naszych lat dziecięcych.
Przypominanie u dorosłych odbywa się, jak wiadomo, przy udziale rozmaitego materiału
psychicznego. Jedni przypominają sobie w obrazach wzrokowych; ich wspomnienia mają charakter
wizualny; inni mogą reprodukować wspomnienia przeżyć li tylko w najsłabszych zarysach; takie
osoby zwiemy auditifs i moteurs w przeciwieństwie do visuels (według Charcota)3. W
marzeniach sennych zanikają te różnice, śnimy bowiem wszyscy przeważnie w obrazach
wzrokowych. Po-
* Znane rozróżnienie J. M. Chareota trzech typów pamięciowych: wzrokowego, słuchowego i
ruchowego (przyp. tłum.).
84
dobnie upraszcza się ten proces i we wspomnieniach dziecięcych; są one plastycznie wizualne także
i u tych osób, u których późniejsze przypomnienia nie mają charakteru obrazów wzrokowych.
Wizualne wspomnienia zachowują tym samym typ wspomnienia dziecięcego. U mnie wspomnienia
z najwcześniejszego dzieciństwa są jedynymi o charakterze wizualnym; są to wprost plastyczne
sceny, niby przedstawienia sceniczne. W tych scenach z dzieciństwa, tak prawdziwych jak i
zafałszowanych, regularnie widzimy także własną osobę z czasów dziecięcych w jej zarysach i
ubraniu. Musi to budzie zdziwienie, bowiem dorośli wzrokowcy nie widzą już siebie we
wspomnieniach z dawniejszych lat4. Z naszymi doświadczeniami nie zgadza się przypuszczenie,
jakoby uwaga dziecka w czasie jego przeżyć była skierowana na własną osobę, a nie wyłącznie na
wrażenia zewnętrzne. Tak więc najrozmaitsze względy zniewalają nas do przypuszczenia, że w tzw.
wspomnieniach z najwcześniejszego dzieciństwa nie ma autentycznego śladu pamięciowego, tylko
już późniejsze opracowanie, na którym odbiły się wpływy lat późniejszych, rozmaitych sił

psychicznych. Wspomnienia dziecięce uzyskują w ten sposób znaczenie wspomnień maskujących i
przedstawiają przy tym ciekawą analogię do mitów i podań, tj. wspomnień z dzieciństwa narodów.
Kto badał psychoanalitycznie pewną liczbę osób, ten zebrał obfite przykłady wspomnień
maskujących wszelkiego rodzaju. Przytoczenie takich przykładów jest jednak szczególnie
utrudnione właśnie wskutek omawianej przedtem natury stosunku wspomnień dziecięcych do
późniejszego życia, tak że chcąc wykazać, iż wspomnienie dziecięce jest tylko maskujące,
musielibyśmy często
4 Twierdzę na podstawie zasięgniętych przeze mnie informacji.
skreślić przebieg całego życia danego osobnika. Rzadko tyiko można podać poszczególne
wspomnienie dziecięce wyjęte z jego związków, jak to ma miejsce w następującym pięknym
przykładzie.
Dwudziestoczteroletni mężczyzna zachował taki obraz ze swego piątego roku życia. Siedzi w
ogrodzie na krzesełku przy ciotce, która uczy go liter. Różnica między min sprawia mu trudności,
prosi więc ciotkę, by mu powiedziała, po czym się je rozróżnia. Ciotka zwraca mu uwagę, że m ma
o cały kawałek, tj. o trzecią kreskę, więcej niż n. Nie ma żadnego powodu, aby wątpić o
prawdziwości tego wspomnienia dziecięcego; swojego znaczenia nabrało ono jednak dopiero
później, gdy mogło symbolizować inny przedmiot ciekawości chłopięcej. Bo jak wtedy chciał
poznać różnicę między m i n, tak potem usiłował poznać różnicę między chłopcem a dziewczyną, i
byłby z pewnością chętnie się na to zgodził, żeby właśnie owa ciotka pouczyła go i w tej materii.
Odkrył też później, że różnica jest taka sama, że chłopiec ma również właśnie o cały kawałek
więcej niż dziewczyna, i w czasie tego poznania wbudziło się w nim wspomnienie owego
dziecięcego zaciekawienia.
Inny przykład z okresu późniejszego dzieciństwa. Mężczyzna silnie zahamowany w swym życiu
miłosnym, obecnie mający ponad czterdzieści lat, jest najstarszym z dziewięciorga dzieci. Kiedy
urodziła się najmłodsza siostrzyczka, miał piętnaście lat; ale on twierdzi stanowczo i pewnie, że
nigdy nie zauważył ciąży matki. Pod naciskiem mego niedowierzania wystąpiło u niego
przypomnienie, że kiedyś, gdy miał jedenaście—dwanaście lat, widział jak matka przed lustrem
szybko rozwiązała spódniczkę. Następnie już bez przymusu uzupełnił, że właśnie przyszła z ulicy i
doznała nieoczekiwanych bólów porodowych. Rozwiązywa-
86
n i e spódnicy jest jednak maskującym wspomnieniem porodu5. Posłużenie się takimi „pomostami
słownymi” spotykamy jeszcze w innych przypadkach.
Chciałbym na jednym jeszcze przykładzie wykazać, jakiego znaczenia nabierają dzięki analizie
wspomnienia dziecięce, które bez niej wydawałyby się bez sensu. Kiedy w czterdziestym trzecim
roku życia zacząłem zwracać uwagę na resztki wspomnień z własnego dzieciństwa, przyszła mi na
myśl jedna scena, którą od czasu do czasu przypominam sobie i którą, według pewnych danych,
mogłem odnieść do ukończonego trzeciego roku życia. Widzę siebie, jak stoję przed szafą, której
drzwi otwiera mój brat przyrodni o dwadzieścia lat starszy ode mnie; nagle wchodzi do pokoju, jak
gdyby wracając z ulicy, moja matka, smukła i piękna. W te słowa ująłem plastycznie widzianą
scenę, z którą w ogóle nie wiedziałem, co począć. Czy mój brat chciał skrzynię otworzyć, czy
zamknąć — w pierwszym tłumaczeniu obrazu nazywało się to „szafą” — dlaczego przy tym
płakałem i co miało oznaczać przyjście matki — wszystko to było dla mnie niejasne. Tłumaczyłem
sobie, że chodziło tu o wspomnienie psoty starszego brata, przerwanej wejściem matki. Takie
niezrozumienie scen dziecięcych przechowywanych w pamięci nie jest wcale rzadkością.
Przypominamy sobie sytuację, lecz nie jest ona zorganizowana, nie wiemy, na jaki pierwiastek
należy położyć nacisk. Analiza naprowadziła mnie na zupełnie nieoczekiwane ujęcie obrazu.
Brakowało mi matki, podejrzewałem, że jest zamknięta w tej szafie czy skrzyni, i żądałem od brata,
by mi ją otworzył. Gdy to uczynił i przekonałem się, że matki tam nie ma, za-
5 Rozwiązywanie spódnicy—das Aufbinden des Rockes, i po

ród—die Entbindung (przyp. tłum.). • s’::-i =’•”.,,;
87
cząłem krzyczeć. To jest we wspomnieniu silnie zachowany moment, po którym zaraz nastąpiło
ukojenie mej tęsknoty przez ukazanie się matki.
Skąd jednak przyszła dziecku myśl szukania nieobecnej matki w skrzyni? Jednoczesne sny
wskazują niejasno na pewną niańkę, o której jeszcze inne przechowałem reminiscencje, jak np, że
namawiała mnie, abym sumiennie oddawał jej drobną monetę, którą w podarku otrzymywałem;
szczegół ten ma również wartość wspomnienia maskującego. Postanowiłem tedy ułatwić sobie
tym razem zadanie i zapytać obecnie starą już matkę o ową niańkę. Dowiedziałem się rozmaitych
rzeczy, między innymi że ta przebiegła i nieuczciwa kobie-: ta w czasie połogu matki pokradła
wiele rzeczy z domu i na żądanie mego przyrodniego brata została areszto-‚ wana. Ta wiadomość
rzuciła mi snop światła na owa scenę dziecięcą. Nagłe zniknięcie niańki nie było mi obojętne;
zwróciłem się z pytaniem o nią do brata prawdopodobnie dlatego, że zauważyłem, iż brał on
jakiś udział w zniknięciu, a on mi dał wymijającą odpowiedź, żartując według swego
zwyczaju, że ją „przyskrzyniono” (eingekastelt)6. Tę odpowiedź zrozumiałem po
dziecięcemu zupełnie dosłownie; lecz zaprzestałem już pytać, bo nie było nic więcej do
dowiedzenia się. Gdy mi wkrótce potem matki zabrakło, podejrzewałem, że niedobry brat
zrobił z nią to samo co z niańką, i zmusiłem go do tego, by mi skrzynię otworzył.
Rozumiem też teraz, dlaczego w tłumaczeniu wizualnej sceny dziecięcej nacisk jest położony na
szczupła figurę matki, która mnie musiała uderzyć jako powrót do dawniejszego wyglądu. Jestem o
dwa i pół roku star-
• Od der Kasten—skrzynia, pudło. Żartobliwe wyrażenie zamiast „zamknąć w areszcie” (przyp.
tłum.). ‚ * •
szy od wtedy urodzonej siostry, a gdy miałem trzy lata skończyło się też współżycie z bratem
przyrodnim 7.
7 Ten, kto interesuje się życiem psychicznym dziecka w tym wieku, łatwo odgadnie głębsze
uwarunkowania żądania stawianego starszemu bratu. Dziecko kończące trzeci rok życia
zrozumiało, że ostatnio urodzona siostrzyczka urosła w ciele matki. Nie zgadzało się z tym faktem,
było nieufne i zaniepokojone, że ciało matki może ukrywać jeszcze dalsze dzieci. Szafa lub
skrzynia to dla niego symbol ciała matki. Domagało się więc zaglądnięcia do tej skrzyni i zwracało
się do starszego brata, który, jak wynika z innego materiału, stał się, w miejsce ojca, jego rywalem.
Oprócz podejrzenia, że „zamknął on w skrzyni” zaginioną nianię, kieruje przeciw bratu jeszcze inne
podejrzenie, że to on w jakiś sposób spowodował, iż urodzone dziecko znalazło się w ciele matki.
Uczucie rozczarowania na widok pustej skrzyni pochodzi z powierzchownej motywacji dziecięcego
żądania. W aspekcie głębiej tkwiącego dążenia jest ono fałszywe. Natomiast w pełni zrozumiałe
staje się wielkie zadowolenie z wysmukłości powracającej matki właśnie dopiero przy
uwzględnieniu tej głębszej warstwy.
ii. W Vi -•* … i t-il- •
v
**1
Przejęzyczenia
Zasób słów naszej mowy ojczystej wydaje się zabezpieczony przed zapomnieniem, za to ulega on
coraz częściej innemu zakłóceniu, które nazywamy przejęzyczeniem. Ma się wrażenie, że
przejęzyczenie u normalnych ludzi jest niejako zadatkiem parafazii, występującej w warunkach
patologicznych.
Znajduję się tu w wyjątkowym położeniu, iż mogę uwzględnić pracę wcześniejszą niż moja. W
1895 r. R. Meringer i A. Mayer opublikowali studium Ver-sprechen und Verlesen, zawierające
odmienne punkty widzenia niż mój. Jeden z autorów jest językoznawcą i zainteresowanie
lingwistyczne skłoniło go do badania reguł, jakim podlega przejęzyczenie. Spodziewał się wysnuć z

tych reguł istnienie „jakiegoś duchowego mechanizmu, który łączy z sobą w jakiś szczególny
sposób dźwięki, zdania, a także i słowa” (s. 10).
Autorzy grupują zebrane przez siebie przykłady przejęzyczenia według czysto opisowego punktu
widzenia jako przestawienia (np. Milo z Wenus, zamiast Wenus z Milo), przeddźwięki lub
antycypacje (np. „es war mir auf Schwert… auf der Brust so schwer”), podźwięki lub oddziaływania
następcze (np. „Ich fordere Się auf, auf das Wohl unseres Chefs aufzustossen” — „Wzywam was do
uderzenia szefa na zdrowie” zamiast „…auf das Wohl unseres Chefs anzustossen”), pomieszanie lub
90
kontaminacje (np. „Er setzt sich auf den Hin-terkopf” — „Usiadł na potylicy” zamiast „…auf die
Hinterbeine” — „Stanął dęba”), podstawienia lub substytucje (np. „Ich gębę die Praparate in den
Briefkasten” — „Wkładam preparaty do skrzynki na listy” zamiast „…in den Briitkasten” — „…do;
skrzynki wylęgowej”). Oprócz tych głównych kategorii należy tu jeszcze kilka mniej ważnych (albo
dla naszych celów mniej znaczących). Przy tym pogrupowaniu nie ma żadnej różnicy, czy to
przestawienie, zniekształcenie lub też zlanie się itd. dotyczy poszczególnych głosek, sylab czy też
całych słów zamierzonego zdania.
Dla wyjaśnienia powyższych rodzajów przejęzyczenia ustanawia Meringer rozmaitą psychiczną
wartość głosek. Już podczas unerwiania pierwszej głoski jakiegoś wyrazu lub też pierwszego słowa
jakiegoś zdania to pobudzenie przechodzi na następne głoski oraz słowa i jeżeli te innerwacje są
jednoczesne, to głoski mogą się wzajemnie przeinaczać, bo pobudzanie psychiczne związane z
intensywniejszą z nich zagłusza niejako poprzedzające lub następujące i zakłóca w ten sposób
innerwacje słabsze. Chodzi tylko o to, by odnaleźć, które głoski danego wyrazu mają największą
wartość psychiczną. Meringer sądzi, że, „jeżeli chcemy wiedzieć, która głoska ma największa
intensywność, to musimy się obserwować, gdy szukamy jakiegoś zapomnianego słowa, np. nazwy.
To, co z niego najpierw pojawia się w świadomości, posiadało przed zapomnieniem największą
intensywność” (s. 106). „Wysoko wartościowymi głoskami są przeto nagłos źródłosłowu, nagłos
wyrazu i zaakcentowane samogłoski” (s. 162).
Tym twierdzeniom muszę się tu stanowczo sprzeciwić. Bez względu bowiem na to, czy
początkowa głoska jakiegoś imienia należy do najbardziej wartościowych
pierwiastków tego wyrazu czy nie, z pewnością nie jest słuszne, że w przypadku zapomnienia
wraca ona najpierw do świadomości; reguła ta jest więc bezużyteczna. Przy poszukiwaniu
zapomnianej nazwy wyrażamy stosunkowo często przekonanie, iż zaczyna się ona od pewnej
określonej litery, a przekonanie to okazuje się równie często uzasadnione jak i nieuzasadnione. Ba,
twierdziłbym nawet, że w większości przypadków zapowiadamy fałszywy nagłos. Tak samo i w
naszym przypadku „Signorelli” nie ma w zastępczej nazwie „Botticelli” ani nagłosu, ani też
istotnych sylab zapomnianego nazwiska; natomiast nasunęła się mniej waż-i na para zgłosek (e 11
i).
i Następujący przypadek pouczy nas, jak mało właśnie w nazwach zastępczych bywa
uwzględniany nagłos zapomnianej nazwy.
Pewnego dnia nie mogłem sobie w żaden sposób przypomnieć nazwy małego kraiku, którego
głównym miastem jest Monte Carlo. Nazwy zastępcze były: Piemont, Albania, Montevideo, Colico.
Zamiast Albanii występuje wkrótce Montenegro, i wtedy rzuca mi się w oczy, że wszystkie te
nazwy zastępcze z wyjątkiem ostatniej zawierają zgłoskę m o n t (wymawiane m o n). Stanowi to
dla mnie znaczne już ułatwienie, tak że jeszcze za pośrednictwem imienia panującego w tym kraju
księcia Alberta, odnajduję zapomniane Monaco. Colico oddaje mniej więcej następstwo i rytm
sylab zapomnianej nazwy.
Przypuściwszy, że podobny mechanizm, jaki wykazaliśmy przy zapominaniu nazw, zachodzi
także i przy przejęzyczeniu, uzyskamy głębszy wgląd w istotę tego ostatniego. Zaburzenie mowy,
które się przejawia jako przejęzyczenie, może być spowodowane: po pierwsze, albo przez
przeddźwięk lub ppdżwięk, albo też przez

inne ujęcie w obrębie zamierzonego zdania lub związku, jak to ma miejsce we wszystkich
powyższych przykładach zaczerpniętych z Meringera i Mayera; po drugie zaś, mogłaby ta
przeszkoda pochodzić, podobnie jak w przypadku „Signorelli”, od wpływów znajdujących się poza
obrębem danego słowa, zdania lub związku, a mianowicie od pierwiastków, których nie
zamierzaliśmy wypowiedzieć, a o których pobudzeniu dowiadujemy się dopiero właśnie przez to
zaburzenie. Oba sposoby, w jakie może powstać zapomnienie, miałyby więc jako wspólną cechę
jednoczesność pobudzenia; różnica zaś między nimi polegałaby na tym, czy zakłócający wpływ
znajduje się wśród zamierzonego zdania czy też poza jego obrębem. Mimo że na pozór ta różnica
nie jest bardzo wielka, to jednak ma ona duże znaczenie dla pewnych wniosków, które z
symptomatologii przejęzyczenia można wyciągnąć. W każdym razie jest chyba jasne, że tylko w
przypadkach pierwszej kategorii (gdzie wpływ zakłócający znajduje się w obrębie zamierzonego
zdania) można z przejęzyczenia wyprowadzić wnioski co do mechanizmu, który, wiążąc z sobą
głoski i słowa, wytwarza ich wzajemny wpływ na siebie, a którego to mechanizmu wzmiankowani
badacze poszukiwali w swych studiach nad przejęzyczeniem. W przypadkach, gdzie wpływ
zakłócający znajduje się na zewnątrz zamierzonego zdania lub związku, chodziłoby przede
wszystkim o to, by rozpoznać te zakłócające pierwiastki, a potem nasunęłoby się pytanie, czy
mechanizm tego zakłócenia może nam również ujawnić domniemane prawa kształtowania się
mowy.
Nie można twierdzić, jakoby Meringer i Mayer przeoczyli możność zakłócania mowy przez
skomplikowane wpływy psychiczne, przez pierwiastki pochodzące z zewnątrz wypowiedzianego
słowa lub zdania. Musieli oni przecież zauważyć, że ich teorie nierównej wartości
psychicznej głosek, ściśle biorąc, wystarczą tylko do wyjaśnienia zakłócenia głosek, jak też przed- i
podźwię-ków. W tych przypadkach, gdzie zakłócenia wyrazów nie dają się sprowadzić do
zakłócenia głosek, jak np. w substytucjach, kontaminacjach, nie wahali się oni poszukiwać
przyczyn przejęzyczenia na zewnątrz zamierzonego związku i poparli to pięknymi przykładami.
Przytaczam następujące fragmenty:
„R. opowiada o rzeczach, które w swej duszy określa jako Schweinereien (świństwa). Szuka
jednak łagodniejszego wyrażenia i zaczyna: «Dann aber sind Tatsachen zum Yorschwein
gekommen». («Potem wyszły jednak najawfakty» — Yorschwein zamiast Yorschein). Mayer i ja
byliśmy przy tym obecni i R. potwierdził, że miał na myśli Schweinereien. To, że pomyślane słowo
pojawiło się i zdradziło przy Yorschein — tłumaczy się dostatecznie podobieństwem obu wyrazów”
(s. 62).
„Także i przy substytucjach podobnie jak w kontaminacjach, a może jeszcze w wyższym stopniu,
grają rolę luźne obrazy językowe. Pomimo że znajdują się one pod progiem świadomości, to jednak
są na tyle bliskie, że mogą wywierać wpływ, mogą wypłynąć dzięki podobieństwu z kontekstem,
który ma zostać wypowiedziany, i powodują w ten sposób wykolejenie słów lub krzyżują ich szyk.
Luźne obrazy językowe są, jak to już powiedzieliśmy, często pozostałościami niedawnych
procesów językowych (Nachkliinge — podźwięki)” (s. 73).
„Wykolejenie może powstać także I przez podobieństwo, tj. wtedy, gdy inne podobne słowo,
które miało być wypowiedziane, leży tuż pod progiem świadomości. To zachodzi przy
substytucjach. Mam nadzieję, że przy sprawdzaniu muszą się moje reguły potwierdzić. Ale do tego
potrzeba, byśmy (kiedy ktoś inny mówi) jasno sobie zdawali sprawę z te-
94
go wszystkiego, o czym mówca myślał” (s. 97) ‚.
„Oto pouczający przykład: dyrektor L. powiedział \v naszym towarzystwie: «Die Frau wurde mir
Furcht c i n l a g e n» («Ta kobieta napędziłaby mi strachu* — einlagen zamiast einjagen).
Zdumiałem się, gdyż to l wydało mi się trudne do zrozumienia. Pozwoliłem sobie zwrócić uwagę
mówcy na jego pomyłkę, na co mi natychmiast odpowiedział: «To pochodzi stąd, że myślałem:
«Ich wdre nicht in der Lage» («nie byłbym w stanie») itd.” (s. 97).
„Inny przypadek. Spytałem pana R. S., jak się miewa jego chory koń. Odpowiedział: «Ja, das dr

aut … das dauert vielleicht noch einen Monat» («To potrwa może jeszcze z miesiąc»). To draut ze
swoim r było dla mnie niejasne, gdyż r od słowa dauert nie mogło podziałać w ten sposób.
Zwróciłem na to uwagę pana R.S., a on mi objaśnił, że myślał «D
Geschichte» («To jest smutna historia»). Mówca miał przeto w myśli dwie odpowiedzi na moje
pytanie i one zmieszały się”.
Jest chyba widoczne, jak bardzo zbliżają się do naszych analiz te poglądy Meringera, mianowicie
uwzględnianie luźnych obrazów językowych, znajdujących się pod progiem świadomości i nie
przeznaczonych do wypowiedzenia, jak i żądanie, by wypowiedzieć wszystko, o czym mówiący
myślał. I my także poszukujemy nieświadomego materiału, i to na tej samej drodze, z ta tylko
różnicą, że od pomysłów badanego aż do odnalezienia przeszkadzającego pierwiastka musimy
odbyć dłuższa drogę przez złożony ciąg skojarzeń.
Zatrzymam się chwilę przy innym interesującym fakcie, o którym świadczą przykłady Merinppra.
Według
1 Podkreślenie moje. ;•. .;…•.,?•
95
zdania autora zachodzi podobieństwo jakiegoś słowa
w zamierzonym zdaniu do innego w nie zamierzonym,
dzięki któremu to ostatnie może się zaznaczyć w świa
domości, powodując zniekształcenie, twór mieszany lub
kompromisowy (kontaminację): – •• s •».
lagen, dauert, Yorschein
jagen, traurig, …schwein , ‚*’
• : ‚ •’ 5’r
W swojej pracy Die Traumdeutung- wykazałem, jak, znaczny udział ma czynność zagęszczania,
gdy z utajonej treści marzenia sennego powstaje tzw. jawna. Zużytkowuje się tam jakieś
podobieństwo rzeczy lub wyrazów w dwóch nieświadomych pierwiastkach, by utworzyć trzeci,
mieszany, czyli twór kompromisowy, który w treści marzenia sennego reprezentuje oba swe
składniki i który dzięki temu pochodzeniu zawiera często sprzeczne z sobą szczegóły. Tworzenie
substytucji i kontaminacji przy przejęzyczeniu jest więc początkiem owego procesu zagęszczenia,
który bierze bardzo żywy udział w budowie marzenia sennego.
W małej, dla szerszych kręgów przeznaczonej, roz-prawce3 Meringer uwzględnił praktyczne
znaczenie pewnych przypadków przejęzyczenia, a mianowicie tych, gdzie zamiast pewnego słowa
zostało wymówione jego przeciwieństwo.
,,Pozostało jeszcze w pamięci, w jaki sposób przed niedawnym czasem prezydent austriackiego
parlamentu otworzył posiedzenie: «Wysoka Izbo! Stwierdzam obecność tylu, a tylu panów i
ogłaszam wobec tego posiedzenie za zamknięte*. Dopiero ogólna wesołość
2 S. Freud Die Traumdeutung. Leipzig und Wien 1900, Deu-ticke. 8 wyd. 1930.
3 R. Meringer Wie mań sich versprechen kann. „Neue Freie Pi-esse” 23 VIII 1900.
96
zwróciła jego uwagę, po czym pomyłkę sprostował. W tym przypadku wyjaśnienie będzie
prawdopodobnie takie, że prezydent życzył sobie, aby już mógł zamknąć posiedzenie, po którym
niewiele dobrego się spodziewał; ale myśl uboczna — częste zjawisko — przedostała się częściowo
i oto rezultat: «zamknięte», zamiast «otwarte», a zatem przeciwieństwo tego, co miało być
powiedziane. Lecz wielokrotna obserwacja pouczyła mnie, że słowa o przeciwnym znaczeniu w
ogóle bardzo często bywają zamieniane; są one bowiem ze sobą skojarzone już w naszej
świadomości językowej, znajdują się tuż obok siebie i bywają często błędnie wywoływane”.
Nie we wszystkich przypadkach zamiany na przeciwieństwo jest tak łatwo jak w przytoczonym
przykładzie wykazać, że przejęzyczenie następuje wskutek sprzeciwu, który się podnosi w duszy
mówcy wobec zamierzonego zdania. Analogiczny mechanizm znaleźliśmy w analizie przykładu:
aliąuis; tam wewnętrzny sprzeciw wyraził się przez zapomnienie jednego słowa, a nie przez

zastąpienie go przeciwieństwem. Musimy jednak dla wyrównania tej różnicy zauważyć, że wabec
słówka aliąuis nie ma właściwie takiego przeciwieństwa, jakie stanowią np. słowa „otworzyć” i
„zamknąć”, tudzież że słowo „otworzyć” jako bardzo często używane nie może ulec zapomnieniu.
Skoro ostatnie przykłady Meringera i Mayera wykazują, że zakłócenia mowy mogą powstać
zarówno wskutek wpływu przeznaczonych do wypowiedzenia przed-i podźwiękowych głosek i
słów tego samego zdania, jak i wskutek wpływu słów poza zamierzonym zdaniem, których
pobudzenie poza tym w ogóle by się nie ujawniło, to przede wszystkim należałoby wiedzieć, czy
obie te grupy przejęzyczeń trzeba wyraźnie rozgraniczyć, i po czym się rozróżnia poszcze-
97
Psychopatologia…
:•• . „^\\ . :• ” ‚ ‚•’-
gólne przypadki obu grup. Tu wspomnieć należy o poglądach Wundta, który w swoim właśnie
wydanym obszernym opracowaniu zasad rozwoju mowy4 traktuje także o zjawiskach
przejęzyczenia. Przy tych zjawiskach oraz innych, im pokrewnych, nie brak nigdy, według
Wundta, pewnych psychicznych wpływów. „Należy tutaj przede wszystkim jako pozytywny
warunek nieta-mowany bieg skojarzeń dźwięków i słów, które to skojarzenia zostały
pobudzone przez właśnie co wymówione dźwięki. Jednocześnie jako drugi warunek (moment
negatywny) potrzebne jest tutaj zmniejszenie wpływu, jaki wywiera wola w kierunku hamowania
tego biegu skojarzeń, oraz obniżenie poziomu uwagi, która jako czynność woli również zapobiega
przejęzyczeniu. Czy ta gra skojarzeń przejawia się w antycypacji nadchodzącego czy w
reprodukcji poprzedzającego dźwięku, czy we wtrąceniu nawykowego dźwięku między inne, czy
wreszcie w tym, że wymawiane dźwięki wskutek związku kojarzeniowego ulegają wpływowi
innych wyrazów — są to wszystko tylko różnice co do kierunku i co do wpływu kojarzeń, nie zaś
co do ich istoty. Wahamy się też w pewnych przypadkach, której ; formie należy przypisać
określone zakłócenie, i czy ra- i czej nie należałoby go odnieść według zasady i o złożoności
przyczyn do współdziałania kilku motywów” 5.
Uważam te uwagi Wundta za zupełnie słuszne i pouczające. Należałoby może z większą
stanowczością niż Wundt zaakcentować, że wyraźnie sprzyjający przejęzyczeniu moment — to jest
nie hamowany bieg skojarzeń — i negatywny — obniżenie hamującego wpływu
371
4 W. Wundt Volkerpsy ekologie. 1900-1920, t. I, cz. l, s. n.
5 Ibid., s. 380-381. Podkreślenie moje. ^.» • ^v
u\vagi — regularnie tu współdziałają. Wraz ze zmniejszeniem się hamującej uwagi, a raczej jako
skutek tego, następuje nieskrępowany bieg skojarzeń.
Między przykładami przejęzyczenia, jakie sam zebra-jem, nie ma ani jednego, który bym musiał
sprowadzić wyłącznie do tego, co Wundt nazywa „wpływem koń-, taktu dźwięków”
(Kontaktwirkung der Laute). Poza tym stwierdzam regularnie, że zakłócenie pochodzi od czegoś na
zewnątrz zamierzonej mowy i że tą przeszkodą jest albo jakaś pojedyncza nieświadoma myśl, która
się przez przejęzyczenie ujawniła i często uświadamia się dopiero przez szczegółową analizę, albo
też jakiś ogólniejszy motyw psychiczny, skierowany przeciw całej wypowiedzi.
1. Chcę swej córce, która, gryząc jabłko, szpetnie się wykrzywiła, zacytować:
Der Affe gar possierlich ist, (Małpa jest bardzo śmieszna,
Zumal wenn er vom Apfel frisst. zwłaszcza gdy gryzie jabłko.)
Zaczynam jednak: der Apfe. Wydaje się to konta-minacją z AJfe i Apjel (twór kompromisowy),
ale może być także uważane za antycypację przygotowanego Apfel. Dokładniejszy stan rzeczy jest
jednak taki. Cytat ten przytoczyłem już raz i za pierwszym razem nie przejęzyczyłem się.
Wydarzyło mi się to dopiero przy powtórzeniu, które okazało się potrzebne, gdyż osoba, do której
się zwracałem, była zajęta czymś innym i nie uważała. To powtórzenie i towarzysząca mu

niecierpliwość, by się zdania pozbyć, muszę zaliczyć do motywów pomyłki, stanowiącej rezultat
czynności zagęszczenia.
2. Moja córka powiada: „Ich schreibe der Frau S chr e singer” („Napiszę do pani Schresinger”).
Pani zwie się S c h l e singer. Ta pomyłka wypływa prawdopodobnie z dążenia do łatwiejszej
artykulacji, gdyż l PO kilkakrotnym r trudno się wymawia. Muszę jednak
98
99
dodać, że to przejęzyczenie nastąpiło u mej córki wówczas, gdy kilka minut przedtem
powiedziałem jej Apfe zamiast Affe. Przejęzyczenie jest w ogóle w wysokim stopniu zaraźliwe,
podobnie jak zapominanie imion, co zauważyli Meringer i Mayer. Nie mógłbym jednak przytoczyć
przyczyn tej psychicznej zaraźliwości.
3. „Ich klappe zusammen wie ein Tassenme-s ch e r-T aschenmesser” („Składam się jak
scy-, zoryk”) — powiada pewna pacjentka na początku konsultacji, zamieniając zgłoski, przy
czym usprawiedliwia ją trudność artykulacji (np. „Przeleciały trzy pstre prze-piórzyce”, „Brzmi
chrząszcz w trzcinie” itp.). Gdy zwróciłem jej uwagę na pomyłkę, odpowiada mi z miejsca: „Tak,
to tylko dlatego, że pan dziś powiedział «Ernscht»”. Rzeczywiście przyjąłem ją
przedmową: „Heute wird es also Ernst” („Dziś więc będzie serio”), bo miała to być ostatnia
konsultacja przed wakacjami, przy czym zamieniłem dla żartu Ernst na Ernscht. W czasie
godziny pani ta przejęzyczała się bardzo często, tak że w końcu zmiarkowałem, iż ona nie tylko
mnie naśladuje, ale ma jeszcze specjalny powód, by nieświadomie podkreślać słowo Ernst jako
imię 6 (Ernst oznacza powagę, lecz zarazem i imię własne „Ernest”).
4. „Ich bin so verschnupft, ich kann nicht durch die As e a t m e n — N a s e atm en” („Jestem tak
zakatarzona, że nie mogę przez nos oddychać”) — powiada ta sama pacjentka innym razem. Wie
natychmiast.
8 Znajdowała się ona, jak się okazało, pod wpływem nieświadomych myśli o ciąży i
o zabezpieczeniu się przed nią. W słowach „jestem złożona jak scyzoryk”, które świadomie
jako l skargę wypowiedziała, nieświadomie chciała opisać położenie | dziecka w łonie matki.
Wypowiedziane przeze mnie słowo Ernst przypomniało jej nazwisko (S. Ernst) znanej
wiedeńskiej fir-j rny, która reklamuje sprzedaż środków zapobiegawczych prze-| ciw zapłodnieniu.
skąd ta pomyłka pochodzi. „Wsiadam codziennie nai Hasenauerstrasse do tramwaju i dziś rano
przyszło mi na myśl, że gdybym była Francuzką, wymawiałabym Asenauer, gdyż Francuzi nie
wymawiają h na początku wyrazu”. Potem przytacza ciąg reminiscencji o Francuzach, których
znała, i zatrzymuje się po długim kołowaniu przy wspomnieniu, że jako czternastoletnia
dziewczynka w małej sztuce Kurmdr-ker und Picarde grała rolę pikardki i mówiła wtedy łamanym
językiem niemieckim. Zbieg okoliczności, że w jej domu zatrzymał się gość z Paryża, obudził ciąg
wspomnień. Zamiana głosek jest więc następstwem zakłócenia, wywołanego nieświadomą myślą z
zupełnie obcego związku.
5. Podobny jest mechanizm przejęzyczenia u innej pacjentki, którą podczas reprodukowania
dawno zatartego wspomnienia z lat dziecięcych opuściła nagle pamięć. Nie może sobie ona ani rusz
przypomnieć, jakiego miejsca jej ciała dotknęła wówczas lubieżna ręka mężczyzny. Bezpośrednio
potem była z wizytą u przyjaciółki i rozmawiała z nią o letnich mieszkaniach. Zapytana, gdzie stał
jej domek w M., powiada: „Ań der Berglende” zamiast Berglehne (Lende — biodro; Berglehne —
stok góry).
6. Inna pacjentka, którą przy końcu wizyty zapytuję, jak się miewa jej wuj, odpowiada: „Nie
wiem, widuję go teraz tylko i n f lag rant i”. Nazajutrz mówi: ,,Bardzo się wstydziłam, iż dałam
Panu tak głupią odpowiedź. Musi mnie Pan uważać, naturalnie, za bardzo niewykształconą osobę,
która ciągłe zamienia słowa cudzoziemskie. Chciałam powiedzieć: e n p a s s a n t”. Nie
wiedzieliśmy jeszcze wtedy, skąd się wzięło to niewłaściwe zastosowanie obcego zwrotu. Na tym

samym posiedzeniu jednak przytoczyła jako dalszy ciąg tematu z dnia poprzedniego wspomnienie,
w którym główną ro-
100
101
lę grało przyłapanie in flagranti. A zatem przejęzyczenie z dnia poprzedniego antycypowało
nieświadome jeszcze wtedy wspomnienie.
7. U innej pacjentki muszę w pewnym momencie analizy wyrazić przypuszczenie, iż w czasie,
o którym była mowa, wstydziła się swej rodziny i czyniła swemu ojcu jakieś zarzuty, jeszcze nam
nie znane. Nie przypomina sobie tego wcale, uważa to zresztą za nieprawdopodobne. Prowadzi
jednak dalej rozmowę o swojej rodzinie: „To jednak trzeba im przyznać: nie są to ludzie przeciętni,
wszyscy mają G e i z (skąpstwo), chciałam powiedzieć: G e i s t (spryt)”. Skąpstwo było,
rzeczywiście, tym zarzutem, który wyparła ze swej pamięci. Jest to bardzo częste, że w
przejęzyczeniu ujawnia się właśnie ta myśl, którą chciałoby się ukryć (por. przypadek opisany
przez Meringera: Yorschwein). Różnica polega tylko na tym, że u Meringera osoba chce ukryć coś,
co jest jej świadome, podczas gdy moja pacjentka nic nie wie o tym ukrytym albo, można by
powiedzieć, nie wie, że ukrywa i co ukrywa.
8. Kolejny przykład przejęzyczenia wskazuje również na świadome powstrzymanie się.
Kiedyś spotkałem w Dolomitach dwie damy ubrane turystycznie. Towarzyszyłem im przez pewien
czas i rozmawialiśmy o przyjemnościach, ale i o trudach turystycznego życia. Jedna z pań dodała,
że ten sposób spędzania dnia ma wiele niedogodności. „Prawdą jest — powiedziała — że wcale nie
jest przyjemne, gdy się tak w słońcu cały dzień maszeruje, a bluzka i koszula są całkiem
przepocone” Mówiąc to zdanie w pewnym momencie musiała pokonać małą przerwę. I dalej
kontynuowała: „Wenn mań aber dann nach H o s e kommt und sich umkleiden kann…”
(„Kiedy jednak dochodzi się do majtek i można się przebrać…”). Sądzę, że nie trzeba tutaj
żadnego badania, by wyjaśnić to przejęzyczenie. Jasne jest,
102
ze pani miała zamiar wyczerpać wyliczanie i powiedzieć: Bluse, Hemd und Hose (bluzkę, koszulę i
majtki). Nazwanie trzeciej części bielizny stłumiła ze względu na przyzwoitość. Ale już w
następnym zdaniu stłumione słowo przebiło się, wbrew jej woli, jako zniekształcenie podobnego
słowa nach H aus e (do domu).
9. „Jeśli pan chce kupować dywany, to proszę iść tylko do Kaufmanna przy ul. Mateusza; mogę
pana tam polecić” — powiada mi pewna dama. Ja powtarzam: „A więc u Mateusza… chciałem
powiedzieć u Kaufmann a”. Wygląda to na następstwo roztargnienia, że powtórzyłem jedną nazwę
zamiast drugiej. Słowa tej pani spowodowały u mnie rzeczywiście roztargnienie, gdyż skierowały
moją uwagę na coś innego, znacznie dla mnie ważniejszego niż dywany. Przy ulicy Mateusza
znajduje się dom, w którym mieszkała moja żona, gdy byliśmy zaręczeni. Wejście do domu było z
innej ulicy i teraz miarkuję, iż zapomniałem jej nazwy i że muszę dopiero kołować, by ją sobie
uświadomić. Imię „Mateusz”, przy którym się zatrzymałem, jest więc zastępcze dla zapomnianej
nazwy ulicy. Nadaje się ono do tego lepiej niż nazwisko „Kaufmann”, gdyż słowo „Mateusz” służy
w przeciwieństwie do „Kaufmann” wyłącznie do nazwania osoby, a zapomniana ulica nosi także
nazwisko osoby: Radetzky.
10. Następujący przypadek mógłbym równie dobrze umieścić w rozdziale o błędach, które później
będę omawiać, przytaczam go jednak tutaj, gdyż stosunek głosek, na którym opiera się zamiana
słów, jest szczególnie wyraźny. Pewna pacjentka opowiada mi swój sen: Jakieś dziecko
postanowiło zabić się przez ukąszenie węża i wypełnia to postanowienie. Ona przygląda się, jak
dziecko wije się w drgawkach itd. Miała mi teraz podać przeżycia z dnia poprzedniego, do których
marzenie senne nawiązało. Przypomina sobie natychmiast, że była wczoraj
103

wieczorem na popularnym odczycie o pierwszej pomocy przy ukąszeniach węża. Jeśli dorosły i
dziecko zostali jednocześnie ukąszeni, to należy przede wszystkim opatrzyć ranę dziecka.
Przypomina sobie także przepisy dotyczące ratowania, które prelegent przytoczył. Powiedział, że
wiele zależy od tego, przez jakiego węża zostało się ukąszonym. Tu przerywam jej i pytam: „Czy
nie powiedział, że w naszych stronach mamy bardzo mało jadowitych gatunków i jakich
szczególnie należy się wystrzegać?” „Tak, wymienił grzechotnika — Klapper-schlange”. Mój
śmiech zwraca jej uwagę, iż powiedziała coś niewłaściwego; nie poprawia jednak nazwy, lecz cofa
całe swoje powiedzenie: „Ach tak, jego przecież u nas nie ma; on mówił o żmii. Skądże przyszedł
mi na myśl ten grzechotnik?” Przypuszczałem, że przez wtrącenie się myśli, które ukrywają się
poza jej marzeniem sennym. Samobójstwo przez poddanie się ukąszeniu we- i za nie może być
chyba niczym innym, jak tylko aluzją i do pięknej Kleopatry. Silne podobieństwo dźwiękowe \
obydwu wyrazów, jednakowość liter Kl, p, r i to w tym \ samym porządku, równe
zaakcentowanie głoski a — wszystko to rzuca się w oczy. I to podobieństwo wyrazów K l a p p e
rschlange i Kleopatra przyćmiewa u niej chwilowo jasność sądu, toteż nie uderza jej dziwne
zestawienie, że prelegent w Wiedniu pouczał swą publiczność o leczeniu ran pochodzących od
grzechotnika. Wie ona przecież równie dobrze jak ja, że ten wąż nie należy do fauny naszego kraju.
Nie bierzmy jej też za złe, że nie wahała się poszukiwać ojczyzny grzechotnika w Egipcie, jesteśmy
bowiem przyzwyczajeni mieszać razem wszystko, co pozaeuropejskie, egzotyczne; i ja sam
musiałem się przez chwilę zastanowić, zanim zdecydowałem się, że grzechotnik znajduje się
tylko w Nowym Świecie. Dalszy ciąg analizy dostarcza jeszcze więcej potwier-
104
dzeń. Pacjentka oglądała wczoraj po raz pierwszy grupę Antoniusza wykonaną przez Strassera,
ustawioną w pobliżu miejsca, gdzie mieszka. To było zatem drugim bodźcem (pierwszym był
odczyt o ukąszeniach węża) dla marzenia sennego. W dalszym ciągu tego marzenia kołysała w
ramionach dziecko, przy której to scenie przyszła jej na myśl Gretchen. Dalsze myśli przynoszą
reminiscencje Arri i Messaliny. Wyłonienie się tylu tytułów sztuk teatralnych pozwala
przypuszczać, iż pacjentka w młodocianych latach marzyła potajemnie o karierze teatralnej.
Początek marzenia sennego: „Jakieś dziecko postanowiło odebrać sobie życie przez ukąszenie
węża”, oznacza w rzeczywistości nic innego, jak to, że ona jako dziecko postanowiła zostać w
przyszłości słynną artystką. Od imienia M e s s a l i-n a odgałęzia się wreszcie droga myślowa,
która prowadzi do istotnej treści tego marzenia. Pewne wypadki ostatnich czasów wzbudziły u niej
obawę, iż jej jedyny brat może zawrzeć nieodpowiednie małżeństwo z nie-aryjką, tj. popełni
mezalians.
11. Przytoczę teraz zupełnie niewinny lub może niedostatecznie wyjaśniony przykład, który
ukazuje nam bardzo przejrzysty mechanizm. Pewien Niemiec, podróżujący po Włoszech,
potrzebuje rzemienia, by owiązać swój zepsuty kuferek. Znajduje w słowniku, że „rzemień” nazywa
się po włosku corregia. „To słowo zapamiętam łatwo — myśli on — gdy pomyślę o malarzu (C o r
r e g g i o)”. Idzie potem do sklepu i żąda: una r i b e r a. Widocznie nie udało mu się zastąpić w
pamięci niemieckiego słowa przez włoskie, lecz jego usiłowanie nie pozostało całkiem bez skutku.
Wiedział, że musi się trzymać nazwiska jakiegoś malarza, ale wpadł nie na to nazwisko, które mu
przypominało włoski wyraz, lecz na inne, zbliżone do niemieckiego słowa R i e-rn e n (rzemień).
Mogłem naturalnie ten przykład przy-
105
toczyć równie dobrze przy omawianiu zapominania nazwisk, jak i tutaj przy
przejęzyczeniach.
Kiedy zbierałem materiał do pierwszego wydania niniejszej pracy, postępowałem tak, że
poddałem analizie wszystkie przypadki, które mogłem zaobserwować, a więc i mniej wyraziste. Od

tej pory wielu innych ludzi oddało się zajmującej pracy zbierania i analizowania przejęzyczeń i
mam w ten sposób możność czerpania z obfitszego materiału.
12. Pewien młody człowiek powiada do swej młodej siostry: „Z D. rozeszliśmy się zupełnie, nie
kłaniam się jej więcej”. Ona na to: „Uberhaupt eine saubere Lipp-schaft”. Chciała powiedzieć:
Sippschaft („W ogóle dobrana kompania”, przy czym zamiast Sippschaft — Lippschaft), ale
włączyła jeszcze coś innego w tę pomyłkę. Mianowicie, brat jej zaczął niegdyś flirtować z córką
tej rodziny i mówiono, że tamta w ostatnich czasach wdała się poważnie w niedozwolone m i ł o s tk
i (Liebschaft).
13. Młody mężczyzna zagadnął na ulicy nie znaną mu kobietę słowami: „Wenn Się gestatten,
mein Fraulein, móchte ich Się b e gl eitdig e n”. Oczywiście myślał on, że chciałby jej t o w a r
z y s z yć (begleiten), ale obawiał się obrazić (beleidigen) ją tą propozycją. To, że obie
kłócące się z sobą reakcje uczuciowe wyraziły się przez przejęzyczenie — w jednym słowie,
wskazuje na to, iż właściwe zamiary młodego człowieka w żadnym razie nie były najczystsze i
że jemu samemu musiały się wydać obraźliwe wobec tej kobiety. Ale podczas gdy starał się
ukryć to przed nią, nieświadomość spłatała mu figla i zdradziła jego właściwy zamiar, przez co
jednak, z drugiej strony, spodziewał się z góry konwencjonalnej odpowiedzi ze strony tej
kobiety: „Ależ, co pan sobie myśli o mnie, jak pan może o b r a-
106
i i ć (beleidigen) mnie w ten sposób”. (Przekazane przez O. Ranka).
Pewną liczbę przykładów czerpię z artykułu swego kolegi drą W. Stekela pt. Unbewusste
Gestandnisse („Bezwiedne zeznania”) zamieszczonego w „Berliner Tageblatt” 4 I 1904 r.
14. Następujący przykład zdradza niemiłą część moich nieświadomych myśli. Przede wszystkim
jednak za^ znaczam, iż jako lekarz nie zważam nigdy na zarobek i mam tylko dobro chorego na
względzie, co zresztą rozumie się samo przez się. Jestem u chorej, której obecnie już jako
rekonwalescentce po ciężkiej chorobie udzielam pomocy lekarskiej. Jestem szczęśliwy, iż ma się
ona teraz lepiej, przedstawiam jej rozkosze pobytu w Ab-bazji i powiadam przy tym: „Jeśli pani,
jak się spodziewam, wkrótce n i e opuści łóżka…”. Widocznie życzenie to wypłynęło z
nieświadomych samolubnych pobudek, by tą zamożną chorą zajmować się jeszcze czas jakiś;
życzenie, które mojej świadomości jest absolutnie obce i które bym z oburzeniem odrzucił.
15. Inny przykład (dr Stekel): „Moja żona godzi Francuzkę na popołudniowe zajęcia i chce, po
omówieniu warunków, zatrzymać jej świadectwa. Francuzka prosi, by je mogła zabrać, motywując
to w ten sposób: „Je cherche encore pour les apres-midis, pardon, pour les avants-midis”.
Widocznie miała zamiar rozejrzeć się jeszcze gdzie indziej, by, może, uzyskać lepsze warunki;
zamiar ten zrealizowała rzeczywiście.
16. Dr Stekel: „Pewnej pani mam wypalić porządne kazanie; jej mąż, na którego prośbę to czynię,
stoi podsłuchując za drzwiami. Przy końcu kazania, które zrobiło widocznie wrażenie, mówię:
«Całuję rączki szanownemu panu». Poinformowanemu zdradziłem w ten sposób, iż słowa były
skierowane pod jego adresem i że ze względu na niego rozmawiałem z panią”. ,,» .*ti
107
17. Dr Stekel opowiada o sobie samym, że swego czasu leczył dwóch pacjentów z Triestu,
których zwykle na odwrót witał: „Dzień dobry, panie Peloni” — mówił do pana Askoli; „Dzień
dobry, panie Askoli” — do Pe-loniego. Z początku nie przypisywał głębszego znaczenia tej
zamianie, lecz tłumaczył ją sobie wspólnością wielu cech obydwu panów. Dał się jednak łatwo
przekonać, że ta zamiana nazwisk była pewnego rodzaju przechwałką, która miała dać do
zrozumienia każdemu z tych włoskich pacjentów, iż nie jest on jedynym trie-steńczykiem, który
przybył do Wiednia dla zasięgnięcia jego lekarskiej rady.
18. Dr Stekel mówił na pewnym burzliwym zebraniu: „Wir s t r e i t e n (schreiten) nun zu Punkt
4 der Ta~ gesordnung („Przechodzimy teraz do punktu 4.porządku dziennego”). Zamiast schreiten –

przechodzimy — streiten – kłócimy się.
19. Pewien profesor mówił w swoim odczycie wstępnym: „Ich bin nicht g e n e i g t (geeignet) die
Ver-dienste meines sehr geschatzten Yorgdngers zu schil-dern” („Nie jestem zdolny przedstawić
zasług mego wielce cenionego poprzednika”). Zamiast geeignet – zdolny — geneigt – skłonny.
20. Dr Stekel do jednej pani, u której podejrzewał chorobę Basedowa: „Się sind um einen Krop/
(Kopf) grosser als Ihre Schwester” („Pani jest wyższa o głowę od swojej siostry”). Zamiast Kopf –
głowa — Krop/ — wole.
21. Dr Stekel opowiada: ktoś chce przedstawić stosunek dwóch przyjaciół, z których jeden ma być
scharakteryzowany jako Żyd. Mówi on: „Się lebten zusam-men, wie K a s tor und P o 11 a k” („Oni
żyją razem, jak Kastor i Polak”). Nie było to wcale żartem; mówca sam nawet nie zauważył swego
przejęzyczenia i ja mu dopiero zwróciłem na nie uwagę.
108
22. Niekiedy przejęzyczenie zastępuje szczegółową charakterystykę. Pewna młoda dama, która
wodziła rej w domu, opowiadała mi o swym cierpiącym mężu, iż był u lekarza, by go wypytać o
odpowiednią dietę. Lekarz jednak odpowiedział, iż wszystko jedno, „on może jeść i pić, co j a
chcę”.
Następne dwa przykłady podane przez T. Reika 7 dotyczą sytuacji, w których przejęzyczenia
wystąpiły szczególnie łatwo, gdyż więcej w nich musiało być ukrywane, niż miało być
powiedziane.
23. Mężczyzna wyraża współczucie młodej kobiecie, której mąż niedawno zmarł, i dodaje: „Się
werden Trost finden, indem Się sich vollig ihren Kindern w i d w e n” („Znajdzie pani ukojenie w
całkowitym poświęceniu się dzieciom”). Zamiast sich. widmen – poświęcać się — mówi
pomyłkowo widwen, gdy Witwe oznacza wdowę. Stłumiona myśl wskazuje na innego rodzaju
troskę: młoda piękna wdowa (Witwe) będzie wnet zażywać nowych seksualnych rozkoszy.
24. Ten sam mężczyzna na wieczornym spotkaniu towarzyskim rozmawia z tą samą kobietą o
wielkich przygotowaniach czynionych w Berlinie do świąt wielkanocnych i zapytuje: „Czy
widziała pani dziś wystawę u Wertheima? Się ist ganz d ekolltie r t”. Zamierzał powiedzieć: „Ona
jest cała udekorowana” (deko-ńert), a. powiedział: „udekoltowana” (dekolltiert). Nie mógł wyrazić
swego zachwytu nad dekoltażem pięknej kobiety i oto zakazana myśl przedarła się poprzez
przekształcenie dekoracji wystawy sklepowej w dekoltaż, przy czym wyrazowi „wystawa”
nieświadomie zostało nadane podwójne znaczenie.
To samo uwarunkowanie występuje również w przypadku, z jakiego zdaje sprawę dr Hans Sachs.
7 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse III, 1915.
109
25. „Pewpa kobieta opowiadała mi o wspólnym znajomym, że kiedy widziała go po raz ostatni,
był jak – zawsze bardzo elegancko ubrany, a uwagę zwracały szczególnie piękne brązowe
półbuty. Na moje pytanie, gdzie go spotkała, odpowiedziała: «Dzwonił do bramy mego domu, a ja
widziałam go przez zapuszczoną roletę. Ale ani nie otworzyłam, ani nie dałam żadnego znaku
życia, gdyż nie chciałam, ażeby dowiedział się, że jestem już w mieście». Przysłuchując się
pomyślałem, że w tym opowiadaniu coś przemilczała, najprawdopodobniej nie otworzyła dlatego,
że nie była sama i nie tak ubrana, by przyjąć odwiedziny; zapytałem tedy nieco ironicznie: «A więc
przez zamknięte żaluzje mogła pani podziwiać jego pantofle domowe (Hausschuhe) — jego półbuty
(Halbschuhe)?» W tym Hausschuhe wyraziła się myśl wstrzymywana przed ujawnieniem. Wyraz
halb wymknął się ponadto dlatego, że w nim zawierało się jądro zakazanej odpowiedzi: «Sie
sagen mir nur die halb e Wahrheit und verschweigen, dass się halb angezogen waren” («Pani
mówi mi tylko połowę prawdy i przemilcza, że była n a p ó ł ubrana»). Przejęzyczenie było
poparte jeszcze faktem, że bezpośrednio przedtem była mowa o pożyciu małżeńskim tego.
mężczyzny, o jego «szczęściu domowym*, co zapewne zdeterminowało zaobserwowane

przemieszczenie. Ostatecznie muszę się przyznać, że, być może, współdziałała tu moja zazdrość,
kiedy mówiłem o eleganckim mężczyźnie stojącym na ulicy w domowych pantoflach, ja sam
bowiem kupiłem niedawno brązowe półbuty, które jednak nie są szczególnie ładne”.
Czasy wojenne przyniosły, jak i obecnie, wiele takich przejęzyczeń, których zrozumienie nie
nastręcza większych trudności.
26. „W jakiej broni służy syn państwa?” — zapytano 110
pewną kobietę. Odpowiedziała: ,,W 42 morderców” (Mordem).
27. Porucznik Henryk Haiman pisał z frontu: „Zostałem oderwany od lektury pasjonującej książki,
by na chwilę zastąpić telefonistkę ze zwiadu. Na próbę połączenia ze strony stanowiska armat
odpowiedziałem: «Kontrola dobra, koniec, spokój » (Ruhe). Według regulaminu miało to brzmieć:
«Kontrola dobra, koniec». Moje odstąpienie od regulaminu tłumaczy się obawą przed zakłóceniem
czytania”.8.
28. Feldfebel poinformował swoją drużynę, że należy podać dokładnie swoje adresy domowe w
celu uniknięcia zaginięć G e s p e c kstucke (zamiast Gepackstucke — paczek, Gespeckstiicke, co
jest zniekształcającym połączeniem Gepack – paczka i Speck – słonina).
29. Następny, szczególnie piękny, a wskutek swego głęboko tragicznego tła znaczący przykład
zawdzięczam informacji drą L. Czeszera, który podczas pobytu w neutralnej Szwajcarii
zaobserwował ten przypadek i wyczerpująco zanalizował. Odtwarzam jego list z pominięciem
nieistotnych elementów:
„Pozwalam sobie przekazać informację o przypadku przejęzyczenia, jaki przydarzył się panu
profesorowi M. N. w O. przy wygłaszaniu w minionym semestrze letnim wykładu o psychologii
wrażeń. Muszę uprzedzić, że wykłady odbywały się w auli uniwersytetu, przy dużym napływie
internowanych jeńców francuskich, przed w większości zdecydowanie przyjaźnie do Ententy
usposobionymi francusko-szwajcarskimi studentami. W O., jak w samej Francji, słowo boche było
teraz powszechnie i wyłącznie używane w stosunku do Niemców. Ale w czasie oficjalnych
manifestacji, a także w wykładach itp. wyżsi urzędnicy, profesorowie oraz inne odpowie-
Ibid., IV, 1916/1917.
dzialne osoby starały się unikać zakazanego słowa z neutralistycznych przyczyn.
Profesor N., który właśnie omawiał praktyczne znaczenie uczuć, zamierzał podać przykład
świadomego, celowego wykorzystania uczucia, aby nieinteresującą pracę czysto fizyczną
napełnić ładunkiem przyjemnego uczucia, a tym samym uczynić intensywniejszą. Opowiadał
więc, naturalnie w języku francuskim, przedrukowaną wówczas przez tamtejsze gazety z
ogólnonie-mieckiego czasopisma historię o niemieckim nauczycielu, który polecał swoim uczniom
pracę w ogrodzie i żeby ich zachęcić do intensywniejszej pracy, nakłaniał ich, by sobie wyobrażali,
że zamiast każdej bryły ziemi nabierają na łopatę czaszkę francuską. Opowiadając te historię na
wykładzie N. za każdym razem, gdy była mowa o Niemcach, używał poprawnie słowa
Allemand, a nie boche. Ale kiedy doszedł do pointy historii, wypowiedział słowa nauczyciela w ten
sposób: «Imaginez vous, qu’en chaque m o c h e vous ecrasez le crdne d’un Franęais». A więc
zamiast motte (skiba, bryła ziemi) powiedział moche (jest to zbitka motte i boche).
Czy nie widzi się tutaj, jak poprawny uczony pilnował się od początku opowiadania, by nie ulec
nawykowi i nie naruszyć zarządzenia kantonalnego poprzez użycie wyraźnie zakazanego słowa, i to
z katedry auli uniwersytetu! I właśnie w momencie, gdy szczęśliwie po raz ostatni powiedział
instituteur allemand i z wewnętrzną ulgą spieszył do naturalnego końca, usilnie wypierana zgłoska
uczepiła się podobnie brzmiącego słowa motte i — stało się nieszczęście! Lęk przed nietaktem
politycznym, a, być może, stłumiona radość z użycia nawykowego oraz przez wszystkich
oczekiwanego słowa, jak i niechęć urodzonego republikanina i demokraty do jakiegokolwiek
przymusu w swobodnym wyrażaniu przekonań interferowały z głównym zamiarem ukierunkowanym
na poprawne odtworzenie przykładu. Tendencja interferująca była znana mówcy i trudno
byłoby nie przyjąć, że bezpośrednio przed przejęzyczeniem pomyślał o niej.

Swego przejęzyczenia profesor N. nie zauważył, a przynajmniej nie poprawił, co jednak
przeważnie czynił w takiej sytuacji. Natomiast błąd został przez większość francuskich słuchaczy
wychwycony z prawdziwym zadowoleniem i podziałał jako w pełni zamierzony dowcip słowny. U
mnie to pozornie niewinne zdarzenie wywołało jednak rzeczywiste wewnętrzne podniecenie.
Jakkolwiek z prostych względów musiałem sobie odmówić postawienia profesorowi pytań
narzucających się zgodnie z metodą psychoanalityczną, to jednak przejęzyczenie było dla mnie
uderzającym dowodem słuszności Pana nauki o zdeterminowaniu czynności pomyłkowych i
głębokich analogiach oraz związkach między przejęzyczeniem a dowcipem”.
30. W owych smutnych warunkach czasów wojny powstało również przejęzyczenie, o którym
opowiada wracający do domu oficer austriacki, porucznik T.
„Podczas wielu miesięcy mego pobytu we Włoszech jako jeńca wojennego zostaliśmy w liczbie
około 200 oficerów umieszczeni w pewnej ciasnej willi. W tym czasie zmarł na grypę jeden z
naszych towarzyszy. Zajście to wywołało, naturalnie, głębokie wrażenie, gdyż warunki w jakich
znajdowaliśmy się, brak pomocy lekarskiej, beznadziejność naszej egzystencji czyniły wysoce
prawdopodobnym rozszerzenie się zaraźliwej choroby. Znieśliśmy zmarłego do piwnicznego
pomieszczenia. Wieczorem, kiedy wraz z przyjacielem spacerowałem wokół domu, obaj
wyraziliśmy życzenie zobaczenia zwłok. Jako pierwszemu schodzącemu do piwnicy ukazał mi się
widok, który mocno mną wstrząsnął; nie byłem na to przygotowany, że trumna znajduje się tak
112
113
i blisko wejścia i że z tak bliska spojrzymy w twarz zmar
łemu w świetle igrających niespokojnie płomyków świec.
Wciąż pod wrażeniem tego obrazu kontynuowaliśmy
okrężny spacer. W pewnym miejscu, z którego ukazał
się naszym oczom widok parku tonącego w pełnej po
świacie księżycowej, jasno oświeconej łąki i unoszącego
się w dali lekkiego welonu mgły, mówiłem o kojarzą
cym mi się z tym wyobrażeniem kołującym tańcu słoni
na skraju sosnowego lasu.
Następnego popołudnia pochowaliśmy zmarłego towarzysza. Droga z naszego więzienia na
cmentarz małej sąsiadującej miejscowości była dla mnie gorzka i upokarzająca: wrzeszczące
podrostki, szydząca i kpiąca ludność, rubaszni krzykacze wykorzystali tę okazję, by dać upust nie
ukrywanym mieszanym uczuciom ciekawości i nienawiści. Wrażenie, że nawet w tym stanie
bezbronności byliśmy lżeni, odraza do ujawnionej dzikości, napełniły mnie goryczą do samego
wieczora. O tej samej godzinie co poprzedniego dnia odbywaliśmy spacer wokół domu.
Przechodząc obok krat piwnicy, za którą leżały zwłoki, przypomniałem sobie wrażenie, jakie
wywarła na mnie tamta twarz. W miejscu, gdzie widoczny był park oświetlony jak wczoraj pełnią
księżyca, zatrzymałem się i powiedziałem do towarzyszącego mi kolegi: «Moglibyśmy tutaj w
grobie (Grab)… w trawie (Gras) usiąść i jakąś serenadę zapadać się (sinken zamiast singen –
śpiewać)». Dopiero po drugim przejęzyczeniu zorientowałem się; przy pierwszym poprawiłem się
nie uświadamiając sobie sensu błędu. W tym momencie zastanowiłem się i ułożyłem wyrazy w
szyku: ins Grab — sinken («zapadać się w grób»). Błyskawicznie następowały po sobie obrazy:
słonie tańczące, unoszące się w świetle księżyca; leżący w trumnie towarzysz i to wrażenie jego
twarzy; pojedyncze sceny pogrzebu; wrażenie odrazy i zakłóconej żałoby; przypom-
114
nienie pojedynczych rozmów o panującej chorobie zakaźnej; obawy wypowiedziane przez
oficerów. Potem przypomniałem sobie okoliczność, że to był dzień śmierci mego ojca, co wydało
mi się zaskakujące przy mojej bardzo słabej pamięci do dat.

Po późniejszym przemyśleniu stało się dla mnie jasne: zbieg okoliczności zewnętrznych między
obu wieczorami, ta sama godzina, oświetlenie, to samo miejsce i towarzysząca mi osoba.
Przypominam sobie niemiłe uczucie, jakiego doznałem, gdy roztrząsana była obawa rozszerzenia
się grypy, a także wewnętrzny nakaz nie poddawania się strachowi. Potem uświadomiłem sobie
również znaczenie szyku słów: «Moglibyśmy się zapaść w grób», i to, jak doszedłem do
przekonania, że pierwsza dokonana korektura Grab w Gras bez udziału świadomości miała jako
skutek drugie przejęzyczenie: singen w sinken, aby zapewnić stłumionemu kompleksowi
zdecydowaną skuteczność.
Dodam, że w tym czasie cierpiałem na niepokojące marzenia senne, w których powtarzał się
motyw choroby, a raz nawet pojawiła się śmierć kogoś z moich najbliższych. Krótko przed
dostaniem się do niewoli otrzymałem wiadomość, że w ojczyźnie tej osoby grypa szalała
szczególnie silnie, i dałem wówczas wyraz swoim żywym obawom. Od tego czasu nie miałem
żadnej z nią łączności. Po miesiącach otrzymałem wiadomość, że właśnie ona na dwa tygodnie
przed opisanym zdarzeniem stała się ofiarą epidemii!”
31. Kolejny przykład przejęzyczenia oświetla na podobieństwo błyskawicy jeden z
najboleśniejszych konfliktów, jakie są losem lekarza.
Pewien mężczyzna, prawdopodobnie zagrożony śmiercią, przy czym diagnoza nie była jeszcze
pewna, przybył do Wiednia, by poczekać na rozwiązanie tej trudnej sprawy. Tutaj zwrócił się z
prośbą do znanego lekarza,
i swego przyjaciela z lat młodości, aby przejął opiekę nad
; nim, na co ten w końcu się zgodził, ale nie bez oporów.
j Chory miał zatrzymać się w lecznicy i lekarz zapropono
wał sanatorium „Hera”. „Ale to jest zakład do celów
specjalnych” (zakład położniczy) — zaoponował chory.
„O nie — uniósł się lekarz — w «Herze» można każdego
pacjenta zabić (umbringen) — umieścić (unterbringen)
— tak sądzę”. Bronił się z całej siły przed znacze
niem swego przejęzyczenia. „Nie uwierzysz pewnie, że
są we mnie jakieś wrogie impulsy wobec ciebie?” Kwa
drans później powiedział do towarzyszącej mu damy,
która przejęła opiekę nad chorym: „Nie znajduję nic
i wciąż w to nie wierzę. Ale jeśli by tak miało być, je
stem za dużą dawką morfiny i wtedy już spokój osta
teczny”. Z tego wynika, że przyjaciel postawił mu wa
runek, że gdy stanie się pewne, iż nic mu już nie może
pomóc, wówczas skróci jego cierpienie odpowiednim me
dykamentem. Lekarz podjął się więc zadania zabicia
przyjaciela.
32. Nie chciałbym się wyrzec szczególnie pięknego i pouczającego przykładu, chociaż według
zapewnienia świadka, działo się to niemal dwadzieścia lat temu.
Pewna dama oświadcza w towarzystwie (przy czym wyczuwa się, że te słowa są podytkowane
przez rozliczne skryte afekty): „Tak, kobieta musi być piękna, jeżeli się ma podobać mężczyznom.
Mężczyźnie lepiej się dzieje, i jeśli ma tylko pięć prostych członków to więcej mu nie potrzeba!”
Ten przykład pozwala nam dobrze wniknąć w poufny mechanizm przejęzyczenia powstałego przez
zagęszczenie, czyli kontaminację. Możemy śmiało przyjąć, że zlały się tu w jedno dwa następujące,
pokrewne sensem, zwroty:
,| Wen er setne vier g er ad e n Glieder hat, wenn er seine ftinf S inne hat.
116
(Jeżeli ma swe czteryprosteczłonki,
jeżeli ma swych pięć zmysłów w porządku). rr

Albo też pierwiastek gerade (prosty) jest wspólny dla! obu zamierzonych zwrotów, które
opiewały:
Wenn er nur seine g er a d e n Clieder hat alle f ii n f gerade sein lassen.
(Ten ostatni oznacza mniej więcej: godzić się na wszy
stko.) .;:
Nic nam nie przeszkadza przyjąć, że oba zwroty, ten o pięciu zmysłach i ów o pięciu prostych
członkach, działały wspólnie, aby w przysłowie, w którym jest mowa tylko o prostych członkach
bez jakiejkolwiek liczby, wprowadzić ją przede wszystkim, a potem tajemnicze „pięć” zamiast po
prostu „cztery”. Na pewno jednak to zlanie się nie nastąpiłoby, gdyby nie miało w swej ostatecznej
formie, ujawnionej jako przejęzyczenie, właściwego sobie sensu, tj. gdyby nie było cyniczną
prawdą, którą bez wątpienia kobieta może wypowiedzieć li tylko pod płaszczykiem. Na koniec
zwracam uwagę, iż słowa tej pani mogły równie dobrze oznaczać doskonały dowcip, jak i śmieszne
przejęzyczenie. Zależy to tylko od tego, czy mówiła te słowa ze świadomą czy też nieświadomą
intencją. Zachowanie się mówiącej w naszym przypadku wyklucza zupełnie zarówno świadomy
zamiar, jak i dowcip.
Zbliżenie przejęzyczenia do dowcipu może iść tak daleko, jak to ukazuje przypadek
zakomunikowany mi przez O. Ranka, w którym przejęzyczająca się kobieta sama w końcu śmieje
się z tego jak z dowcipu.
33. Młody małżonek, któremu dbająca o swój wygląd żona niechętnie pozwalała na częstsze
stosunki, opowiedział mi następującą historię, która szczególnie bawiła i jego, i jego żonę. Po nocy,
w czasie której przekroczył ponownie nakaz abstynencji, golił się rano we wspólnej
sypialni i użył przy tym — jak czynił to już wielokrotnie z lenistwa — leżącego na nocnym stoliku
puszku do pudru (Puderąuaste) żony, która jeszcze leżała w łóżku. Troszcząca się szczególnie o
swoją cerę kobieta jeszcze raz zakazała mu tego i zawołała podenerwowana: „Du puder st mich ja
schon wieder mit d e i-ne r Quaste”. Kiedy śmiech małżonka zwrócił jej uwagę na przejęzyczenie
(chciała powiedzieć: „Du puderst di c h schon wieder mit meiner Quaste” — „Ty znowu
pudrujesz się moim puszkiem”, a powiedziała: „Ty znowu pudrujesz mnie twoim puszkiem”),
zaczęła się w końcu śmiać sama (pudern jest u wiedeńczyków powszechnie używanym wyrażeniem
spółkowa-nia, a puszek jako symbol falliczny nie budzi wątpliwości) 9.
34. Zamiaru można również dopatrzyć się w następującym przypadku (A. J. Storfer):
Panią B., cierpiącą na dolegliwość niewątpliwie natury psychogennej, namawiano na konsultację u
psychoanalityka X. Ona stale odmawiała dodając, że takie leczenie nie jest właściwe, gdyż lekarz
wszystko będzie sprowadzał fałszywie do spraw seksualnych. W ‚końcu pewnego razu była gotowa
posłuchać rady i zapytała: ,,No, dobrze, kiedy zatem o r dinar t (ordindrt jest zbitką złożoną z:
ordindr – ordynarny i ordiniert – ordynuje) ten dr X?”
Pokrewieństwo między dowcipem a przejęzyczeniem ujawnia się także w tym, że przejęzyczenie
często jest niczym innym, jak skróceniem.
35. Młoda dziewczyna po ukończeniu szkoły, zgodnie z panującymi w tym czasie prądami,
zapisała się na studia medyczne. Po kilku semestrach zamieniła medycynę na chemię. Kilka lat
później opowiadała o tej zmianie
,?t -* Ibid., I, 1913.
•IW:
kierunku w następujący sposób: „Ogólnie rzecz biorąc sekcje nie napełniały mnie zgrozą, ale kiedy
pewnego razu miałam zdejmować paznokcie z palców trupa, to straciłam ochotę do całej — c h e m
i i”.
36. Przytaczam teraz inny przypadek przejęzyczenia, którego wyjaśnienie nie wymaga wielkiego
kunsztu.
Profesor na wykładzie anatomii zajmuje się objaśnianiem jamy nosowej, bardzo trudnego działu
nauki o narządach wewnętrznych. Na jego pytanie, czy słuchacze zrozumieli jego wywody, dało się
słyszeć ogólne „tak”. Na to profesor, znany z pewności siebie, zauważył: „Nie wierzę, gdyż ludzi,

którzy dobrze znają się na jamie nosowej, można policzyć w tak dużym mieście jak milionowy
Wiedeń na jednym palcu (an einem Finger), pardon, na palcach jednej ręki, chciałem powiedzieć”.
37. Ten sam anatom innym razem: „Przy genitaliach kobiecych pomimo wielu pokus
(Versuchungen) — pardon, p r ó b (V er suche)…”
38. Panu drowi A. Robitsek z Wiednia zawdzięczam znajomość dwóch przypadków
przejęzyczenia, zanotowanych u pewnego starofrancuskiego autora, które tu w oryginale
przytaczam.
Brantóme (1527-1614) Vies des dames galantes10. Discours second: ,,Si ay-je cogneu une tres
belle et hon-neste damę de par le monde, ąui, devisant avec un hon-neste gentilhomme de la cour
des affaires de la guerre durant ces civiles, elle luy dit: «J’ay ouy dire que le roy a faiet rompre tous
les c… de ce pays la. Elle vouloit dire les ponts. Pensez que, venant de coucher d’avec son mary, ou
songeant d son amant, elle avoit encore ce
10 Brantóme Żywoty pań swawolnych. Przełożył i wstępem opatrzył T. Żeleński (Boy).
Warszawa, PIW (przyp. Red.).
118
119
nom frais en la bouche; et le gentilhomme s’en eschauf-f er en amours d’elle pour ce mot».
Une autre damc que j’ai cogneue, entretenant une autre grand damę plus qu’elle, et luy louant et
exaltant ses beautez, alle luy dit apres: «Non, madame, ce que je vous en dis: cc n’est point pour
vous a d ul t e r e r; voulant dire a d u l a t e r, comme elle le rhabilla ainsi: penser qu’elle songeoit d
adulterer»”.
39. Oto jeszcze jeden z nowszych przykładów powstawania dwuznaczności seksualnych w
wyniku przejęzyczenia się.
Pani F. opowiada o pierwszej godzinie kursu językowego, w jakim uczestniczyła: „Całkiem
interesujące, nauczycielem jest miły młody Anglik. Już na pierwszej lekcji dał mi do zrozumienia
poprzez bluzkę (Blu-se) — poprawia się — przez kwiat (Blume), że on chętniej mógłby udzielać
lekcji indywidualnie” (Storter). Przy zastosowaniu metody psychoterapeutycznej, którą się
posługuję dla usunięcia objawów nerwicy, staję często wobec zadania, by z jak gdyby przypadkowo
przytoczonych przejęzyczeń i pomysłów pacjenta wyśledzić treść myślową, która usiłuje się
wprawdzie ukryć, ale jednak zdradza się w sposób najróżnorodniejszy. Przy tym przejęzyczenie
oddaje nam cenne usługi, jak to mogłem wykazać na bardzo przekonujących, a zarazem
najdziwniejszych przykładach. Pacjent mówi np. o swej ciotce i nazywa ją konsekwentnie, nie
spostrzegając zupełnie pomyłki, ,,moja matka” lub pacjentka nazywa swego męża „bratem”. W ten
sposób zwracają oni moją uwagę na to, że utożsamiają te osoby, a to zestawienie oznacza w ich
życiu uczuciowym powrót do jego pierwotnego typu. Albo inny przykład. Pewien młody,
dwudziestoletni, człowiek przedstawia mi się w godzinie przyjęć słowami: ,,Jestm ojcem
pana N.N., którego pan leczył, przepraszam, chciałem powiedzieć bratem; prze-120
cjeż on starszy ode mnie o cztery lata”. Rozumiem, że chciał przez to przejęzyczenie wyrazić, że i
on, podobnie
(j
ak jego brat, zachorował z winy ojca oraz że pragnie się wyleczyć tak jak brat, lecz że ojciec jest
tym, któremu najpotrzebniejsze byłoby leczenie. Innym razem wystarcza niezwykle brzmiąca
składnia lub sztuczny sposób wyrażania się, by wykryć wpływ stłumionych myśli w słowach
pacjenta, które on, naturalnie, inaczej motywuje.
Uważam więc, że dla powstania zarówno grubszych, jak i subtelniejszych zaburzeń mowy — o ile
te ostatnie można jeszcze zaliczyć do przejęzyczeń — nie jest miarodajny wpływ wzajemny
stykających się z sobą głosek, lecz wpływ myśli będących poza obrębem zamierzonej wypowiedzi;
wpływ ten, jak się okazuje, zupełnie wystarcza do wyjaśnienia popełnionej pomyłki. Nie chciałbym

powątpiewać o prawach, według których głoski oddziałują na siebie przeinaczające; nie wydaje mi
się jednak, by oddziaływania te mogły same przez się zakłócić prawidłowe wysłowienie się. W
przypadkach, które dokładniej studiowałem, były one ukształtowanym już mechanizmem, którym
jakiś głębszy motyw psychiczny posługiwał się ze znaczną dla siebie wygodą, nie krępując się
jednak tym mechanizmem i nie będąc wyłącznie od niego zależnym. Bo w wielu przypadkach tzw.
substytucji przejęzyczenie nie trzyma się zupełnie tych praw dźwiękowych. Co do tego zgadzam się
z Wund-tem, który jest również zdania, że warunki przejęzyczenia są złożone i wychodzą daleko
poza wzajemne wpływy głosek.
Mimo że te „odleglejsze wpływy psychiczne” — według wyrażenia Wundta — uważam za
zupełnie pewne, to jednak skądinąd przyznaję, że przy pośpiechu w mowie i nieco odwróconej
uwadze przejęzyczenie może
121
wyniknąć tylko z warunków przyjętych przez Meringe-ra i Mayera, chociaż niektóre przykłady
przytoczone przez tych autorów dopuszczają bardziej złożone wyjaśnienie. Sięgam do poprzednio
przytoczonego przypadku:
Es war mir auf der S c h w e s t…
B r ust so schwer. (Było mi tak ciężko na piersiach).
Czyż tu pomyłka rzeczywiście tylko na tym polega, że s c h w e wypiera równowartościowe B
r u z miejsca przeddźwięku? Trudno nie przyjąć, że zgłoska s c h w e ma jeszcze szczególną
kwalifikację do tego natręctwa. Kwalifikacja ta nie może polegać na niczym innym jak na
skojarzeniu: Schwester (siostra) — Bruder (brat), i może jeszcze: Brust der Schwester (pierś
siostry), skąd droga prowadzi do innych kręgów myślowych. Ta oto zakulisowa pomoc obdarza
niewinne zresztą „schwe” siłą, której końcowym rezultatem jest powyższe przejęzyczenie.
Dla innych przejęzyczeń można przyjąć, że właściwą przeszkodą jest tu dźwiękowe potrącenie o
sprośne słowa i znaczenia. Rozmyślne zniekształcanie i przekręcanie wyrazów i zwrotów, w którym
tak bardzo lubują się ludzie źle wychowani, nie ma nic innego na celu, jak tylko wyciąganie
zdrożności przy niewinnej okazji, a zabawa ta jest tak częsta, że nie powinno nas dziwić, gdy się to
zdarza nawet wbrew naszym zamiarom i chęciom. Przykłady: Eisscheibweibchen zamiast Eiweissscheibchen,
A p o p o s Fritz zamiast Apropos, L o-kuskapitdl zamiast Lotuskapital itd.,
tudzież A l a-busterbachse zamiast Alabasterbiichse św. Magdaleny, należą do tej kategorii n.
Pomyłka: „Ich for-
11 U jednej z moich pacjentek utrzymywało się przejęzyczenie jako czynność symptomatyczna
tak długo, aż doprowadziło
122
derę Się auf, auf das Wohl unseres Chefs auf zustossen” („Wzywani panów, byśmy się trącili
kielichami za zdrowie naszego szefa”), przy czym zamiast a n stossen — trącić się, a u j stossen —
odbija mi się — jest niczym innym jak niezamierzoną parodią, w której podźwię-kuje nuta
zamierzonej obelgi. Gdybym ja był szefem, na którego cześć pijąc mówca popełnił pomyłkę,
pomyślałbym zapewne, jak mądrze czynili Rzymianie pozwalając żołnierzom triumfującego
imperatora wyrażać głośno swój opór wewnętrzny przez szydercze piosenki. Meringer opowiada o
sobie samym, że powiedział razu
do dziecięcego figla zastąpienia słowa zrujnować (ruinieren) słowem oddawać mocz (urinieren). Do
próby dojścia za pomocą fortelu przejęzyczenia do swobodnego używania nieprzyzwoitych i
zakazanych wyrazów nawiązują obserwacje Abrahamsa nad czynnościami pomyłkowymi z
„tendencją do nadkompensacji” („Internationale Zeitschrift fur Psychoana-lyse” VIII, 1922): Pewna
pacjentka z lekką skłonnością do jąkającego dwojenia głoski początkowej imion własnych zmieniła
nazwisko Protagoras na Protragoras. Tuż przedtem powiedziała ona zamiast Aleksandros — Aaleksandros.
Wywiad ustalił, że jako dziecko szczególnie chętnie kultywowała ona przywarę

powtarzania początkowej głoski a, igraszkę, która często prowadzi do jąkania się dzieci. Przy
nazwisku „Protagoras” zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa opuszczenia r w pierwszej zgłosce i
powiedzenia „Po-potagoras”. Broniąc się przed tym podtrzymywała kurczowo to r i na skutek tego
jeszcze do drugiej zgłoski wprowadziła dodatkowe r. W podobny sposób przekręcała w innych
przypadkach słowa parterre i Kon-dolenz na „partrerre” i „Kodolenz”, aby uniknąć kojarzeniowe
bliskich jej wyrazów pater (Vater—ojciec) i kondon. Inny pacjent Abrahamsa przyznał się do
skłonności mówienia za każdym razem angora zamiast angina, bardzo prawdopodobne, że w
obawie, by nie powiedzieć w a g i n a zamiast a n-g i n a. Przejęzyczenia te powstają zatem dlatego,
że nad tendencją deformującą bierze górę tendencja obronna. Abrahams słusznie zwraca uwagę na
analogię między tym procesem a powstawaniem symptomów w nerwicowych natręctwach.
123
pewnego do osoby, którą jako najstarszą w tym kółku nazywano Senexl albo altes Senezl
(staruszek): „Prosit senex Altesl”! Uląkł się sam tej pomyłki. Wytłumaczymy może sobie ten afekt,
jeżeli zauważymy, jak zbliżone jest Altesl do alt e r E s e l (stary osioł). Wszak za
wykroczenie przeciwko poszanowaniu dla wieku (tj. dla ojca, jeżeli to sprowadzimy do okresu
dzieciństwa) nałożono na nas surowe kary wewnętrzne. Tuszę, że czytelnicy docenią znaczenie,
jakie tym przeze mnie zebranym i zanalizowanym przykładom nadaje powyższa interpretacja,
której słuszności właściwie niczym dowieść nie można. Ale dzięki bardzo doniosłej obserwacji
Meringera spodziewam się wciąż jeszcze, że i pozornie proste przypadki przejęzyczenia są
wynikiem zakłócenia przez jakąś na wpół stłumioną myśl, znajdującą się poza zamierzonym
związkiem; bo, jak ten autor zaznacza, dziwne jest, że nikt nie chce się przyznać do przejęzyczenia
i nawet bardzo rozsądni i uczciwi ludzie obrażają się, gdy się im powie, że się przejęzyczyli. Nie
śmiem odnieść tego twierdzenia tak szeroko, jak to czyni Meringer, mówiąc „nikt”. Jednak ten ślad
afektu, z którym połączone bywa skonstatowanie przejęzyczenia i który widocznie jako
zawstydzenie pojąć należy, nie jest pozbawiony znaczenia. Podobnie jak gniew, gdy nie
przypominamy sobie zapomnianego nazwiska, tudzież zdziwienie, że jakieś rzekomo niepozorne
wspomnienie jednak się przechowało, wskazuje i ten afekt na to, że zakłócenie było spowodowane
jakimś motywem.
Przekręcenie nazwiska, o ile jest umyślne, jest właściwie obelgą i w przypadkach, gdzie jest
rezultatem nieumyślnego przejęzyczenia, zdaje się, że ma to samo znaczenie. I tak np., według
Mayera, pewna osoba użyła wyrazu F r e u d e r zamiast Freud, bo wkrótce potem wymieniła
nazwisko B r e u e r; innym razem 124
mówiła o metodzie F r e u e r-B r e u d a. Był to kolega po fachu, który się tą metodą zupełnie nie
zachwycał. Inny przypadek przekręcenia nazwiska, który się też nie da inaczej wytłumaczyć,
przytoczę później, omawiając pomyłki w pisaniu 12.
W tych przypadkach wdziera się jako moment zakłócający ustosunkowanie krytyczne, które
właściwie powinno by zostać na uboczu, gdyż w danej chwili nie odpowiada intencjom mówcy.
Natomiast zastąpienie nazwiska innym, przywłaszczenie sobie innego nazwiska, utożsamienie za
pomocą takiej pomyłki, oznacza uznanie, które w danej chwili powinno by z jakichś tam powodów
zostać na dalszym planie. Takie zdarzenie z lat szkolnych opowiada S. Fe-renczi.
12 Można też zauważyć, że właśnie arystokraci szczególnie często przekręcają nazwiska lekarzy,
których się radzili, i można z tego wnioskować, że w głębi duszy lekceważą ich, mimo uprzejmości,
z jaką się do nich odnoszą. Przytoczę tutaj kilka trafnych uwag o zapominaniu nazwisk z
angielskiego opracowania interesującego nas tematu, autorstwa drą E. Jonesa, przebywającego w
tym czasie w Toronto (The Psychopatology of Everyday Life. „American Journal of Psychology”
Oct. 1911): „Niewielu ludzi potrafi się powstrzymać od zirytowania, kiedy zapomina się ich
nazwiska, a szczególnie wówczas, gdy spodziewają się, że dana osoba je pamięta. Bez
zastanowienia mówią sobie natychmiast, że ta osoba nie zapomniałaby ich nazwiska, gdyby zrobiło

na niej wcześniej silne wrażenie; nazwisko jest przecież istotnym składnikiem osobowości. Z
drugiej strony niewiele jest rzeczy, które byłyby pochlebniej odczuwane, niż słyszenie swego
nazwiska w wypowiedzi wysoko postawionej osobistości, a zwłaszcza gdy się tego nie oczekiwało.
Napoleon, po mistrzowsku obchodzący się z ludźmi, wykazał w czasie nieszczęśliwej wyprawy
wojennej w 1814 r. niezwykłą pamięć w tym względzie. Kiedy znalazł się w pewnym mieście nad
Garonną, przypomniał sobie, że przed 20 laty w pewnym pułku poznał burmistrza tego miasta De
Bussy’ego; w rezultacie zdu-
125
„Będąc w I klasie gimnazjalnej miałem powiedzieć (pierwszy raz w życiu) publicznie (tzn. przed
całą klasą) wierszyk. Byłem dobrze przygotowany i dlatego wprost osłupiałem, gdy na
samym wstępie powitała mnie salwa śmiechu. Profesor wyjaśnił ten szczególny odbiór: tytuł
wiersza podałem dobrze, ale zamiast właściwego autora podałem siebie samego. Poeta nazywał się
S a n d o r (Aleksander) P e t o f i. Tożsamość naszych imion — Sandor — bardzo sprzyjała tej
zamianie; właściwą przyczyną było jednak to, że podów-* , czas utożsamiałem się w mych
skrytych życzeniach z naszym przesławnym poetą, którego i świadomie ubóstwiałem oraz
szanowałem. Oczywiście tkwiła w tej pomyłce i moja ambicja”. O podobnym utożsamieniu się
przez zamianę nazwimiony
De Bussy poświęcił mu swe usługi z bezgranicznym oddaniem. I odpowiednio, nie ma
pewniejszego sposobu obrażenia człowieka, jak zachowanie się wskazujące, że zapomniało się
jego nazwiska; wyraża się w ten sposób to, że dana osoba jest nam tak obojętna, iż nie trzeba sobie
zadawać trudu, by zapamiętać jej nazwisko. Również w literaturze odgrywa ten fakt pewną rolę. U
Turgieniewa w Dymie jest takie miejsce: «Wciąż jeszcze kąpiel uważa pan za zabawną, panie
Litwinów? Ratmi-row starał się wymawiać nazwisko Litwinowa jakby ze zwlekaniem, jak gdyby
musiał je sobie dopiero uprzytomnić. Poprzez to, jak przez wyniosły sposób uchylenia kapelusza
przy pozdrowieniu, pragnął urazić Litwinowa w jego dumie». W powieści Ojcowie i dzieci
Turgieniew pisze tak: gubernator «Za-prosił Kirsanowa i Bazarowa do siebie na bal i po dwóch
minutach zaprosił ich po raz wtóry, uważając ich tym razem za braci i nazywając panami
Kajsarow». fl. Turgieniew Ojcowie i dzieci. Przełożyła J. Guze. Warszawa 1957, PIW, s. 83 —
Red.]. Tutaj zapomnienie wcześniejszego zaproszenia, pomyłka w nazwisku i nierozróżnienie dwu
młodych mężczyzn spowodowały nagromadzenie obraźliwych momentów. Zniekształcenie
nazwiska ma takie samo znaczenie jak jego zapomnienie, jest ono pierwszym krokiem do
zapomnienia”.
126
ska opowiadał mi pewien młody lekarz, który nieśmia-jo przedstawił się wielbionemu, przez się
Yirchowowi słowami: dr Yirchow. Uczony zwrócił się do niego ze zdumieniem i zapytał: „Ach,
więc pan także nazywa się Yirchow?” Nie wiem, jak ten ambitny młodzieniec usprawiedliwił swą
pomyłkę, czy znalazł wymówkę, iż wydawał się sobie tak małym wobec tak wielkiego nazwiska, że
mu własne uszło z pamięci, czy też miał na tyle odwagi, by się przyznać, że ma nadzieję z czasem
zostać równie wielkim człowiekiem jak Yirchow i niechby pan tajny radca nie traktował go tak
lekceważąco. Jedna z tych dwóch myśli, a może obie równocześnie, zmieszały prawdopodobnie
tego młodzieńca przy prezentacji.
Z czysto osobistych powodów pozostawiam nie rozstrzygnięte, czy w ten sam sposób należy
tłumaczyć i następujący przypadek. Na międzynarodowym kongresie w Amsterdamie w 1907 r.
przedmiotem bardzo ożywionej dyskusji była moja teoria o histerii. Jeden z najbardziej zażartych
moich przeciwników przejęzyczył się ponoć w skierowanej przeciwko mnie filipice w ten sposób,
że wymieniał siebie na moim miejscu i mówił niejako w moim imieniu. I tak np. powiedział:
„Wiadomo, że Breuer i ja wykazaliśmy” — podczas gdy chyba zamierzał powiedzieć: Breuer i
Freud. Nazwisko tego przeciwnika nie ma najmniejszego dźwiękowego podobieństwa z moim. Ten

przykład, podobnie jak i inne przypadki zamiany nazwisk, poucza nas, że przejęzyczenie może się
odbywać bez tego ułatwienia w postaci podobieństwa dźwiękowego i że może nastąpić li tylko na
skutek ukrytego związku treściowego.
W innych, o wiele donioślejszych przypadkach, jest to wyrazem samokrytyki, wewnętrznej
opozycji wobec własnych słów, która powoduje przejęzyczenie, ba, nieraz nawet przeciwieństwo
tego, co było zamierzone.
127
Spostrzegamy wtedy ze zdumieniem, że zapewnienie jakieś brzmiało tak, iż od razu doznało
zaprzeczenia, tak że pomyłka odsłoniła wewnętrzną nieszczerość 13. Przejęzyczenie jest tu niejako
mimicznym wyrazem, a o ile, jak się to często zdarza, wypowiada to, cośmy chcieli zataić,
zdradzeniem się. Tak np. jeżeli mężczyzna, który w swym odnoszeniu się do kobiety nie pragnie
tzw. normalnego stosunku, w rozmowie o kokietce zauważy: „W obcowaniu ze mną
odzwyczaiłaby się ona od k o e-t o w a n i a” (koetiren), nie ma wątpliwości, że chodziło
tylko o słowo koitować (spółkować), którego wpływowi na zamierzone kokietować należy
przypisać to przekręcenie. Albo następujący przypadek.
„Mamy wuja, który od miesięcy czuje się obrażony, ponieważ go nie odwiedzamy. Przeniesienie
się do nowego mieszkania staje się dla nas okazją, by po długim czasie wreszcie zjawić się u niego.
Pozornie cieszy się on bardzo i przy pożegnaniu pełen uczucia mówi: «Od-tąd, mam nadzieję
widywania was jeszcze rzadziej (seltener) niż dotychczas*”.
Sprzyjający przypadkowo materiał ułatwia często przejęzyczenia, które czynią druzgocące
wrażenie jako wyjawienie tajemnicy lub też mają wysoce komiczny efekt dowcipu. I tak np. w
następującym przypadku, zakomunikowanym mi przez drą Reitlera:
„Pewna pani powiada do drugiej tonem podziwu: «Diesen neuen reizenden Hut haben Się wohl
sich selbst aufgepatzt?» («Czy pani sama się ubrała w ten nowy śliczny kapelusz?»). Zamiast
aufgeputzt—przystroiła — aufgepatzt—spaskudziła. Nie kontynuowała ona już dalej zamierzonych
pochwał, bo zbyt jaskrawo wyraziła w tym niemiłym przejęzyczeniu swą wewnętrzną kry-
13 B. Anzengruber w Gewissenswurm za pomocą takiego przejęzyczenia napiętnował
obłudnego chciwca spadkowego.
128
tykę, by jeszcze jakieś zdawkowe frazesy mogły znaleźć
wiarę”-
Łagodniejsza, ale bez wątpienia krytka zawarta jest w następującym przykładzie:
„Pewna dama odwiedziła znajomą i wnet poczuła się zmęczona oraz zniecierpliwiona jej
gadulstwem i przewlekłym roztrząsaniem. W końcu udało się jej przerwać je, pożegnać się, gdy oto
odprowadzająca ja do przedpokoju znajoma zatrzymała ją nowym potokiem słów, co uświadomiło
jej po drodze, że będzie musiała stać przy drzwiach i na nowo wysłuchiwać. Wreszcie przerwała jej
pytaniem: «Sind się im V o r zimm e r zu Hause?» («Czy jest pani w przedpokoju w do-mu?»).
Dopiero po zaskoczonej minie zorientowała się w swoim przejęzyczeniu. Zmęczona długim
staniem w przedpokoju (Yorzimmer) chciała przerwać rozmowę pytaniem: «Sind Się vormittag zu
Hause?» («Czy jest pani przed południem w domu?») i zdradziła w ten sposób swą niecierpliwość
ponownym zatrzymaniem”.
Apelowi do opamiętania się odpowiada kolejny przykład, jaki wydarzył się doktorowi Maksowi
Grafowi. Na walnym zgromadzeniu stowarzyszenia dziennikarzy Concordia jakiś nowy i wiecznie
potrzebujący pieniędzy członek wygłasza mowę opozycyjną i mówi wzburzony: „Die Herren V or s
chus smitglieder” („Panowie członkowie wydziału”), przy czym zamiast Aus-schuss—wydział,
powiedział Yorschuss—zaliczka. Członkowie wydziału mają prawo udzielania zaliczek, a i nasz
mówca wniósł również prośbę o jej udzielenie.
Na przykładzie Vorschwein widzieliśmy, że przejęzyczenie powstaje łatwo, kiedy usiłuje się

stłumić obelżywe słowa. W ten sposób można sobie ulżyć.
Pewien fotograf, który postanowił unikać towarzyskich kontaktów ze swoim niewydarzonym
pracowni-
1 kiem w zakładzie zoologii, rzekł do praktykanta, który chcąc wypić wielką pełniutką czarkę,
rozlał, naturalnie połowę na posadzkę: „Aber Mensch, schopsen Się doch zuerst etwas davon
ab!” (Ależ człowieku, upij, baranie, wpierw troszkę z tego!” — schdp. jen—upić, Schops—
baran). Wkrótce potem do pomocnicy, która przez nieostrożność omal nie stłukła dwunastu
cennych płyt, w potoku dłuższego, wzburzonego przemówienia: „Aber sind Się denn so h
o r n v e r-b r ann t…” („Czy jest pani aż tak rogowo spało n a”, zamiast z o r n e n t b r ann t
— pałająca gniewem; Horn—róg nawiązuje do poprzedniego przejęzyczenia, w którym
występował Schops—baran).
Dalszy przykład ukazuje poważny przypadek zdradzenia się przez przejęzyczenie. Odtwarzam z
doniesienia A. A. Brilla 14.
„Pewnego wieczoru spacerowałem z drem Frinkiem i omawialiśmy pewne sprawy związane z
Nowojorskim Towarzystwem Psychoanalitycznym. Spotkaliśmy kolegę drą R., którego od lat nie
widziałem i o którego życiu prywatnym nic nie wiedziałem. Ucieszyliśmy się ze spotkania i na
moją propozycję wstąpiliśmy do kawiarni, gdzie przez niemal dwie godziny rozmawialiśmy z
ożywieniem. Wydawało się, że chce on dowiedzieć się o mnie czegoś bliższego, bo po zwykłym
pozdrowieniu wypytywał mnie o moje małe dziecko i tłumaczył mi, że od czasu do czasu słyszał o
mnie od naszego wspólnego przyjaciela i interesował się moją działalnością, gdy przeczytał coś na
ten temat w jednym z czasopism medycznych. Na moje pytanie, czy ożenił się, dał odpowiedź
przeczącą i dodał: «Po co ma się żenić taki człowiek jak ja?»
14 W „Zentralblatt fur Psychoanalyse” II błędnie przypisane
E. Jonesowi. ,.i;,;;,, *
Gdy wychodziliśmy z kawiarni nagle zwrócił się do mnie: «Chciałbym wiedzieć, co pan by uczynił
w następującym przypadku. Znam pielęgniarkę, która była wniieszana w mój proces rozwodowy
jako współwinna. 2ona wniosła skargę o rozwód, pielęgniarkę określiła jako współwinną i o n
otrzymał rozwód» *. Przerwałem mu: «Chce pan powiedzieć, że o n a otrzymała roz-wód». On
natychmiast poprawił: «Naturalnie, ona otrzymała rozwód», i opowiadał dalej, że pielęgniarka do
tego stopnia była rozdrażniona procesem i skandalem, że zaczęła pić, stała się bardzo nerwowa itd. i
zwrócił się do mnie o radę, jak powinien z nią postąpić!
Zaraz po poprawieniu jego pomyłki prosiłem go, by spróbował ją wyjaśnić, ale otrzymałem
zwykłe, a zdumiewające odpowiedzi: czyż nie jest dobrym prawem każdego człowieka móc się
przejęzyczyć, przecież to jest tylko przypadek i nie ma czego szukać gdzieś poza tym, itd.
Powiedziałem mu, że każda pomyłka w mówieniu ma swoją przyczynę i że ja osobiście byłbym
skłonny wierzyć, że on sam jest bohaterem tej historii, gdyby mi wcześniej nie powiedział, że jest
nieżonaty; wówczas bowiem przejęzyczenie można by wyjaśnić życzeniem, by nie on, a jego żona
przegrała proces, gdyż tym samym (według naszego prawa małżeńskiego) nie potrzebowałby płacić
alimentów i mógłby się ponownie ożenić w Nowym Jorku; on odrzucał uparcie moje
przypuszczenie, ale równocześnie wzmocnił je przesadną reakcją emocjonalną, będącą oznaką
silniejszego wzruszenia, a potem śmiechem. Na mój apel, by w interesie naukowego wyjaśnienia
powiedział prawdę,
* „Według naszych [amerykańskich] praw rozwód następuje, jeżeli zostanie udowodnione, że
jedno z małżonków złamało wiarę małżeńską, z tym, że zgodf uzyskuje tylko strona pokrzywdzona
(oszukana)”, -j •«# ij, •;;&,; . ::,i<.,i\;-… 130 otrzymałem taką odpowiedź: «Jeżeli nie chce pan usły, szeć kłamstwa, musi pan wierzyć w moje kawalerstwo i dlatego pańskie psychoanalityczne wyjaśnienie jest całkowicie fałszywe». Dodał jeszcze, że człowiek, który obserwuje każdy drobiazg, jest wręcz niebezpieczny. Nagle przypomniał sobie, że ma inne spotkanie i pożegnał się. My obaj, dr Frink i ja, byliśmy jednak przekonani o słuszności mego wyjaśnienia przejęzyczenia, a ja postanowiłem poprzez zebrane informacje uzyskać albo jego potwierdzenie, albo zaprzeczenie. W kilka dni później odwiedziłem sąsiada, starego przyjaciela drą R., który potwierdził moje przypuszczenie wręcz dosłownie. Proces odbył się przed paru tygodniami, a pielęgniarka była wzywana do sądu jako współwinna. Dr R. jest obecnie mocno przekonany o słuszności teorii Freuda”. Zdradzanie się występuje w podobnie niewątpliwy sposób w przypadku opisanym przez O. Ranka. „Pewien ojciec, pozbawiony jakichkolwiek uczuć pa-‚ triotycznych i wychowujący swoje dzieci w sposób uwalniający je od nich jako, jego zdaniem, czegoś zbędnego, ganił synów za uczestnictwo w pewnej patriotycznej manifestacji i odrzucił ich powołanie się na podobne zachowanie wujka, mówiąc: «Szczególnie jego nie powinniście gorliwie naśladować; on jest przecież i d i o-tą». Twarze dzieci, zdumionych tym niezwykłym tonem ojca, zorientowały go, że przejęzyczył się i usprawiedliwiając się rzekł: «Chciałem naturalnie powiedzieć: p a t r i o t ą»”. Takie zdradzanie się zachodzi również w przypadku przejęzyczenia się rozmówczyni, o którym opowiada J. Starcke 1S; przykład opatrzył on uwagą przekraczającą już zadanie wyjaśnienia. 15 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” IV, 1916. 132 ^Dentystka umówiła się ze swoją siostrą, że któregoś dnia obejrzy dokładnie jej uzębienie, by stwierdzić, czy dwa trzonowe zęby mają pełny kontakt (tzn. czy oba te zęby stykają się dokładnie bocznymi powierzchniami tak, że resztki jedzenia nie mogą między nimi pozostać). Siostra skarży się teraz, że tak długo musiała czekać na to badanie i mówi żartem: «Teraz zajmuje się koleżanką, a jej siostra musi wciąż jeszcze czekać*. Dentystka bada ją, rzeczywiście stwierdza mały otwór w jednym z trzonowych zębów i mówi: «Ich dachte nicht, dass es so schlimm war; ich dachte, dass du nur k e i n Kont ant hdttest… kein Kontakt hatte st» («Nie myślałam, że jest tak źle, myślałam, że ty tylko nie masz konta … nie masz kontakt u»). « Widzisz teraz — wykrzyknęła siostra śmiejąc się — że tylko z powodu twojej chciwości musiałam o tyle dłużej czekać niż twoi płacący pacjenci!» (Nie powinienem, oczywiście, dodawać swoich własnych pomysłów do Pańskich, czy wyciągać z tego wniosków, ale przy badaniu tego przejęzyczenia myśli moje poszły natychmiast w tym kierunku, że te dwie miłe i dowcipne kobiety są niezamężne, że mają bardzo nikłe kontakty z młodymi mężczyznami i sam siebie zapytałem, czy miałyby więcej kontaktów z młodymi ludźmi, gdyby miały więcej gotówki)”. Zdradzanie się zachodzi także w kolejnym przypadku przejęzyczenia zakomunikowanym przez T. Reika 16. „Młoda dziewczyna miała się zaręczyć z młodym mężczyzną, dla niej niesympatycznym. W celu zbliżenia młodych do siebie ich rodzice umówili spotkanie towarzyskie, w którym przyszli małżonkowie mieli wziąć udział. Młoda dziewczyna była dostatecznie opanowali Ibid., III, 1915. 133 na, by konkurentowi do swej ręki, który zachował się wobec niej z całą elegancją, nie pozwolić zauważyć swej niechęci. Jednak na pytanie matki, jak się jej podoba młody mężczyzna, odpowiedziała uprzejmie: «Gut. Er ist sehr liebenswidrig!» («No tak, on jest niegodny kochania!» — zamiast miły—liebenswurdig)”. Jeszcze inny przykład tego rodzaju, który O. Rank 17 określił jako „dowcipne przejęzyczenie”. „Zamożnej kobiecie, która lubi słuchać anegdot i o której mówi się, że nie stroni od pozamałżeńskich stosunków, jeśli tylko wspierają je odpowiednie prezenty, pewien młody mężczyzna, który również zabiegał o jej względy, opowiadał nie bez określonego zamiaru , następującą, od dawna znaną historię. Jeden z dwóch korespondentów handlowych zabiegał o względy dość , nieprzystępnej żony swego wspólnika; w końcu obdarzyła go tymi względami za prezent wartości tysiąca guldenów. Gdy jej mąż miał wyjechać w podróż, wspólnik pożyczył od niego tysiąc guldenów i przyszedł następnego dnia, by dać je jego żonie. Naturalnie sumę tę dał jako rzekomą nagrodę miłosną. Kobieta zorientowała się, że sprawa wyszła na jaw, gdy wracający mąż upomniał się o tysiąc guldenów, a w dodatku do straty musiała jeszcze doliczyć hańbę. Gdy młody człowiek doszedł w opowiadaniu historii do miejsca, w którym uwodziciel mówi do wspólnika: «Pieniądze rano zwrócę (werde zuruckgegeben) twej żonie» — słuchająca kobieta przerwała mu wiele mówiącymi słowami: «Pro-szę mi powiedzieć, czy pan już mi tego nie zwrócił (zuriickgegeben)? Ach, pardon, chciałam rzec — opowiadał (erzahlt)?». Nie mogła wyraźniej dać do zrozumienia swojej gotowości znalezienia się w podobnych warunkach bez mówienia o tym wprost”. 17 Ibid., I, 1914. piękny przypadek takiego zdradzania się z niewinnym zakończeniem opisuje V, Tausk pt. Der Glauben der Vater („Wiara ojców”)18. „Ponieważ moja małżonka była chrześcijanką — opowiadał A. — i nie chciała przejść na judaizm, musiałem ja przejść z judaizmu na chrystianizm. Zmieniłem wyznanie nie bez wewnętrznego oporu, ale wydawało mi się, że cel usprawiedliwia tę zmianę, zwłaszcza że właściwie odstępowałem od czysto zewnętrznej przynależności do judaizmu, a nie od religijnego przekonania, gdyż takiego nie miałem. Mimo to przyznawałem się nadal do judaizmu i tylko niewielu znajomych wiedziało, że byłem ochrzczony. Z tego małżeństwa przyszło na świat dwóch synów, którzy zostali ochrzczeni. Kiedy chłopcy odpowiednio podrośli, dowiedzieli się o swoim żydowskim pochodzeniu, ale mimo to nie występowali, przy antysemickich wpływach szkoły, z tych nieistotnych względów przeciw ojcu. Przed paru laty mieszkałem w czasie wakacji letnich razem z dziećmi, które wtedy uczęszczały do szkoły podstawowej, w D. u rodziny nauczycielskiej. Kiedy pewnego dnia siedzieliśmy razem z przyjaznymi zresztą gospodarzami, pani domu, nie przeczuwając żydowskiego pochodzenia swoich letników, zrobiła kilka ostrych wycieczek pod adresem Żydów. Powinienem w tej sytuacji odważnie się zdeklarować, aby dać swoim synom przykład odwagi przekonań, ale obawiałem się przykrych nieporozumień, jakie nastąpiłyby po takim przyznaniu się. Ponadto lękałem się, że będziemy ewentualnie zmuszeni opuścić dobre miejsce pobytu, jakie znaleźliśmy, no, i zepsuć sobie oraz dzieciom i tak krótki czas wypoczynku, gdyby nasi gospodarze zmienili swoje zachowanie względem nas na nieprzyjazne dlatego, że jesteśmy Żydami. Ponieważ 18 Ibid., IV, 1916. ! 134 135 jednak mogłem spodziewać się, że moi synowie szczerze i nieskrępowanie ujawnią brzemienną w skutki prawdę w czasie dłuższej obecności przy rozmowie, chciałem oddalić ich od naszego towarzystwa przez posłanie do ogrodu. «Idźcie, Żydzi, (Juden) do ogro-du» — powiedziałem i szybko poprawiłem na «d z i e-ci» (Jungen). Pomogłem swojej «odwadze przekonam wyrazić się poprzez tę czynność pomyłkową. Nikt nie wyciągał z tego przejęzyczenia żadnych konsekwencji, gdyż nie przypisano mu żadnego znaczenia, ale ja musiałem wyciągnąć z niego nauczkę, że wiary ojców nie można się wyprzeć bezkarnie, jeżeli jest się synem i ma się synów”. Nie miał bynajmniej niewinnych skutków inny przypadek przejęzyczenia, o którym nie informowałbym, gdyby nie to, że urzędnik sądowy sam w czasie badania przeznaczył go do mego zbioru. Policjant oskarżony o włamanie (Einbruch) powiedział: „Od tego czasu nie zostałem jeszcze zwolniony z tego policyjnego stanowiska złodzieja (Diebs-stellung)” — chciał powiedzieć: służbowego stanowiska (Dienststellung). Zabawnie oddziaływa przejęzyczenie użyte dla potwierdzenia właśnie wśród przeczenia, co jest szczególnie miłe przy postępowaniu psychoanalitycznym. U jednego ze swoich pacjentów interpretowałem właśnie marzenie senne, w którym znajdowało się nazwisko Ja u-n e r. Pacjent znał wprawdzie osobę o tym nazwisku, było jednak niezrozumiałe, dlaczego by miała ona właśnie w tym marzeniu sennym występować; wobec tego wyraziłem nieśmiało przypuszczenie, że jawi się ona w nim tylko ze względu na nazwisko, przypominające obelżywe słowo Gauner (oszust). Pacjent sprzeciwił się temu z miejsca i energicznie, przejęzyczył się jednak przy tym i potwierdził moje przypuszczenie, zamienia- 136 jąć po raz wtóry głoski (j zamiast g). Odpowiedź jego brzmiała: „Das erscheint mir doch zu j e w a g t” („To wydaje mi się jednak za śmiałe”), przy czym zamiast gewagt — jewagt. Gdy zwróciłem jego uwagę na to przejęzyczenie, zgodził się na moją interpretację. Tego rodzaju przejęzyczenie, zmieniające sens mowy w jego przeciwieństwo, pogarsza wyraźnie w czasie poważnej sprzeczki sytuację tego z ludzi wiodących spór, któremu się ono wydarzyło; przeciwnik bowiem nie omieszka wyzyskać swej w ten sposób wzmocnionej pozycji. Przy tym jest widoczne, że ludzie na ogół przypisują przejęzyczeniu, podobnie jak i innym pomyłkowym czynnościom, to samo znaczenie, jakiego ja dopatruję się w niniejszej pracy, i czynią to nawet wtedy, gdy teoretycznie nie podzielają tego zapatrywania i gdy w odniesieniu do samych siebie nie myślą zrezygnować z wygody, jaką dla nich stanowi ta pomyłka, której nie przypisuje się ani sensu, ani motywu. Wesołość i kpiny, które tego rodzaju pomyłki w jakiejś decydującej chwili wywołują z całą pewnością, świadczą chyba wyraźnie przeciw rzekomo ogólnie przyjętemu zapatrywaniu, jakoby przejęzyczenie było tylko lapsus linguae pozbawionym znaczenia psychologicznego. Nie kto inny, jak kanclerz Rzeszy niemieckiej, książę Biilow, starał się w ten sposób uratować sytuację, gdy broniąc swego cesarza (w listopadzie 1907 r.) na skutek przejęzyczenia powiedział przeciwieństwo tego, co zamierzał: „Odnośnie zaś do doby teraźniejszej, czasów cesarza Wilhelma II, mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem już przed rokiem, mianowicie, że byłoby niesłuszne i niesprawiedliwe mówić tu o klice odpowiedzialnych doradców otaczających naszego cesarza (żywe okrzyki: «nieodpowiedzialnych »). Pardon, nieodpowiedzial- 137 n y c h. Proszę wybaczyć ten lapsus linguae” (wesołość). Sympatia dla mówcy, wzgląd na trudne jego położenie, tudzież nieprzejrzystość jego wypowiedzi, w której za dużo było negacji, sprawiły, że tej pomyłki nie wyzyskano przeciw mówcy. O wiele gorzej jednak powiodło się w rok później na tym samym miejscu innemu mówcy, który żądał dla cesarza manifestacji bez zastrzeżeń (ruckhaltlos) i przy tym wydał się przez przejęzyczenie z innymi uczuciami swego arcylojalnego serca. Lattmann (Deutschnational): ,,W kwestii adresu do cesarza trzymamy się regulaminu parlamentu. Według niego przysługuje parlamentowi prawo takiego adresu do cesarza. Sądzimy, że jest jednomyślnym życzeniem niemieckiego narodu, by i w tej sprawie doszło do jednomyślnej manifestacji, i jeżeli możemy to uczynić w takiej formie, jaka odpowiada naszym monarchicznym uczuciom — to powinniśmy to zrobić bez zastrzeże ń”. Tu mówca przejęzyczył się, zamiast ruckhaltlos powiedział riickgratlos — bez kręgosłupa. Ogromna, długo trwająca wesołość. „Moi panowie, chciałem powiedzieć nie riickgratlos, lecz ruckhaltlos” (ponowna wesołość). ,,Vorwarts” z 12 listopada 1908 r. nie omieszkał wskazać na psychologiczne znaczenie powyższej pomyłki: , „Bez kręgosłupa wobec tronu cesarskiego. Chyba jeszcze nigdy i w żadnym parlamencie poseł — mimowolnie sam piętnując się — nie scharakteryzował tak trafnie odnoszenia się swego i większości Izby do monarchy, jak antysemita Lattmann, gdy mu się wśród uroczystego patosu wyrwało wyzwanie, że on i jego przyjaciele polityczni wypowiedzą bez kręgosłupa prawdę cesarzowi. Burzliwa wesołość w całej Izbie zagłuszyła resztę mowy tego nieszczęśliwca, który uważał za ko-138 nieczne wyjąkać jeszcze na swe usprawiedliwienie, że myślał właściwie bez zastrzeże ń”. Oto jeszcze jeden przykład, w którym przejęzyczenie nabrało wręcz niesamowitego charakteru przepowiedni: Wiosną 1923 r. wielką sensację w międzynarodowym świecie finansowym wywołał fakt, że młody bankier X. z nowobogackich miasta W., kto wie czy nawet nie najświeższy, w każdym razie najbogatszy i najmłodszy, po krótkiej walce o to, objął w posiadanie większość akcji banku, czego następstwem było to, że w wyborach, na decydującym zgromadzeniu ogólnym, przepadli starzy kierownicy tej instytucji, finansiści starej daty, a młodego X. wybrano prezesem banku. W mowie pożegnalnej, którą wygłosił dr Y. dla poprzedniego prezesa, nie wybranego obecnie, uderzyło niektórych słuchaczy powtarzające się przykre przejęzyczenie mówcy. Wciąż mówił o rozstającym się ze światem (dahinscheidenden) zamiast odchodzącym z u-rzędu (ausscheidenden) prezesie. I tak się wydarzyło, że nie wybrany ponownie stary prezes zmarł w kilka dni po zgromadzeniu ogólnym. Ale człowiek ten przekroczył 80 rok życia! (Storter). Piękny przykład przejęzyczenia, którego intencją jest nie tyle zdemaskowanie mówcy, ile zorientowanie słuchacza (znajdującego się poza sceną), spotykamy w Wal-lensteinie (Rodzina Piccolominich, akt pierwszy, odsłona piąta). Posługujący się tym środkiem poeta znał dobrze mechanizm i sens przejęzyczenia. Oto Maks Picco-lomini w poprzedniej scenie zdeklarował się z całym zapałem jako stronnik księcia i sławił przy tym dobrodziejstwa pokoju, które miał sposobność poznać w podróży, gdy odprowadzał córkę Wallensteina do obozu. Odchodząc ze sceny zostawia swego ojca oraz posła dworu cesarskiego Questenberga w zupełnej konsternacji. Oto scena piąta: 139 Cjuestenberg: O biada, biada! Czy tak rzeczy stoją? (Niecierpliwie i pośpiesznie). I ty powagą nie weźmiesz go swoją? Dozwalasz odejść mu w takim zapale, Oczu nie otworzywszy tak zaślepionemu? Oktawio (z głębokiego zamyślenia): On właśnie moje w tej otworzył dobie, I więcej widzę, niźli życzę sobie. Questenberg: Ja twojej mowy nie pojmuję wcale… Oktawio: Przeklinać muszę dzień jego podróży! Questenberg: I cóż się stało? Oktawio: Nie bawmy tu dłużej! Ja muszę śledzić, widziałem własnym okiem — Ach śpieszmy! (Chce go wyprowadzić). Questenberg (zdziwiony): Dokąd? Oktawio (niecierpliwie): Do niej! Questenberg: Do niej! Oktawio: Tak, do (poprawia się) księcia Idźmy! ł» To małe przejęzyczenie — do niej zamiast d o niego — ma nam wskazać, że ojciec przejrzał właściwe motywy, dla których syn stanąi po stronie księcia, podczas gdy dworzanin Questenberg żali się, iż mówi on do niego samymi zagadkami. Inny przykład poetyckiego wykorzystania przejęzyczenia odkrył Otto Rank. Cytuję doniesienie Ranka zamieszczone w „Zentralblatt fur Psychoanalyse” I, 3: „Poetycko subtelnie umotywowane, a technicznie świetnie wykorzystane przejęzyczenie, które, podobnie jak wykazane przez Freuda w Wallensteinie, ujawnia, że poeci dobrze znają mechanizm i sens tej czynności pomyłkowej i zakładają jej rozumienie również przez słuchaczy, znajduje się w Kupcu weneckim Szekspira (akt III, scena II). Porcji, która z woli ojca miała poślubić danego jej przez los męża, dotąd, dzięki szczęśli- ” F. Schiller Wallenstein. Rodzina Piccolominich. Akt pierwszy, odsłona piąta. Przekład J. N. Kamińskiego (przyp. Red.). wemu przypadkowi, udało się uniknąć wszystkich nie kochanych konkurentów. Kiedy w końcu znalazła w Bassanio kandydata, któremu była życzliwa, musiała lękać się, że i on również wyciągnie fałszywy los. Chciała powiedzieć ukochanemu, że nawet w takim przypadku może być pewny jej miłości, ale na przeszkodzie stało ślubowanie. W tym stanie wewnętrznego rozdwojenia podpowiedziała poecie, żeby w takich oto słowach przemówić do miłego konkurenta: Wstrzymaj się, proszę, jeszcze dzień lub dwa dni, Nim los na szalę rzucisz; gdyż utracę Twe towarzystwo, jeśli się omylisz W wyborze; a więc chciej nieco poczekać, — Coś mi powiada (lecz nie jest to miłość), Że nie chcę stracić cię, a sam wiesz dobrze, Że tak nie może radzić mi nienawiść, Lecz, abyś słów mych nie pojął fałszywie, — Gdyż pannie myśleć wolno, a nie mówić, Pragnę zatrzymać cię tu, choćby miesiąc , Lub dwa, nim o mnie los rzucisz na szalę. Mogłabym wskazać ci, jak masz wybierać, Ale przysięgłam, więc tak się nie stanie, — J Więc możesz stracić mnie — lecz jeśli stracisz, jest twoja, rzec chciałam: Myśleć mi każesz, że przysięga moja ” Była występkiem. Twe przeklęte oczy , Rzuciły urok na mnie i rozdarły •; Mnie na dwie części, jedna z nich I druga twoja — moja, tak Lecz jeśli moja, to twoja, więc cała Stałam się twoja 20. Właśnie to, co pragnęła mu najdelikatniej przekazać, bo przecież właściwie miała przemilczeć, że, mianowicie, już przed losowym wyborem całkowicie do niego należy i kocha go, to poeta z podziwu godna sub- 20 W. Shakespeare Dzielą w przekładzie M. Słomczyńskiego. Najwyborniejsza opowieść o kupcu weneckim. Kraków 1979, Wydawnictwo Literackie (przyp. Red.). HO 141 telnością psychologiczną wyraził poprzez ujawnienie w przejęzyczeniu; tym artystycznym chwytem uspokoił trudną do zniesienia niepewność ukochanego, jak i podobne napięcie słuchacza odnośnie do wyniku losowego wyboru”. Ponieważ interesujące jest opowiedzenie się wielkich poetów za ujęciem przejęzyczenia w takiej funkcji, jaką my mu przypisujemy, uważam za uzasadnione przytoczyć trzeci taki przykład opublikowany przez E. Jone-sa «. ,,Otto Rank w niedawno opublikowanym artykule zwraca uwagę na piękny przykład z Szekspira, w którym jedna z jego postaci, Porcja, popełnia przejęzyczenie, przez które jej tajemne myśli stają się jawne, zrozumiałe dla uważnego słuchacza. Mam zamiar opowiedzieć podobny przykład z The Egoist, arcydzieła największego angielskiego powieściopisarza George Mere-ditha. Akcja powieści jest w skrócie następująca. Sir Willoughby Patterne, podziwiany w swoim kręgu arystokrata, zakochał się w pannie Konstancji Durham. Ona odkryła, że jest on wielkim egoistą, ale ukryła to skrzętnie przed światem i aby uniknąć małżeństwa, uciekła z kapitanem nazwiskiem Oxford. Kilka lat później Patterne zakochał się w pannie Klarze Middleton. Większą część książki wypełnia szczegółowy opis konfliktu, jaki powstał w duszy Klary Middleton, gdy odkryła w ukochanym ten sam uderzający rys charakteru. Zewnętrzne okoliczności i pojęcie czci wiążą ją danym słowem, gdy tymczasem oblubieniec coraz bardziej wydaje się jej podły. Zwierza się z tego jego kuzynowi i sekretarzowi Whitfordowi (który ją w końcu poślubił). Ten jednak z lojalności i z innych motywów zachowuje się powściągliwie w tej sprawie. 21 E. Jones Ein Beispiel von literarischer Verwertung des Vorsprechens. „Zentralblatt f tir Psychoanalyse” I, 10. ,’*’ 142 W monologu o swoich zmartwieniach Klara wypowiada się w następujący sposób: «Gdyby jakiś szlachetny mężczyzna mógł dostrzec, jaka jestem, i nie uważając, że jest to zbyt wiele, pomógł mi! Ach! Uwolnić się z tego więzienia cierni i zarośli! Sama nie potrafię sobie utorować drogi! Jestem tchórzem. Jakiś znak, jakaś wskazówka — wierzę, że to by mnie zmieniło. Mogłabym uciec do kolegi, zraniona do głębi, wzburzona pogardą … Konstancja spotkała żołnierza. Być może, modliła się i jej modlitwa została wysłuchana. Nie postąpiła słusznie. Ale jakże kocham ją za to. Jego nazwisko brzmiało Harry Oxford … Nie wahała się, zerwała pętające ją więzy, otwarcie przyszła do niego. Dzielna dziewczyno, co myślisz o mnie? A ja, nie mam żadnego Harry’ego Whitforda, ja jestem sama!». Nagłe zrozumienie, że użyła dla O x f o r d a innego nazwiska, było dla niej mocnym ciosem i rozlało się na jej twarzy palącym rumieńcem. Fakt, że nazwiska obu mężczyzn kończą się na ford, ułatwia ich pomieszanie i przez wielu będzie uważane za dostateczną tego przyczynę. Ale prawdziwa, głębiej leżąca, przyczyna została przez pisarza jasno wyłożona. W innym miejscu powtarza się to samo przejęzyczenie. Po nim następuje owo spontaniczne zakłopotanie i ta nagła zmiana tematu, z którymi zaznajomiła nas psychoanaliza i dzieło Junga o skojarzeniach, a które występują tylko wówczas, gdy poruszony zostaje jakiś na pół świadomy kompleks. Patterne powiedział w opiekuńczym tonie o Whit-fordzie: «Fałszywy alarm! Dobry stary Yernon nie jest w stanie zrobić czegoś-niezwykłego!*. Klara odpowiada: «Ale gdy teraz O x f o r d-W h i t f o r d … oto ich łabędzie przepływają właśnie jezioro; jak pięknie wyglądają, gdy są urażone! O co to ja chciałam pana zapytać? Mężczyźni, którzy są świadkami jawnego podziwu dla kogoś innego, są naturalnie zniechęceni?*. Sir Wil-loughby nagle zrozumiał wszystko, wyprostował się i zesztywniał. Jeszcze w innym miejscu Klara zdradziła poprzez przejęzyczenie swoje tajemne życzenie bardziej serdecznego powiązania z Yernonem Whitfordem. Zwracając się do ordynansa rzekła: «Powiedz wieczorem panu Yernonowi — powiedz wieczorem panu Whitfor-dowi» itd.” Ten mój pogląd na przejęzyczenie ostoi się nawet w zastosowaniu do drobiazgów. Wielokrotnie mogłem wykazać, że najdrobniejsze i na pozór najbardziej uzasadnione przypadki pomyłek w mowie mają głęboki sens i że można je tak samo rozwiązać, jak przypadki jaskrawsze. Pacjentka, która wyraźnie wbrew mej woli uparła się urządzić krótką wycieczkę do Budapesztu, chce usprawiedliwić się przede mną i powiedzieć, że jedzie tylko na 3 dni; przejęzyczą się jednak i powiada: tylko na 3 tygodnie. Zdradza się przez to, że mnie na przekór wolałaby pozostać 3 tygodnie aniżeli 3 dni w tym towarzystwie, które ja uważam za niestosowne dla niej. Usprawiedliwiani się pewnego wieczoru, że nie zabrałem żony z teatru i powiadam: ,,Byłem 10 minut po 10-ej pod teatrem”. Poprawiają mnie: „Chcesz chyba powiedzieć przed 10-tą”. Naturalnie, że chciałem powiedzieć przed 10-tą, po 10-ej nie byłoby usprawiedliwieniem. Powiedziano mi, że na afiszu podano: koniec przed 10-tą. Gdy przyszedłem pod teatr, światła były już pogaszone i teatr był pusty. Przedstawienie skończyło się wcześniej, a moja żona nie czekała na mnie. Gdy spojrzałem na zegarek, było 5 minut przed 10-tą. Postanowiłem jednak rzecz tę jeszcze korzystniej dla siebie przedstawić i powiedzieć, że do 10-ej brakowało jeszcze 10 minut. Niestety, przejęzyczenie popsuło 144 mi szyki i odsłoniło mą nieszczerość, bo przezeń wyzna łem nawet więcej, niż miałem do wyznania. •; Stąd prowadzi nas droga do owych zaburzeń mowy, które nie są ujmowane jako przejęzyczenia, bo nie uszkadzają one poszczególnego słowa, lecz rytm i sposób mówienia. Tu należą bełkotanie i jąkanie się z zakłopotania. Ale i tu, podobnie jak tam, zachodzi konflikt wewnętrzny, który się zdradza przez zaburzenie mowy. Jestem naprawdę zdania, że nikt się nie będzie przejęzyczą! na audiencji u cesarza lub przy oświadczynach miłosnych albo broniąc się przed sądem, a więc tam, gdzie, jak to znacząco powiadamy, wkładamy całą duszę w to, co mówimy. Wszak nawet do oceny stylu jakiegoś pisarza zwykliśmy stosować to tłumaczenie, bez którego się obyć nie możemy przy wyjaśnieniu poszczególnej pomyłki w mowie. Jasny i niedwuznaczny sposób pisania poucza nas, że autor jest z sobą w zgodzie; natomiast tam, gdzie znajdujemy styl wymuszony i zawiły — który słusznie*uważamy za wieloznaczny — tam rozeznajemy gmatwający wpływ niedostatecznie przetrawionych myśli albo też zdławiony głos samokrytyki autora K. Od ukazania się pierwszego wydania tej książki moi obcojęzyczni przyjaciele i koledzy zaczęli zajmować się przejęzyczeniami, jakie mogli zaobserwować w krajach swoich ojczystych języków. Ustalili, jak można było oczekiwać, że prawa czynności pomyłkowych są niezależne od materiału językowego, i dokonali podobnych wyjaśnień jak te, które przedstawiliśmy tutaj na przy- 2ł Ce qu’on conęoit bien S’annonce claire.me.nt Et les mots pour le dire Arrivent aisement N. Boileau Art poetiąue (Sztuka rymotwórcza). kładach osób mówiących po niemiecku. Przytaczam tylko jeden przykład jako reprezentatywny. Dr A. Brill (Nowy Jork) 23 informuje: „A friend de-scribed to me a nervous patient and wished to know whether I could benefit him. I remarked, I believe that in time I could remove all his symptoms by psycho–analysis because it is a d u r a b l e case wishing to say c u r abl e!” Na koniec pragnę dodać jeszcze jeden przykład przeznaczony dla czytelników, którzy nie unikają większego wysiłku i którym psychoanaliza nie jest obca, przykład, który pozwala zorientować się, do jakich to głębin duszy może prowadzić badanie przejęzyczenia. Dr. L. Jekels informuje 24: ,,1 grudnia zostałem wyzywająco zaindagowany w języku polskim przez zaprzyjaźnioną kobietę, która z pewną dozą frywolności uroczyście zapytała: «Dlaczego powiedziałam dziś, że mam dwanaście palców?» Na moje polecenie odtworzyła scenę, w której to się zdarzyło. Przygotowywała się do wyjścia z córką w odwiedziny i poleciła córce, by zmieniła bluzkę, co też ta uczyniła w przyległym pokoju. Gdy córka wróciła, zastała matkę zajętą czyszczeniem paznokci i wówczas potoczyła się następująca rozmowa: Córka: Nie widzisz, że ja już jestem gotowa, a ty jeszcze nie! Matka: Tak, ale ty masz tylko jedną bluzkę, a ja mam dwanaście paznokci. Córka: co? Matka (niecierpliwie): No naturalnie, ja mam przecież dwanaście palców. 23 A. Brill A Contribution to the Psychopatology of Everyday Life. „Psychotherapy” III, l, 1909. 24 „Internationale Zeitschrift fiir Psychoanalyse” I, 1913. 146 Na pytanie kolegi przysłuchującego się opowiadaniu, co się jej narzuca przy słowie «dwanaście», odpowiedziała równie szybko jak stanowczo: «Dwunasty nie jest dla mnie żadną datą mającą znaczenie”. Ze słowem «palec» przy małym ociąganiu się kojarzy: «W rodzinie mego męża zdarzały się przypadki sześciu palców u nóg (w języku polskim nie ma odrębnego słowa na palec u nogi). Kiedy przyszły na świat nasze dzieci, zaraz sprawdzaliśmy, czy nie mają sześciu palców». Tego wieczoru analiza przypadku pacjentki nie była-kontynuowana z przyczyn zewnętrznych. Następnego dnia, 12 grudnia, odwiedziła mnie rano ta kobieta i opowiedziała, w widoczny sposób rozdrażniona, co następuje: «Proszę pomyśleć, co mi się wydarzyło: od około dwudziestu lat składam staremu wujowi swego męża życzenia urodzinowe, które właśnie dziś przypadają, pisząc do niego list; tym razem zapomniałam to uczynić i musiałam wysłać telegram, co właśnie uczyniłam ». Przypomniałem sobie, z jaką stanowczością wczoraj wieczór na pytanie kolegi o liczbę «dwanaście*, kobieta ta, która powinna była przypomnieć sobie przy tej okazji dzień urodzin, odpowiedziała uwagą, że dwunasty jest dla niej datą bez znaczenia. Teraz przyznaje, że ten wuj jej męża jest bardzo bogaty i że zawsze liczyła na spadek po nim, a szczególnie w obecnym trudnym położeniu finansowym. Przyszedł jej natychmiast na myśl, albo też jego śmierć, gdy przed paru dniami znajoma wróżyła jej z kart, że otrzyma duże pieniądze. Przemknęło jej natychmiast przez głowę, że wuj jest jedynym, od którego ona lub jej dzieci mogłyby otrzymać pieniądze. Przy tej scenie przypomniała sobie również momentalnie, że 147 już żona tego wuja przyrzekła pamiętać w testamencie o jej dzieciach; lecz umarła ona bez’ testamentu; być może, dała swemu mężowi polecenie w tej kwestii. Pragnienie śmierci wuja musiało widocznie bardzo intensywnie wystąpić, skoro wróżącej jej kobiecie powiedziała: «Namawia pani ludzi do uśmiercania innych ». W ciągu tych czterech czy pięciu dni pomiędzy wróżeniem a dniem urodzin wuja szukała w dziennikach , ukazujących się w miejscu jego zamieszkania odpowied-, niego nekrologu. •i- Nie dziw więc, że przy tak nieprzepartym pragnieniu śmierci wuja fakt i data jego urodzin, które miały być fetowane, zostały tak silnie stłumione, że doszło nie , tylko do zapomnienia od tylu lat wykonywanej czyn-v ności, ale również do tego, że mimo pytania kolegi nie mogła sobie uświadomić znaczenia owej daty. W pomyłce «dwanaście palców» stłumione «dwanaś-cie» doszło jednak do głosu i uczestniczyło w wywołaniu czynności pomyłkowej. Sądzę, że w s p ó łuczestniczyło, gdyż uderzające skojarzenie z palcem pozwala na przeczuwanie innych jeszcze umotywowań; wyjaśnia nam również, dlaczego «dwunasty» zafałszował zwyczajny sposób mówienia o dziesięciu palcach. Jej wpadka miała następującą postać: «W rodzinie mego męża zdarzały się przypadki sześciu palców u nóg». Sześć palców stanowi oznakę pewnej anormalności, a więc sześć palców to jedno anormalne dziecko, a dwanaście palców to dwoje anormalnych dzieci. W tym przypadku to się faktycznie sprawdziło. Kobieta ta wyszła za mąż w bardzo młodym wieku i po mężu, który stale uchodził za ekscentrycznego, anormalnego człowieka, a po niedługim czasie odebrał 148 sobie życie, miała w spadku jedynie dwoje dzieci, które lekarze określili jako mocno po ojcu dziedzicznie obciążone i odchylone od normy. Starsza córka niedawno wróciła do domu po ciężkim napadzie katatonicznym; wkrótce potem również młodsza, przechodząca właśnie okres dojrzewania, zachorowała na ciężką neurozę. Anormalność dzieci wraz z pragnieniem śmierci wuja, które zostało nieporównanie mocniej stłumione, utworzyły zagęszczenie treści psychicznej; można je uznać za drugą determinantę przejęzyczenia się ujawniającego życzenie śmierci anormalnych dzieci. Dominujące znaczenie dwunastu jako życzenia śmierci staje sią jasne, gdyż w wyobraźni dzień urodzin wuja był bardzo silnie skojarzony z pojęciem śmierci. Jej mąż odebrał sobie życie trzynastego, a więc w jeden dzień po dniu urodzin tegoż wuja, którego żona powiedziała do młodej wdowy: «Wczoraj jeszcze serdeczne i miłe powinszowania — a dziś!» Dalej pragnę jeszcze dodać, że kobieta ta miała dostatecznie realne powody, by życzyć śmierci dzieciom, które nie sprawiały jej żadnej radości, a powodowały jedynie zmartwienia i ogromne ograniczenia, rezygnację z jakiegokolwiek szczęścia w miłości. Także tym razem starała się nie dać żadnego powodu do pogorszenia samopoczucia córki, z którą wychodziła w odwiedziny, i można sobie wyobrazić, jakiego nakładu cierpliwości i samozaparcia wymagało to ze względu na dementia praecox dziewczyny, jak wiele reakcji wręcz wściekłości musiało być przy tym tłumionych. Wobec tego wszystkiego sens czynności pomyłkowej byłby taki: «Wuj powinien umrzeć, te anormalne dzieci powinny umrzeć (żeby tak rzec, cała ta anormalna rodzina), a ja powinnam otrzymać od nich pieniądze». 149 Ta czynność pomyłkowa ma, moim zdaniem, liczne właściwości niezwykłej struktury, a mianowicie: a) istnienie dwóch determinantów, które zostały zagęszczone w jednym elemencie; b) istnienie dwóch determinantów odzwierciedla się w podwójnym przejęzyczeniu (zwólf Nagel, zwólf Fin-ger — dwanaście paznokci, dwanaście palców); c) uderza to, że jedno znaczenie dwunastu, mianowicie dwunastu palców, pośrednio wyraża anormalność dzieci; psychiczna anormalność została tutaj przedstawiona poprzez fizyczną, to, co najwyższe, przez to, co u spodu”. Rozdział vi Pomyłki w czytaniu i pisaniu Nie można się dziwić, że ten sam punkt widzenia i te same uwagi odnoszą się w równej mierze do pomyłek w czytaniu i pisaniu jak i do przejęzyczeń, gdyż są to wszystko funkcje pokrewne. Ograniczę się tutaj tylko do przytoczenia kilku starannie zanalizowanych przykładów, nie usiłując przy tym objąć całokształtu zjawisk. Pomyłki w czytaniu 1. Przerzucam w kawiarni numer „Leipziger Illu-strierte Zeitschrift”, który trzymam przed sobą ukośnie, i czytam podpis ryciny zajmującej całą stronę: Eine Hochzeitsjeier i n der O d y s s e e („Uroczystość weselna w Odysei”). Zdziwiony spoglądam uważniej, odwracam gazetę, jak należy, i poprawiam: Eine Hochzeits-feier a n der O s t s e e (nad Morzem Bałtyckim). Jakim sposobem popełniłem tę niedorzeczną pomyłkę? Myśli moje zwracają się natychmiast w stronę książki Rutha pt. Experimentaluntersuchungen uber Musikphantome usw.1, którą zajmowałem się bardzo w ostatnich czasach, gdyż Ruth porusza w niej zagadnienia psychologiczne rozpatrywane przeze mnie. Autor obiecuje nam w najbliższym czasie dzieło pt. Analyse und Grundgei Darmstadt 1898, H. L. Schlapp. 151 setze der Traumphanomene. Nic dziwnego, że właśnie ja, który wydałem Die Traumdeutung, z wielkim zainteresowaniem oczekuję tej książki. Na początku pracy Rutha znajduje się w spisie rzeczy zapowiedź wykazania drogą indukcji, że starogreckie podania i baśnie mają główne swe źródło w przywidzeniach sennych i omamach muzycznych, a także majaczeniach. Poszukałem natychmiast w tekście, aby sprawdzić, czy autor wie, iż scena, w której Odyseusz ukazuje się N a u z y c e, odnosi się do zwykłego snu o nagości. Jeden z przyjaciół zwrócił mi uwagę na piękny ustęp w Grilner Hein-rich G. Kellera, który epizod Odysei wyjaśnia jako uprzedmiotowienie marzeń żeglarza błądzącego w dali od ojczyzny; ja zaś sprowadziłem go do ekshibicyjnego snu o nagości. U Rutha nie odkryłem nic podobnego. Widocznie zajmują mnie w tym przypadku myśli o pierwszeństwie mego pojmowania rzeczy. 2. Jak to się stało, że pewnego dnia przeczytałem w gazecie „Im F a s s durch Europa” zamiast „z u F u s s” (,,\y beczce przez Europę” zamiast „pieszo”)? Wyjaśnienie tej pomyłki sprawiało mi przez długi czas trudności. Najbliższe pomysły były następujące. Myślałem zapewne o beczce Diogenesa, a w pewnej historii sztuki czytałem niedawno o sztuce z czasów Aleksandra. Stąd już blisko było do znanych słów Aleksandra: „Gdybym nie był Aleksandrem, chciałbym być Diogenesem” Coś mi się też majaczyło o jakimś Hermanie Z e i-t u n g, który udał się w podróż, zapakowany w skrzynię. Ale już dalej nie odnajdywałem związku, nie udało mi się też odszukać tej samej strony w historii sztuki, na której ta uwaga wpadła mi w oczy. Dopiero w kilka miesięcy później przyszła mi na myśl znowu ta zagadka, którą się w międzyczasie zajmowałem, i tym razem przyniosła mi rozwiązanie. Przypomniałem sobie wzmiankę w gazecie, jakie szczególne rodzaje transportu wymyślają obecnie ludzie, aby się dostać na ogólnoświatową wystawę do Paryża; było tam też, jak mi się zdaje, dla żartu przytoczone, iż jakiś pan miał zamiar kazać się drugiemu zatoczyć w beczce do Paryża. Naturalnie, iż ci ludzie nie mieli żadnego innego motywu jak tylko ten, by przez podobne głupstwa zwracać na siebie uwagę. Ów pan, który pierwszy dał przykład takich niezwykłych transportów, nazywał się rzeczywiście Herman Zeitung. Potem przypomniało mi się, iż badałem pewnego pacjenta, którego chorobliwa obawa przed gazetami wyjaśniła się jako reakcja na chorobliwą ambicję, aby widzieć swe nazwisko drukowane i sławione w pismach. Aleksander Macedoński był z pewnością jednym z najambitniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek żyli. Skarżył się przecież, iż nie znajdzie Homera, który by jego czyny opiewał. Ale jakże mogłem nie pomyśleć o tym, iż inny Aleksander jest mi bliższy, że Aleksander jest to imię mego młodszego brata. Odnalazłem natychmiast gorszącą i wymagającą stłumienia myśli, która dotyczyła tego Aleksandra, oraz aktualną przyczynę jej wyłonienia się. Mój brat jest rzeczoznawcą w sprawach tyczących się taryfy i transportów oraz miał swego czasu otrzymać tytuł profesora wyższej szkoły handlowej za swą działalność naukową. Do tego samego awansu (Befórderung – przyśpieszenie, przewóz) byłem i ja od wielu lat przedstawiany na uniwersytecie, nie mogąc go jednak otrzymać. Nasza matka wyraziła wówczas zdziwienie, iż jej mały syn ma prędzej zostać profesorem niż duży. Tak stały sprawy wówczas, gdy nie mogłem znaleźć rozwiązania owej pomyłki w czytaniu. Potem powstały trudności również i dla mego brata, a jego szansę zostania profesorem spadły jeszcze niżej od moich. Nagle jednak wyjaśnił mi się sens pomyłki; było to tak, jak gdyby wraz ze zmniejszeniem się szans me- 152 153 go brata usunęła się jakaś przeszkoda. Zachowałem się tak, jak bym czytał w gazecie o mianowaniu mego brata i powiedział sobie: „Szczególne to, że dla takich głupstw, jak jego zawód, można być wzmiankowanym w gazecie i mianowanym profesorem”. Ustęp o greckiej sztuce z epoki Aleksandra odnalazłem wówczas bez trudu i przekonałem się ku swemu wielkiemu zdziwieniu, iż w czasie poprzedniego szukania kilkakrotnie tę samą stronicę odczytywałem i za każdym razem — jak gdyby pod wpływem negatywnej halucynacji — opuszczałem odpowiednie zdanie. Nie zawierało ono zresztą nic takiego, co by mogło mi wyjaśnić, co właściwie warte było zapomnienia. Sądzę, że próżne usiłowania, by odnaleźć ustęp w książce, były objawem powstałym po to, aby mnie wprowadzić w błąd. Mianowicie, miałem szukać dalszego ciągu myśli tam, gdzie się znajdowała przeszkoda dla mych poszukiwań; chwyciłem się przeto byle jakich myśli o Aleksandrze Macedońskim, by tylko nie natknąć się na swego brata, noszącego to samo imię. Udało się to też w zupełności; wszelkie swe usiłowania skierowałem ku temu, aby odnaleźć przeoczony ustęp historii sztuki. Podwójne znaczenie słowa Beforderung (awans, transport) jest w tym przypadku pomostem kojarzeniowym między dwoma kompleksami, jednym obojętnym, który został poruszony notatką dziennikarską, i drugim, ważniejszym, ale gorszącym, który się tutaj ujawnił jako pomyłka w czytaniu. Z tego przykładu widać, że nie zawsze jest łatwo wytłumaczyć podobne wydarzenia, jak np. tę pomyłkę w czytaniu. Niekiedy jest się też zmuszonym odłożyć rozwiązanie zagadki do odpowiedniejszej chwili. Im mozolniejsze jest jednak rozwiązywanie, tym pewniej można oczekiwać, że wykryta na koniec zakłócająca myśl będzie przez naszą, świadomość osądzona jako coś zupełnie obcego i sprzecznego. 154 3. Otrzymuję pewnego dnia list z okolic Wiednia zawierający wstrząsającą wiadomość. W tej też chwili przywołuję żonę i apeluję do jej współczucia, bo biedna Wilhelmina M. tak ciężko zachorowała, iż lekarze już ją odstąpili. W słowach, w jakich wyraziłem swoje współczucie, musiała jednak dźwięczeć fałszywa nuta, gdyż moja żona z pewnym niedowierzaniem zażądała obejrzenia listu, wyrażając swe przekonanie, iż tak tam nie może’ być, gdyż nikt nie nazywa żony imieniem męża, a tym bardziej że pisząca zna dobrze imię tej pani. Uporczywie bronię swego twierdzenia i wskazuję na tak często używane bilety wizytowe, na których kobiety używają imienia męża. Wreszcie biorę list do ręki i czytam tam rzeczywiście „biedny W.M.”, a nawet, co zupełnie przeoczyłem, „biedny dr W.M.”. Moja pomyłka oznacza więc, że tak powiem, gwałtowne usiłowanie, by przesunąć smutny fakt z męża na żonę. Umieszczony przed imieniem tytuł nie nadawał mi się, ponieważ miała być mowa o żonie, dlatego też przy czytaniu został przeoczony. Motywem zafałszowania nie było jednak wcale to, jakoby żona była mi mniej sympatyczna od męża, tylko to, iż los tego biednego człowieka wzbudził moje obawy o inną bliską mi osobę, która miała poniekąd wspólne z tym przypadkiem objawy choroby. 4. Śmieszne i irytujące są dla mnie pomyłki w czytaniu, którym często podlegam, kiedy w czasie wakacji spaceruję po ulicach obcego miasta. Wyczytuję bowiem wtedy w każdym szyldzie słowo: Antiąuitate n (antyki), o ile cokolwiek z tego wyrazu w nim się znajduje. Przejawia się w tym chyba namiętność zbieracza. 5. Bleuler opowiada nam w swej wartościowej pracy Affectivitat, Suggestibilitat, Paranoia (1906, s. 121): „Pewnego razu miałem przy czytaniu intelektualne poczucie, iż widzę o dwa wiersze niżej swoje nazwisko; ku swojemu zdziwieniu znalazłem słowo Blutkorperchen 155 (ciałka krwi). Spośród tysięcy analizowanych przeze mnie przykładów pomyłek w czytaniu, zaszłych już to w peryferycznym, już to w centralnym polu widzenia, jest to najjaskrawszy przykład. Jeśli kiedykolwiek mniemałem, iż widzę swe nazwisko, to słowo, które dało impuls do tego, musiało być zwykle znacznie podob-niejsze do mego nazwiska; w najczęstszych przypadkach musiały się co najmniej wszystkie litery nazwiska znajdować blisko siebie, zanim mi się taka pomyłka przytrafiła. W tym jednak przypadku dało się to urojenie ksobne bardzo łatwo uzasadnić, gdyż to, co właśnie czytałem, to były końcowe uwagi o złym stylu w pracach naukowych, od którego nie czuję się wolny”. 6. H. Sachs: „«Nad tym, co ludzi frapuje, on w swojej klejonkowatości (Steifleinenheit) przechodzi obojętnie!» To słowo uderzyło mnie jednak i po bliższym przyjrzeniu się odkryłem, że chodziło o wyraz subtelność stylu (Stilfeinheit). Fragment ten znalazł się w przesadnie pochwalnym wynurzeniu cenionego przeze mnie autora o pewnym historyku, który jest dla mnie niesympatyczny, gdyż zbyt mocno podkreśla «niemiecką profesorskość»”. 7. Dr M. Eibenschiitz informuje w „Zentralblatt fur Psychoanalyse” I, 5/6 o przypadku pomyłki w czytaniu w zakładzie filologii. „Zajęty byłem dostarczaniem Buch(es) der Martyrer, dzieła o legendach w języku średniowysokoniemieckim 2, które miałem przygotować do wydania przez Pruską Akademię Nauk w serii «Deutsche Texte des Mittelal-ters». O tym dotąd nie drukowanym dziele mało wiedziano. Istniała jedynie rozprawa o nim opracowana przez J. Haupta Uber das mittelhochdeutsche Buch der 8 Literacki język niemiecki z okresu 1050 – 1500 (przyp. tłum.). 156 Martyrer w «Wiener Sitzungsberichte» 1867, 70. Bd.,’ s. 101 ff; Haupt w swej pracy nie opierał się na starym rękopisie, lecz na odpisie z niego, pochodzącym z nowszego czasu (XIX w.) i przechowywanym w bibliotece dworskiej (rękopis C-Klosterneuburg). Na końcu tego odpisu znajduje się następująca subskrypcja: Anno Domini MDCCCL in vigilia exaltacionis sancte crucis ceptus est iste liber et in vigilia pasce anni subseąuentis finitus cum adiutorio omnipotentis per me Hartmanum de Krasna tunc temporis ecclesie niwenburgensis custodem. Haupt informuje w swej rozprawie o tej subskrypcji w przekonaniu, że pochodzi ona od samego piszącego tekst C i konsekwentnie błędnie odczytuje rzymską datę roku 1850 jako 1350 i taką podaje, mimo że subskrypcję całkiem poprawnie skopiował i mimo że w rozprawie została ona w cytowanym miejscu całkiem poprawnie wydrukowana (tj. MDCCCL). Doniesienie Haupta wprawiło mnie w zakłopotanie. Początkowo jako młody adept w tej nauce byłem całkowicie pod wpływem autorytetu Haupta i przez długi czas w zupełnie jasno i poprawnie wydrukowanym tekście subskrypcji tak jak Haupt czytałem 1350 zamiast 1850; ale w używanym przeze mnie rękopisie podstawowym nie było żadnego śladu subskrypcji; dalej okazało się, że w całym XIV w. w Klosterneuburgu nie było żadnego mnicha o nazwisku Hartmann. A kiedy w końcu spadła z moich oczu zasłona, wówczas zrozumiałem dobrze cały stan rzeczy, a dalsze moje badania potwierdziły przypuszczenie: wielokrotnie wzmiankowana subskrypcja znajduje się tylko w odpisie, którym posługiwał się Haupt, i pochodzi od autora odpisu P. Hartmana Zełbiga, urodzonego w Krasna na Morawach, członka chóru augustiańskiego w Klosterneuburgu, który w roku 1850 jako skarbnik fundacji rękopis 157 C odpisał, a na końcu odpisu starożytnym zwyczajem podał swoje nazwisko. Średniowieczna wymowa i stara ortografia subskrypcji spowodowały, że życzenie, by móc możliwie wiele powiedzieć o rozpatrywanym dziele, a więc i podać datę rękopisu C, przyczyniło się do tego, że Haupt zamiast 1850 stale czytał 1350 (Motyw czynności pomyłkowej)”. 8. W Lichtenberga Witzige und satirische Einfalle znajduje się uwaga, która chyba pochodzi z obserwacji i zawiera prawie teorię pomyłek w czytaniu: czytał on zawsze Agamemnon zamiast angenommen, tak bardzo był rozczytany w Homerze. W ogromnej liczbie przypadków występuje gotowość czytelnika do zniekształceń tekstu, do wyczytywania w nim tego, na co jest nastawiony, czym się zajmuje. Sam tekst może sprzyjać pomyłce w czytaniu poprzez podobieństwo obrazu słowa do tego, co zawiera się w treści nastawienia czytelnika. Pobieżne patrzenie na tytuł, czytanie bez okularów ułatwiają niewątpliwie powstawanie takich pomyłkowych iluzji, ale nie są w żadnym razie koniecznym ich warunkiem. 9. Sądzę, że czas wojenny, który wytworzył u nas wszystkich pewne stałe i długotrwałe uprzedzenia, nie uprzywilejował żadnej innej czynności pomyłkowej tak bardzo, jak właśnie pomyłek w czytaniu. Pewnego dnia wziąłem do rąk jakiś dziennik południowy czy popołudniowy i znalazłem w nim dużą czcionką wydrukowane: „Pokój zawarty w G 6 r z” (Der Friede von Górż). Ależ nie, to było: „Nieprzyjaciel przed Gór z” (Die Feinde vor Gorz). Ktoś, kto miał dwóch synów walczących na tym polu bitewnym, mógł łatwo popełnić taką pomyłkę w czytaniu. Ktoś inny w innym kontekście znalazł wzmiankę o „starej kartce na chleb” (alte Brotkarte), która przy uważnym czytaniu okazała się „starym b r o k a t e m” (alte Brokate). Ale warto zaznaczyć, że ów człowiek był bardzo mile widzianym i częstym gościem w domu, którego gospodyni odstępował swoje kartki na chleb. Pewien inżynier, który w zbrojeniu tunelu nie sprostał panującej w nim wilgotności, przeczytał ku swemu zaskoczeniu w pewnym anonsie wychwalane przedmioty z wybraków (Schundleder). Ale handlarze są rzadko tak szczerzy; do sprzedaży były oferowane skóry fok (Seehudeleder). Zawód lub aktualna sytuacja czytelnika określa również rezultat jego pomyłki w czytaniu. Filolog, który z powodu swoich ostatnich świetnych prac był w sporze ze swym kolegą, przeczytał w określonym miejscu „strategia językowa” zamiast „strategia szachowa” (Sprachstrategie zamiast Schachstrate-gie). Pewien człowiek wyszedł w obcym mieście na godzinny spacer kuracyjny związany z regulacją czynności trawienia; w czasie spaceru na wielkim szyldzie umieszczonym na pierwszym piętrze wielkiego domu towarowego przeczytał „Dom klozetowy” (Klosett-haus). Jego zadowolenie zmieszało się jednak ze zdziwieniem spowodowanym niezwykłym umiejscowieniem tego dobroczynnego zakładu. W następnej chwili znikło jednak zadowolenie, gdyż napis na szyldzie był inny: „Dom handlowy gorsetów” (Korsetthaus). 10. W drugiej grupie przypadków udział tekstu w pomyłkach w czytaniu jest znacznie większy. Zawiera on coś, co uruchamia mechanizm obronny czytelnika, a więc jakąś przykrą dla niego wiadomość lub przykry wymóg; przez błędne odczytanie uzyskuje korekturę w sensie odrzucenia czegoś lub spełnienia życzenia. Naturalne, ale nie udowodnione będzie przypuszczenie, że tekst został poprawnie odczytany i oceniony, zanim czytający dokonał korektury, chociaż do świadomości nie dotarło wcześniej odczytanie. Przytoczony wyżej przy- 158 kład 3 jest właśnie tego rodzaju; inny, najbardziej aktualny podaję za drem M. Eitingonem 3: „Porucznik X., który znajduje się w naszym szpitalu z nerwicą po szoku wojennym, czytał mi któregoś dnia końcowy werset ostatniej strony poematu Den Auszie-henden niedawno zabitego na wojnie poety Waltera Hey-manna (Kriegsgedichte und Feldpostbriefe); czytał z widocznym wzruszeniem w taki oto sposób: W o aber stehfs geschrieben, frag’ ich, dass von allen Ich iibrig bleiben soli, ein ander fur mich f allen? Wer immer von euch fdllt, der stirbt gewiss fur mich; Und ich soli iibrig bleiben? Warum denn nic h t? (Gdzie zapisano tak, pytam się, iż ze wszystkich Ja jeden mam pozostać, kto inny padnie za mnie? Zawsze, gdy ktoś z was pada, ginie zapewne za mnie; A tylko ja mam pozostać? Dlaczegóż by nie?) Moje zdziwienie zwróciło jego uwagę i wówczas, nieco zmieszany, przeczytał poprawnie: Und ich soli iibrig bleiben? Warum denn ich? (A tylko ja mam pozostać? Dlaczego właśnie ja?) Przypadkowi X. zawdzięczam analityczne spojrzenie na materiał psychiczny tych traumatycznych nerwic wojennych, a poprzez to możliwość, mimo charakteru naszej pracy, mimo niekorzystnych warunków szpitala wojennego i małej liczby lekarzy, wyjścia nieco poza wybuchy granatów jako ich szczególną przyczynę. W tym przypadku występowały również ostre drgawki wykazujące na pierwszy rzut oka zdumiewające podobieństwo do wymienionych nerwic, lękliwość, płaczli-wość, skłonność do wybuchów wściekłości z konwulsjami, infantylnymi reakcjami ruchowymi, i wymiotowania (przy słabych pobudzeniach). Psychogenny charakter ostatniego objawu, służącego 3 „Internationale Zeitschrift fiir Psychoanalyse” II, 1915. 160 przede wszystkim drugorzędnym korzyściom z choroby, musiał się narzucać każdemu: pojawienie się na oddziale komendanta szpitala, który od czasu do czasu przyglądał się rekonwalescentom, albo zdanie znajomego na ulicy: «Swietnie pan wygląda, jest pan już na pewno zdrowy» — wystarczały do nagłego wywołania: wymiotów. «Zdrowy… znowu wcielenie do wojska… dlaczego ja?»”. 11. O innych przypadkach „wojennych” pomyłek w czytaniu informuje dr Hans Sachs: „Bliski znajomy ponownie wyjaśnił mi, że w przypadku, gdy przyjdzie kolej na niego, nie będzie czynił żadnego użytku ze swego potwierdzonego dyplomem-wykształcenia, lecz zrezygnuje z uzasadnionego tym prawa do pozostawania na zapleczu i zgłosi się do wojska Na krótko przed terminem, który rzeczywiście nadszedł, poinformował mnie któregoś dnia w bardzo zwięzłej formie, bez dalszego uzasadniania, że w odpowiednim miejscu złożył dowody swego wykształcenia zawodowego i że w wyniku tego niebawem otrzyma przydział do pracy przemysłowej. Następnego dnia spotkaliśmy się w pewnym urzędzie. Ja stałem właśnie przy pulpicie i pisałem; on podszedł, patrzył przez chwilę ponad moimi ramionami i powiedział: «Ach, to słowo tam u góry to D r u c k b o g e n — a ja przeczytałem je jako Driickerberger» (Druckbogen – arkusz druku; Driickerberger – dekownik, uchylający się od obowiązku)” 4. 12. „Siedząc w tramwaju, rozmyślałem nad tym, że pewni moi przyjaciele z młodości, którzy zawsze uchodzili za delikatnych i słabowitych, obecnie potrafili znosić najbardziej dokuczliwe trudności, którym ja bym 161 vi Ibid., IV, 1916/1917. 6 Psychopatologia… z pewnością uległ. W trakcie tego niewesołego toku myśli, przejeżdżając obok jakiejś firmy, przeczytałem niezbyt uważnie wielkie czarne litery szyldu: Eisen-konstitution (żelazna budowa — żelazna kondycja). Moment później uderzyło mnie, że to słowo nie bardzo pasuje do napisu na handlowej firmie; szybko odwróciłem się, rzuciłem okiem na napis i zobaczyłem, że brzmiał on: Eisenkonstruktion (żelazna konstrukcja)” 5. 13. ,,W gazetach wieczornych znalazło się, uznane w międzyczasie za nieprawdziwe doniesienie Reutera, że Hughes został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych. W nawiązaniu do tego ukazał się krótki życiorys pozornie wybranego, w którym natknąłem się na informację, że Hughes ukończył studia na uniwersytecie w B o n n. Wydało mi się dziwne, że w tygodniami ciągnącej się w gazecie dyskusji, poprzedzającej wybory, nie było żadnej wzmianki o tej okoliczności. Ponowne zbadanie wykazało, że była mowa tylko o Uniwersytecie Browna. Ten rażący przypadek, w którym dla powstania pomyłki w czytaniu konieczne było dość silne wzruszenie, tłumaczy się, poza powierzchownością przeglądania gazety, tym, że sympatia nowego prezydenta dla mocarstw, jako podstawa przyszłych dobrych stosunków, wydała mi się pożądana nie tylko ze względów politycznych, ale, i to daleko więcej, ze względów osobistych” 6. Pomyłki w pisaniu 1. Na kartce, która zawiera krótkie codzienne notatki, znajduję, ku swemu zdumieniu, pod dokładną datą 6 Ibid. miesiąca września datę mylną: czwartek, 20 października. Nie będzie zbyt trudne wyjaśnienie tej antycypacji; wyraża się przez nią życzenie. Wróciwszy przed kilku dniami wypoczęty z podróży, czuję się znów na siłach do wydajniejszej pracy zawodowej, ale liczba pacjentów jest jeszcze nieznaczna. Po przyjeździe zastałem list od pewnej chorej, która się zgłasza na 20 października. Kiedy zapisałem tę samą datę pod wrześniem, pomyślałem zapewne: „Mogłaby tu już być, szkoda całego miesiąca”, i z tą myślą przesunąłem datę naprzód. Przeszkadzająca myśl nie jest wprawdzie w tym przypadku zdrożna; toteż wpadam od razu, zaledwie ją spostrzegłszy, na przyczynę tej pomyłki. Zupełnie analogiczna i podobnie motywowana pomyłka powtarza się potem w jesieni następnego roku. E. Jones badał podobne pomyłki w pisaniu i stwierdził, że w większości przypadków można łatwo poznać ich motywację. 2. Otrzymuję korektę swojej pracy dla „Jahresbericht fur Neurologie und Psychiatrie” i muszę, naturalnie, ze szczególną starannością przejrzeć nazwiska autorów, które, jako należące do różnych narodowości, sprawiają zazwyczaj zecerowi największe trudności. W istocie muszę poprawić niektóre obce nazwiska, ale jedno szczególnym sposobem zecer sam poprawił, wbrew memu rękopisowi, i to zupełnie prawidłowo. Ja napisałem Buckrhard, z czego zecer odgadł Burckhard. Chwaliłem kiedyś broszurę pewnego położnika o wpływie porodu na powstawanie porażeń u dzieci; nie mógłbym też nic powiedzieć przeciw jej autorowi. Ale to samo nazwisko nosi pewien literat w Wiedniu, który mnie zirytował nierozumną krytyką mojego dzieła Die Traum-deutung. Jest zupełnie tak, jak gdybym przy napisaniu nazwiska „Burckahrd”, które oznaczało położnika, pomyślał coś złego o drugim Burckhardzie, literacie, gdyż 163 162 przekręcenie nazwiska oznacza dość często obelgę 7, jak to już wzmiankowałem przy przejęzyczeniach. 3. Twierdzenie to wzmacnia w piękny sposób samoobserwacja A. J. Storfera, w której autor z godną pochwały otwartością ujawnia motywy, które spowodowały, że przypomniał sobie błędnie nazwisko rzekomego konkurenta, a następnie napisał je w sposób zniekształcony. „W grudniu 1910 roku na wystawie księgarni w Zurychu zobaczyłem nową wówczas książkę drą Edwarda Hitschmanna o freudowskiej teorii nerwic. Pracowałem wówczas nad manuskryptem wykładu, który miałem wkrótce wygłosić w pewnym stowarzyszeniu akademickim na temat psychologii freudowskiej. W napisanym już wstępie do wykładu wskazałem na historyczny rozwój tej psychologii, wyrosłej z badań w określonej dziedzinie praktycznej (lekarskiej), na pewne wynikające stąd trudności w syntetycznym przedstawieniu jej głównych rysów i na to, że dotąd brak jest ogólnego jej 1 Por. W. Szekspira Juliusz Cezar akt trzeci, scena trzecia: Cynna Moje prawdziwe nazwisko — Cynna! Pierwszy obywatel Bozt irzeć go na strzępy! To spiskowiec! jfe Cynna .-r Nie, nie! 5. Ja jestem Cynna — poeta! Poeta! {…] Drugi obywatel Nie szkodzi. Nazywa się Cynna. ; Wydrzemy mu z serca nazwisko i puścimy ~»« wolno! ‚ s'” Ś^ [Przełożył J. S. Sito. Warszawa 1967, PIW — Red.]. fX>S l^•:’• .„.-
przedstawienia. Kiedy zobaczyłem na wystawie książkę (nie znanego mi dotychczas autora), nie
myślałem początkowo o jej kupieniu. Kilka dni później postanowiłem jednak ją kupić. Książki nie
było już na wystawie. Powiedziałem sprzedawcy o tej książce, która niedawno ukazała się; jako
autora wymieniłem drą Edwarda Hartmanna. Księgarz poprawił mnie: «Ma pan zapewne na myśli
Hitschmanna» i przyniósł książkę.
Nieświadomy motyw czynności pomyłkowej był łatwo zrozumiały. Uważałem w jakimś stopniu
za swoją zasługę syntetyczne ujęcie głównych rysów nauki psychoanalizy i patrzyłem na książkę
Hitschmanna z oczywistą zawiścią i złością jako pomniejszającą moją zasługę. Zniekształcenie
nazwiska było aktem nieświadomej wrogości — powiedziałem sobie po przeczytaniu
Psychopatologie des Alltagslebens. Wówczas byłem zadowolony z takiego wyjaśnienia.
Kilka tygodni później zanotowałem ową pomyłkę. Przy tej sposobności postawiłem sobie pytanie,
dlaczego Edwarda Hitschmanna zamieniłem właśnie na Edwarda H a r tmanna. Czyżby tylko
podobieństwo nazwiska doprowadziło mnie do nazwiska znanego filozofa? Pierwszym moim
skojarzeniem było przypomnienie wypowiedzi, jaką słyszałem kiedyś z ust profesora Hugo von
Meltzla, zapalonego wielbiciela Schopenhauera, a która brzmiała tak: «Edward von Hartmann jest
zeszpeconym, na lewą stronę przenicowanym Schopenhauerem». Afek-tywna tendencja, która
determinowała zastępczy twór dla zapomnianego nazwiska, była zatem następująca: «Ach, u tego
Hitschmanna, w jego syntetycznym opracowaniu, zapewne niewiele będzie; ono ma się tak do
Freuda jak Hartmann do Schopenhauera».
Przypadek ten zapisałem jako zdeterminowanie zapomnienia z pomysłem zastępczym. W pół roku

później wpadła mi do rąk gazeta, na której to zapisałem. I oto
164
165
, zauważyłem, że zamiast Hitschmann zapisałem H i n ti
schmann” 8.
4. Oto poważniejszy przypadek pomyłki w pisaniu, s który może z równą słusznością mógłbym
zaliczyć do < pomyłek w ujmowaniu przedmiotów. Mam zamiar pod-i jąć z kasy oszczędności
sumę 300 kor., które chcę po-i słać bawiącemu na kuracji krewnemu. Spostrzegam t przy tym,
iż moje konto wynosi 4380 kor., i postanawiam zredukować je do okrągłej sumy 4000 kor., a
później już i tych pieniędzy nie naruszać. Wypełniwszy, jak należy, f czek i wyciąwszy
odpowiednie cyfry spostrzegam nagle, « iż nie zamówiłem, jak chciałem, 380 kor., lecz 438; przev< ląkłem się niepewności swoich działań. Przestrach uznaję zaraz za nieuzasadniony; nie stałem się przecież uboższy niż poprzednio. Ale muszę się porządną chwilę nad tym zastanowić, jaki wpływ, nie dochodząc do mej świadomości, zamącił tutaj mój pierwotny zamiar. Wpadam najpierw na fałszywe drogi, chcąc odjąć 380 od 438, nie wiem jednak potem, co mam zrobić z resztą. W końcu przychodzi mi nagle pomysł ukazujący prawdziwy związek. 438 odpowiada przecież dziesięciu procentom całego konta 4380 kor.! Zaś 10%> rabatu mamy u księgarzy.
Przypominam sobie, że przed kilkoma dniami wyszukałem pewną liczbę dzieł medycznych,
którymi się już nie interesowałem, ażeby je sprzedać księgarzowi właśnie za 300 kor. On uważał to
żądanie za wygórowane i obiecał za kilka dni dać ostateczną odpowiedź. Jeśli się zgodzi na podaną
cenę, dostarczy mi właśnie kwotę, którą mam wydać na chorego. Nie mogę zataić, że mi żal tego
wydatku. Afekt przy ujawnieniu mej pomyłki staje się lepiej zrozumiały jako obawa zubożenia
przez podobne wydatki. Ale jedno i drugie, tak żal z powodu wydatku, jak i obawa zubożenia,
8 „Internationale Zeitschrift fiir Psychoanalyse” II, 1914.
są zupełnie obce mej świadomości; nie odczuwałem żalu, gdym przyrzekał tę sumę, i takie
umotywowanie tej pomyłki uważałbym za śmieszne. Prawdopodobnie wcale nie podejrzewałbym u
siebie takiego uczucia, gdybym w wyniku ćwiczeń w psychoanalizie w pracy z pacjentami nie był
obeznany ze stłumieniami i gdybym przed kilku dniami nie miał marzenia sennego, które
wymagało takiego samego rozwiązania 9.
5. Cytuję teraz za W. Stekelem następujący przypadek, za którego autentyczność mogę ręczyć:
„Przykład nieprawdopodobnej prawie pomyłki w czytaniu i pisaniu zdarzył się w redakcji
pewnego poczytnego tygodnika, który napiętnowano publicznie jako sprzedajny. Należało napisać
w obronie artykuł odpierający zarzuty. Tak też zrobiono i to z wielkim zapałem i patosem.
Naczelny redaktor pisma przeczytał artykuł, sam autor, ma się rozumieć, kilkakrotnie w rękopisie,
potem jeszcze w korekcie. Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Nagle zjawia się korektor i wskazuje
na mały błąd, który uszedł uwagi wszystkich. Stało tam wyraźnie: «Nasi czytelnicy wystawią nam
świadectwo, że zawsze w najbardziej interesowny sposób występowaliśmy dla dobra ogółu».
Rozumie się samo przez się, że miało być bezinteresowny. Ale prawdziwe myśli przedarły się z
żywiołową siłą do patetycznego artykułu”.
6. Czytelniczkę „Pester Lloyd”, panią Kate Levy z Budapesztu, zdziwiła niedawno podobnie nie
zamierzona szczerość pewnej wypowiedzi, jaka ukazała się w telegraficznym doniesieniu z
Wiednia w dzienniku z 11 października 1918 r.:
• Jest to sen, który przytoczyłem jako przykład w małej rozprawce O marzeniu sennym.
166
167

*-;-„Na podstawie absolutnego zaufania, jakie panowało podczas całej wojny między nami i
naszymi niemieckimi sprzymierzeńcami, można niewątpliwie przyjąć, że oba mocarstwa w każdym
przypadku będą zmierzać do zgodnych rozstrzygnięć. Zbędne jest szczególne podkreślenie, że w
obecnej fazie ma miejsce żywa i pełna l u k współpraca (liickenhaftes Mitarbeiten)
sprzymierzonych dyplomatów”.
Już kijka tygodni później można było wypowiadać się szczerze o tym „wzajemnym zaufaniu”, nie
trzeba było więcej uciekać się do pomyłek w pisaniu (czy w druku).
7. Pewien Amerykanin przebywający w Europie, który rozstał się z żoną w sytuacji
nieporozumienia, sadził, że obecnie może się z nią pojednać i zażądał, by w określonym terminie
przypłynęła statkiem przez ocean do niego.
„Byłoby bardzo pięknie — pisał — gdybyś mogła jak ja płynąć Mauretanią” Nie śmiał jednak
wysłać listu z takim zdaniem. Wolał napisać na nowo. Nie chciał bowiem, by zauważyła poprawkę
na nazwie okrętu, którą początkowo napisał jako L u s i t a n i a”.
Ta pomyłka w pisaniu nie wymaga żadnego wyjaśnienia, gdyż jest jasna. Sprzyjający przypadek
pozwala jednak coś dodać. Jego żona przed wojną płynęła po raz pierwszy do Europy po śmierci
swej jedynej siostry. Jeżeli się nie mylę, to „Mauretania” jest siostrzanym okrętem pozostałym po
zatopionej w czasie wojny „Lusitanii”.
8. Pewien lekarz zbadał dziecko i zapisuje mu lekarstwo, w którym występuje alkohol.
Tymczasem matka zarzuca go niedorzecznymi i z-bytecznymi pytaniami, przy czym lekarz
postanawia sobie mocno, że nie będzie się teraz tym irytował, i trzyma się tego postanowienia. W
czasie przeszkadzania popełnił jednak po-
168
myłkę. Na recepcie zamiast „alkohol” napisał a c h o l10.
9. Ze względu na treściowe podobieństwo przytoczę tutaj przypadek, pochodzący od A. A. Brilla,
o jakim informuje E. Jones. Brill, chociaż jest całkowitym abstynentem, dał się namówić
przyjacielowi na wypicie wina. Następnego dnia rano silny ból głowy spowodował, że ubolewał
nad swą uległością. Zapisywał nazwisko pacjentki E t h e l, napisał Ethyl11. Należy jeszcze
zaznaczyć, że ta kobieta używała alkoholu częściej, niż było wskazane.
Ponieważ pomyłka w zapisywaniu przez lekarza recepty daleko wykracza poza zwykły praktyczny
sens czynności pomyłkowych, korzystam z okazji, by dokładniej przedstawić jedyną dotąd
publikowana analizę takiej lekarskiej pomyłki w pisaniu.
10. Dr Ed. Hitschmann (kilkakrotny przypadek pomyłki w pisaniu recepty)12.
„Pewien kolega opowiadał mi, że w ciągu roku zdarzyło mu się wiele razy popełnić pomyłkę w
zapisywaniu określonego lekarstwa pacjentom w podeszłym wieku. Dwukrotnie zapisał
dziesięciokrotną dawkę i gdy sobie nagle zdał z tego sprawę, z wielkim lękiem, że zaszkodził
pacjentce i sam naraził się na wielkie nieprzyjemności, czynił pospiesznie wszystko, by wycofać
receptę. To szczególne działanie symptomatyczne zasługuje na wyjaśnienie przez dokładniejsze
przedstawienie i analizę.
Pierwszy przypadek. Lekarz przepisał biednej kobiecie dochodzącej do progu starości i cierpiącej
na spa-styczne zaparcie stolca dziesięciokrotnie silniejsze czopki belladonny. Wyszedł z
ambulatorium i około pół go-
10 Mniej więcej: bez żółci.
n Alkohol etylowy.
12 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” I, 1913.
169
dziny później, gdy już był w domu, czytał gazetę i spożywał posiłek, ogarnął go lęk, najpierw więc
szybko wrócił do laboratorium, by ustalić adres pacjentki, a stamtąd udał się do odległego miejsca
jej zamieszkania. Zastał starą kobiecinę z nie wykorzystaną jeszcze receptą, co uradowało go
bardzo i pozwoliło spokojnie wrócić do domu. Usprawiedliwił się przed sobą samym, ale
zorientował się, że rozmowny kierownik ambulansu zaglądnął mu przez ramię, gdy przygotowywał

receptę.
Drugi przypadek. Lekarz w czasie ordynowania musiał się uwolnić od kokieteryjnej i pikantnie
urodziwej pacjentki, by udać się do starszej kobiety, którą miał przebadać. Skorzystał z
samochodu, gdyż miał mało czasu na tę wizytę. O określonej godzinie miał się spotkać potajemnie
z ukochaną młodą dziewczyną w pobliżu jej mieszkania. Tym razem także wskazana była
belladonna wobec analogicznych jak w poprzednim przypadku dolegliwości. I znowu został
popełniony błąd dziesięciokrotnego przedawkowania leku. Pacjentka przedstawiała coś, co
uważała za interesujące, ale co nie należało do sprawy; lekarz stracił cierpliwość, zaprzeczył temu,
co mówiła, opuścił pacjentkę i jeszcze przed czasem zjawił się na spotkanie. Około dwanaście
godzin później, o siódmej rano, obudził się i oto równocześnie zorientował się, że przy pisaniu
recepty popełnił pomyłkę i przestraszył się. Szybko udał się do chorej w nadziei, że lek nie został
jeszcze przyniesiony z apteki i że będzie mógł poprawić receptę. Otrzymał jednak od pacjentki
zrealizowaną receptę. Ze stoicką rezygnacją, ale i pewną dozą optymizmu doświadczonego lekarza
skierował się do apteki, gdzie kierownik jej uspokoił go, że oczywiście (albo może także przez
pomyłkę w czytaniu) przygotował lek w mniej silnej dawce.
Przypadek trzeci. Lekarz zapisywał swej starej ciot-» ce, siostrze swej matki, mieszaninę tinctura
belladon-nae i tinctura opii w stałej dawce. Służąca natychmiast zaniosła receptę do apteki.
Wkrótce potem lekarz zorientował się, że zamiast tinctura napisał extractum i natychmiast
zatelefonował do apteki w sprawie pomyłki. Usprawiedliwiał się kłamliwą wymówką, że jeszcze
nie skończył pisać recepty, gdy zabrano mu ją nieoczekiwanie spod ręki.
Uderzająco wspólnymi punktami tych trzech pomyłek w pisaniu jest to, że zdarzało się to
lekarzowi tylko przy tym leku, że za każdym razem chodziło o pacjentkę w podeszłym wieku i że
zawsze dawka była za mocna. Krótka analiza wykazała, że czynnikiem decydującym musiał być
stosunek lekarza do matki. Przypomniało mu się, że pewnego razu — wysoce prawdopodobne, że
jeszcze przed owymi symptomatycznymi działaniami — taką samą receptę przepisał swojej
również starej matce, a mianowicie dawkę 0,03, chociaż zwykła 0,02 była stosowniejsza, by jej
radykalnie pomóc, jak sądził. Reakcją delikatnej i wątłej matki na ten lek było przekrwienie głowy i
nieprzyjemna suchość w gardle. Skarżyła się na to z na pół żartobliwym przytykiem pod adresem
syna za jego niebezpieczne zaordynowanie leku. Także poza tym przypadkiem matka, zresztą
siostra lekarza, przy okazji innych lekarstw zalecanych przez syna robiła na pół żartobliwe zarzuty,
a nawet mówiła o otruciu.
Jeżeli omawiający sprawę zorientował się w stosunku tego lekarza do jego matki, to trzeba
stwierdzić, że był on wprawdzie instynktownie kochającym dzieckiem, ale w wewnętrznej ocenie
matki i w swoim respekcie dla niej był daleki od przesady. Mieszkając z matką i o rok młodszym
bratem, od lat wspólne życie w do-
170
171
mu odbierał jako ograniczenie swojej swobody erotycznej, przy czym z doświadczenia
psychoanalitycznego wiemy, że takie uzasadnienia chętnie są nadużywane jako zasłona dla
faktycznego wewnętrznego powiązania. Lekarz akceptował z pewnym zadowoleniem tę analizę i jej
wynik i powiedział uśmiechając się, że słowo belladonna — piękna kobieta — może oznaczać
także stosunek erotyczny. On sam czasami używał dawniej tego środka”.
Mógłbym sądzić, że takie poważne czynności pomyłkowe nie mogą powstać w inny sposób niż
owe niewinne, którymi się zajmujemy.
11. Przypadek pomyłki w pisaniu przedstawiony przez S. Ferencziego należy uznać za szczególnie
niewinny. Można go tłumaczyć jako rezultat czynności zagęszczenia na skutek niecierpliwości (por.
przejęzyczenie: der Apfe) i można by bronić tego ujęcia dopóki wnikliwa analiza przypadku nie
pozwoliłaby wykryć silniejszego zaburzającego momentu:

„Do tego pasuje Anek t o d e” is — napisałem pewnego razu w swoim notesie. Naturalnie miałem
na myśli Anekdote, a mianowicie anegdotę o pewnym Cyganie skazanym na śmierć (zu Tode),
który wyprosił łaskę, by mógł sam wybrać drzewo, na którym ma być powieszony. (Mimo
gorliwego poszukiwania nie znalazł odpowiedniego drzewa).
— 12. Innym razem, w przeciwieństwie do tego, najbardziej niepozorna pomyłka w pisaniu może
wyrażać niebezpieczny ukryty sens. Anonimowy autor listu informuje:
„Kończę swój list słowami: «Serdeczne pozdrowienia
dla Pana Małżonki i J e j syna». Tuż przed włożeniem iis
Der Tod — śmierć (przyp. tłum.).
listu do koperty zauważam pomyłkę w początkowych literach Ihr e n Sohn (jej syna) i poprawiam
ją. W drodze powrotnej z ostatniej wizyty u tego małżeństwa moja towarzyszka zauważyła, że syn
jest uderzająco podobny do przyjaciela domu i z pewnością jest jego dzieckiem”.
13. Pewna dama wystosowała do swej siostry gratulacyjny list z okazji przeprowadzki do nowego
i obszernego mieszkania. Obecna przy tym przyjaciółka zauważyła, iż adres jest mylny,
mianowicie, że zamiast właściwego umieściła bardzo dawny adres pierwszego mieszkania, które
siostra zajmowała zaraz po zamążpójściu. Zwraca na to uwagę piszącej: „Pani ma rację —
przyznaje tamta — lecz jakim sposobem się to stało? Dlaczego to zrobiłam?” Na to przyjaciółka:
„Prawdopodobnie zazdrości jej pani tego nowego, obszernego mieszkania, które ma obecnie zająć,
podczas gdy pani ma ciasne, i dlatego przenosi ją pani do pierwszego mieszkania, gdzie jej też nie
było lepiej”. „Z pewnością zazdroszczę jej tego” — przyznaje się tamta uczciwie. Potem dodaje:
„Jaka szkoda, że w tych sprawach człowiek postępuje tak nikczemnie!”
14. E. Jones informuje o takim oto przykładzie pomyłki w pisaniu, przekazanym mu przez A. A.
Brilla: Pewien pacjent skierował do drą Brilla pismo, w którym starał się sprowadzić swoją
nerwowość do niepokoju i rozdrażnienia spowodowanych kłopotami w interesach w czasie kryzysu
na rynku bawełnianym. W piśmie tym jest takie oto zdanie: „my trouble is all due to that damned
frigrid wave; there is’nt even any seed”. Miał naturalnie na myśli, pisząc wave, falę, nurt na rynku
pieniężnym; w rzeczywistości napisał jednak nie wave, lecz wtfe (żona). W głębi serca miał wiele
zarzutów w stosunku do żony z powodu jej małżeńskiej oziębłości, jej bezdzietności i niedaleki był
od zrozu-
172
173
mienia, że te wymuszone na nim „braki” mają duży udział w spowodowaniu jego cierpień.
15. Dr R. Wagner opowiada w „Zentralblatt fur Psy-choanalyse”, I, 12, taki przypadek: „Przy
czytaniu starego zeszytu zauważyłem, że w pośpiechu zapisywania popełniłem mały błąd. Zamiast
«Epithel» napisałem bowiem «Edithel». Zaakcentowanie pierwszej zgłoski czyni z tego zdrobnienie
żeńskiego imienia. Analiza retrospektywna jest dość prosta. W czasie, gdy popełniłem tę pomyłkę,
moja znajomość z nosicielką tego imienia była całkiem powierzchowna i dopiero znacznie później
nabrała charakteru bardziej intymnych związków. Pomyłka w pisaniu jest ładnym dowodem
przebicia się nieświadomej skłonności w czasie, kiedy jej jeszcze zupełnie nie przeczuwałem, a
wybrana forma zdrobnienia charakteryzuje równocześnie towarzyszące jej uczucia”.
16. Dr von Hug-Hellmuth: „Pewien lekarz zaordynował pacjentce wodę Levitico zamiast L
e v i c o. Ten błąd, który dostarczył aptekarzowi okazji do złośliwej uwagi, można łatwo zrozumieć,
jeżeli poszuka się w nieświadomości możliwych jego motywów i nie odmówi się im z góry, nawet
jeżeli są to subiektywne przypuszczenia kogoś obcego w stosunku do lekarza, pewnej dozy
prawdopodobieństwa. «Lekarz ten — według pacjentki — mimo że zarzucał swoim pacjentom, i to
w dość ostrych słowach, nie dość racjonalne odżywianie, na modłę lewitów14, cieszył się
uznaniem, tak że jego poczekalnia była pełna przed i w czasie godziny przyjęć; usprawiedliwiało to
jego życzenie, by załatwiani pacjenci ubierali się możliwie szybko, vite, vite. Przypominam sobie

dobrze, że jego małżonka była z pochodzenia Francuzką, co uzasadniało w pewnym stopniu
14 Lewici — potomkowie pokolenia biblijnego Leviego (przyp. tłum.).
przypuszczenie, że życząc sobie większego pośpiechu pacjentów, posługiwał się właśnie językiem
francuskim. Zresztą przyzwyczajenie wyrażania takich życzeń w obcym języku występuje u wielu
osób, jak to czynił mój własny ojciec w stosunku do nas w czasie spaceru, ponaglając do pośpiechu
słowami: Avanti, gioventii, lub Marchez au pas. Podobnie leciwy lekarz, który zajmował się mną
jako młodą dziewczynką z powodu wady szyi, hamował moje zbyt szybkie ruchy uspakajającymi
słowami: piano, piano. Nietrudno mi pomyśleć, że i ten lekarz hołdował takiemu przyzwyczajeniu,
no i pomylił się pisząc Leuitico wasser zamiast L e v i-c owasser»” 16.
Inne przykłady wspomnień z młodości tej pacjentki: frazósisch zamiast jranzósisch; pomyłka w
pisaniu imienia „Karl”.
17. Przypadek pomyłki w pisaniu, który wydaje się kiepskim dowcipem, ale w którym zamiar
dowcipu z pewnością był wykluczony, zawdzięczam panu J. G.; pochodzący od niego przypadek
był już omawiany.
„Jako pacjent sanatorium dla chorych na płuca dowiaduję się z przykrością, że u mojego bliskiego
krewnego stwierdzono tę samą chorobę, która zmusiła mnie do pobytu w zakładzie leczniczym. W
liście daję mu do zrozumienia, by poszedł do specjalisty, znanego profesora, pod którego opieką
sam się znajduję i o którego autorytecie jestem przekonany, choć, z drugiej strony, mam pełną
podstawę do uskarżań na jego nieuprzej-mość. Profesor ten — niedawno temu — odmówił mi
wystawienia zaświadczenia, które miało dla mnie duże znaczenie. W odpowiedzi, jaką otrzymałem
od krewnego, zwrócił on uwagę na błąd w moim liście, który rozweselił mnie, gdyż momentalnie
zorientowałem się
15 „Zentralblatt fiir Psychoanalyse” II, 5.
174
175
w jego przyczynie. W liście, który pisałem, użyłem takiego zwrotu: «…zresztą radzę Ci
bezzwłocznie obrazić (insultieren) prof. X.». Naturalnie chciałem napisać konsultować
(konsultieren). Wymaga chyba zaznaczenia, że moja znajomość łaciny i francuskiego wyklucza
wyjaśnienie, że był to błąd wynikający z niewiedzy”.
18. Opuszczenia w pisaniu zasługują, naturalnie, na taką samą ocenę jak pomyłki w pisaniu.
Dr B. Dattner (prawnik) przedstawił w „Zentralblatt fur Psychoanalyse” I, 12 zasługujący na
uwagę przykład „historycznej pomyłki czynnościowej”. W jednym z artykułów ustawy o
finansowych zobowiązaniach obu państw, jakie zostały ustalone w kompromisowej umo^ wie w
roku 1867 między Austrią a Węgrami, słowo e f j ektiv (faktyczny, efektywny, w gotówce) zostało
opuszczone w tłumaczeniu węgierskim i Dattner uważa za prawdopodobne, że nieświadome
dążenie węgierskich redaktorów ustawy, by przyznać Austrii możliwie mniej korzyści, przyczyniło
się do owego opuszczenia.
Mamy również pełną podstawę do przypuszczenia, że tak częste powtórzenia tego samego słowa
przy pisaniu lub przepisywaniu — perseweracje — nie są bez znaczenia. Jeżeli piszący powtarza
już napisane słowo, wskazuje to, że niełatwo mu przychodzi uwolnienie się od tego słowa, że w
tym miejscu mógłby wyrazić znacznie więcej, ale że zaniechał tego, czy coś podobnego.
Perseweracja przy przepisywaniu wydaje się zastępować coś w rodzaju „także, także ja”. Miałem w
ręce długie sądowo-le’karskie orzeczenia, w których występowały perseweracje przepisującego w
szczególnie znaczących miejscach i najchętniej tłumaczyłem je w ten sposób, że przepisujący,
któremu sprzykrzyła się ta bezosobowa rola, wtrąca niejako swój komentarz: „Cał-
176
kiera jakby mój przypadek” albo „Zupełnie tak, jak u nas”.

19. Nic nie stoi na przeszkodzie, by błędy drukarskie potraktować jako pomyłki zecera w pisaniu.
Systematyczny zbiór takich pomyłek, który mógłby być i zabawny, i pouczający, jest sprawą
przyszłości. E. Jones poświęcił w swej pracy, wielokrotnie przeze mnie wspominanej, osobny
rozdział błędom drukarskim (misprints). Zniekształcenia w telegramach można w wielu
przypadkach rozumieć jako pomyłki telegrafisty w pisaniu.
W czasie letnich wakacji otrzymałem telegram z wydawnictwa, którego tekstu nie mogłem
zrozumieć. Oto on:
„Zapasy (Yorrate) otrzymane, zaproszenie X. (Einladung) bardzo pilne”. Rozwiązanie zagadki
przyszło dzięki nazwisku X. wymienionemu w tekście. X. to autor, do którego książki miałem
napisać wstęp. Ze wstępu (Einleitung) zrobiło się zaproszenie (Einladung). Powinienem był jednak
przypomnieć sobie, że przed paru dniami wysłałem do wydawnictwa przedmowę do innej książki,
której otrzymanie zostało zatem potwierdzone. Prawidłowy tok:
„Przedmowę otrzymaliśmy. Wstęp X. bardzo pilny”.
Możemy przyjąć, że telegram padł ofiarą przeróbki spowodowanej kompleksem głodu telegrafisty,
przy czym obie połowy zdania zostały bardziej powiązane wewnętrznie niż nadawca zamierzał.
Ponadto jest to piękny przykład „własnego opracowania”, jakie daje się wykazać w większości
marzeń sennych 16.
H. Silberer omawia w „International Zeitschrift f tir Psychoanalyse” VIII, 1922, możliwość
występowania pomyłek w druku, którym trudno odmówić określonych tendencji. Podobnie czyni
np. Storfer w „Zentralblatt
177
16 Por. Die Traumdeutung, rozdz. o pracy marzenia sennego.
7 Psychopatologia…
fur Psychoanalyse” II, 1914, w artykule Der politische Druckfehlerteufel i tamże III, 1915, w
krótkiej notatce, którą tutaj przytaczam:
20. „Polityczna pomyłka w druku znajduje się w numerze czasopisma «Marz» z 25 kwietnia 1915
roku. W liście z Argyrokastron zostały odtworzone wypowiedzi Zographosa, przywódcy
powstańczych Epirejczyków w Albanii (lub jeśli ktoś chce: prezydenta niezależnego rządu
Epirusu). Między innymi: «Wierzcie mi, autonomiczny Epirus leży w jak najbardziej własnym
interesie księcia Wied. Na nim mógłby on upaść (stiir-zen)…». To, że przyjęcie podpory
(Stiltze), jaką mu oferują Epirejczycy, oznaczałoby jego upadek (Sturz), wie dobrze książę
Albanii i bez tego fatalnego błędu drukarskiego”.
21. Ja sam czytałem niedawno w naszych wiedeńskich dziennikach artykuł „Bukowina pod
panowaniem rumuńskim”, który należałoby uznać za co najmniej przedwczesny, • gdyż wówczas
Rumuni przyznawali się jeszcze do swej wrogości. Sądząc po treści niewątpliwie miało być nie
rumuńskim, a rosyjskim, ale również cenzorowi wydawało się to zestawienie tak nieszczególne, że i
on przeoczył tę pomyłkę w druku.
Trudno jest nie pomyśleć, że to „polityczna” pomyłka w druku, gdy w drukowanym okólniku
znanej i wysoko cenionej drukarni książek Karola Prochaski w Cieszynie (byłej k.k. Hof-
Buchdruckerei — cesarsko-kró-lewskiej drukarni dworskiej) można było przeczytać następującą
ortograficzną pomyłkę:
„P.T. Decyzja najwyższych władz Ententy określająca rzekę Olzę jako granicę dzieliła nie tylko
Śląsk, ale i Cieszyn na dwie części, z których jedna Polsce, a druga Czechosłowacji za dużo”
(zamiast zufiel—przypadła, wydrukowano zu viel—za dużo).
W zabawny sposób musiał się kiedyś bronić Theodor
178
Fontane z powodu zbyt sprytnie popełnionego błędu drukarskiego. 29 marca 1860 r. tak pisał do
wydawcy Juliusza Springera:
„Wielce Szanowny Panie!
Nie było mi sądzone zrealizowanie mego niewielkiego życzenia. Spojrzenie na arkusz korekty 17,

który załączam, powie Panu, co mam na myśli. Ale też przysłano mi tylko jeden arkusz, chociaż
potrzebuję dwu z podanych względów. Również powtórne przysłanie pierwszego arkusza do
ponownego przeglądnięcia — zwłaszcza ze względu na angielskie wyrazy i zdania — nie doszło do
skutku. Bardzo mi na tym zależy. Tak np. na stronicy 27 obecnej korekty w scenie między Johen
Kroxem i królową wygląda to tak: „na co Maria aasrief”. Wobec takich bulwersujących faktów
chciałoby się bardzo móc być uspokojonym, że błąd rzeczywiście został usunięty. To nieszczęsne
aas (ścierwo) zamiast aus (ausrief—wykrzyknęła) jest tym gorsze, gdy nie ma wątpliwości, że ona
(królowa) w cichości mogła go tak nazwać. Z należnym szacunkiem
oddany Panu Th. Fontane”.
Wundt18 uzasadnia w sposób godny uwagi ten łatwo dający się sprawdzić fakt, iż częściej
podlegamy pomyłkom w pisaniu niż w mówieniu: „W toku normalnego mówienia czynność
hamująca woli jest ustawicznie skierowana na to, aby przebieg wyobrażeń i ruchy artyku-lacyjne
były z sobą zgodne. Jeżeli wskutek mechanicznych przyczyn, jak to ma miejsce przy pisaniu,
opóźnia się wysłowienie idące tuż po wyobrażeniu, … wtedy szczególnie łatwo występują podobne
antycypacje”.
17 Chodzi o druk książki, która ukazała się w 1860 r. u Ju
liusza Springera: Jenseits des Tweed. Bilder u. Brieje aus
Schottland. •/.
is W. Wundt, op. cit., s. 374.
179
Badanie warunków, w jakich występują pomyłki w czytaniu, skłania nas do
wątpliwości, których nie chciałbym pominąć, gdyż, według mej oceny, może się to stać punktem
wyjścia owocnych badań. Każdemu wiadomo, jak często przy głośnym czytaniu uwaga
czytającego odrywa się od tekstu i zwraca ku własnym myślom. Następstwem takiego oderwania
uwagi jest to, że często w ogóle nie możemy powtórzyć tego, cośmy przeczytali, gdy nam przerwą
czytanie i zapytają o treść. Czytaliśmy jakby automatycznie, ale prawie zawsze dokładnie. Nie
zdaje mi się, jakoby wtedy błędy w czytaniu były znacznie liczniejsze. Wiemy także, że wiele
innych czynności wykonujemy automatycznie, tj. bez współudziału uwagi, a mimo to z zupełną
dokładnością. Z tego, zdaje się, wynika, że uwaga przy pomyłkach w mówieniu, pisaniu i czytaniu
podlega wpływowi innych czynników, niż podaje Wundt (zanik lub rozluźnienie uwagi).
Przykłady, które poddaliśmy analizie, nie uprawniły nas właściwie do przyjęcia, iż zakres uwagi
zmniejsza się; natomiast znaleźliśmy coś, co nie jest tym samym, a mianowicie, że uwaga w tych
przypadkach podlega zakłóceniu przez inną utajoną myśl, która domaga się swych praw.
Między pomyłką w pisaniu a zapomnieniem należy umieścić przypadek, gdy ktoś zapomina
złożyć podpis. Nie podpisany czek to tyle samo co zapomniany czek. Dla podkreślenia znaczenia
takiego zapomnienia pragnę przytoczyć fragment powieści, na który zwrócił uwagę dr H. Sachs:
„Bardzo pouczający i przejrzysty przykład, z jaką pewnością poeci potrafią posługiwać się
mechanizmem pomyłek w sensie nadanym mu przez psychoanalizę, zawiera powieść Johna
Galsworthy’ego: The Island Pharisees. Jej punktem centralnym jest wahanie się
180
młodego mężczyzny, należącego do bogatego stanu średniego, między głębokim współczuciem
społecznym a konsekwencjami przynależności do jego klasy. W XXVI rozdziale autor opisuje, jak
mężczyzna ten reaguje na list młodego włóczęgi, którego wsparł kilkakrotnie dzięki jego
oryginalnym poglądom na życie. List nie zawiera żadnej prośby o pieniądze, ale opis bardzo
trudnego położenia nie dopuszcza innej interpretacji. Najpierw bohater książki skłania się w
myślach ku temu, by wyzbyć się pieniędzy na rzecz niepoprawnego, zamiast wspierać nimi zakłady
dobroczynne. «Pomocna dłoń, cząstka samego siebie, przyjacielski gest przecież ku człowiekowi,
bez względu na wymogi, tylko dlatego, że jemu się źle wiedzie, jakiż bezsens sentymentalny! Musi
być gdzieś postawiona bariera oznaczająca rozstanie!». Ale gdy pomrukiwał ten ostateczny
wniosek, poczuł, że jego lojalność podnosi sprzeciw: «Krętacz! Chcesz zachować swoje pieniądze,

oto wszystko!»
Zaraz też napisał przyjacielski list zakończony słowami: «Załączam czek. Szczerze Warn oddany
Richard Shelton».
Zanim jeszcze wypisał czek, jego uwagę odwrócił mól krążący wokół świecy; podszedł, by go
złapać i wypuścić na wolność, ale przy tym wszystkim zapomniał włożyć czek do listu. I list został
rzeczywiście wysłany w takim stanie.
Zapomnienie było jednak jeszcze subtelniej umotywowane niż tylko przebiciem się pozornie
przezwyciężonej egoistycznej skłonności, by oszczędzić sobie wydatku.
Shelton czuł się osamotniony w ziemskiej posiadłości swoich przyszłych teściów, w towarzystwie
narzeczonej, jej rodziny i gości; jego czynność pomyłkowa wskazywała na to, że tęsknił za swym
protegowanym, który wskutek swojej przeszłości i poglądów na życie stano-
181
wił całkowite przeciwieństwo nienagannego, według jednej i tej samej konwencji jednorodnie
ukształtowanego, otoczenia. Ten rzeczywiście przybył w kilka dni później, gdyż nie mógł już dłużej
utrzymać się w swojej sytuacji, i aby zorientować się w przyczynach braku zapowiedzianego w
liście czeku”.
Rozdział vii Zapominanie
wrażeń i zamiarów
•ir-y;t’ ^\
,mt,h-f
Gdyby ktoś był skłonny przeceniać stan naszej obecnej wiedzy o życiu psychicznym, to, aby go
skłonić do skromności, wystarczy chyba przytoczyć tylko funkcję pamięci. Żadna teoria
psychologiczna nie zdołała jeszcze zdać sprawy z podstawowych zjawisk przypominania i
zapominania, ba, nawet nie wzięto się jeszcze do gruntownego rozbioru choćby tego, co się
rzeczywiście daje zauważyć. Obecnie, kiedy badania marzeń sennych i zachowań patologicznych
pouczyły nas, że nagle może się pojawić w świadomości to, co uważaliśmy już za całkiem
zapomniane, zapominanie staje się dla nas nawet bardziej zagadkowe niż przypominanie.
Mamy w istocie kilka punktów widzenia, dla których spodziewamy się ogólnego uznania.
Przyjmujemy, że zapominanie jest procesem samorzutnym, który przebiega w czasie. Zwracam
szczególnie uwagę na to, iż przy zapominaniu dokonywa się pewien wybór między nasuwającymi
się wrażeniamiJ i między szczegółami każdego wrażenia lub przeżycia. Znamy niektóre warunki
utrwalania w pamięci i odpamiętania tego, co już było zapomniane. Przy niezliczonych okazjach
życia codziennego możemy jednak zauważyć, jak niedoskonałe i niezadowalające jest nasze
poznanie. Wystarcza przysłuchać
1 Termin ten używany jest tutaj przez Freuda w szerokim popularnym znaczeniu (przyp. tłum.).
183
się, jak dwie osoby, które wspólnie odbierały jakieś ze–wnętrzne wrażenia, np. odbyły razem
podróż, dzielą się po jakimś czasie swymi wspomnieniami. Co jednemu mocno utkwiło w pamięci,
to drugi często zapomniał, tak jak gdyby się to wcale nie zdarzyło; twierdzenie, jakoby wrażenie to
było dla jednego z nich psychicznie donioślejsze, jest pozbawione słuszności. Nie znamy jeszcze
wielu czynników decydujących o naszej pamięci. Chcąc się zapoznać z • warunkami zapominania
zwykłem poddawać psychoanalizie te przypadki, w których mnie samemu zdarza się zapomnienie.
Zajmuję się zazwyczaj tylko pewną grupą tych przypadków, tymi, mianowicie, w których
zapomnienie mnie dziwi, gdyż, według mego oczekiwania, powinienem znać odnośne dane.
Muszę jeszcze zauważyć, że w ogóle jestem skłonny do zapominania (tego, co przeżyłem, a nie
tego, czego się nauczyłem), mimo że w pewnym krótkim okresie swej młodości nie byłem
pozbawiony nawet nadzwyczajnych zdolności pamięciowych. Za czasów szkolnych było dla
mnie drobnostką wyrecytować na pamięć całą stronicę książki, którą przeczytałem, a na krótko

przed wstąpieniem na uniwersytet byłem w stanie spisać prawie dosłownie przedtem słyszane
popularne wykłady o treści naukowej. Zdaje się, że w napięciu nerwowym przed ostatnimi
egzaminami medycznymi zużytkowałem resztę tych zdolności, gdyż przy pewnych przedmiotach
dawałem jakby automatyczne odpowiedzi, które jednak ściśle się zgadzały z tekstem podręczników
jeden raz tylko przeczytanych, i to w największym pośpiechu. Od tego czasu moja pamięć
pogarszała się coraz bardziej, ale jeszcze do niedawna miałem dowody na to, iż w sztuczny sposób
mogę ją znacznie bardziej rozszerzyć, niż przypuszczałem. Jeśli np. pacjent w czasie wizyty
powołuje się na to, że go już raz widziałem, a ja nie mogę sobie przypomnieć ani tego faktu, ani
kie-
184
dy się to zdarzyło, to pomagam sobie w ten sposób, że zgaduję, tj. szybko przebiegam w myśli
pewną liczbę lat począwszy od obecnego momentu. Jeżeli notatka lub stanowcze oświadczenie
pacjenta umożliwiają kontrolę mego domysłu, to okazuje się, że rzadko kiedy mylę się o więcej niż
pół roku w relacji do dziesięciu lat2. Podobnie się dzieje, gdy spotykam dalszego znajomego,
którego przez grzeczność chcę spytać o jego małe dzieci. Jeśli mi opowiada o ich postępach, to
staram się domyśleć, ile też lat może mieć dziecko, kontroluję to przez potwierdzenie ojca i mylę
się najwyżej o miesiąc, a w odniesieniu do starszych dzieci o kwartał, chociaż nie mogę
powiedzieć, na czym tę ocenę opieram. Rozzuchwaliłem się do tego stopnia, że zajmuję się
zgadywaniem wieku dzieci spontanicznie, bez jakiejkolwiek konieczności, przy czym nie zdarza mi
się, bym uraził ojca tym, że mam zbyt niedokładne wiadomości o jego potomku. Rozszerzam w ten
sposób swoją świadomą pamięć zmuszając do współpracy pamięć nieświadoma, w każdym razie
znacznie bogatszą.
Przytoczę więc tutaj kilka uderzających przykładów, które w większości zaobserwowałem na
sobie samym. Rozróżniam zapominanie wrażeń i przeżyć, a więc wiedzy, oraz zapominanie
zamiarów czy zaniechań. Jednakowy wynik tych obserwacji mogę tak przedstawić: we wszystkich
przypadkach motywem zapomnienia był zamiar uniknięcia niemiłych wzrus’zeń.
Zapominanie wrażeń i wiadomości
1. Zirytowałem się w lecie na swoją żonę z powodu bardzo błahej przyczyny. Siedzieliśmy przy
table d’hóte
! Zazwyczaj wyłaniają się potem w toku rozmowy szczegóły owej pierwszej wizyty.
185
naprzeciwko pewnego pana z Wiednia, którego znałem i który zapewne również mnie sobie
przypomniał. Miałem jednak powody, aby nie odnawiać znajomości. Moja żona, która słyszała
poważane nazwisko swego vis-a-vis, zdradzała nazbyt wyraźnie, że przysłuchuje się jego rozmowie
z sąsiadem, gdyż zwracała się od czasu do czasu do mnie z pytaniami, w których podejmowała
snuty tam wątek rozmowy. To mnie zniecierpliwiło, a w końcu zirytowało. W kilka tygodni
później uskarżałem się przed krewną na zachowanie swej żony. Nie byłem jednak w stanie
przypomnieć sobie ani jednego słowa z rozmowy tego pana. Ponieważ zwykle raczej nie
zapominam żadnego szczegółu wypadku, który mnie zirytował, więc ta moja amnezja
umotywowana była zapewne względami na osobę mojej żony. Coś podobnego wydarzyło mi się
znów niedawno. Chciałem przed pewnym znajomym pokpić nieco z powiedzenia swojej żony,
które miało miejsce zaledwie przed kilku godzinami. Ten zamiar jednak nie doszedł do skutku,
gdyż przeszkodziła mi szczególna okoliczność: oto odnośne powiedzenie uleciało z mej pamięci
bez śladu. Musiałem dopiero prosić swą żonę, by mi je przypomniała. Łatwo zrozumieć, iż to moje
zapomnienie jest analogiczne do typowego zakłócenia sądu, któremu podlegamy, gdy chodzi o
naszych najbliższych.
2. Podjąłem się kupić pewnej damie, obcej w Wiedniu, żelazną szkatułkę do przechowywania
dokumentów i pieniędzy. Gdy się z tym zaofiarowałem, pojawił mi się z niezwykłą plastycznością
obraz wystawy sklepowej w śródmieściu, gdzie takie kasetki musiałem widzieć. Nie mogłem sobie
wprawdzie przypomnieć nazwy ulicy, byłem jednak pewny, że odnajdę sklep w czasie spaceru po

mieście, gdyż moje wspomnienie mówiło mi, że niezliczone razy tamtędy przechodziłem. Ku mojej
irytacji nie udało mi się odnaleźć wystawy z kasetkami,
chociaż przebiegałem śródmieście we wszystkich kierunkach. „Nie pozostaje mi nic innego,
pomyślałem sobie, jak tylko wziąć skorowidz i wyszukać fabrykanta kasetek, aby potem pójść
ponownie w tę okolicę i sprawdzić adres”. Me trzeba było jednak nawet i tego; między wskazanymi
adresami znalazł się jeden, który mi się w tej chwili jako ten zapomniany przypomniał. Była to
prawda, że niezliczoną liczbę razy przechodziłem koło tego sklepu, mianowicie za każdym razem,
gdy odwiedzałem rodzinę M., która od wielu lat mieszkała w tym samym domu. Od czasu jednak,
gdy nasze serdeczne stosunki oziębły, starałem się, nie zdając sobie nawet sprawy z przyczyn,
omijać tę okolicę i dom. Na owym spacerze przez miasto przebiegłem w poszukiwaniu kasetek na
wystawach każdą ulicę w tej okolicy, tej jednej tylko unikałem, tak jak gdyby powstrzymywał mnie
przed nią jakiś zakaz. Widoczna jest tutaj chęć uniknięcia przykrego wrażenia, która spowodowała
zakłócenie w orientacji. Mechanizm jednak tego zapomnienia nie jest tak prosty jak w poprzednim
przykładzie. Moja niechęć odnosiła się, naturalnie, nie do fabrykanta kasetek, lecz do kogoś innego,
o kim nic nie chciałem wiedzieć i przeniosła się na okoliczność, która spowodowała zapomnienie.
Zupełnie podobnie w przypadku „Burck-hard” złość przeciwko jednej osobie spowodowała
pomyłkę w pisaniu nazwiska innej osoby. To, czego dokonało podobieństwo nazwiska, mianowicie,
złączyło dwa różne kręgi myślowe, tego w przykładzie z oknem wystawowym dokonała styczność
w przestrzeni, tj. bezpośrednie sąsiedztwo. Zresztą w tym ostatnim przypadku było jeszcze
silniejsze powiązanie, mianowicie dotyczące treści, gdyż wśród przyczyn ochłodnięcia stosunków z
rodziną zamieszkałą w tym domu grały też rolę i pieniądze.
3. Biuro B. i R. wezwało mnie jako lekarza do jedne-
186
187
go z urzędników. W drodze do jego mieszkania zajęła mnie myśl, że już nieraz musiałem być w
tym domu, gdzie się owa firma znajdowała. Wydawało mi się, że jej szyld widziałem na niższym
piętrze, gdy szedłem z wizytą lekarską na wyższe. Nie mogłem sobie jednak przypomnieć, który to
był dom ani kogo tam odwiedzałem. Chociaż cała ta sprawa była obojętna i bez znaczenia,
zajmowała mnie ona jednak i w końcu dowiedziałem się zwykłą drogą uboczną, tj. zbierając w tym
celu swoje dowolne pomysły, że o piętro wyżej, ponad lokalem firmy B. i R., znajduje się pensjonat
F i s c h e-r a, w którym często odwiedzałem pacjentów. Przypominam też sobie dom, w którym
znajdowały się biuro i pensjonat. Zagadką był dla mnie tylko motyw, który grał rolę przy tym
zapomnieniu. Nie znajdowałem w pamięci nic odstręczającego ani w firmie, ani w pensjonacie
Fischera, ani też w pacjentach, którzy tam mieszkali. Przypuszczałem, że nie było to nic
bardzo przykrego, gdyż inaczej nie zdołałbym nawet drogą uboczną wskrzesić w swej pamięci
tego, co zapomniałem, i musiałbym, jak w poprzednim przykładzie, uciec się do środków
zewnętrznych. Nagle przyszło mi na myśl, że na chwilkę przedtem pozdrowił mnie w drodze do
nowego pacjenta pewien pan, którego sobie z trudnością przypomniałem. U tego pana
(dawniejszego mego pacjenta) rozpoznałem przed kilku miesiącami dość ciężki przypadek paraliżu
postępowego; słyszałem jednak potem, że wyzdrowiał, tak że moja diagnoza wydawała się
nietrafna. Chyba że zachodzi tu remisja, co zdarza się w paraliżu postępowym; a w takim razie
rozpoznanie moje byłoby jednak uzasadnione. To spotkanie wpłynęło na to, że zapomniałem o
sąsiedztwie biura B. i R., a moja chęć wyszukania przyczyn zapomnienia doprowadziła do
przypadku niepewnej diagnozy. Zaś skojarzenie nastąpiło tu — przy nieznacznej
wewnętrznej asocjacji (ten człowiek, który wbrew memu oczekiwaniu wyzdrowiał, był również
urzędnikiem \v wielkim biurze, które mi przysyłało pacjentów) — przez identyczność nazwisk;
lekarz bowiem, z którym wspólnie badałem domniemanego paralityka, nazywał się również F i s c

h e r, tj. tak, jak właściciel pensjonatu znajdującego się w domu, o którym zapomniałem. 4. Rzecz
jakąś zapodziać nie oznacza nic innego jak tylko zapomnieć, gdzie się ją położyło. Co do mnie, to
jak większość osób mających do czynienia z pismami i książkami, orientuję się dość dobrze na
swoim biurku i odnajduję od razu to, czego szukam. Co inni uważają za nieporządek, to dla mnie z
biegiem lat stało się utrwalonym porządkiem. Czemuż jednak zapodziałem przysłany mi niedawno
katalog książek, tak że go wcale odnaleźć nie mogłem? Miałem przecież zamiar zamówić pewną
wymienioną tam książkę Uber die Sprache, ponieważ jest to dzieło autora, którego dowcipny styl
bardzo lubię; cenię też jego orientację w psychologii oraz wiadomości z zakresu historii kultury.
Myślę, że właśnie dlatego zarzuciłem katalog. Mam bowiem zwyczaj wypożyczać prace tego autora
swoim znajomym dla wzbogacenia ich wiedzy. Przed kilku dniami ktoś, oddając mi jedną z tych
książek, powiedział: „Styl i rodzaj myśli przypominają mi całkiem pańskie prace”. Mówiący to nie
wiedział, jaki kompleks poruszył we mnie tą uwagą. Przed laty, gdy jeszcze byłem młodszy i
bardziej towarzyski, powiedział mi mniej więcej to samo pewien starszy kolega, przed którym
wychwalałem prace znanego autora dzieł lekarskich: „Zupełnie pański rodzaj i styl”. Pod wpływem
tych pochwał napisałem do tegoż autora list, prosząc o bliższy z nim kontakt, lecz otrzymałem
chłodną odpowiedź. Być może, za tym zdarzeniem kryją się jeszcze inne odstraszające
doświadczenia, gdyż nie odnalazłem
188
189
zapodzianego katalogu. To wstrzymało mnie od zamówienia wspomnianej książki, chociaż
zapodzianie katalogu nie było dostatecznym powodem, bo pamiętałem nazwisko autora i tytuł
dzieła 3.
5. Inny przypadek zapodziania się zasługuje na naszą uwagę ze względu na okoliczności, w
jakich znalazła się rzecz zagubiona. Pewien młody człowiek opowiadał mi: „Przed kilku laty były
nieporozumienia w moim małżeństwie; uważałem, że moja żona jest zbyt chłodna, i mimo że
uznawałem jej cenne zalety, żyliśmy bez wzajemnych czułości. Jednego dnia przyniosła mi żona ze
spaceru książkę, którą kupiła dla mnie, przypuszczając, że zainteresuje mnie ona. Podziękowałem
za tę oznakę uprzejmości, przyrzekłem książkę przeczytać, przyszykowałem ją sobie i nie
odnalazłem jej potem. Mijały miesiące, w czasie których przypominałem sobie niekiedy zapodzianą
książkę, lecz na próżno starałem się ją odnaleźć. Mniej więcej w pół roku potem zachorowała moja
ukochana matka, mieszkająca oddzielnie. Jej stan był poważny i moja żona miała sposobność
pokazać się ze swej najlepszej strony. Pewnego wieczoru wracam do domu zachwycony
postępowaniem żony, z sercem pełnym wdzięczności. Podchodzę do mego biurka, otwieram bez
określonego bliżej zamiaru, ale jak gdyby z somnambuliczną pewnością właściwą szufladę i na
wierzchu znajduję w niej dawno poszukiwaną zapodzianą książkę”.
J. Starcke opowiada o przypadku zapodziania się, o charakterze podobnym do wyżej opisanego, w
którym zadziwiająca jest pewność odnalezienia, gdy ustało działanie motywu zapodziania.
* W ten sam sposób tłumaczy się wiele przypadków, które zgodnie z T. Vischerem sprowadzają
się do „złośliwości przedmiotu”.
6. Młoda dziewczyna zniszczyła przy krojeniu kawa-}ek materiału, z którego chciała zrobić
kołnierz. W tej sytuacji musiała przyjść krawcowa i spróbować jeszcze coś z tym zrobić. Kiedy
zjawiła się, dziewczyna poszła, by wyjąć kołnierz z szuflady, do której go, jak sądziła, włożyła, ale
niestety nie znalazła go. Przerzuciła wszystko od dołu do góry, ale kołnierza nie było. Rozgniewana
usiadła i pytała sama siebie, dlaczego zniknął on nagle, czy też, być może, nie chciała go znaleźć.
Zdała sobie sprawę, że, naturalnie, wstydziła się krawcowej z powodu swojej nieporadności przy
czymś tak prostym jak kołnierz. Kiedy to pomyślała, wstała, podeszła do innej szafy i bez wahania
wyjęła z niej pocięty kołnierz.
7. Następny przykład zapodziania się odpowiada typowi znanemu wszystkim psychoanalitykom.

Mogę dodać, że pacjent, któremu się to zapodzianie wydarzyło, sam odnalazł klucz do tej zagadki.
Pewien pacjent leczący się psychoanalizą, który wskutek letnich wakacji musiał przerwać kurację
w okresie wielkich oporów i niepomyślnego stanu, przy rozbieraniu się wieczorem kładzie swój pęk
kluczy, jak mu się zdaje, na zwykłym miejscu. Po chwili przypomina sobie, że w związku z
wyjazdem, który ma nastąpić nazajutrz, w ostatnim dniu kuracji, w którym więc i honorarium ma
być uiszczone, ma jeszcze wziąć kilka przedmiotów z biurka, gdzie przechowuje również i
pieniądze. Lecz klucze zniknęły. Zaczyna systematycznie, ale z rosnącym zniecierpliwieniem
przeszukiwać swe małe mieszkanie; jednak bez skutku. Ponieważ wie, że zapodzianie jest
czynnością symptomatyczną, a zatem umyślną, budzi więc swego służącego, aby szukać z pomocą
osoby „niezainteresowanej”. Po godzinie musi zaniechać poszukiwań i wyraża obawę, że klucze
zgubił. Następnego dnia zamawia u fabrykanta kas biurowych nowe klucze,
190
191
które jak najrychlej mają być zrobione. Dwaj znajomi, którzy go odprowadzali w powozie do
domu, przypominają sobie, iż słyszeli, jak coś na ziemi zabrzęczało, gdy wysiadł z powozu. Jest
więc przekonany, iż mu klucze z kieszeni wypadły. Wieczorem służący pokazuje mu z triumfem
klucze. Leżały między grubą książką a cienką broszurą (pracą jednego z mych uczniów, którą to
lekturę chciał zabrać z sobą na wakacje) tak zręcznie umieszczone, że nikt by się ich tam nie
domyślił. Nie mógł też potem w żaden sposób położyć kluczy tak, jak leżały przedtem.
Nieświadoma zręczność, z jaką przedmiot bywa zapodziany wskutek tajemnych, lecz silnych
motywów, przypomina zupełnie „somnambuliczną pewność”. Motywem była, naturalnie, niechęć z
powodu przerwania kuracji i tajona złość, iż będąc w złym stanie musi jednak zapłacić wysokie
honorarium.
8. Pewien mężczyzna, opowiada A. A. Brill, został przymuszony przez żonę do wzięcia udziału w
większym spotkaniu towarzyskim, które w gruncie rzeczy było mu całkiem obojętne. Uległ w
końcu jej prośbom i zaczął wyjmować z kufra swoje odświętne ubranie, ale nagle przerwał tę
czynność i zdecydował, że najpierw się ogoli. Po goleniu wrócił do kufra, ale okazało się, że jest on
zamknięty, a klucza nie ma. Nie można było wezwać ślusarza, jako że to niedziela i wieczór.
Zmuszeni byli oboje z żoną usprawiedliwić swą niemożność przyjścia. Kiedy następnego dnia rano
kufer został otwarty, okazało się, że klucz był w środku. Mężczyzna przez roztargnienie wrzucił
klucz do kufra i zatrzasnął go. Zapewniał mnie, że uczynił to niezamierzenie, bezwiednie, ale
wiemy przecież, że nie chciał iść do tego towarzystwa. Zapodzianiu się klucza nie brakowało więc
motywu.
E. Jones zaobserwował u siebie, że ilekroć za dużo palił i źle się czuł, zapodziewał gdzieś swoją
fajkę. Znajdował
ją później we wszystkich możliwych miejscach, gdzie nigdy jej nie przechowywał.
9. Dora Mtiller donosi4 o niewinnym przypadku z ujawnioną motywacją.
Panna Erna A. na dwa dni przed Bożym Narodzeniem opowiadała: „Wyobraźcie sobie, wczoraj
wieczorem wyjęłam z paczki piernik i jadłam; myślałam przy tym, że muszę poczęstować pannę S.
(wspólniczkę matki), gdy przyjdzie powiedzieć mi dobranoc; nie miałam na to ochoty, ale
postanowiłam jednak uczynić to. Kiedy przyszła do mnie, a ja wyciągnęłam rękę w kierunku
stolika, by wziąć paczuszkę, okazało się, że jej tam nie ma. Zaczęłam jej szukać i znalazłam
zamkniętą w swojej szafie. Włożyłam tam paczuszkę nie wiedząc o tym”.
Analiza była zbędna, gdyż opowiadająca zdawała sobie sama sprawę ze związku. Stłumione
życzenie, by zachować piernik dla siebie, przeniknęło automatyczne działanie, zapewne po to, by w
tym przypadku świadomy zamiar działania został anulowany.
10. H. Sachs opisuje, jak sam kiedyś przez takie zapodzianie uwolnił się od zobowiązania
związanego z pracą: „W minioną niedzielę po południu wahałem się chwilę, czy zasiąść do pracy,

czy iść na spacer, a po nim w odwiedziny, ale po małej walce zdecydowałem się na to pierwsze. Po
jakiejś godzinie zauważyłem, że kończy mi się zapas papieru. Wiedziałem, że mam w którejś
szufladzie odłożoną od lat paczkę papieru, ale daremnie jej szukałem w biurku i w innych
miejscach, gdzie sądziłem, że powinna się znajdować, a nawet przegrze-bałem wszystkie możliwe
stare książki, broszury, teczki itp. Czułem się zmuszony do przerwania pracy i wyjścia. Kiedy
wieczorem wróciłem do domu, usiadłem na
4 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” III, 1915.
192
193
Psychopatologia…
sofie i patrzyłem zamyślony na stojącą naprzeciw mnie szafę biblioteczną; rzuciła mi się w oczy
jedna z szuflad i przypomniałem sobie, że już dawno nie zaglądałem do niej. Podszedłem i
otworzyłem. Leżała tam skórzana teczka, a w niej czysty papier. Ale dopiero gdy go wyjąłem i
miałem zamiar włożyć do szuflady biurka, przyszło mi do głowy, że to jest właśnie ten papier,
którego daremnie szukałem po południu. Muszę jeszcze zaznaczyć, że z papierem obchodzę się
wprawdzie nie za bardzo oszczędnie, jednakże przezornie i każdą resztę chowam. To podkarmiane
jakąś skłonnością przyzwyczajenie spowodowało natychmiastową korekturę zapomnienia, gdy
tylko aktualny jego motyw przestał działać”.
‚ Kiedy przegląda się przypadki zapodziania się, trudno jest rzeczywiście przypuścić, że mogłoby
ono kiedykolwiek powstać inaczej jak nie w wyniku nieświadomego zamierzenia.
, 11. W lecie 1901 r. powiedziałem raz przyjacielowi, z którym wówczas prowadziłem żywą
wymianę myśli w kwestiach naukowych, co następuje: „Te neurotyczne zagadki wtedy tylko dadzą
się rozwiązać, gdy staniemy całkowicie na gruncie teorii o pierwotnej dwu-płciowości jednostek”.
Na to on: „To ja ci już przed dwoma i pół laty w B. powiedziałem na owym spacerze wieczornym;
tylko wówczas ani słyszeć o tym nie chciałeś”. Przykro jest bardzo zrezygnować z oryginalności;
ani rusz nie mogłem sobie takiej rozmowy, ani takiego oświadczenia swego przyjaciela
przypomnieć; jeden z nas musiał się mylić. Według zasady: cui pro-dest? — chyba ja. W ciągu
następnych tygodni przypomniałem sobie rzeczywiście wszystko tak, jak mi przyjaciel opowiadał;
wiem nawet, jaką odpowiedź dałem wówczas. „Nie upieram się jeszcze przy tym, nie chcę się w to
wdawać”. Od tej pory stałem się bardziej
wy rozumiały i nie gniewam się, jeżeli gdziekolwiek w literaturze lekarskiej spotkam jedną z
niewielu idei, z którymi można łączyć moje nazwisko, i jeśli go przy tym nie znajdę wymienionego.
Krytyka żony, zerwana przyjaźń, pomyłka lekarza, płagiatowanie idei — z pewnością nie jest to
przypadkowe, że ta oto garść przykładów zapomnienia, zebranych bez żadnego wyboru, przy ich
analizie zahacza o tak przykre tematy. Przeciwnie, jestem zdania, że każdy, kto chce zbadać
motywy swych własnych zapomnień, natrafi na podobnie przykre sprawy. Skłonność do
zapominania rzeczy przykrych, wydaje mi się, ma charakter ogólny; zdolność do tego jest zapewne
u różnych osób rozmaicie wykształcona. Niejedno zaprzeczenie, z którym się często spotykamy w
praktyce lekarskiej, należy prawdopodobnie sprowadzić do z a-pomnienia5. W każdym razie to
nasze pojmowanie zapominania sprowadza różnicę między tym lub owym zachowaniem się do
czynników czysto psychologicznych
5 Jeśli pytamy kogoś, czy nie przebył on przed 10 lub 15 laty zakażenia kiłowego, to
zapominamy zbyt łatwo o tym, że psychicznie pytany odnosi się zupełnie inaczej do tego
schorzenia niż np. do ostrego gośćca. W wywiadach z rodzicami co do ich neurotycznych córek nie
można dokładnie odróżnić zapomnienia od umyślnego zatajenia, bo wszystko, co mogłoby stać na
przeszkodzie późniejszemu zamążpójściu córki, rodzice zwykli systematycznie tłumić. Pewien pan,
który niedawno utracił swą ukochaną żonę na skutek choroby płuc, opowiedział mi następujący
przykład wprowadzenia w błąd lekarza, co chyba tylko do takiego zapomnienia można odnieść:

„Gdy zapalenie opłucnej u mej biednej żony nie ustępowało, wezwaliśmy drą P. na konsylium. W
wywiadach stawiał on zwykłe pytania, między innymi pytał także, czy w rodzinie mojej żony nie
było przypadków choroby płucnej. Moja żona zaprzeczyła, a i ja nie przypominałem sobie. Przy
pożegnaniu drą P. doszło do rozmowy, jakby przypadkiem, o wycieczce, przy czym moja żona
powiada: «Na-wet do L., gdzie mój biedny brat jest pocho-
194
195
i wskazuje na to, że obie reakcje są wyrazem tegoż samego motywu. Z licznych przykładów
wyparcia się niemiłych wspomnień, które widziałem w otoczeniu chorych, utkwił mi w pamięci
jeden jako specjalnie ciekawy. Pewna matka informowała mnie o latach dziecięcych swego
nerwowo chorego syna, znajdującego się w okresie dojrzewania płciowego; opowiadała przy
tym, że tak on, jak i jego rodzeństwo cierpieli długo na moczenie się, co w historii chorób
nerwicowych nie jest przecież bez znaczenia. W kilka tygodni później, kiedy przyszła dowiedzieć
się o stan kuracji, musiałem zwrócić jej uwagę na chorobliwość ustroju tego młodego
człowieka i powołałem się przy tym na znane mi z wywiadów moczenie. Ku memu zdziwieniu
zaoponowała przeciw temu faktowi, zarówno w odniesieniu do syna, jak i do reszty dzieci. Spytała,
skąd to mogę wiedzieć, i usłyszała wreszcie ode mnie, że mi to sama przed niedawnym czasem
opowiadała. A zatem zostało to przez nią zapomniane 6.
w a n y, jest daleka droga». Ten brat umarł przed 15 laty, po kilkuletnim cierpieniu gruźliczym.
Moja żona kochała go bardzo i często rozmawiała ze mną o nim. Przyszło mi nawet na myśl, że
owego czasu, gdy rozpoznano u niej zapalenie opłucnej, była bardzo stroskana i powiedziała ze
smutkiem: «M ó j brat umarł także na płuca». Teraz jednak pamięć o tym była tak silnie stłumiona,
że nawet po przytoczonej wyżej uwadze o wycieczce do L. moja żona nie odczuła potrzeby
sprostowania swego wyjaśnienia co do chorób w jej rodzinie. Ja zaś uprzytomniłem sobie to
zapomnienie w chwili, gdy mówiła ona o L.”
‚ Właśnie gdy byłem zajęty pisaniem tych oto stron, przydarzył mi się następujący, wprost nie do
wiary, przypadek zapomnienia. Przeglądałem l stycznia swoje notatki, by zestawić swoje rachunki
lekarskie; natknąłem się przy tym w czerwcu na nazwisko M., lecz ani rusz nie mogłem sobie
przypomnieć osoby. Moje zdziwienie wzrastało, gdy przy przewracaniu dal-
Mamy dość dużo danych potwierdzających to, że i u ludzi zdrowych, nieneurotycznych,
wspomnienie przykrych wrażeń i myśli natrafia na opór 7. Znaczenie tego faktu da się jednak
dopiero wtedy ocenić, gdy wnikniemy w psychologię osób neurotycznych. To ż yszych
kartek zorientowałem się, że przypadek ten leczyłem w sanatorium i że przez wiele tygodni
odwiedzałem tego pacjenta codziennie. Tego rodzaju chorego lekarz nie zapomina po upływie
zaledwie 6 miesięcy. Miałże by to być jakiś syfili-tyk lub w ogóle jakiś mało zajmujący przypadek?
Wreszcie przy notatce o otrzymanym honorarium przypomniałem sobie wszystko, co broniło się
przed przypomnieniem. M. była to 14-letnia dziewczyna, najdziwniejszy przypadek mej praktyki z
ostatnich lat, który mi dał naukę, jakiej chyba nigdy nie zapomnę, i którego zakończenie zgotowało
mi bardzo przykre chwile. Dziecko to zapadło na niewątpliwą histerię, a jego stan przy moim
leczeniu szybko i gruntownie poprawił się. Po tej poprawie rodzice zabrali dziecko; użalało się ono
jeszcze na bóle w jamie brzusznej, którym przypadła główna rola wśród objawów tej histerii. W
dwa miesiące później dziewczynka ta umarła na skutek nowotworu (mięsaka) gruczołów w jamie
brzusznej. Tworzenie się nowotworu wywołało histerię, do której dziecko miało i tak wrodzoną
skłonność, a ja, zaślepiony błyskotliwymi, acz niewinnymi objawami histerii, przeoczyłem może
pierwsze oznaki skradającego się złowrogiego cierpienia.
7 A. Pick zestawił niedawno (Żur Psychologie des Verges-sens bei Geistes- und Nervenkranken.
Archiv fur Kriminal– Antropologie und Krirninalistik. von H. Gross) szereg autorów, którzy
uwzględniają wpływ czynników uczuciowych na pamięć i uznają mniej lub bardziej wyraźnie, że

tendencja do obrony przed niemiłymi wzruszeniami przyczynia się do zapominania. Nikt z nas
jednak nie zdołał przedstawić tego zjawiska i jego uzasadnienia psychologicznego tak
wyczerpująco, a zarazem tak wyraziście jak Nietzsche w jednym ze swoich aforyzmów (Jen-seits
von Gut und Bose II, Hauptstiick, s. 68): „To oto uczyniłem — twierdzi moja pamięć. Niepodobna,
bym to miał uczynić — mówi moja duma i nie ustępuje. W końcu — pamięć ustępuj e”.
196
197
wiołowe dążenie do wyparcia wyobrażeń, które mogą obudzić niemiłe wrażenia, dążenie,
które można porównać chyba tylko z odruchem ucieczki przy bolesnych podrażnieniach, musimy
uważać za jeden z głównych filarów mechanizmu, na którym wspierają się objawy
histerii. Faktu istnienia takiej tendencji nie można podważać na tej podstawie, że, przeciwnie,
dość często nie możemy się pozbyć wspomnienia rzeczy przykrych, które nas prześladuje, ani
uniknąć przykrych afektów, takich jak skrucha, wyrzuty sumienia itd. Nie twierdzimy przecież, że
ta tendencja wyparcia odnosi zawsze zwycięstwo i że w grze sił psychicznych nie napotyka ona
czynników, które dla innych celów dążą do innego rezultatu i który osiągają wbrew owej tendencji.
Odgadujemy chyba, że zasadą budowy aparatu psychicznego jest uwarstwienie, że jego
instancje psychiczne tworzą warstwy; jest więc bardzo możliwe, że tendencja wyparcia
należy do niższej instancji psychicznej i że przez wyższą bywa ona hamowana. W każdym razie za
istnieniem i siłą tej skłonności do wyparcia przemawia to, że takie procesy, jak w wyżej
przytoczonych przykładach zapomnienia, możemy do niej odnieść. Widzimy, że niejedno bywa
zapomniane samo przez się; gdzie to nie jest możliwe, tam skłonność do wyparcia przesuwa swój
cel i zmusza do zapomnienia czegoś innego, choćby mniej wyraźnego, co jednak z ową zdrożnością
pozostaje w związku kojarzeniowym.
Rozwinięty tutaj pogląd, że wspomnienia przykre ze szczególną łatwością podlegają
umotywowanemu zapomnieniu, zasługuje na to, by go przenieść na różne zakresy, w których
dotychczas ten motyw zbyt mało lub też zupełnie nie bywał uwzględniany. I tak np. wydaje mi się,
że ten punkt widzenia ciągle jeszcze niedostatecznie
bierze się pod uwagę przy ocenie zeznań przed sądem8; widocznie rygorowi przysięgi
przypisuje się zbyt wielki wpływ na niezawodność psychiki świadka. Każdy się chyba zgodzi z
tym, że ten motyw wchodzi w rachubę i przy powstawaniu tradycji oraz mitycznej historii narodów,
bo usuwa on to wszystko, co może obrażać uczucia narodowe. Być może, przy baczniejszym
prześledzeniu dałoby się ustalić zupełną analogię między sposobami, w jaki tworzą się tradycje
narodów oraz dziecięce wspomnienia pojedynczych ludzi. Wielki Dar-win na swoim pojmowaniu
nieprzyjemności jako motywu zapominania oparł „złotą regułę” dla pracowników nauki9.
Podobnie jak przy zapominaniu nazwisk również przy zapominaniu wrażeń może nastąpić błędne
przypomnienie, które, o ile w nie uwierzymy, nazywamy złudzeniem pamięciowym. Rozległa
literatura traktująca o złudzeniu pamięciowym w przypadkach patologicznych nie zajmuje się
zupełnie kwestią jego pochodzenia, mimo że np. w paranoi jest to czynnik twórczy
8 Por. H. Gross Kryminalpsychologie. 1898.
9 E. Jones wskazuje następujący fragment Autobiografii Dar-wina, który odzwierciedla jego
uczciwość naukową i bystrość psychologiczną: „I had, during many years, followed a golden rule,
namely, that whenever a published fact, a new observation or thought came across me, which was
opposed to my general results, to mąkę a memorandum of it withought fail and at once; ior I had
found by experience that such facts and thoughts were far morę apt to escape from the memory than
favourable ones”. („Przez wiele lat stosowałem złotą regułę, a mianowicie, jeżeli znalazłem jakiś
opublikowany fakt, nową obserwację lub ideę, która była sprzeczna z jakimś z moich ogólnych
wyników, to notowałem je natychmiast możliwie dosłownie. Doświadczenie nauczyło mnie
bowiem, że takie fakty i doświadczenia łatwiej umykają naszej pamięci niż te, które nas

wspierają”).
198
199
obłędu. Ponieważ ten temat należy do psychologii nerwic, usuwa się on zatem w tym związku z
zakresu naszych badań. Przytoczę natomiast z własnego życia szczególny przypadek złudzenia
pamięciowego, w którym bardzo widoczne jest jego umotywowanie przez nieświadomy stłumiony
materiał, tudzież związek z nim. Kiedy pisałem dalsze rozdziały swojej książki o tłumaczeniu
marzeń sennych, znajdowałem się na letnisku i nie miałem pod ręką ani biblioteki, ani
podręczników, wskutek czego byłem zmuszony wciągać do rękopisu wszelkie cytaty i odnośniki z
pamięci, zastrzegając sobie ewentualne ich sprostowanie. W rozdziale o marzeniach na jawie
przyszła mi na myśl doskonała postać biednego buchaltera z Nababa Alphonse’a Daudeta, w
której pisarz przedstawił prawdopodobnie swe własne marzenia. Zdawało mi się, że przypominam
sobie dokładnie jedną z fantazji, którą tenże człowiek — nazwałem go panem Jocelyn — snuje
podczas swych spacerów po ulicach Paryża, i rozpocząłem ją odtwarzać z pamięci. A więc jak to
pan Jocelyn rzuca się śmiało naprzeciw rozbieganych koni, wstrzymuje powóz, drzwiczki się
otwierają, jakaś wysoka osobistość wysia-. da, ściska rękę pana Jocelyn i mówi: „Pan jest moim
wybawcą, zawdzięczam ci życie. Co mógłbym dla pana uczynić?”
Pocieszałem się, że ewentualne niedokładności w odtworzeniu tej fantazji dadzą się łatwo
sprostować w domu za pomocą książki. Kiedy jednak potem przerzucałem Nababa, aby porównać
go z gotowym do druku ustępem swego rękopisu, nie mogłem ku swemu wstydowi i zdumieniu
nic podobnego odnaleźć, a nawet biedny buchalter wcale nie nosił nazwiska Jocelyn, lecz
nazywał się pan J o y e u s e. Ta druga pomyłka dała mi klucz do rozwiązania pierwszej, tj.
złudzenia pamięciowego. J o y e u x (od czego forma żeńska jest Joyeuse)
— tak, a nie inaczej tłumaczy się na francuskie moje nazwisko: Freud. Skądże się więc wzięła ta
mylnie przeze mnie Daudetowi przypisana fantazja? Mogła być tylko moim własnym wytworem,
marzeniem dziennym, które sam wysnułem, a które albo nie doszło do mej świadomości, albo też
było mi ongiś świadome, lecz potem doszczętnie o nim zapomniałem. Być może, sam je
stworzyłem w Paryżu, gdy tak często samotnie i pełen tęsknoty przechadzałem się po ulicach
miasta, odczuwając potrzebę pomocy i protektora, dopóki mnie mistrz Charcot nie wciągnął do
swego kółka. Twórcę Nababa widywałem też często w domu Charcota 10. Niemiłe jest
10 Otrzymałem kiedyś od kogoś z kręgu swoich czytelników tomik biblioteki młodzieżowej
autorstwa F. Hoffmanna, w którym opowiedziana jest szczegółowo scena, jaką sobie wymarzyłem
na jawie w Paryżu. Zgodność rozciąga się nawet na pojedyncze, nie całkiem zwykłe wyrażenia,
jakie tam i tu występują. Nie da się całkowicie wykluczyć, że we wczesnych latach chłopięcych
rzeczywiście czytałem to czasopismo młodzieżowe. Biblioteka uczniowska naszego gimnazjum
posiadała zbiór utworów Hoffmanna i była zawsze gotowa udostępniać go uczniom w zamian
innego pokarmu duchowego. Fantazja, jaką w 43 roku życia, przypominając ją sobie,
przypisywałem komuś innemu, a później miałem poznać jako własny wytwór z 29 roku życia,
mogła być wierną reprodukcją wrażeń z okresu, gdy miałem 11-12 lat. Fantazja, jaką wymyśliłem
dla ratowania buchaltera bez pracy z Nababa, miała tylko torować drogę fantazji w ratowaniu
samego siebie, aby tęsknotę za protektorem i obrońcą uczynić znośną dla dumy. Dla żadnego
znawcy dusz nie byłoby dziwne, gdyby usłyszał, że ja sam, w świadomym wyobrażeniu sobie, że
jestem zależny od łaski protektora, przeciwstawię się temu z całą mocą i że źle zniosę nieliczne
realne sytuacje, w których wydarzyłoby się coś podobnego. Głębsze znaczenie fantazji o takiej
właśnie treści i niemal wyczerpujące wyjaśnienie jej specyfiki wydobył na światło dzienne
Abraham w swej pracy Vaterrettung und Vatermord in den neurotischen Phantasiegebilden
(„Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” VIII, 1922).

200
201
tu to tylko, że do niewielu rzeczy jestem tak bardzo uprzedzony jak właśnie do protekcji. Stosunki
w naszym kraju pod tym względem mogą zupełnie zniechęcić, a zresztą i memu charakterowi nie
odpowiada sytuacja dziecka protekcji. Odczuwałem zawsze bardzo wiele skłonności ku temu, by o
własnych siłach stać się dzielnym człowiekiem. I właśnie ja musiałem wysnuć tego rodzaju
marzenie. Zarazem jest ten przypadek dobrym przykładem, jak stłumiony — a w paranoi zwycięsko
się przedostający — stosunek do własnego „ja” przeszkadza nam w przedmiotowym ujęciu rzeczy.
Inny przypadek złudzenia pamięci, który dał się zadowalająco rozwiązać, przypomina fausse
reconnaissan-ce, o której później będzie mowa. Opowiadałem jednemu ze swoich pacjentów,
ambitnemu i bardzo zdolnemu człowiekowi, iż jakiś młody student zapisał się w poczet moich
uczniów, napisawszy interesującą pracę pt. Der Kiinstler, Versuch einer Sexualpsychologie. Gdy ta
praca w niespełna półtora roku później pojawiła się w druku, opowiadał mój pacjent jakoby
sobie z całą pewnością przypomniał, że czytał w jakimś prospekcie księgarskim wzmiankę o niej
jeszcze na miesiąc albo pół roku wcześniej, zanim mu o tym mówiłem. Ta wzmianka przyszła mu i
wówczas na myśl; skonstatował oprócz tego, że autor zmienił tytuł, gdyż broszura nie nazywa się
teraz Yersuch (próba) tylko Ansdtze (początki) zu einer Sexualpsychologie. Dokładna informacja
autora i porównanie niektórych wzmianek dziennikarskich wykazały jednak, że mój pacjent
przypomniał sobie coś, co było niemożliwe. O tej broszurce nigdy nie było żadnej wzmianki, a już
zgoła na niespełna półtora roku przed jej wydrukowaniem. Gdy zaniechałem wytłumaczenia tej
pomyłki, tenże sam młody człowiek popełnił ją na nowo. Sądził, iż zauważył niedawno w oknie
księgarni broszurę o agorafobii (lęk przestrzeni), chciał ją nabyć
202
i przeszukiwał na próżno wszystkie katalogi wydawnicze. Mogłem mu później wytłumaczyć,
dlaczego ten trud był bezowocny. Rozprawa o agorafobii pozostawała dotychczas tylko w jego
wyobraźni jako nieświadomy zamiar i miała być przez niego samego napisana. Jego ambicja, by
dorównać owemu młodemu człowiekowi, i wciągnąć się do grona mych uczniów przez podobną
pracę naukową, spowodowała pierwsze i powtórne złudzenie pamięci. Przypomniał sobie też
potem, że prospekt księgarski, na którym oparł swój tak błędny sąd, i odnosił się do dzieła
zatytułowanego Genesis — das Gesetz der Zeugung. Wzmiankowaną przez niego zmianę tytułu
zapisuję na swój rachunek, gdyż przypominam sobie, iż sam popełniłem tę niedokładność mówiąc-
Yersuch zamiast Ansdtze.
Zapominanie postanowień
W żadnej innej grupie zjawisk nie da się tak łatwo dowieść, jak właśnie przy zapominaniu
postanowień, że* samym niedostatkiem uwagi nie da się wyjaśnić po-, myłki. Postanowienie jest to
impuls do czynu, który już zaakceptowaliśmy, a którego wykonanie odkładamy jednak do
właściwszego czasu. Otóż w powstałej tak przerwie może nastąpić w motywach zmiana tego
rodzaju, że zamiar nie zostaje zapomniany, lecz tylko zrewidowany i przechowany. Zapominania
zamiarów, kto-, r emu podlegamy codziennie i w najrozmaitszych sytuacjach, nie staramy się sobie
wytłumaczyć przez zmia-f, nę w motywach, lecz zostawiamy je na ogół bez wyjaśnienia albo też
szukamy wyjaśnienia psychologicznego, przyjmując, że gdy się zbliżył czas wykonania, nie
zaistniał, jako niezbędny warunek, który istotnie spełnialiśmy przy powzięciu zamiaru,
dostateczny zakres uwagi do wykonania tego czynu. Obserwowanie nasze-
203
go normalnego zachowywania się wobec postanowień każe nam to tłumaczenie odrzucić jako zbyt
dowolne. Jeśli rankiem powezmę jakiś zamiar, który ma być wykonany wieczorem, to w ciągu dnia
mogę go sobie kilkakrotnie przypomnieć, nie potrzebuję jednak przez cały dzień przechowywać
go w świadomości. Kiedy się zbliży czas wykonania, wpadnie mi on sam na myśl i skłoni do tego,

by poczynić potrzebne przygotowania do zamierzonego czynu. Jeśli, idąc na przechadzkę, zabieram
list, który mam zamiar wrzucić do skrzyr > ;i, to nie potrzebuję przecież, jako normalny i zdrowy
człowiek, przez całą drogę trzymać go w ręku i wypatrywać skrzynki, do której mam go wrzucić,
lecz wkładam go do kieszeni, idę i pozwalam myślom bujać swobodnie, licząc na to, iż jedna z
najbliższych skrzynek zwróci moją uwagę, a wówczas wydobędę list z kieszeni.
Normalne zachowywanie się przy powziętym zamiarze zgadza się w zupełności z zachowaniem się
osób, u których w drodze eksperymentu wywołano tzw. pohipno-tyczną sugestię odroczenia „.
Zwykle opisujemy to zjawisko w następujący sposób: powzięty zamiar drzemie u danych osób aż
do momentu, w którym mamy go wykonać. Wówczas budzi się i popycha do czynu.
Są dwie sytuacje, w których nawet laik zdaje sobie z tego sprawę, że zapomnienie zamiaru w
żadnym razie nie może uchodzić za zjawisko pierwiastkowe, którego już nie można rozłożyć na
czynniki, lecz że uprawnia ono do przypuszczenia o istnieniu utajonych motywów. Mam na myśli
stosunek miłosny i służbę wojskową. Kochanek, który się nie stawił na schadzkę, na próżno będzie
się usprawiedliwiał przed damą swego serca, że niestety, całkiem o tym zapomniał; ona nie
omieszka
11 Zob. Bernheim Neue Studien iiber Hypnotismus. Suggestion und Psychotherapie. 1892.
v ,,- • ••«
mu odpowiedzieć: „Przed rokiem byłbyś nie zapomniał. Nic ci już na mnie nie zależy”. Nawet
gdyby sięgnął do wyżej wymienionego wyjaśnienia psychologicznego i swoje zapomnienie
usprawiedliwiał nagromadzeniem interesów, to tyle tylko by zyskał, że dama, która nagle stała się
tak przenikliwa jak lekarz przy psychoanalizie, odpowiedziałaby: „Szczególna rzecz, iż przedtem
podobne przeszkody nigdy się nie zdarzały”. Z pewnością dama ta nie chce przeczyć możliwości
zapomnienia, sądzi tylko, i nie bez racji, że z nieświadomego zapomnienia dadzą się wysnuć te
same wnioski co i ze świadomej wymówki.
Podobnie i w służbie wojskowej nie uwzględnia się różnicy między niewykonaniem rozkazów
przez zapomnienie i z rozmysłem. Żołnierzowi nie wolno zapominać, czego służba wojskowa odeń
wymaga. Jeśli jednak o tym zapomni, choć rozkazy są mu znane, zdarza się to wtedy, kiedy
motywom, które go popychają do wykonania powinności wojskowych, przeciwstawiają się inne.
Ochotnik, który by się usprawiedliwiał przy raporcie tym, że zapomniał oczyścić guziki, może być
pewny kary. Ale taką karę możemy uważać za błahą w stosunku do tej, która by go czekała, gdyby
motyw swego zaniechania chciał sobie i przełożonym wyznać otwarcie: „Ta nędzna służba w ogóle
mi już obrzydła”. By sobie tej kary oszczędzić, posługuje się on, w myśl zasad ekonomicznych,
zapomnieniem, które może być albo wymówką, albo też tworem kompromisowym.
Stosunki z kobietami tak jak i służba wojskowa wymagają, aby to wszystko, co z nimi ma
związek, nie podlegało zapomnieniu. W tych dwóch zakresach zapomnienie jest dopuszczalne tylko
przy nieważnych sprawach, podczas gdy przy ważnych jest oznaką, że się je chce traktować jako
nieważne, a zatem, że się im
204
205
odmawia znaczenia 1~. A wnioski o tym wartościowaniu psychicznym są tutaj rzeczywiście
uzasadnione. Żaden człowiek nie zapomina wykonać czynności ważnej dla siebie, inaczej bowiem
wystawiłby się na podejrzenie niepoczytalności. Nasze badanie może się więc odnosić tylko do
mniej lub więcej podrzędnych zamiarów. Za zupełnie obojętny nie możemy uważać żadnego
zamiaru, ? bo w tym przypadku zapewne nie zostałby wcale powzięty.
Podobnie jak w omówionych kategoriach zakłócenia • funkcji psychicznych, zbierałem
przypadki własnego zapominania postanowień, a starając się je wyjaśnić stwierdzałem, że
na ogół dadzą się one sprowadzić do wmieszania się nie znanych motywów lub też, jak by można
powiedzieć, do przeciwwoli. W wielu tych przypadkach znajdowałem się w położeniu podobnym

do stosunku służbowego, a więc pod pewnym przymusem, przeciw któremu częściowo podnosiłem
bunt, co demonstrowałem przez zapomnienie. Należy tutaj i to, że szczególnie łatwo zapominam
składać życzenia z okazji urodzin, ślubów, awansów itd. Ile razy postanowię zmienić się, zawsze
przekonuję się, iż znów mi się to nie udało. Zamierzam teraz zaniechać tego i z całą świadomością
przyznać słuszność motywom, które leżą u podstawy mojego oporu. W pewnej fazie przejściowej
powiedziałem przyjacielowi, który mnie przedtem prosił, abym i od niego wysłał telegram
gratulacyjny
12 W sztuce B. Shawa Cezar i Kleopatra Cezara rozstającego się z Egiptem dręczy przez chwilę
myśl, że jeszcze coś postanowił, ale nie pamięta, co. W końcu okazało się, że Cezar zapomniał
pożegnać się z Kleopatrą! Za pomocą tego drobnego rysu ma być uzmysłowione — zresztą w
całkowitej sprzeczności z prawdą historyczną — jak niewiele robił sobie Cezar z małej egipskiej
księżniczki (wg E. Jonesa, op. cit., s. 488).
206
w oznaczonym terminie, iż zapomnę o obydwóch. Nie można się było dziwić, że się to sprawdziło.
Mam przykre doświadczenie życiowe, iż nie umiem wyrazić współczucia tam, gdzie ono z
konieczności musi wypaść przesadnie, gdyż podobne wyrażenia nie pozostają w związku z
niewielkim udziałem mego afektu. Od czasu, gdy zorientowałem się, że rzekomą sympatię brałem
za rzeczywistą, mam opory przeciw konwenansowemu okazywaniu współczucia, którego
użyteczność społeczną skądinąd uznaję. To rozdwojenie nie dotyczy kondolen-cji z powodu
śmierci; jeśli się ha nie zdecydowałem, nie omieszkam nigdy ich nie wyrazić. Gdzie mój uczuciowy
współudział nie ma nic wspólnego z obowiązkiem towarzyskim, tam znajduje on swój wyraz i nie
bywa też nigdy hamowany przez zapomnienie.
Porucznik T. przebywający w niewoli opisuje przypadek zapomnienia, w którym tłumiony
początkowo zamiar przebija się jako przeciwwola i doprowadza do przykrej sytuacji:
„Najstarszy rangą w obozie jenieckim dla oficerów został obrażony przez jednego z kolegów. Aby
uniknąć korowodów, chciał skorzystać z jedynego środka przemocy, jaki miał do dyspozycji,
polecić wydalenie kolegi i przeniesienie do innego obozu. Dopiero na skutek rad licznych
przyjaciół zdecydował się, wbrew swemu niejawnemu życzeniu, zdystansować się od tego i wybrać
drogę honoru, która jednak musiała spowodować wielorakie nieprzyjemności. Tego samego
przedpołudnia tenże komendant przeczytał listę oficerów pod kontrolą organu dozoru. Jak dotąd,
nie zdarzyło mu się popełnić błędu, gdyż znał dobrze kolegów od dłuższego czasu. W dniu
dzisiejszym przeoczył nazwisko kolegi, który go obraził, wobec czego ten musiał pozostać na placu
sam jeden, gdy wszyscy inni już oddalili się, aż pomyłka została wyjaśniona. Przeoczone nazwisko
znajdowało się
w środku listy. Zajście to było stłumione z jednej strony jako zamierzona obelga, z drugiej jako
przykry przypadek, który może być błędnie tłumaczony. A jednak sprawca po zaznajomieniu się z
Psychopatologią Freuda przyznał słuszność pierwszej opinii”.
Przez sprzeczność między konwenansem obowiązków a właściwą wewnętrzną ich oceną, do
której nie chcemy się przyznać, tłumaczą się i te przypadki, w których zapominamy wykonać coś,
co przyrzekliśmy innym. Tutaj zdarza się regularnie, że przyrzekający wierzy w to, że zapomnienie
dostatecznie go tłumaczy, podczas gdy proszący daje sobie zwykle prawdziwą odpowiedź: „Jego to
nie interesuje wcale, inaczej by nie zapomniał”. Są ludzie, których się ogólnie charakteryzuje jako
zapomi-nalskich i dlatego pobłaża im się podobnie jak krótkowzrocznym, gdy się nie ukłonią na
ulicy13. Te osoby zapominają o wszystkich uczynionych małych obietnicach, nie wypełniają
zaleceń, które odebrały, i okazują się zawodne w drobiazgach; roszczą sobie jednak pretensje, aby
nie brać im za złe tych małych uchybień, t j. nie kłaść tego na karb ich charakteru, lecz organicznej
właściwości14. Ja sam nie należę do tych ludzi, nie miałem żadnej sposobności, by analizować
czynności po-
13 Kobiety ze swym subtelniejszym wyczuwaniem nieświadomych procesów są na ogół
sklonniejsze do pojmowania jako obrazy tego, że się ich na ulicy nie zauważyło, niż do

przypuszczenia, że ów „przestępca” jest krótkowidzem lub że był zamyślony. Wnoszą one, że byłby
je niechybnie spostrzegł, „gdyby sobie coś z nich robił”.
14 Dr S. Ferenczi opowiada o sobie, że był tak roztargniony, iż raził swoich znajomych
częstością i osobliwością czynności pomyłkowych. Jednak objawy tego roztargnienia znikły niemal
zupełnie, gdy zaczął stosować psychoanalizę u swych chorych i musiał wskutek tego zająć się także
analizą siebie. Czynności pomyłkowe zostają poniechane, gdy się znacznie rozszerzy zakres swej
odpowiedzialności. Pojmuje on tedy z zu-
208
dobnych osób i przez zbadanie tych przypadków zapominania wykryć ich umotywowanie. Sądząc
jednak na podstawie analogii nie mogę się oprzeć przypuszczeniu, że u tych ludzi istnieje spora
doza nieświadomego lekceważenia innych i że to jest motywem, który dla swych celów posługuje
się czynnikiem organicznym 15.
W innych przypadkach motywy zapominania są mniej łatwe do odnalezienia i budzą, gdy się je
odnajdzie, wielkie zdziwienie. Tak np. zauważyłem w poprzednich latach, że przy wielkiej liczbie
wizyt u chorych nigdy nie zapomniałem o innej wizycie jak tylko u pacjenta bezpłatnego lub u
kolegi. Zażenowany tym, przyzwyczaiłem się notować sobie wizyty dnia bieżącego. Nie wiem, czy
i inni lekarze z tych samych powodów nie notują swych wizyt. A teraz możemy domyślać się, co
skłania tzw. neurastenika do notowania na osławionej kartce zwierzeń, które ma uczynić lekarzowi.
Prawdopodobnie nie ufa on zdolności reprodukcyjnej swej pamięci. Jest to z pewnością słuszne,
lecz scena odbywa się najczęściej tak: chory przedłożył już swoje różne pytania i bardzo rozwlekle
opowiedział o swych dolegliwościach. Gdy już skończył, wyciąga karteczkę i mówi,
usprawiedliwiając się: „Zanotowałem tu sobie różne rzeczy, gdyż bez tego nic bym nie zapamiętał”.
Powtarza
pełną słusznością roztargnienie jako uwarunkowane przez nieświadome kompleksy, a zatem jako
uleczalne za pomocą psychoanalizy. Pewnego dnia czynił on sobie wyrzuty, że zbłądził w
psychoanalizie jednego ze swych pacjentów. Tegoż dnia wznowiły się wszystkie jego
„roztargnienia”. Idąc ulicą potknął się kilkakrotnie (zobrazowanie owego faux pas w leczeniu),
zapomniał zabrać portfel, nie pozapinał ubrania itd.
15 E. Jones zauważa tutaj: „Often the resistance is of a ge-neral order. Thus a busy mań forgets to
post letters entrusted to him — to his slight annoyance — by his wife, just as hę may «forget» to
carry out her shopping orders”.
209
potem punkt po punkcie i odpowiada sam sobie: „Tak, o to się już pytałem”. Demonstruje on przez
tę kartkę prawdopodobnie tylko jeden z objawów, tj. to, jak często jego zamiary ulegają zamąceniu
wskutek niejasnych motywów.
Poruszę teraz sprawę słabostki, której podlega większa część moich zdrowych znajomych, i
szczerze wyznam, że, zwłaszcza w poprzednich latach, bardzo łatwo i przez dłuższy czas
zapominałem oddawać pożyczone książki lub też ze szczególną łatwością przydarzało mi się
zwlekać z płaceniem należności. Pewnego poranku wyszedłem, nie zapłaciwszy, ze sklepu z
tytoniem i cygarami, w którym się zwykle zaopatruję na cały dzień. Było to wysoce niewinne
zapomnienie, gdyż jestem tam znany i mogłem się spodziewać, iż następnego dnia przypomną mi o
moim długu. Ta drobna niedbałość, próba robienia długów, nie była z pewnością bez związku z
refleksjami dotyczącymi mego budżetu, nad którym dnia poprzedniego się zastanawiałem. W
stosunku do pieniędzy i własności nawet bardzo porządni ludzie są z sobą w niezgodzie.
Widzimy, że pierwotna chciwość niemowlęcia, które chce zagarnąć wszystkie przedmioty
(aby je wziąć do ust), jest, ogólnie biorąc, dostatecznie przezwyciężona dzięki kulturze i
wychowaniu 16.
18 Radbym tu dodać, że w sprawach pieniężnych pamięć okazuje się szczególnie stronnicza.
Złudzenia pamięci, że się coś już zapłaciło, bywają bardzo uporczywe. Tani, gdzie chęć zysku nie
dotyczy wielkich spraw życiowych, lecz jest uprawiana raczej dla zabawy, a wskutek tego nie

krępowana, jak np. przy kartach, występuje nawet u najuczciwszych ludzi skłonność do
pomyłek pamięci w liczeniu; popełniają oni, często sami nawet nie wiedząc, w jaki sposób,
drobne oszustwa. Zdaje się, że o psychicznie odświeżającej istocie gry stanowi w znacznej
części właśnie powyższa swoboda. Można się zgodzić na przysłowie, że w grze poznaje się
charakter człowieka, jeżeli uzupełnimy: stłumiony charakter. Jeżeli u osób płacących zachodzą
210
Boję się, że przytoczone powyżej przykłady są wprost banalne; dobrze jednak, że poruszam tu
sprawy, które każdemu są znane i które każdy na swój sposób rozumie, bo wszak podjąłem zamiar
zbierania i zużytkowania naukowo tylko rzeczy codziennych. Nie rozumiem, dlaczego mądrość
życiowa, będąca zbiegiem zwykłych życiowych doświadczeń, nie miałaby należeć do.skarbca
nauki. O istocie i charakterze rzeczy naukowej stanowi bowiem nie odmienność przedmiotu, lecz
ścisłość metody badania, tudzież doszukiwanie się dalekich związków.
Co się tyczy zamiarów ważniejszych, to ustaliliśmy, że na ogół bywają one wtedy zapominane,
kiedy przeciwstawiają się im ciemne motywy; przy mniej ważnych zamiarach stwierdzamy, jako
drugi mechanizm zapominania, że opór przenosi się z czegoś innego na ten zamiar, przy czym
między tym innym a treścią zamiaru wytwarza się zewnętrzne skojarzenie. Należy tutaj następujący
przykład. Przywiązuję pewną wagę do pięknej bibuły i postanawiam kupić sobie w czasie
dzisiejszego poobiedniego spaceru nowy jej arkusz. Ale przez cztery dni następne z rzędu
zapominałem o tym, aż w końcu pytam się sam siebie, jaka przyczyna spowodowała zapomnienie.
Z łatwością ją odnalazłem, gdy tylko sobie
jeszcze nieumyślne pomyłki, to należy je widocznie tak samo osądzać. U kupców często można
zaobserwować pewne zwlekanie z wydawaniem pieniędzy, przy płaceniu rachunków itp., które
właścicielowi nie przynosi żadnego zysku, lecz jest psychologicznie zrozumiałe jako przejaw
niechęci do wyzbywania się pieniędzy. Ze właśnie kobiety okazują szczególną niechęć do płacenia
lekarzowi, pozostaje to w związku z najpoufniej-szymi i najmniej uświadomionymi sprawami
psychicznymi. Zazwyczaj zapominają one portmonetki, dlatego nie mogą zapłacić w czasie wizyty,
zapominają potem przysłać honorarium z domu i przeforsowują w ten sposób, że się je leczyło za
darmo („dla ich pięknych oczu”). Płacą niejako swym widokiem.
211
go normalnego zachowywania się wobec postanowień: każe nam to tłumaczenie odrzucić jako zbyt
dowolne.1 Jeśli rankiem powezmę jakiś zamiar, który ma być wykonany wieczorem, to w ciągu
dnia mogę go sobie kilkakrotnie przypomnieć, nie potrzebuję jednak przez cały dzień
przechowywać go w świadomości. Kiedy się zbliży czas wykonania, wpadnie mi on sam na myśl i
skłoni do tego, by poczynić potrzebne przygotowania do zamierzonego czynu. Jeśli, idąc na
przechadzkę, zabieram list, który mam zamiar wrzucić do skrzyi > ;i, to nie potrzebuję przecież,
jako normalny i zdrowy człowiek, przez całą drogę trzymać go w ręku i wypatrywać skrzynki, do
której mam go wrzucić, lecz wkładam go do kieszeni, idę i pozwalam myślom bujać swobodnie,
licząc na to, iż jedna z najbliższych skrzynek zwróci moją uwagę, a wówczas wydobędę
list z kieszeni. Normalne zachowywanie się przy powziętym zamiarze zgadza się w zupełności z
zachowaniem się osób, u których w drodze eksperymentu wywołano tzw. pohipno-tyczną sugestię
odroczenia „. Zwykle opisujemy to zjawisko w następujący sposób: powzięty zamiar drzemie u
danych osób aż do momentu, w którym mamy go wykonać. Wówczas budzi się i popycha do
czynu.
Są dwie sytuacje, w których nawet laik zdaje sobie z tego sprawę, że zapomnienie zamiaru w
żadnym razie nie może uchodzić za zjawisko pierwiastkowe, którego już nie można rozłożyć na
czynniki, lecz że uprawnia ono do przypuszczenia o istnieniu utajonych motywów. Mam na myśli
stosunek miłosny i służbę wojskową. Kochanek, który się nie stawił na schadzkę, na próżno będzie
się usprawiedliwiał przed damą swego serca, że niestety, całkiem o tym zapomniał; ona nie
omieszka
11 Zob. Bernheim Neue Studien iiber Hypnotismus. Suggestion

und Psychotherapie. 1892. .,
mu odpowiedzieć: „Przed rokiem byłbyś nie zapomniał. Nic ci już na mnie nie zależy”. Nawet
gdyby sięgnął do wyżej wymienionego wyjaśnienia psychologicznego i swoje zapomnienie
usprawiedliwiał nagromadzeniem interesów, to tyle tylko by zyskał, że dama, która nagle stała się
tak przenikliwa jak lekarz przy psychoanalizie, odpowiedziałaby: „Szczególna rzecz, iż przedtem
podobne przeszkody nigdy się nie zdarzały”. Z pewnością dama ta nie chce przeczyć możliwości
zapomnienia, sądzi tylko, i nie bez racji, że z nieświadomego zapomnienia dadzą się wysnuć te
same wnioski co i ze świadomej wymówki.
Podobnie i w służbie wojskowej nie uwzględnia się różnicy między niewykonaniem rozkazów
przez zapomnienie i z rozmysłem. Żołnierzowi nie wolno zapominać, czego służba wojskowa odeń
wymaga. Jeśli jednak o tym zapomni, choć rozkazy są mu znane, zdarza się to wtedy, kiedy
motywom, które go popychają do wykonania powinności wojskowych, przeciwstawiają się inne.
Ochotnik, który by się usprawiedliwiał przy raporcie tym, że zapomniał oczyścić guziki, może być
pewny kary. Ale taką karę możemy uważać za błahą w stosunku do tej, która by go czekała, gdyby
motyw swego zaniechania chciał sobie i przełożonym wyznać otwarcie: „Ta nędzna służba w ogóle
mi już obrzydła”. By sobie tej kary oszczędzić, posługuje się on, w myśl zasad ekonomicznych,
zapomnieniem, które może być albo wymówką, albo też tworem kompromisowym.
Stosunki z kobietami tak jak i służba wojskowa wymagają, aby to wszystko, co z nimi ma
związek, nie podlegało zapomnieniu. W tych dwóch zakresach zapomnienie jest dopuszczalne tylko
przy nieważnych sprawach, podczas gdy przy ważnych jest oznaką, że się je chce traktować jako
nieważne, a zatem, że się im
204
205
odmawia znaczenia 12. A wnioski o tym wartościowaniu psychicznym są tutaj rzeczywiście
uzasadnione. Żaden człowiek nie zapomina wykonać czynności ważnej dla siebie, inaczej bowiem
wystawiłby się na podejrzenie niepoczytalności. Nasze badanie może się więc odnosić tylko do
mniej lub więcej podrzędnych zamiarów. Za zupełnie obojętny nie możemy uważać żadnego
zamiaru, bo w tym przypadku zapewne nie zostałby wcale powzięty.
Podobnie jak w omówionych kategoriach zakłócenia funkcji psychicznych, zbierałem przypadki
własnego zapominania postanowień, a starając się je wyjaśnić stwierdzałem, że na ogół
dadzą się one sprowadzić do wmieszania się nie znanych motywów lub też, jak by można
powiedzieć, do przeciwwoli. W wielu tych przypadkach znajdowałem się w położeniu podobnym
do stosunku służbowego, a więc pod pewnym przymusem, przeciw któremu częściowo podnosiłem
bunt, co demonstrowałem przez zapomnienie. Należy tutaj i to, że szczególnie łatwo zapominam
składać życzenia z okazji urodzin, ślubów, awansów itd. Ile razy postanowię zmienić się, zawsze
przekonuję się, iż znów mi się to nie udało. Zamierzam teraz zaniechać tego i z całą świadomością
przyznać słuszność motywom, które leżą u podstawy mojego oporu. W pewnej fazie przejściowej
powiedziałem przyjacielowi, który mnie przedtem prosił, abym i od niego wysłał telegram
gratulacyjny
12 W sztuce B. Shawa Cezar i Kleopatra Cezara rozstającego się z Egiptem dręczy przez chwilę
myśl, że jeszcze coś postanowił, ale nie pamięta, co. W końcu okazało się, że Cezar zapomniał
pożegnać się z Kleopatrą! Za pomocą tego drobnego rysu ma być uzmysłowione — zresztą w
całkowitej sprzeczności z prawdą historyczną — jak niewiele robił sobie Cezar z małej egipskiej
księżniczki (wg E. Jonesa, op. cit., s. 488).
w oznaczonym terminie, iż zapomnę o obydwóch. Nie można się było dziwić, że się to sprawdziło.
Mam przykre doświadczenie życiowe, iż nie umiem wyrazić współczucia tam, gdzie ono z
konieczności musi wypaść przesadnie, gdyż podobne wyrażenia nie pozostają w związku z

niewielkim udziałem mego afektu. Od czasu, gdy zorientowałem się, że rzekomą sympatię brałem
za rzeczywistą, mam opory przeciw konwenansowemu okazywaniu współczucia, którego
użyteczność społeczną skądinąd uznaję. To rozdwojenie nie dotyczy kondolen-cji z powodu
śmierci; jeśli się ha nie zdecydowałem, nie omieszkam nigdy ich nie wyrazić. Gdzie mój uczuciowy
współudział nie ma nic wspólnego z obowiązkiem towarzyskim, tam znajduje on swój wyraz i nie
bywa też nigdy hamowany przez zapomnienie.
Porucznik T. przebywający w niewoli opisuje przypadek zapomnienia, w którym tłumiony
początkowo zamiar przebija się jako przeciwwola i doprowadza do przykrej sytuacji:
„Najstarszy rangą w obozie jenieckim dla oficerów został obrażony przez jednego z kolegów. Aby
uniknąć korowodów, chciał skorzystać z jedynego środka przemocy, jaki miał do dyspozycji,
polecić wydalenie kolegi i przeniesienie do innego obozu. Dopiero na skutek rad licznych
przyjaciół zdecydował się, wbrew swemu niejawnemu życzeniu, zdystansować się od tego i wybrać
drogę honoru, która jednak musiała spowodować wielorakie nieprzyjemności. Tego samego
przedpołudnia tenże komendant przeczytał listę oficerów pod kontrolą organu dozoru. Jak dotąd,
nie zdarzyło mu się popełnić błędu, gdyż znał dobrze kolegów od dłuższego czasu. W dniu
dzisiejszym przeoczył nazwisko kolegi, który go obraził, wobec czego ten musiał pozostać na placu
sam jeden, gdy wszyscy inni już oddalili się, aż pomyłka została wyjaśniona. Przeoczone nazwisko
znajdowało się
206
207
w środku listy. Zajście to było stłumione z jednej strony jako zamierzona obelga, z drugiej jako
przykry przypadek, który może być błędnie tłumaczony. A jednak sprawca po zaznajomieniu się z
Psychopatologią Freuda przyznał słuszność pierwszej opinii”.
Przez sprzeczność między konwenansem obowiązków a właściwą wewnętrzną ich oceną, do
której nie chcemy się przyznać, tłumaczą się i te przypadki, w których zapominamy wykonać coś,
co przyrzekliśmy innym. Tutaj zdarza się regularnie, że przyrzekający wierzy w to, że zapomnienie
dostatecznie go tłumaczy, podczas gdy proszący daje sobie zwykle prawdziwą odpowiedź: „Jego to
nie interesuje wcale, inaczej by nie zapomniał”. Są ludzie, których się ogólnie charakteryzuje jako
zapomi-nalskich i dlatego pobłaża im się podobnie jak krótkowzrocznym, gdy się nie ukłonią na
ulicy 13. Te osoby zapominają o wszystkich uczynionych małych obietnicach, nie wypełniają
zaleceń, które odebrały, i okazują się zawodne w drobiazgach; roszczą sobie jednak pretensje, aby
nie brać im za złe tych małych uchybień, t j. nie kłaść tego na karb ich charakteru, lecz organicznej
właściwości u. Ja sam nie należę do tych ludzi, nie miałem żadnej sposobności, by analizować
czynności po-
13 Kobiety ze swym subtelniejszym wyczuwaniem nieświadomych procesów są na ogól
skłonniejsze do pojmowania jako obrazy tego, że się ich na ulicy nie zauważyło, niż do
przypuszczenia, że ów „przestępca” jest krótkowidzem lub że był zamyślony. Wnoszą one, że byłby
je niechybnie spostrzegł, „gdyby sobie coś z nich robił”.
14 Dr S. Ferenczi opowiada o sobie, że był tak roztargniony, iż raził swoich znajomych
częstością i osobliwością czynności pomyłkowych. Jednak objawy tego roztargnienia znikły niemal
zupełnie, gdy zaczął stosować psychoanalizę u swych chorych i musiał wskutek tego zająć się także
analizą siebie. Czynności pomyłkowe zostają poniechane, gdy się znacznie rozszerzy zakres swej
odpowiedzialności. Pojmuje on tedy z zu-
208
dobnych osób i przez zbadanie tych przypadków zapominania wykryć ich umotywowanie. Sądząc
jednak na podstawie analogii nie mogę się oprzeć przypuszczeniu, że u tych ludzi istnieje spora
doza nieświadomego lekceważenia innych i że to jest motywem, który dla swych celów posługuje
się czynnikiem organicznym 15.

W innych przypadkach motywy zapominania są mniej łatwe do odnalezienia i budzą, gdy się je
odnajdzie, wielkie zdziwienie. Tak np. zauważyłem w poprzednich latach, że przy wielkiej liczbie
wizyt u chorych nigdy nie zapomniałem o innej wizycie jak tylko u pacjenta bezpłatnego lub u
kolegi. Zażenowany tym, przyzwyczaiłem się notować sobie wizyty dnia bieżącego. Nie wiem, czy
i inni lekarze z tych samych powodów nie notują swych wizyt. A teraz możemy domyślać się, co
skłania tzw. neurastenika do notowania na osławionej kartce zwierzeń, które ma uczynić lekarzowi.
Prawdopodobnie nie ufa on zdolności reprodukcyjnej swej pamięci. Jest to z pewnością słuszne,
lecz scena odbywa się najczęściej tak: chory przedłożył już swoje różne pytania i bardzo rozwlekle
opowiedział o swych dolegliwościach. Gdy już skończył, wyciąga karteczkę i mówi,
usprawiedliwiając się: „Zanotowałem tu sobie różne rzeczy, gdyż bez tego nic bym nie zapamiętał”.
Powtarza
pełną słusznością roztargnienie jako uwarunkowane przez nieświadome kompleksy, a zatem jako
uleczalne za pomocą psychoanalizy. Pewnego dnia czynił on sobie wyrzuty, że zbłądził w
psychoanalizie jednego ze swych pacjentów. Tegoż dnia wznowiły się wszystkie jego
„roztargnienia”. Idąc ulicą potknął się kilkakrotnie (zobrazowanie owego faux pas w leczeniu),
zapomniał zabrać portfel, nie pozapinał ubrania itd.
15 E. Jones zauważa tutaj: „Often the resistance is of a ge-neral order. Thus a busy mań forgets to
post letters entrusted to him — to his slight annoyance — by his wife, just as hę may «forget» to
carry out her shopping orders”.
209
potem punkt po punkcie i odpowiada sam sobie: „Tak, o to się już pytałem”. Demonstruje on przez
tę kartkę prawdopodobnie tylko jeden z objawów, tj. to, jak często jego zamiary ulegają zamąceniu
wskutek niejasnych motywów.
Poruszę teraz sprawę słabostki, której podlega większa część moich zdrowych znajomych, i
szczerze wyznam, że, zwłaszcza w poprzednich latach, bardzo łatwo i przez dłuższy czas
zapominałem oddawać pożyczone książki lub też ze szczególną łatwością przydarzało mi się
zwlekać z płaceniem należności. Pewnego poranku wyszedłem, nie zapłaciwszy, ze sklepu z
tytoniem i cygarami, w którym się zwykle zaopatruję na cały dzień. Było to wysoce niewinne
zapomnienie, gdyż jestem tam znany i mogłem się spodziewać, iż następnego dnia przypomną mi o
moim długu. Ta drobna niedbałość, próba robienia długów, nie była z pewnością bez związku z
refleksjami dotyczącymi mego budżetu, nad którym dnia poprzedniego się zastanawiałem. W
stosunku do pieniędzy i własności nawet bardzo porządni ludzie są z sobą w niezgodzie.
Widzimy, że pierwotna chciwość niemowlęcia, które chce zagarnąć wszystkie przedmioty
(aby je wziąć do ust), jest, ogólnie biorąc, dostatecznie przezwyciężona dzięki kulturze i
wychowaniu 16.
18 Radbym tu dodać, że w sprawach pieniężnych pamięć okazuje się szczególnie stronnicza.
Złudzenia pamięci, że się coś już zapłaciło, bywają bardzo uporczywe. Tarn, gdzie chęć zysku nie
dotyczy wielkich spraw życiowych, lecz jest uprawiana raczej dla zabawy, a wskutek tego nie
krępowana, jak np. przy kartach, występuje nawet u najuczciwszych ludzi skłonność do
pomyłek pamięci w liczeniu; popełniają oni, często sami nawet nie wiedząc, w jaki sposób,
drobne oszustwa. Zdaje się, że o psychicznie odświeżającej istocie gry stanowi w znacznej
części właśnie powyższa swoboda. Można się zgodzić na przysłowie, że w grze poznaje się
charakter człowieka, jeżeli uzupełnimy: stłumiony charakter. Jeżeli u osób płacących zachodzą
210
Boję się, że przytoczone powyżej przykłady są wprost banalne; dobrze jednak, że poruszam tu
sprawy, które każdemu są znane i które każdy na swój sposób rozumie, bo wszak podjąłem zamiar
zbierania i zużytkowania naukowo tylko rzeczy codziennych. Nie rozumiem, dlaczego mądrość
życiowa, będąca zbiegiem zwykłych życiowych doświadczeń, nie miałaby należeć do. skarbca
nauki. O istocie i charakterze rzeczy naukowej stanowi bowiem nie odmienność przedmiotu, lecz
ścisłość metody badania, tudzież doszukiwanie się dalekich związków.

Co się tyczy zamiarów ważniejszych, to ustaliliśmy, że na ogół bywają one wtedy zapominane,
kiedy przeciwstawiają się im ciemne motywy; przy mniej ważnych zamiarach stwierdzamy, jako
drugi mechanizm zapominania, że opór przenosi się z czegoś innego na ten zamiar, przy czym
między tym innym a treścią zamiaru wytwarza się zewnętrzne skojarzenie. Należy tutaj następujący
przykład. Przywiązuję pewną wagę do pięknej bibuły i postanawiam kupić sobie w czasie
dzisiejszego poobiedniego spaceru nowy jej arkusz. Ale przez cztery dni następne z rzędu
zapominałem o tym, aż w końcu pytam się sam siebie, jaka przyczyna spowodowała zapomnienie.
Z łatwością ją odnalazłem, gdy tylko sobie
jeszcze nieumyślne pomyłki, to należy je widocznie tak samo osądzać. U kupców często można
zaobserwować pewne zwlekanie z wydawaniem pieniędzy, przy płaceniu rachunków itp., które
właścicielowi nie przynosi żadnego zysku, lecz jest psychologicznie zrozumiałe jako przejaw
niechęci do wyzbywania się pieniędzy. Ze właśnie kobiety okazują szczególną niechęć do płacenia
lekarzowi, pozostaje to w związku z najpoufniej-szymi i najmniej uświadomionymi sprawami
psychicznymi. Zazwyczaj zapominają one portmonetki, dlatego nie mogą zapłacić w czasie wizyty,
zapominają potem przysłać honorarium z domu i przeforsowują w ten sposób, że się je leczyło za
darmo („dla ich pięknych oczu”). Płacą niejako swym widokiem.
211
przypomniałem, że piszę wprawdzie Loschpapier, ale mówię Fliesspapier (jedno i drugie: bibuła).
Fliess to nazwisko mego przyjaciela w Berlinie, który mi w tych dniach dał powód do dręczących i
gnębiących myśli. Nie mogę się wprawdzie pozbyć tych myśli, ale skłonność do ich wyparcia
przejawia się w tym, że za pośrednictwem wyrazu podobnie brzmiącego przenosi się na obojętny i
dlatego mniej oporny zamiar.
Wyraźna przeciwwola, tudzież odleglejsze motywy współdziałają w następującym
przykładzie. W zbiorze Grenzfragen des Nerven- und Seelenlebens napisałem krótką rozprawę o
marzeniach sennych, która streszcza moje dzieło Die Traumdeutung. Bergmann z Wiesbaden
przysyła korektę i prosi o szybkie załatwienie, gdyż chce wydać ten zeszyt jeszcze przed Bożym
Narodzeniem. Robię korektę zaraz w nocy i kładę ją na swym biurku, aby ją zabrać następnego
ranka. Nazajutrz zapominam o tym i dopiero po obiedzie przypominam sobie spostrzegłszy pakiet
na biurku. Niemniej jednak zapominam o niej po obiedzie, wieczorem, tudzież następnego poranka.
Otrząsam się wreszcie po południu dnia następnego, wrzucam ją do skrzynki i dziwię się przy tym,
co też mogło być powodem tej zwłoki. Widocznie nie chcę jej wysłać, ale dlaczego? Na tym
samym spacerze wstępuję do swego wiedeńskiego wydawcy, który też wydał książkę o marzeniach
sennych, zamawiam coś u niego i powiadam, jakby pod wpływem jakiejś nagłej myśli: „Czy wie
pan, napisałem po raz drugi o marzeniach sennych”. „Oho!”… „Niech się pan uspokoi, jest to tylko
krótki artykuł do zbioru Lówenfeld a-K u r e 1-1 a”. On się jednak tym nie zadowolił, obawiał się
bowiem, że ta rozprawka zaszkodzi rozchodzeniu się książki. Zaprzeczyłem i powiedziałem w
końcu: „A gdybym się wcześniej do pana zwrócił, czy zabroniłby mi pan opublikowania?” „Z
pewnością nie”. Sądzę, że miałem
212
prawo tak postąpić i nie zrobiłem nic innego, jak to, ce się zwykle praktykuje; a jednak jestem
przekonany, że podobne wątpliwości, jakie wyraził wydawca, były motywem mojej zwłoki w
wysyłce korekty. Te skrupuły odnoszą się do wcześniejszej okoliczności, przy której inny wydawca
stawiał mi trudności, gdy ja, jak to zresztą jest nieuniknione, wprowadziłem bez zmiany kilka
stronic tekstu z mojej pracy o porażeniach mózgowych u dzieci do podręcznika Nothnagela. I tam
zarzut nie był słuszny, gdyż podobnie jak przy Die Traumdeutung zawiadomiłem lojalnie swego
pierwszego wydawcę o swym zamiarze. Cofając się dalej w swych wspomnieniach wpadam na
jeszcze wcześniejszą okoliczność, tłumaczenie z francuskiego, przy której rzeczywiście naruszyłem
prawa autorskie ochraniające publikacje. Do przetłumaczonego tekstu dodałem uwagi nie
uzyskawszy na nie pozwolenia autora i w parę lat później miałem pewne dane, by przypuścić, iż
autor nie był zadowolony z tej mojej samowoli.

Istnieje przysłowie niemieckie, które wyraża powszechny pogląd, iż zapomnienie zamiaru nie jest
rzeczą przypadku. „O czym się raz zapomniało, o tym się potem częściej zapomina”.
Nie można się oprzeć wrażeniu, że wszystko, cokolwiek da się powiedzieć o czynnościach
pomyłkowych i zapominaniu, jest znane ludziom jako coś, co się samo przez się rozumie, i wydaje
się dziwne, że tak dobrze znane rzeczy trzeba im dopiero uświadamiać. Jakże często słyszałem:
„Nie dawaj mi tego zlecenia, na pewno o nim zapomnę”. Sprawdzenie się tej przepowiedni nie
zawierało z pewnością nic mistycznego. Ten, co tak mówił, czuł w sobie postanowienie, żeby
zlecenia nie wykonać, i wzdrygał się tylko przyznać do tego.
Zapominanie zamiarów ukazuje się zresztą w praw-‚ dziwym świetle przy tzw. powzięciu
fałszywych zamia-
213
. Przyrzekłem raz pewnemu młodemu autorowi napisać referat o jego małym dziełku,
odroczyłem to jednak na skutek jakichś nie znanych mi wewnętrznych oporów. Wreszcie pewnego
dnia, uległszy jego naleganiom, przyrzekłem, że wykonam to jeszcze tego samego wieczoru.
Miałem też szczery zamiar tak uczynić, ale zapomniałem, że na tenże wieczór przypadło mi
napisanie orzeczenia lekarskiego, czego w żaden sposób nie mogłem odwlec. Widząc, że mój
zamiar jest nieszczery, zaniechałem walki z oporami i odmówiłem autorowi.
iał viii Pomyłki
w działaniu
Z przytoczonej pracy R. Meringera i A. Mayera cytuję jeszcze następujący ustęp (s. 98): „Błędy
językowe nie są odosobnione. Odpowiadają one pomyłkom, które często pojawiają się przy innych
czynnościach ludzkich, a które dość niezręcznie nazywamy zapomnieniami”.
Nie jestem więc pierwszym, który dopatruje się zamiaru i sensu w drobnych zaburzeniach
czynności życia codziennego u zdrowych ludzi1.
Jeśli pomyłki w mowie, która przecież jest funkcją ruchową, dadzą się w ten sposób pojąć, to
możemy spodziewać się tego samego i po pomyłkach w innych czynnościach ruchowych.
Rozróżniam tutaj dwie grupy przypadków. Wszystkie te pomyłki, których efekt jest istotną treścią,
a więc odstępstwo od pierwotnej intencji, określam jako pomyłki w działaniu; natomiast inne, w
których raczej cała czynność wydaje się bezcelowa, nazywam czynnością symptomatyczną i
przypadkową. Podziału tego nie da się jednak ściśle przeprowadzić; przejdziemy bowiem wkrótce
do przekonania, że wszystkie w tej rozprawie ustanowione rozgraniczenia mają tylko znaczenie
opisowe i pozostają w sprzeczności z wewnętrzną jednością tego obszaru zjawiskowego.
1 Druga publikacja R. Meringera przekonała mnie, że skrzywdziłem tego autora domyślając się u
niego takiego rozumienia.
215
Psychologiczne zrozumienie „pomyłki w działaniu” nie zyskuje oczywiście na jasności, jeżeli
pomyłki te określimy jako niezborność, a szczególnie jako niezborność korową. Postarajmy się
raczej wyświetlić na poszczególnych przykładach każdorazowe warunki powstawania tych
pomyłek. Posłużę się tutaj znowu obserwacjami poczynionymi na sobie samym, do których niezbyt
zresztą często miewam sposobność.
a. Dawniejszymi laty, gdy częściej niż obecnie odwiedzałem pacjentów w ich domach, zdarzało
mi się często, iż przed drzwiami, do których miałem zapukać lub zadzwonić, wyjmowałem klucz od
swego własnego mieszkania, by go wkrótce ze wstydem z powrotem schować do kieszeni. Gdy
zestawię, u jakich pacjentów mi się to wydarzyło, to muszę przyjąć, że ta pomyłka w działaniu —
wyjęcie klucza zamiast zadzwonienia — oznaczała przychylność dla domu, w którym tę pomyłkę
popełniłem. Była ona równoznaczna z myślą: „Tu jestem jak w domu”, gdyż wydarzało się to tylko
tam, gdzie lubiłem chorego. (Do swego własnego mieszkania nie dzwonię, naturalnie, nigdy).
Pomyłka była więc tu symbolicznym przedstawieniem myśli w świadomości nie tak serio
traktowanej, bo po prawdzie to lekarz neurolog wie dokładnie, że chory tylko tak długo żywi doń

przywiązanie, póki się spodziewa dla siebie korzyści, tudzież że lekarz interesuje się pacjentem li
tylko, by go psychicznie podtrzymać.
To, że pełne sensu, choć błędne manipulowanie kluczem nie jest szczególną właściwością mojej
osoby, wynika z samoobserwacji innych osób.
Niemal identyczne powtarzanie moich doświadczeń opisuje A. Maeder2: „II est arrwe d chacun de
sortir
2 A. Maeder Contribution d la psychopathologie de la vie quotidienne. „Archives de
Psychologie” VI, 1907.
son trousseau, en arrwant a la porte d’un ami particu-lierement cher, de se surprendre pour ainsi
dire, en train d’ouvrir avec są cle comme chez soi. C’est un re-tard, puisqu’il faut sonner malgre tout,
mais c’est une preuve qu’on se sent — ou qu’on voudrait se sentir — comme chez soi, aupres de cet
ami”.
E. Jones 3: „The use of keys is a fertil source of oc-currences of this kind of which two exemples
may be given. If I am disturbed in the midst of some engross-ing work at home by having to go to
the hospital to carry out some routine work, I am very apt to find myself trying to open the door of
my laboratory there with the key of my desk at home, although the two keys arę ąuite unlike each
other. The mistake un-consciously demonstrates where I would rather be at the moment.
Some years ago I was acting in a subordinate position at a certain institution, the front door of
which was kept locked, so that it was necessary to ring for admission. On several occasions I found
myself making serious at-tempts to open the door with my house key. Each one of the permanent
visiting staff of which I aspired to be a member, was provided with a key to avoid the trouble of
having to wait at the door. My mistakes thus express-ed my desire to be on a similar footing, and to
be ąuite «at home» there!”
Dr Hans Sachs informuje o czymś podobnym: „Zawsze noszę przy sobie dwa klucze, jeden od
drzwi kancelarii, drugi od swego mieszkania. Nie można ich zamienić, gdyż ten od kancelarii jest
co najmniej trzy razy większy od tamtego. Ponadto pierwszy noszę w kieszeni spodni, a drugi w
kamizelce. A mimo to zdarzało się nierzadko, że już stojąc przed drzwiami miałem
E. Jones, op. cit., s. 509.
217
216
w ręku klucz przygotowany na schodach, ale nie ten właściwy. Postanowiłem zrobić próbę
statystyczną. Ponieważ codziennie staję przed obu drzwiami w podobnym nastroju, mylenie obu
kluczy musi wykazać regularną tendencję, jeżeli nie miałoby to być inaczej zdeterminowane.
Obserwacja kolejnych przypadków wykazała, że regularnie przed drzwiami kancelarii wyjmuję
klucz od mieszkania i tylko jeden jedyny raz było odwrotnie: wracałem do domu zmęczony, gdzie,
jak już wiedziarem, czekał na mnie zapowiedziany gość. Znalazłszy się przed drzwiami usiłowałem
je otworzyć o wiele za dużym kluczem od kancelarii”.
b. W pewnym domu, gdzie od sześciu lat po dwa razy dziennie o tejże samej godzinie czekam na
drugim piętrze na otworzenie drzwi, zdarzyło mi się przez długi czas tylko dwa razy (i to krótko po
sobie), że poszedłem o piętro wyżej; a zatem zapędziłem się, poszedłem za wysoko. Za pierwszym
razem zaprzątały mnie ambitne marzenia dzienne, które kazały mi „iść coraz wyżej, a wyżej”.
Postawiwszy już nogę na pierwszych stopniach trzeciego piętra nie dosłyszałem jeszcze, że
właściwe drzwi już się otworzyły. Innym razem poszedłem, „zatopiony w myślach”, znów za
daleko. Gdy to zauważyłem, zawróciłem i starałem się przyłapać opanowującą mnie fantazję;
stwierdziłem, że zirytowałem się urojoną krytyką swoich dzieł, w której robiono mi zarzut, że „za
daleko idę”; w mniej delikatny sposób można by to wyrazić, że zapędziłem się.
c. Na moim biurku leżą od wielu lat obok siebie młotek lekarski i kamerton. Pewnego dnia
spieszę, po godzinie przyjęć, z domu na pociąg; w jasny dzień zamiast młotka wkładam do kieszeni

kamerton i dopiero ciężar przedmiotu zwraca moją uwagę na pomyłK.^. Kto nie przywykł
zastanawiać się nad takimi błahostkami, ten bez wątpienia będzie tę pomyłkę tłumaczyć
pośpiechem.
218
Wolałem jednak postawić sobie pytanie, dlaczego właściwie zabrałem zamiast młotka kamerton,
wszak pośpiech mógłby być również motywem tego, aby dokładnie wykonać ten ruch, żeby nie
tracić czasu na poprawkę.
Kto miał ostatnio kamerton w ręku? — brzmi pytanie, które mi się zaraz nasuwa. Było to przed
kilkoma dniami idiotyczne dziecko, u którego badałem wrażliwość zmysłów; kamerton przykuł
jego uwagę tak, że z trudnością mu go odebrałem. Czyżby to jednak miało znaczyć, że ja jestem
idiotą? W istocie, tak się wy-^ daje, gdyż następna myśl, która się z młotkiem kojarzy, brzmi
chamer (po hebrajsku — osioł)4.
Co ma oznaczać to wymyślanie? Trzeba zbadać sytuację. Spieszę na konsultację w pewnej
miejscowości na linii kolei zachodniej do chorej, która mnie zawiadomiła listownie, że przed kilku
miesiącami spadła z balkonu i odtąd nie może chodzić. Lekarz, który mnie wezwał, pisze, że nie
wie, czy chodzi tutaj o uszkodzenie rdzenia kręgowego, czy też o nerwicę urazową (histerię); i
właśnie ja mam to rozstrzygnąć. Jest tu więc na miejscu przestroga, aby być szczególnie ostrożnym
przy tej subtelnej diagnozie różnicowej. Koledzy i tak sądzą, że zbyt lekkomyślnie stawiamy
diagnozę histerii nawet tam, gdzie występują poważniejsze zaburzenia. Ale to jeszcze nie
uzasadniałoby tego wymyślania! Lecz tu trzeba dodać, że jadę do miejscowości, gdzie już raz przed
laty badałem pewnego młodego człowieka, który doznawszy jakiegoś wstrząsu uczuciowego nie
mógł dobrze chodzić. Rozpoznałem wtedy histerię i poddałem chorego leczeniu psychiatrycznemu;
potem okazało się, że rozpoznanie moje było równie trafne jak i nietrafne. Wiele objawów u tego
chorego było natury histerycznej i znikły one rychło w ciągu leczenia. Lecz po nich wyi
4 Młotek — niem. der Hammer (przyp. tłum.).
219
łoniła się niedostępna dla leczenia reszta objawów, która pochodziła od choroby zwanej sclerosis
multiplex. Ci, którzy oglądali tego chorego już po mnie, mogli z łatwością rozpoznać cierpienie
organiczne; ja jednak nie mogłem ani inaczej postąpić, ani też inaczej tego przypadku osądzić. A
jednak robiło to wrażenie poważnej pomyłki z mej strony i wobec tych okoliczności było chyba
naturalne, iż nie mogłem dotrzymać obietnicy uleczeni^. Zabranie więc przez pomyłkę kamertonu
zamiast młotka dało się w słowach tak wyrazić: „Ty głupcze, ty ośle, weź się w garść tym razem,
abyś znowu nie rozpoznał histerii tam, gdzie zachodzi nieuleczalne cierpienie, jak to już zrobiłeś
przed laty u owego biedaka w tej samej miejscowości!” I jakby dla poparcia tej oto małej analizy,
lecz zarazem na domiar mego złego humoru, był u mnie ów chory z ciężkim spastycznym
porażeniem w dzień po owym głupkowatym dziecku.
Tym razem można zauważyć, że za pośrednictwem owej pomyłki odezwał się głos samokrytyki;
do takiego użytku, jako zarzut uczyniony samemu sobie, taka pomyłka w działaniu nadaje się
szczególnie dobrze; niezręczność ta przedstawia niejako inną, gdzie indziej popełnioną
niezręczność.
d. Jest jasne, że błędem w działaniu może się posługiwać również mnóstwo innych utajonych
zamiarów. Oto pierwszy przykład:
Rzadko bardzo zdarza mi się, bym coś stłukł. Nie jestem zbyt zręczny, lecz cały mój układ
nerwowo-mięś-niowy jest na tyle w porządku, że nie robię tak niezręcznych ruchów, które by
pociągały za sobą tak niemiłe konsekwencje. Nie mogę więc sobie przypomnieć, abym stłukł choć
jeden przedmiot w swym domu. Ciasnota mego gabinetu zmuszała mnie często do tego, że w
najniewygodniejszych nieraz pozycjach, wśród mnóstwa starożytnych glinianych i kamiennych
przedmiotów ,
220

swego małego zbioru, musiałem tak manewrować, iż przypatrujący się wyrażali często obawę, że
coś zrzucę lub rozbiję; a jednak nigdy mi się to nie zdarzyło. Dla-czegóż więc zrzuciłem raz na
ziemię marmurową przykrywkę od swego skromnego kałamarza, tak że się rozbiła?
Mój kałamarz składa się z płytki marmurowej, wydrążonej na szklany kałamarz; pokrywka jest z
tego samego kamienia. Za kałamarzem stoi kilka statuetek z brązu i terakoty. Siadam do biurka, aby
pisać, robię ręką, w której trzymam pióro, jakiś szczególnie niezręczny ruch i zrzucam przykrywkę
kałamarza, która leżała na biurku. Objaśnienie nietrudno znaleźć. Przed kilkoma godzinami moja
siostra była w tym pokoju, aby przyjrzeć się kilku moim nowym nabytkom. Uznała wszystko za
bardzo piękne i powiedziała: „Teraz twoje biurko wygląda rzeczywiście ładnie, tylko kałamarz nie
jest do niego dostosowany. Powinieneś mieć ładniejszy”. Odprowadziłem siostrę do domu i
wróciłem do siebie dopiero po kilku godzinach, po czym dokonałem egzekucji na kałamarzu,
skazanym widocznie na zagładę Miałżebym ze słów siostry wyciągnąć wniosek, że postanowiła
obdarzyć mnie piękniejszym kałamarzem przy najbliższej świątecznej okazji i może dlatego
stłukłem stary i nieładny kałamarz, by ją skłonić do urzeczywistnienia tego zamiaru? Jeśli tak, to
mój ruch był tylko pozornie niezręczny; w rzeczywistości był on bardzo zręczny i celowy, gdyż
potrafił ominąć wszystkie drogocenne przedmioty, znajdujące się w pobliżu owej pokrywki.
Naprawdę jestem zdania, że w ten sposób należy ocenić wiele ruchów, które się nam pozornie
wydają niezręczne. Robią one, co prawda, wrażenie czegoś gwałtownego, miotającego, czegoś
skurczowo niezbornego; w istocie jednak okazuje się, że są one kierowane przez
221
pewien zamiar i godzą w swój cel z taką pewnością, jak się to nie zawsze da zauważyć w ruchach
dowolnych. Te obie cechy, gwałtowność i celność, obserwujemy również w ruchowych objawach
histerii tudzież czynności somnambulicznych, co wskazuje na to, że we wszystkich tych
przypadkach innerwacja ulega tejże samej nie znanej nam bliżej modyfikacji.
Również samoobserwacja pani Lou Andreas-Salome wykazuje przekonująco, jak uporczywie
utrzymująca się „niezręczność” bardzo zręcznie służyła zamiarom, do których pani ta nie chciałaby
się przyznać.
„Dokładnie od czasu, gdy mleko stało się rzadkim i drogim towarem, zdarzało mi się, ku memu
przerażeniu i zmartwieniu, że wciąż dochodziło do jego wykipienia. Daremnie trudziłam się, by
zapanować nad tym, choć nie mogę powiedzieć, bym w innych okolicznościach była roztargniona i
nieuważna. Miało to raczej związek z moim kochanym białym terierem (który słusznie, po prostu
jak jakiś człowiek, nazywał się «Przy-jaciel» — po rosyjsku «Drużok»), po którego śmierci —
proszę zauważyć — nawet jedna kropelka mleka nie wykipiała. Moja kolejna myśl w tej sprawie
była następująca: «Jak to dobrze, gdyż nie będzie już miało miejsca wylewanie się mleka na blachę
lub na podłogę*. Równocześnie widziałam przed sobą swojego «Przy-jaciela», jak siedział napięty
obserwując gotowanie się mleka: głowa nieco pochylona, merdający ogonek zdradzający
oczekiwanie — z ufną pewnością oczekujący dokonującego się wspaniałego nieszczęścia. W tym
momencie wszystko było jasne, także i to: był on jeszcze bardziej kochany, niż sama sądziłam”.
W ostatnich latach, od czasu gdy zbieram podobne obserwacje, zdarzyło mi się jeszcze kilka razy,
że stłukłem lub rozbiłem jakiś przedmiot o pewnej wartości; badanie w tych razach przekonało
mnie jednak, że ni-
222
gdy nie było to skutkiem przypadku lub bezcelowej niezręczności. Tak np. pewnego poranku idę w
kostiumie kąpielowym i słomkowych pantoflach przez pokój; naraz, jakby ulegając nagłemu
impulsowi, rzucam pantoflem o ścianę, tak że strącam z konsolki ładną małą Wenus z marmuru, i
podczas gdy figurka rozlatuje się w kawałki, cytuję, zupełnie tym nieporuszony, wiersz Buscha:
Ach! Die Venus ist perdu — Klickeradoms! — von Medici! (Ach! Wenera już przepadła
Klickeradoms — medycejska!)
To moje dziwaczne zachowanie i ten mój spokój przy powstałej szkodzie znajdują swoje
wyjaśnienie w ówczesnej sytuacji. Mieliśmy w rodzinie ciężko chorą, o której wyzdrowieniu

zwątpiłem już w duszy. Tego ranka dowiedziałem się o znacznym polepszeniu i wiem, że
powiedziałem do siebie: „A więc pozostanie jednak przy życiu”. Zatem ten mój napad
niszczycielskiego szału był wyrazem wdzięczności dla losu i pozwolił mi złożyć „o f i a r ę”, tak jak
gdybym sobie ślubował, że w razie wyzdrowienia chorej przyniosę to lub owo w ofierze. 2e na tę
ofiarę wybrałem Wenus medycejska nie oznaczało nic innego, jak tylko wytworny hołd dla rekonwalescentki.
Nie mogę sobie tylko nawet i teraz wytłumaczyć tego, że się tak szybko
zdecydowałem, tak zręcznie wymierzyłem, tudzież nie ugodziłem w żaden inny przedmiot
znajdujący się w pobliżu.
Inne rozbicie, do którego użyłem rączki od pióra, miało również znaczenie ofiary, tym razem
ofiary błagalnej. Pewnego razu zrobiłem wiernemu i zasłużonemu przyjacielowi zarzut, nie oparty
na niczym innym jak tylko na mojej interpretacji pewnych przejawów jego nieświadomego. Wziął
mi to za złe i napisał
..„„»«.,,«-.*,••.„ ‚ 223
do mnie list, w którym prosił, bym przyjaciół nie traktował psychoanalitycznie. Musiałem mu
przyznać słuszność i uspokoiłem go swą odpowiedzią. Podczas gdy pisałem ten list, stał przede mną
mój najnowszy nabytek, prześlicznie glazurowana egipska figurka. Stłukłem ją w poprzednio
opisany sposób i wiedziałem w tej samej chwili, że dlatego sobie wyrządziłem tę przykrość, aby
uniknąć większej. Na szczęście jedno i drugie — figurka i przyjaźń — dały się tak skleić, iż
pęknięcia nie było znać.
Trzecie stłuczenie zahaczało o mniej poważne sprawy, było to, mówiąc słowami T. Yischera
(Auch Einer), zamaskowane zgładzenie przedmiotu, który nie cieszył się już moim upodobaniem.
Długi czas nosiłem łaskę ze srebrną rączką; gdy cienka blaszka srebrna raz bez mojej winy została
uszkodzona, źle ją naprawiono. Kiedy laska znowu do mnie powróciła, użyłem rączki do tego, aby
nią w żarcie chwytać za nogę jednego z moich malców; złamała się naturalnie przy tym do reszty, a
ja zostałem w ten sposób uwolniony od niej.
Zimna krew, z jaką się we wszystkich tych przypadkach przyjmuje wynikłą szkodę, jest chyba
dowodem, że przy jej wyrządzaniu istniał jakiś nieświadomy zamiar.
Przy okazji badania uwarunkowań takiej błahej czynności pomyłkowej, jak stłuczenie jakiegoś
przedmiotu, napotyka się na związki, które prowadzą głęboko w prehistorię danego człowieka, a
ponadto ciążą na jego aktualnej sytuacji. Poniższa analiza L. Jekelsa będzie przykładem w tym
względzie.
„Pewien lekarz posiadał jeżeli nawet nie cenną, to jednak piękną glinianą wazę na kwiaty. W
swoim czasie otrzymał ją w prezencie, oprócz wielu innych, w tym także kosztownych,
przedmiotów, od pewnej zamężnej pacjentki. Kiedy wystąpiła u niej psychoza, lekarz zwró-
224
cił jej krewnym wszystkie podarunki — z wyjątkiem daleko mniej kosztownej wazy, z którą nie
mógł się rozstać, pozornie ze względu na jej piękno. Ale to sprzeniewierzenie się kosztowało tego
skądinąd bardzo skrupulatnego człowieka pewną walkę wewnątrzną, gdyż był świadom
niewłaściwości swego postępku i pomagał sobie w przezwyciężeniu wyrzutów sumienia
podkreślaniem, że waza nie ma właściwie żadnej wartości materialnej, jest trudna do zapakowania
itd. Kiedy w parę miesięcy później zamierzał ściągać przez adwokata uznaną za sporną resztę
honorarium za leczenie pacjentki, wystąpiły ponowne wyrzuty wewnętrzne, nachodził go lęk, że
jego rzekome sprzeniewierzenie może zostać odkryte przez rodzinę pacjentki i wytknięte mu w
przewodzie sprawy karnej. Szczególnie jednak to pierwsze było przez chwilę tak silne, że myślał
już o tym, by poniechać nawet sto razy wyższego żądania — niby jako odszkodowania za rozbity
przedmiot — ale wkrótce przezwyciężył tę myśl uznając ją za absurdalną.
225
W takim właśnie nastroju wydarzyło mu się, jemu, który wyjątkowo rzadko coś stłukł i posługiwał
się w pełni sprawnie swoim aparatem mięśniowym, że przy zmianie wody w wazie niezręcznym
ruchem, który nie miał nic wspólnego z tą czynnością, strącił wazę ze stołu, tak że stłukła się na

pięć czy sześć dużych części. I to wszystko stało się w sytuacji, kiedy poprzedniego wieczoru po
znacznym wahaniu podjął decyzję, że właśnie tę wazę pełną kwiatów postawi na stole w jadalni na
przyjęcie zaproszonych gości, kiedy na krótko przed stłuczeniem pomyślał o niej i ostrożnie
własnoręcznie przeniósł z innego pokoju! I teraz, gdy po początkowym przerażeniu pozbierał części
i stwierdził przy ich dopasowywaniu, że waza da się bez uszczerbku zrekonstruować, właśnie teraz
wyślizgnęły mu się z ręki dwie czy trzy większe części i rozleciały się w drobniutkie odłam-
‚ Psychopatologia…
ki, a wraz z nimi prysła jakakolwiek nadzieja odzyskania wazy.
Bez wątpienia ta pomyłkowa czynność umożliwiła lekarzowi realizację aktualnej tendencji
dochodzenia swego prawa, gdyż usunęła ona rzecz, którą zatrzymał i która w jakimś stopniu
przeszkadzała mu w żądaniu tego, co mu się należało.
Ale dla każdego psychoanalityka to pomyłkowe działanie ma jednak, oprócz bezpośredniego,
jeszcze inne, nieporównanie głębsze i ważniejsze uwarunkowanie symboliczne, bo waza jest
przecież niewątpliwym symbolem kobiety.
Bohater tej małej historii stracił w tragiczny sposób swą piękną, młodą i gorąco kochaną żonę;
popadł w nerwicę, w której główną nutą wiodącą było poczucie winy za nieszczęście (on stłukł
piękną wazę!). Nie nawiązywał stosunków z kobietami, powstała w nim niechęć do małżeństwa, do
jakichś trwalszych związków miłosnych, które w nieświadomości uważał za niewierność względem
zmarłej żony, ale w świadomości zracjonalizował to w przekonaniu, że przynosi kobietom
nieszczęście, że któraś może przez niego popełnić samobójstwo (a zatem, naturalnie, nie powinien
zatrzymać wazy na stałe).
Przy jego silnym libido nie można się dziwić, że marzyły mu się jako najbardziej zgodne z jego
naturą przelotne stosunki z zamężnymi kobietami (stąd zatrzymanie wazy innej kobiety).
Pięknym potwierdzeniem tej symboliki są dwa momenty, które ujawniły się w toku psychoanalizy
tego przypadku nerwicy. W czasie posiedzenia, na którym pacjent opowiadał o stłuczeniu glinianej
wazy, wrócił w późniejszym momencie do sprawy swojego stosunku do kobiet i podkreślił, że jest
wymagający w sposób wręcz bezsensowny, że wymaga np. od kobiet «nieziemskiej
piękności». Przecież było to zaakcentowanie, że wciąż jeszcze jest on związany ze swą
(zmarłą, a więc nieziemską) żoną i że nie chce nic wiedzieć o ziemskiej piękności; stąd stłuczenie
«glinianej» (ziemskiej) wazy.
Przypuszczalnie symboliczne znaczenie pomyłkowego działania mogłoby mieć jeszcze wiele
innych wariantów, np. nie chcieć napełnić wazy itd. Bardziej interesujące wydaje mi się wzięcie
pod uwagę tego, że istnienie wielu, a co najmniej dwóch, prawdopodobnie oddzielnie działających,
motywów z przedświadomości i nieświadomości odzwierciedla się w zdwojeniu działania
pomyłkowego — w przewróceniu i wyślizgnięciu się wazy” 5
e. Upuszczanie przedmiotów, ich przewracanie i tłuczenie bywają często używane do wyrażenia
nieświadomych myśli, jak to czasami można przez analizę wykazać, a jeszcze częściej odgadnąć z
zabobonnego lub żartobliwego znaczenia, jakie nadaje lud tym pomyłkom. Wiadomo wszystkim,
jakie znaczenie nadaje się rozsypaniu soli, przewróceniu kieliszka, utknięciu noża w podłodze itd.
W innym miejscu omówię, w jakim stopniu poważnie mogą być traktowane takie zabobonne
tłumaczenia; tu zauważę tylko, że poszczególna niezręczność w żadnym razie nie ma znaczenia
stałego, lecz zależnie od okoliczności służy do przedstawienia już to tego, już to owego zamiaru.
Niedawno był w moim domu taki okres, że tłukło się niezwykle wiele porcelany i szkła; ja sam się
znacznie do tego przyczyniłem. Lecz ta mała psychiczna endemia dała się łatwo wytłumaczyć; był
to bowiem czas przed zaślubinami mojej najstarszej córki. Przy takich uroczystościach był zwyczaj,
że umyślnie tłuczono jakiś przedmiot, łącząc z tym życzenia szczęścia. Ten zwyczaj może mieć
znaczenie ofiary oraz innego symbolu.
5 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” I, 1913.
« 226

227
Jeśli służba niszczy przez upuszczanie różne przedmioty, to, naturalnie, nie musimy zaraz szukać
psychologicznego uzasadnienia tego, chociaż nie jest nieprawdopodobne, że i tu istnieją utajone
motywy. Ludzie nie-wykształceni cenią bardzo nisko dzieła sztuki. U naszego ludu panuje jakaś
tępa niechęć do tych dzieł, zwłaszcza jeśli te przedmioty, których wartości nie znają,
przysparzają im pracy. Jednakże ludzie tego samego stanu i wykształcenia zatrudnieni w
instytucjach naukowych odznaczają się często wielką zręcznością i można im zaufać, gdy
biorą do rąk delikatne przedmioty, zwłaszcza gdy już zaczęli utożsamiać się ze swym chlebodawcą
i na dobre się zżyli z danym instytutem. Włączani tutaj doniesienie młodego technika, które daje
wgląd w mechanizm uszkadzania przedmiotów.
„Przed jakimś czasem uczestniczyłem razem z wielu kolegami w laboratorium wyższej szkoły w
złożonych badaniach nad elektrycznością. Była to praca, której podjęliśmy się dobrowolnie, która
jednak zajęła więcej czasu, niż oczekiwaliśmy. Kiedy pewnego dnia razem z kolegą F. weszliśmy
do laboratorium, powiedział on, że jest mu bardzo nieprzyjemnie dziś właśnie tracić tyle czasu, gdy
w domu ma tyle innych rzeczy do zrobienia; mogłem mu tylko przytaknąć i powiedziałem pół
żartem, nawiązując do zdarzenia z minionego tygodnia: «Miejmy nadzieję, że maszyna znowu
zawiedzie, tak że będziemy mogli przerwać pracę i wcześniej wyjść!» Przy rozdziale pracy tak
się złożyło, że kolega F. miał kierować wentylem prasy, tzn. przez ostrożne otwieranie wentyla
wpuszczać powoli płyn ciśnieniowy do cylindra prasy hydraulicznej. Kierujący badaniem stał przy
manometrze i mówił «stop», gdy właściwe ciśnienie zostało osiągnięte. Na tę komendę F. z całą
siłą przekręcił wentyl w lewo (wszystkie wentyle bez wyjątku
zamyka się przekręcając w prawo). Wskutek tego nagle zadziałało w prasie pełne ciśnienie, do
czego rurociąg nie był przygotowany, i nastąpiła awaria — całkiem niewinny defekt maszyny,
który jednak zmusił do przerwania pracy w tym dniu i pójścia do domu. Charakterystyczne jest
ponadto, że w pewien czas po tym zdarzeniu, gdy mówiliśmy o nim, przyjaciel F. nie mógł sobie
absolutnie przypomnieć mojej wypowiedzi poprzedzającej zdarzenie, którą dobrze pamiętałem”.
Upaść samemu, zrobić fałszywy krok, pośliznąć się — tego wszystkiego nie należy zawsze
pojmować li tylko jako przypadkowego zakłócenia czynności ruchowej. Już dwuznaczność
używanych tu wyrażeń wskazuje na rodzaj stłumionych fantazji, które mogą się ujawnić przez tego
rodzaju utratę równowagi ciała. Przypominam sobie wiele lżejszych przypadłości nerwowych u
kobiet i dziewcząt, występujących po upadku, które były uważane za histerię pourazową,
spowodowaną przestrachem. Już wtedy miałem wrażenie, jak gdyby zachodził tu inny związek, jak
gdyby upadek był już dziełem nerwicy i wyrazem tych nieświadomych fantazji seksualnych, które,
jak słusznie przypuszczamy, kryją się za objawami. Czyż nie to samo chce wyrazić przysłowie
niemieckie, które powiada: „Kiedy dziewica upada, to upada na plecy”?
Do pomyłek w działaniu można zaliczyć i ten przypadek, kiedy ktoś daje żebrakowi srebrną lub
złotą monetę zamiast miedzianej. Wyjaśnienie takich pomyłek jest łatwe; są to czynności ofiarne,
przeznaczone dla ubłagania losu, odwrócenia nieszczęścia itp. Jeśli spotkaliśmy tkliwą matkę lub
ciotkę bezpośrednio przed spacerem, na którym, wbrew woli, okazała się tak wspaniałomyślna, i
słyszeliśmy jej obawy co do zdrowia dziecka, to nie można dłużej wątpić o treści tego na
228
229
pozór niemiłego przypadku. W ten sposób umożliwiają nam nasze pomyłki wykonanie pewnych
pobożnych i zabobonnych praktyk, którym opór niedowierzającego rozsądku nie pozwala na
ujawnienie się w świadomości.
f. Nigdzie się tak nie uwidacznia, że czynności przypadkowe są właściwie zamierzone, jak w

dziedzinie seksualnej, gdzie granica między przypadkiem a zamiarem zda się zupełnie zacierać.
Pozornie niezręczny ruch może być czasem użyty do celów seksualnych w najbardziej
wyrafinowany sposób. Przekonałem się o tym sam na sobie przed kilku laty. W znajomym domu
spotkałem przybyłą w odwiedziny młodą panienkę, która wznieciła we mnie upodobanie uważane
od dawna za wygasłe; wskutek tego wpadłem w uprzejmy, wesoły i rozmowny nastrój.
Zastanawiałem się też wówczas, jak to się stało, gdyż na rok przedtem ta sama panienka była mi
zupełnie obojętna. Kiedy wuj tej dziewczyny, bardzo stary jegomość, wszedł do pokoju,
zerwaliśmy się oboje, aby mu podać krzesło stojące w rogu. Ona była zwinniejsza ode mnie, a także
bliższa przedmiotu; pierwsza też pochwyciła krzesło i niosła je poręczą ku sobie, przy czym rękoma
ujęła krawędź siedzenia. Ponieważ nie zaniechałem zamiaru podania krzesełka, stanąłem nagle
bardzo blisko niej ‚ i okoliłem ją ramionami, tak że ręce moje spoczęły przez chwilę na jej łonie.
Naturalnie, natychmiast niemal położyłem kres tej sytuacji, tak że nikt nawet nie zauważył, jak
zręcznie wyzyskałem ten niezręczny ruch. Jestem też zdania, że również i owo irytujące, niezręczne
wymijanie się na ulicy, przy czym drepcze się przez parę sekund to w jedną, to w drugą stronę, ale
zawsze w tę samą, co nasz partner, dopóki wreszcie obaj przechodnie nie staną, że więc i to
„zastępowanie drogi” jest odtworzeniem niegrzecznie prowokującego
230
zachowania się z lat młodszych i że tu pod maską niezręczności kryją się zamiary seksualne. Wiem
z moich psychoanaliz neurotyków, że ta tzw. naiwność młodych ludzi i dzieci jest często tylko
maską, dzięki której można wypowiadać lub czynić coś nieprzyzwoitego, nie będąc przy tym
skrępowanym wstydem.
Zupełnie podobnych obserwacji, poczynionych na samym sobie, dostarcza W. Stekel: „Wchodzę
do pewnego domu i podaję pani rękę. Szczególnym sposobem rozwiązuję przy tym wstążkę, która
wiąże jej luźny szlafrok. Żaden nieuczciwy zamiar nie jest mi świadomy, a jednak wykonałem ten
niezręczny ruch ze zręcznością żonglera”.
Przedstawiałem już próbki tego, że poeci ujmują pomyłki czynnościowe jako sensowne i
umotywowane, podobnie jak je traktujemy tutaj. Nie zdziwi nas zatem, gdy na podstawie nowego
przykładu przekonamy się, jak określony niezręczny ruch poeta czyni pełnym znaczenia i
zapowiedzią późniejszych zdarzeń.
W powieści Theodora Fontanego L’Adultera (t. II, s. 64, Gesammelte Werke, Yerlag S. Fischer)
czytamy: „[…] Melania zerwała się i rzuciła w swego męża, jak na powitanie, jedną z dużych piłek.
Ale wycelowała niezbyt dobrze, piłka poleciała nieco w bok i złapał ją Ru-ben”. W czasie powrotu
z wycieczki do domu, po którym nastąpił ten mały epizod, odbyła się rozmowa między Melanią i
Rubenem, która stała się pierwszą zapowiedzią kiełkującej skłonności. Skłonność ta urosła do
namiętności, tak że Melania w końcu opuściła męża, aby oddać się całkowicie ukochanemu
mężczyźnie (informacja ta pochodzi od H. Sachsa).
g. Skutki pomyłek w działaniu normalnych ludzi są na ogół niewinne. Właśnie dlatego trzeba
przywiązać szczególną wagę do pytania, czy pomyłki o znacznej doniosłości, które mogą pociągnąć
za sobą ważne na-
231
stępstwa, jak np. pomyłka aptekarza lub lekarza, tutaj należy zaliczyć.
Ponieważ bardzo rzadko czynię zabiegi lekarskie, mam więc do zakomunikowania tylko jeden
przykład lekarskiej pomyłki. U pewnej bardzo wiekowej damy, którą od lat odwiedzam dwa razy
dziennie, moja lekarska czynność w czasie rannej wizyty ogranicza się do dwóch zabiegów:
zapuszczam jej parę kropli wody do oczu i wstrzykuję morfinę. Dwie flaszeczki, niebieska
zawierająca wodę do oczu i biała z roztworem morfiny, są regularnie przygotowywane. Przy
obydwu zabiegach myślami bywam najczęściej zajęty czymś innym; tak często już je powtarzałem,
że moja uwaga jest niemal zupełnie swobodna. Pewnego ranka zauważyłem, że automat pracował
źle i że zanurzyłem kroplomierz w białej flaszeczce zamiast w niebieskiej i zapuściłem do oka
morfinę. Przeraziłem się bardzo i uspokoiłem dopiero po zastanowieniu, że kilka kropel dwu

procentowego roztworu morfiny nawet w spojówce nie może wyrządzić szkody. Wrażenie
przestrachu pochodziło widocznie skądinąd.
Przy próbie analizy tej małej pomyłki przyszło mi najpierw na myśl zdanie: „Porwać się na starą”,
które mogło wskazać drogę do szybkiego rozwiązania zagadki. Znajdowałem się pod wrażeniem
marzenia sennego, które poprzedniego dnia opowiadał mi pewien młody człowiek, a którego treść
można było zinterpretować tylko jako stosunek seksualny z własną matką 6. Osobliwość, iż podanie
nie dopatruje się przeszkody w wie-
8 Marzenia senne tego rodzaju nazywamy snami Edypa, bo dają nam one klucz do zrozumienia
legendy o królu Edypie. W tekście Sofoklesa słowa Jokasty odnoszą się do takiego marzenia
sennego (por. Die Traumdeutung VIII wyd., s. 182 i 187).
ku królowej Jokasty, wydawała mi się zgodna z rezultatem moich dociekań, że przy zakochaniu się
we własnej matce nigdy nie chodzi o jej teraźniejszą osobę, lecz o jej młodociany obraz ze
wspomnień dziecięcych. Taka rozbieżność zachodzi zawsze wtedy, gdy fantazja, wahająca się
między dwoma okresami życia, zostaje uświadomiona i przez to związana z pewnym, już
określonym, czasem. Pogrążony w tego rodzaju myślach przyszedłem do swojej przeszło
dziewięćdziesięcioletniej pacjentki i widocznie dopatrywałem się już, że tragedia Edypa tudzież
fatum zawarte w wyroczni są wyrazem ogólnoludzkiego konfliktu, gdyż potem rzeczywiście
„porwałem się na starą”. Ta pomyłka była jednak zupełnie niewinna; z dwóch możliwości, tj.
zapuszczenia do oczu morfiny lub wstrzyknięcia wody, wybrałem niewinniejszą. Pozostaje jeszcze
do rozstrzygnięcia pytanie, czy przy pomyłkach, które mogą wyrządzić ciężkie krzywdy, można
przyjąć istnienie w podobny sposób nieświadomego zamiaru, jak to uczyniliśmy w przytoczonych
przykładach.
Nie można się chyba dziwić, że nie rozporządzam odnośnymi przykładami; pozostają więc tylko
domysły i przypuszczenia. Jest znane, iż w cięższych przypadkach psychonerwicy występują
samouszkodzenia jako objaw chorobowy; nigdy nie da się tu wykluczyć samobójstwa jako
rozwiązania konfliktu psychicznego. Otóż dowiedziałem się i dowiodę tego kiedyś na dobrze
wyjaśnionych przykładach, że wiele pozornie przypadkowych uszkodzeń, jakie się przytrafiają tym
chorym, jest właśnie samouszkodzeniem. Powstaje ono w ten sposób, że czyhająca ustawicznie
tendencja do samo-ukarania się, która poza tym przejawia się tylko jako wyrzuty sumienia albo
pomaga przy tworzeniu się objawów, tym razem korzysta zręcznie z przypadkowo
232
233
: nadarzającej się zewnętrznej sytuacji albo też sytuację tę potęguje, by doprowadzić do
uszkodzenia. Zdarza się to dość często nawet w niezbyt ciężkich przypadkach, a wpływ
nieświadomego zamiaru zdradza się poprzez wiele szczególniejszych rysów, np. poprzez uderzającą
przytomność umysłu, którą chorzy zachowują przy tych rzekomo nieszczęśliwych wypadkach 7.
Z praktyki lekarskiej, zamiast wielu, przytoczę szczegółowo jeden tylko przykład. Pewna młoda
pani łamie sobie, wypadając z powozu, kość goleniową, tak że tygodniami musi potem leżeć w
łóżku, przy czym uderza wszystkich, że zupełnie nie narzeka i spokojnie znosi swe cierpienia.
Wypadek pociągnął jednak za sobą przewlekłą i ciężką chorobę nerwową, z której się w końcu
dzięki psychoterapii wyleczyła. W czasie kuracji dowiedziałem się o ubocznych okolicznościach,
które towarzyszyły wypadkowi, oraz o pewnych zdarzeniach, które go poprzedziły. Ta młoda
kobieta znajdowała się wówczas ze swoim bardzo zazdrosnym małżonkiem u zamężnej siostry na
wsi, w towarzystwie licznych dalszych i bliższych krewnych. Pewnego wieczoru popisywała się
ona w tym poufnym kółku kankanem, ku wielkiej uciesze krewnych, a mniejszej męża, który
jej szepnął później: „Znów zachowałaś się jak dziewka”. Pocisk był dobrze wymierzony; nie
dopytujemy, czy tylko z powodu produkcji tanecznych. W nocy spala niespokojnie; następnego
dnia przed obiadem chciała zrobić wycieczkę. Konie wybrała sama, jedną parę odrzuciła i

wybrała inną. Najmłodsza siostra chciała, by
7 Skłonność do samouszkodzenia nie ma w ogóle w warunkach naszej obecnej kultury innej
drogi do pojawiania się, jak tylko ukrywając się pod pozorem przypadku lub choroby. Niegdyś
samouszkodzenie było rozpowszechnioną oznaką żałoby; w innych czasach bywało wyrazem
pobożności i odsunięcia się od świata.
zabrać do powozu mamkę z niemowlęciem; sprzeciwiła się temu energicznie. W czasie jazdy była
zdenerwowana, napominała furmana, że konie mogłyby się spłoszyć; a gdy one rzeczywiście stały
się trochę niespokojne, wyskoczyła ze strachu z powozu i złamała sobie nogę, podczas gdy tym,
którzy zostali w powozie, nic się nie stało. Chociaż po wykryciu tych szczegółów nie można chyba
wątpić, iż wypadek ten był właściwie przygotowany, to jednak musimy podziwiać zręczność, z jaką
traf zrządził, iż tak odpowiednia kara za przewinienie została tu wymierzona. Tańczenie kankana
stało się bowiem przez dłuższy czas niemożliwe.
O własnych samouszkodzeniach mało mogę powiedzieć, zwłaszcza gdy życie płynie spokojnie,
ale przy pewnych nadzwyczajnych okolicznościach i mnie się coś podobnego zdarza. Jeżeli któryś z
członków mojej rodziny skarży się, że przygryzł sobie język, przygniótł palec itp., to natychmiast
następuje z mej strony, zamiast spodziewanego współczucia, pytanie: ,,Po co to zrobiłeś”? Ale ja
sam sobie w bolesny sposób przygniotłem wielki palec, gdy pewien młody pacjent w czasie wizyty
wyraził, oczywiście niepoważnie przeze mnie traktowany, zamiar poślubienia mej córki,
niebezpiecznie podówczas chorej.
Jeden z moich synów, którego żywy temperament sprawiał trudności przy pielęgnowaniu go
podczas choroby, wpadł pewnego ranka we wściekłość, bo mu powiedziano, iż ma do południa
leżeć w łóżku; groził, że się zabije (czytał w gazetach o samobójstwach). Wieczorem pokazał mi
guz, który sobie nabił na piersi, uderzając się o klamkę. Na me ironiczne pytanie, po co to uczynił i
co chciał przez to wyrazić, jak by nagle olśniony, rzekł: „To był zamach samobójczy, którym
groziłem ci dziś rano”. Nie sądzę zresztą, aby dzieci znały wówczas moje zdanie o
samouszkodzeniu.
234
235
Jeżeli ktoś wierzy, że zdarzają się wpółumyślne samouszkodzenia — jeśli wolno użyć tego
niezręcznego wyrażenia — ten może przyjąć, że prócz umyślnego, świadomego samobójstwa
istnieje także i wpółumyślne — z nieświadomym zamiarem. Wykazuje ono zręcznie zagrażające
życiu niebezpieczeństwo i zachowuje przy tym pozory nieszczęśliwego wypadku. Bo skłonność
do samobójstwa ma w pewnym nasileniu o wiele większa liczba ludzi, niż ci, którzy je popełniają;
samouszkodzenia zaś są kompromisem między tym popędem a przeciwdziałającymi mu siłami. A
tam, gdzie rzeczywiście dochodzi aż do samobójstwa, skłonność ku temu . istniała już od dawna
tylko w mniejszym stopniu lub też jako nieświadoma i stłumiona tendencja.
Skoro świadomy zamiar samobójczy wybiera sobie odpowiedni czas, środki i sposobność, jest
jasne, że i nieświadomy wyczekuje okazji, która by choć w części stała się przyczyną wypadku i
absorbując siły obronne danego osobnika pozwoliła nieświadomej tendencji swobodnie działać 8.
Nie są to bądź co bądź próżne roztrząsania, które tu przytaczam; znam bowiem niejeden przykład
pozornie przypadkowego nieszczęścia (na koniu lub w powozie), którego bliższe szczegóły
potwierdzają podejrzenie o istnieniu nieświadomego zamiaru
8 Analogicznie jak przy ataku seksualnym na kobietę; nie może ona odeprzeć tego ataku całą siłą
swych mięśni, ponieważ jej nieświadome dążności są w części sprzymierzeńcem atakującego.
Mówi się też, że taka sytuacja ubezwładnia kobietę; należałoby jeszcze tylko dodać przyczyny tego
ubez-władnienia. Dlatego też sprytny sąd Sanczo Pansy jest psychologicznie usprawiedliwiony.
Kobieta przywodzi przed niego, jako przed sędziego, mężczyznę, który ją rzekomo pozbawił czci.
Sanczo daje jej jako odszkodowanie pełną sakiewkę winowajcy, a po odejściu oskarżycielki

upoważnia go, by pospieszył za nią i odebrał jej te pieniądze. Wracają oboje walcząc z sobą, a ko-
236
samobójczego. Tak np. w czasie wyścigów pewien oficer spadł z konia i ranił się tak
nieszczęśliwie, że po kilku dniach zmarł. Jego zachowanie się w tych chwilach, gdy był przytomny,
było w pewnych szczegółach bardzo zastanawiające; jeszcze jednak szczególniejsze było jego
zachowanie się przed wypadkiem. Był głęboko zasmucony śmiercią swej ukochanej matki, dostał
napadu płaczu w towarzystwie kolegów, mówił wobec swych zaufanych przyjaciół o zniechęceniu
do życia i chciał wystąpić ze służby, by wziąć udział w wojnie w Afryce, która go przecież wcale
nie obchodziła 9. Przedtem był dzielnym jeźdźcem; teraz, jak tylko mógł, unikał konnej jazdy.
Przed wyścigami wreszcie, od których się nie mógł wymówić, wyrażał smutne przeczucia; a przy
naszych poglądach nie zadziwi nas chyba, iż sprawdziło się to przeczucie. Można by zareplikować,
iż rozumie się samo przez się, że człowiek będący w stanie podobnej depresji psychicznej nie może
tak panować nad koniem jak wtedy, kiedy jest zdrowy. Zgadzam się w zupełności; tylko że
dopatruję się mechanizmu tego „nerwowego” zahamowania motorycznego w zaznaczonym tu
nieświadomym zamiarze samobójczym.
S. Ferenczi z Budapesztu podzielił się ze mną przypadkiem analizy rzekomo przypadkowego
postrzelenia
bieta chwali się, że ten złoczyńca nie zdołał jej wyrwać sakiewki. Na to Sanczo: „[…] gdybyś z
takim samym zapałem i męstwem, jakieś okazała w obronie twego trzosa, a nawet z o połowę
mniejszym broniła twego ciała, sam Herkules by cię nie zniewolił” {M. de Cervantes Saavedra
Przemyślny szlachcic don Kichote z Manczy. Przełożyli A. L. Czerny i Z. Czerny. Część II.
Warszawa 1966, PIW, s. 350 — Red.].
‚ Jasne, że sytuacja pola walki jest tego rodzaju, że odpowiada komuś, kto ma zamiar
samobójstwa, kto jednak lęka się bezpośredniej drogi. Por. w Wallensteinie słowa szwedzkiego
kapitana o śmierci Piccolominiego: „Mówi się, że chciał umrzeć”.
237
się, które on uważał za nieświadomy zamach samobójczy. Zgodziłem się z nim co do tego
najzupełniej. –
„I.A., 22-letni czeladnik stolarski, zjawił się u mnie 18 stycznia 1908 r. Chciał się dowiedzieć, czy
kula, która utkwiła mu 20 marca 1907 r. w lewej skroni, może i musi być usunięta operacyjnie.
Oprócz chwilowo występujących niezbyt silnych bólów głowy nic mu nie dolegało, a
przedmiotowe badanie nie wskazywało nic więcej ponad charakterystyczna, oczernioną
prochem bliznę na lewej skroni; toteż odradziłem mu operację. Gdy go zapytałem o szczegóły
wypadku, odpowiedział mi, że postrzelił się przypadkowo. Bawił się rewolwerem brata
przypuszczając, że nie jest nabity, przyłożył go lewą ręką do lewej skroni (nie był jednak
mańkutem), położył palec na cynglu i padł strzał. W sześciostrzałowej broni były trzy
naboje. Spytałem go, jak to się stało, że nosił przy sobie rewolwer. Odpowiedział, że był to czas,
gdy stawał do wojska; wieczorem dnia poprzedniego zabrał broń do szynku, gdyż obawiał się
bijatyki. Przy oględzinach uznano go za niezdolnego do służby wojskowej z powodu żylaków,
czego się bardzo wstydził. Poszedł do domu, po czym bawił się rewolwerem,nie miał jednak
zamiaru zrobić sobie nic złego; aż tu nagle stało się nieszczęście. Na dalsze zapytanie, czy jest w
ogóle zadowolony ze swego losu, opowiedział mi z westchnieniem historię swej miłości ku pewnej
dziewczynie, która też go kochała, a jednak opuściła; po prostu z chciwości na pieniądze
wywędrowała do Ameryki. Chciał za nią pojechać, ale mu rodzice przeszkodzili. Jego ukochana
wyjechała 20 stycznia 1907 r., a zatem na dwa miesiące przed wypadkiem. Pomimo tych
znaczących dat mój pacjent w dalszym ciągu obstawał przy tym, że strzał był tylko «wypadkiem».
Ja jednak jestem mocno przekonany, że tak niedbalstwo bawienia się bronią bez
238
przekonania się wcześniej, czy jest nabita, jak również i samouszkodzenie były uwarunkowane

psychicznie. Był jeszcze wciąż pod wrażeniem swej nieszczęśliwej miłości i chciał
prawdopodobnie w wojsku o tym zapomnieć. Gdy i tę nadzieję postradał, przyszło do zabawy z
bronią, tj. nieświadomego zamachu samobójczego. Że ujął rewolwer nie prawą, lecz lewą ręką, to
przemawia stanowczo za tym, że się tylko «bawił», tj. że świadomie nie chciał popełnić
samobójstwa”.
Ktoś będący dobrym obserwatorem przekazał mi do dyspozycji analizę pozornie przypadkowego
samouszkodzenia, która przywodzi na myśl przysłowie: „Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie
wpada”.
„Pani X., z dobrego mieszczańskiego środowiska, była osobą zamężną i miała troje dzieci. Była
ona wprawdzie nerwowa, ale nie wymagała nigdy intensywniejszego leczenia, gdyż dorosła do
dawania sobie rady w życiu. Pewnego dnia doszło do tego, że doznała obrażeń twarzy w taki oto
sposób. Na ulicy, którą remontowano, potknęła się na kupce kamieni i twarzą otarła o mur domu.
Cała twarz była podrapana, powieki posiniałe. Zlękła się, że mogło stać się coś z jej oczyma, więc
wezwała lekarza. Kiedy ten uspokoił ją, zapytałem: «Ale dlaczego właściwie pani tak właśnie
upadła?» Odpowiedziała, że właśnie tuż przedtem ostrzegała męża, który od paru miesięcy cierpiał
na zapalenie stawów i miał trudności z chodzeniem, by na tej właśnie ulicy szczególnie uważał, a
ona sama doświadczyła już wielokrotnie tego, że w takich właśnie przypadkach, rzecz przedziwna,
jej samej zdarzało się to, przed czym ostrzegała inną osobę.
Nie byłem zadowolony z takiego wyjaśnienia uwarunkowania jej wypadku i zapytałem, czy nie
ma czegoś więcej do powiedzenia w tej kwestii. Tak, właśnie przed wypadkiem widziała na
wystawie po przeciwnej
239
stronie ulicy piękny obraz, który zapragnęła nagle mieć jako ozdobę pokoju dziecinnego i chciała
go kupić; udała się prosto w kierunku sklepu nie zwracając uwagi na ulicę, w pewnym momencie
potknęła się na kupce kamieni i otarła twarzą o mur domu bez uczynienia jakiejkolwiek próby, by
ochronić się przed tym za pomocą rąk. Zapomniała natychmiast o kupnie obrazu i pospieszyła jak
najszybciej do domu. «Ale dlaczego nie przyjrzała się pani uważniej?» — zapytałem.
Odpowiedziała: «Być może, że była to jednak kara! Ze względu na historię, którą
opowiedziałam panu w zaufaniu!*. «Czy ta historia wciąż panią tak dręczyła?». «Tak — później
bardzo ubolewałam, uważałam siebie za złośliwą, niemoralną, za zdolną do przestępstwa, ale byłam
wówczas niemal obłąkana w swojej nerwowości!» Chodziło wówczas o poronienie, rozpoczęte
przez zna-chorkę, a zakończone przez lekarza specjalistę, poronienie dokonane za zgodą męża,
ponieważ oboje w sytuacji trudności finansowych chcieli uniknąć powiększenia się liczby dzieci.
«Często wyrzucałam sobie: pozwoliłaś przecież zabić swoje dziecko, i ogarniał mnie lęk, że coś
takiego nie może pozostać bez kary. Teraz, gdy pan mnie zapewnił, że z oczami nie stało się nic
złego, jestem całkiem uspokojona; i tak jestem dostatecznie ukarana». Opisany wypadek był więc
z jednej strony samouka-raniem się, aby odpokutować za niegodziwy czyn, z drugiej strony jednak
miało to umożliwić uniknięcie, być może, znacznie większej nie znanej kary, której obawiała się
wciąż przez całe miesiące. W momencie, gdy na oślep pospieszyła do sklepu, by kupić obraz,
obudziło | się w niej ze znaczną siłą przypomnienie całej historii wraz z jej wszystkimi obawami,
jakie już w czasie ostrzegania męża mocno pobudziły jej nieświadomość, co mogło by znaleźć
swój wyraz w takich słowach: «Po
co pragniesz ozdoby do pokoju dziecinnego, przecież zabiłaś swoje dziecko! Ty jesteś
morderczynią! Wielka kara nadejdzie z pewnością!*
Myśli te były świadome, ale w miejsce tego wykorzystała — chciałoby się powiedzieć —
psychologiczny moment sytuacji, by posłużyć się kupką kamieni, która wydała się jej odpowiednia
do nieprzypadkowego samo-ukarania się; dlatego przy padaniu nie wysunęła rąk do przodu i
dlatego też nie uległa szokowi. Drugim, prawdopodobnie słabszym, czynnikiem determinującym jej
wypadek była potrzeba samoukarania się z powodu nieświadomego życzenia pozbycia się męża,
współwinnego w całej tej sprawie. Życzenie to zdradziło się poprzez zupełnie zbędne ostrzeżenie,

by uważał przy przechodzeniu ulicy, na której znajdowały się kamienie, gdyż mąż, mający
trudności z chodzeniem, chodził ostrożnie” 10.
Gdy rozważy się bliższe okoliczności wypadku, będzie się skłonnym przyznać rację J. Starckemu
„, gdy pozornie przypadkowe samouszkodzenie ujmuje jako „działanie ofiarnicze”:
„Pewna dama, której zięć musiał wyjechać do Niemiec, aby tam odbyć służbę wojskową, oparzyła
sobie nogę w następujących okolicznościach. Jej córka spodziewała się rychłego porodu, a myśli o
niebezpieczeństwach wojny usposabiały, oczywiście, całą rodzinę nie-
10 J. E. G. van Emden Selbstbestrafung wegen Abortus. „Zen-tralblatt fur Psychoanalyse” II, 12.
Pewien korespondent pisze na temat Selbstbestrafung durch Fehlleistungen: „Jeśli zwraca się
uwagę na to, jak ludzie zachowują się na ulicy, ma się okazję stwierdzić, jak często mężczyznom,
którzy — jak zwykle — przyglądają się przechodzącym kobietom, zdarzają się małe wypadki.
Jeden — na równej drodze — potrafi zwichnąć nogę, inny wchodzi na latarnię lub kaleczy się w
inny sposób”.
11 Internationale Zeitschrift fur „Psychoanalyse” IV, 1916.
240
241
zbyt wesoło. W dzień przed odjazdem zaprosiła zięcia i córkę na obiad. Sama
przygotowywała wszystko w kuchni. Przedtem, dość to dziwne, zamieniła swoje wysokie buty
sznurowane z płaską podeszwą, w których mogła wygodnie chodzić i których również w domu
używała, na nieco za wielkie nie sznurowane pantofle męża. Kiedy zdjęła z ognia wielki rondel z
gotującą się zupą, upuściła go i oparzyła sobie dość poważnie jedną nogę, zwłaszcza grzbiet stopy
nie chroniony przez luźny pantofel. — Wypadek ten zapisano, oczywiście, na konto jej zrozumiałej
nerwowości. Pierwsze dni po tym «ofiarniczym działaniu» była bardzo ostrożna w kontakcie z
gorącymi przedmiotami, czym jednak nie zapobiegła ponownemu sparzeniu, tym razem ręki,
gorącym rosołem” 12.
18 W bardzo dużej liczbie takich uszkodzeń w wypadkach czy wręcz śmierci ich zrozumienie
rodzi wiele wątpliwości. Ktoś stojący dalej od tych zdarzeń nie znajdzie powodów do tego, by
widzieć w nich coś więcej niż przypadek, podczas gdy ktoś bliższy nieszczęśliwej osobie, znający
różne intymne szczegóły, ma podstawę do przypuszczenia, że za wypadkiem kryje się
nieświadomy zamiar. Poniższe sprawozdanie młodego mężczyzny, którego żona została
przejechana na ulicy, jest dobrym przykładem tego, jaki rodzaj informacji jest ważny i o jakie
uboczne okoliczności chodzi w takich wypadkach: „We wrześniu ubiegłego roku poznałem 34-
letnią pannę Z. Żyła w zamożności, była przed wojną zakochana, ale jej narzeczony, oficer,
zginął, niestety, w 1916 r. Poznaliśmy się i pokochali, początkowo bez myśli o małżeństwie, gdyż
okoliczności, zwłaszcza różnica wieku — ja miałem 27 lat — wydawało się obu stronom – — nie
sprzyjały temu. Ponieważ mieszkaliśmy przy tej samej ulicy naprzeciw siebie i spotykaliśmy
się codziennie, z biegiem czasu nasze stosunki przybrały intymną postać! Tym samym myśl o
małżeństwie stawała się bliższa i w końcu zgodziłem się na to. Zaplanowaliśmy ślub na Wielkanoc.
Panna Z. zamierzała przedtem odbyć podróż do swego krewnego M., która jednak nie doszła do
skutku z powodu nagłego strajku kolejarzy. Ponure perspektywy dalszej przyszłości, jakie rysowały
się w przypadku
Jeżeli więc pod pozornie przypadkową niezręcznością i nieudolnością ruchową może się kryć taka
zaciekłość przeciwko własnej osobie i własnemu życiu, to niewiele już nas dzieli od zrozumienia,
że możliwe są pomyłki, które poważnie zagrażają zdrowiu i życiu innych ludzi. To, co mogę tu
przytoczyć na dowód słuszności tego zapatrywania, dotyczy neurotyków, tak że niezupełnie
odpowiada wymaganiom. Opowiem tu przypadek, w któzwycięstwa
klasy robotniczej i związanych z tym następstw, przez pewien czas wpływały na nasze
samopoczucie; szczególnie panny Z., której nastroje wciąż się zmieniały, gdyż sądziła, że nowe

przeszkody pojawiły się na drodze ku wspólnej przyszłości. W niedzielę 21 marca była jednak w
wyjątkowo pogodnym nastroju, co zaskoczyło mnie, ale równocześnie zmobilizowało, tak że oboje
zaczęliśmy wszystko widzieć w różowych kolorach. Kilka dni wcześniej mówiliśmy o tym, by przy
jakiejś okazji pójść razem do kościoła, ale nie ustaliliśmy, kiedy. Następnego ranka, w niedzielę 21
marca, o godzinie 9.15 zatelefonowała do mnie, że mógłbym już teraz pójść z nią do kościoła. Nie
mogłem się zgodzić, gdyż nie zdążyłbym przygotować się tak szybko, a ponadto miałem teraz coś
do zrobienia. Panna Z. była wyraźnie rozczarowana i poszła sama. Na schodach swego domu
spotkała znajomego, z którym szła krótszą drogą do ulicy Rankego w najlepszym nastroju, bez
jakiejkolwiek wzmianki o naszej rozmowie. Tutaj znajomy pożegnał się żartobliwym słowem.
Panna Z. miała tylko przejść poszerzony w tym miejscu nasyp, nie ograniczający widoczność, i oto
tuż przy chodniku została przejechana przez dorożkę (naruszenie wątroby, które spowodowało
śmierć w parę godzin później). W tym miejscu przechodziliśmy wcześniej setki razy; panna Z. była
bardzo ostrożna, nawet mnie często powstrzymywała przed nieostrożnym ruchem. W dodatku tego
ranka nie przejeżdżały żadne furmanki, a tramwaje ł autobusy strajkowały, a więc panował wręcz
absolutny’ spoko j, a dorożkę musiała, jeśli nie widzieć, to z pewnością słyszeć! Wszyscy wierzą w
«przypadek»; moją pierwszą myślą było: «To niemożliwe», o zamiarze w ogóle nie mogło być
mowy. Szukałem psychologicznego wyjaśnienia. Po dłuższym czasie znalazłem je w Pańskiej
Psychopatologii życia codziennego. Szczególne jest to, że panna Z. niekiedy ujaw-
242
243
rym właściwie nie pomyłka, lecz raczej czynność symptomatyczna lub przypadkowa naprowadziła
mnie na ślad umożliwiający mi potem rozwiązanie konfliktu psychicznego danego pacjenta.
Podjąłem się pewnego razu próby polepszenia pożycia małżeńskiego pewnego inteligentnego
człowieka. Jego niesnaski z młodą, czule go kochającą, żoną opierały się wprawdzie na realnych
podstawach, ale, jak sam to przyznawał, nie były one dostatecznie uzasadnione.
Ustawicznie zajmowała go myśl o rozwodzie; potem zarzucił ją ze względu na dwoje małych
dzieci, które bardzo kochał. Pomimo to powracał ciągle do swojego zamiaru i nie robił nic, aby
sytuację uczynić znośniejszą. Takie niedawanie sobie rady z własnymi konfliktami jest dla mnie
dowodem, że wchodzą w grę nie uświadomione motywy, które zasilają ścierające się z sobą
motywy świadome; dlatego też staram się w takich przypadkach rozwiązać konflikt za pomocą
psychoanalizy. Otóż pan ten opowiedział mi pewnego razu o małym zajściu, które go bardzo
przeraziło. Dokazywał on ze swym starszym, najukoniała
pewną skłonność do samobójstwa, a nawet próbowała i mnie do tego namówić; często
zmuszałem ją, by zaprzestała myśleć o tym. Jeszcze dwa dni przedtem, po powrocie ze spaceru,
zaczęła bez jakichkolwiek zewnętrznych powodów mówić o swojej śmierci i o uregulowaniu spraw
spadkowych, czego zresztą nie uczyniła. Jest to znak, że tych wypowiedzi nie można sprowadzić do
jakiegokolwiek zamiaru. Jeśli mam wypowiedzieć w tej sprawie swój niemiarodajny sąd, to
powiem, że nie widzę w nieszczęśliwym wypadku zmącenia świadomości, lecz spełnienie
nieświadomego życzenia poprzez zamierzone samounicestwienie, maskowane przypadkowym
nieszczęściem. Umacniają mnie w tym poglądzie wypowiedzi panny Z. odnoszące się do jej
krewnych zarówno z czasu, gdy jeszcze nie znaliśmy się, jak i z późniejszego okresu, w tym także
do mnie, niemal z ostatnich dni — to wszystko jako skutek wcześniejszej utraty dziewictwa, czego
w jej oczach nic nie mogło zastąpić”.
chańszym dzieckiem, to podnosząc je do góry, to opuszczając w dół; raz uczynił to w takim miejscu
i z takim rozmachem, że dziecko omal nie uderzyło główką o ciężki wiszący żyrandol. Dziecku nic
się nie stało, ale ze strachu dostało zawrotu głowy. Ojciec stanął jak wryty z dzieckiem na rękach, a
matka dostała ataku histerycznego. Osobliwa zręczność tego nieopatrznego ruchu, tudzież
gwałtowność reakcji rodziców kazały mi dopatrywać się w tym pozornym przypadku przejawu

złowrogich zamiarów wobec ukochanego dziecka. Wyłaniającą się tu sprzeczność między tym
przypuszczeniem a obecną miłością ojca do dziecka usunąłem, przenosząc ten wrogi impuls w
czasy, gdy to dziecko było jeszcze jedyne, a zatem tak malutkie, że ojciec nie zajmował się nim
jeszcze tak tkliwie. Wobec tego mogłem z łatwością przypuścić, że temu podówczas przez swą
żonę nie bardzo zaspokajanemu człowiekowi mignęła myśl lub zamiar: „Gdyby to małe stworzenie,
na którym mi nic nie zależy, umarło, byłbym wolny i mógłbym się z żoną rozwieść”. Życzenie
śmierci tej obecnie tak kochanej istotki musiało więc dalej tkwić w nieświadomości. Odtąd było już
łatwo odnaleźć drogę, na której to nieświadome życzenie mogło się utrwalić. Bardzo wyraźne
uwarunkowanie tego utrwalenia się potwierdziło rzeczywiście wspomnienie z dzieciństwa tego
pacjenta, że śmierć młodszego brata, którą matka przypisywała nie-dbałości ojca, była przyczyną
gwałtownych scen i pogróżek rozwodowych między jego rodzicami. Dodatni rezultat leczniczy, bo
dalszy przebieg małżeństwa mego pacjenta był już odtąd szczęśliwy, potwierdził w zupełności moją
koncepcję.
J. Starcke 13 podał przykład dowodzący, że poeta bez wahania wstawia czynność pomyłkową w
miejsce za-
18 J. Starcke, op. cit. •’ )«”•
244
245
mierzonego działania czyniąc ją źródłem najcięższych następstw.
,,W jednym ze szkiców Heyermansa14 jest podany przykład czynności pomyłkowej — a mówiąc
ściślej — pomyłkowego działania, któremu autor nadaje dramatyczny motyw.
Chodzi o szkic Tom i Teddie. Z pary nurków, która występowała w teatrze rozmaitości, dłuższy
czas przebywała w wodzie i wyko*nywała różne sztuczki w żelaznym basenie ze szklanymi
ścianami, kobieta występowała od niedawna z innym mężczyzną, treserem. Jej stały partner
przyłapał ją tuż przed przedstawieniem, w ubieralni, na gorącym uczynku. Milcząca scena, groźne
spojrzenia i jego słowo: «Potem». Przedstawienie zaczęło się. Nurek miał wykonać najtrudniejszą
sztukę, pozostać dwie i pół minuty pod wodą w hermetycznie zamkniętym pomieszczeniu.
Wykonywali to już wielokrotnie; pomieszczenie zostało zamknięte i Teddie pokazała publiczności,
która kontrolowała czas na własnych zegarkach, klucz. Kilkakrotnie upuszczała rozmyślnie klucz w
basenie i szybko zanurzała się po niego, aby nie spóźnić się z otworzeniem pomieszczenia.
Tego wieczoru, 31 stycznia, Tom jak zwykle został zamknięty rączką wesoło usposobionej
kobietki. On uśmiechał się zza okienka, ona bawiła się kluczem i czekała na ostrzegawczy znak.
Między kulisami stał treser w nienagannym fraku, białym krawacie ze szpicrutą w ręku. Aby
przyciągnąć jej uwagę ten «trzeci» zagwizdał krótko. Ona spojrzała, uśmiechnęła się i niezręcznym
ruchem kogoś, komu zakłócono uwagę, podrzuciła klucz z taką złością, że ten akurat w dwie
minuty i dwadzieścia sekund od chwili zamknięcia wpadł w sukno fla-
14 H. Heyermans Schetsen van Samuel Falkland, 18 Bundel. Amsterdam 1914, H. J. W. Becht.
gowe osłaniające podest pomieszczenia z wodą. Nikt tego nie widział. Nikt nie mógł tego widzieć.
Patrząc z sali miało się złudzenie, że klucz wpada do basenu — i nikt z pracowników teatru nie
zauważył tego, co się stało, gdyż sukno stłumiło upadek klucza.
Uśmiechnięta Teddie bez ociągania się wspięła się na brzeg basenu. Śmiejąc się — dobrze to
zniosła — schodziła po drabince. Śmiejąc się zniknęła za podestem, aby szukać klucza, ale gdy nie
znalazła go natychmiast, schyliła się z miną, jakby miała coś skraść, z wyrazem twarzy jakby
mówiła: «O Boże, jakież to przykre!» i znalazła się na tle sukna flagowego.
Tymczasem Tom robił śmieszne grymasy poza okienkiem, jakby i on był niespokojny. Widać było
biel jego zębów, dziwne ruchy jego warg pod lnianymi wąsami, komiczne wypuszczanie
pęcherzyków powietrza, jakie oglądano już przy jedzeniu jabłka. Widziano grzebiące ruchy jego
zbielałych kończyn i śmiano się, jak śmiano się już wielokrotnie tego wieczoru.

Dwie minuty i pięćdziesiąt sekund …
Trzy minuty i siedem … dwanaście sekund …
Brawo! Brawo! Brawo!
Nagle salę ogarnęło przerażenie, szurgano nogami, gdy i pomocnicy, i treser zaczęli szukać
klucza; kurtyna opadła, zanim otworzono pokrywę.
Na scenie pojawiło się sześć angielskich tancerek, potem mężczyzna z konikami, psami i małpami.
Wszystko toczyło się dalej.
Dopiero następnego ranka publiczność dowiedziała się, że stało się nieszczęście, że Teddie została
wdową …
Z zacytowanego fragmentu wynika, jak znakomicie artysta musiał rozumieć istotę działań tego
rodzaju, aby nam przedstawić tak trafnie głęboką przyczynę niezręczności, która spowodowała
śmierć”.
246
Rozdział
ix Czynności
symptomatyczne i przypadkowe
Opisane dotychczas różne działania, w których rozpoznaliśmy wykonanie jakiegoś
nieświadomego zamiaru, występowały jako zaburzenia innych nie zamierzonych czynności i
pozorowały niezręczność. Czynności przypadkowe, o których teraz będziemy mówić, różnią się od
pomyłek w działaniu tym tylko, że nie zachodzi żadne ich upozorowanie jakąkolwiek świadomą
intencją. ,. Jawią się jako takie, a umożliwia je to, że nie podejrzewamy w nich ani celu, ani
zamiaru. Wykonujemy je nie myśląc przy tym o niczym, zupełnie przypadkowo, ot tak, aby zająć
ręce — liczymy na to, że przez tę wypowiedź położymy koniec dochodzeniu znaczenia tych
czynności. Aby zapewnić sobie tak wyjątkową pozycję, czynności te, których nie ukrywamy już
pod pozorem niezręczności, muszą spełniać określone warunki; mianowicie, nie powinny się
rzucać w oczy, a ich efekty muszą być nieznaczne.
Zebrałem wielką liczbę przykładów takich czynności przypadkowych — własnych i cudzych, a
poddawszy poszczególne przypadki gruntownemu zbadaniu, doszedłem do wniosku, iż zasługują
one raczej na nazwę czynności symptomatycznych. Wyrażają coś, czego sami działający w nich nie
podejrzewają i co w ogóle zamierzają zatrzymać dla siebie. Wobec tego odgrywają one rolę
symptomów, podobnie jak wszystkie rozpatrywane dotychczas zjawiska.
Najobfitszego zbioru takich czynności przypadkowych, czyli symptomatycznych, dostarczają nam,
co prawda, psychoanalizy dotyczące neurotyków. Nie mogę sobie odmówić przytoczenia tutaj
dwóch przykładów pochodzących z tego źródła, przy czym chciałbym wykazać, jak dalece i jak
subtelnie bywają te niepozorne czynności określone przez nieświadome myśli. Wobec tego granica
między czynnościami symptomatycznymi a pomyłkami w działaniu jest bardzo nieznaczna,
mógłbym te przykłady przytoczyć i w poprzednim rozdziale.
1. Pewna młoda kobieta powiada mi podczas posiedzenia psychoanalitycznego jako nasuwającą
się jej myśl, że wczoraj przy obcinaniu paznokci „zacięła się głęboko, podczas gdy chciała usunąć
delikatną skórkę przy nasadzie paznokcia”. Jest to tak mało interesujące, że dziwimy się, iż w ogóle
o tym pamięta i opowiada, dopóki nie wpadniemy na przypuszczenie, iż chodzi tu o czynność
symptomatyczną. Rzeczywiście, był to palec serdeczny, który uległ małemu skaleczeniu, a więc
palec, na którym się nosi obrączkę ślubną. Prócz tego była to rocznica jej ślubu, a ta okoliczność
nadaje całkiem specjalne, łatwe do odgadnięcia, znaczenie owemu uszkodzeniu cienkiej błonki.
Pacjentka opowiada równocześnie swoje marzenie senne, w którym jest aluzja do niezręczności jej
męża i do jej nieczułości jako kobiety. Dlaczegoż jednak zacięła się w palec lewej ręki, kiedy
obrączkę nosimy na prawej? Bo oto mąż jej jest prawnikiem, doktorem praw (Doctor der Rechte);
będąc zaś panną kochała się potajemnie w lekarzu (żartobliwie: Doctor der Linkę). Zaś małżeństwo

„na lewą rękę” ma również swoje ukryte znaczenie.
2. Pewna niezamężna młoda dama opowiada: „Rozdarłam wczoraj niechcący banknot
stuguldenowy na dwie części i jedną z nich dałam pewnej pani, która przyszła do mnie w
odwiedziny. Czyż i to miałoby być
248
249
czynnością symptomatyczną?” Dokładniejsze badanie pozwala wykryć następujące szczegóły:
banknot stu-guldenowy; moja pacjentka poświęca część swego czasu i majątku na cele
dobroczynne; wspólnie z inną panią opiekuje się wychowaniem pewnej sieroty. Te sto guldenów to
był datek owej pani na ten cel; włożyła je do koperty i położyła na razie na swym biurku.
Dama, która ją odwiedziła, była znaną osobistością, moja pacjentka była jej pomocna przy jakiejś
akcji dobroczynnej. Pani ta pragnęła zanotować sobie nazwiska osób, do których można by się
zwrócić o wsparcie. Brakło papieru; wtedy moja pacjentka chwyciła kopertę z biurka i, niepomna
jej zawartości, rozdarła ją na dwie części, zatrzymując sobie jedną połowę, aby mieć duplikat listy
owych osób, drugą zaś oddała swemu gościowi. Godna uwagi jest bezsensowność tego postąpienia.
Wszak banknot stuguldenowy nie traci swej wartości nawet wtedy, gdy jest rozdarty, jeżeli go tylko
można na nowo złożyć z porozdzieranych kawałków. A zarazem było pewne, że owa pani ze
względu na zapisane nazwiska nie wyrzuci owego kawałka papieru, jak również nie ulegało
wątpliwości, iż odeśle ona cenną zawartość, skoro ją tylko spostrzeże.
Jakie więc nieświadome myśli miałyby się kryć za tą, przez zapomnienie umożliwioną, czynnością
przypadkową? Oto odwiedzająca dama pozostawała w ścisłym związku ze mną i z pacjentką, bo w
swoim czasie poleciła jej mnie jako lekarza i, jeśli się nie mylę, to moja pacjentka poczuwała się do
wdzięczności wobec niej za tę radę. Czyżby przepołowiony banknot oznaczał może honorarium za
to pośrednictwo? To byłoby dość szczególne.
Ale mamy jeszcze inny materiał. Przed kilku dniami pośredniczka całkiem innego rodzaju
zapytywała krewnych, czy ta panienka nie chciałaby zawrzeć znajomości
z pewnym panem; a tego samego ranka, na parę godzin przed wizytą tamtej damy, przyszedł list
z oświadczynami, który wzbudził ogólną wesołość. Kiedy więc odwiedzająca dama zagaiła
rozmowę pytaniem o zdrowie mej pacjentki, ta ostatnia mogła sobie pomyśleć: , „Dałaś mi, co
prawda, odpowiedniego lekarza, ale gdybyś mi mogła dopomóc w znalezieniu odpowiedniego męża
(a co za tym idzie: dziecka), byłabym ci jeszcze., wdzięczniejsza”. W tej stłumionej myśli obie
pośredniczki zostały zjednoczone i wskutek tego wręczyła wizytującej ją damie honorarium, które
w swej fantazji gotowa była dać drugiej. Zgoła przekonujące będzie to rozwiązanie, jeśli dodam, że
właśnie poprzedniego wieczoru opowiadałem jej o takich czynnościach symptomatycznych;
skorzystała z pierwszej sposobności, by coś, analogicznego zaprodukować.
Te tak częste czynności symptomatyczne, czyli przypadkowe, można by ugrupować według tego,
czy zdarzają się przygodnie, czy też nawykowo, regularnie, wśród pewnych okoliczności. Te
ostatnie (jak bawienie , się łańcuszkiem od zegarka, skubanie brody itp.), które .• niemal mogą
służyć do charakterystyki danej osoby, przypominają różnorodne tiki i zapewne w związku z
nimi mogą być rozpatrywane. Do drugiej kategorii, zaliczam bawienie się laską, gryzmolenie
ołówkiem, po-, brzękiwanie pieniędzmi w kieszeni, ugniatanie ciasta; i różnych materiałów
plastycznych. W tym bawieniu się wykrywa się w czasie psychoanalizy regularnie sens i
znaczenie, które nie mają innej drogi wyrażenia się. r Zazwyczaj odnośna osoba nie wie o tym, że
robi coś podobnego albo że zrobiła nawet jakąś zmianę w tych * zwykłych swoich „zabawach” i ani
słyszy, ani widzi ich następstw. Tak np. nie słyszy brzęku, jaki sprawia potrząsając pieniędzmi, i
zdumiewa się oraz niedowierza, gdy jej się na to zwróci uwagę. Również i to wszystko,,
250

251
r» ” t •• ‚.
co się odnosi do naszej odzieży, jest dla lekarza ważne i pełne znaczenia. Każda zmiana w
zwyczajnym ubraniu, każda mała niedokładność, np. nie zapięty guzik, każdy ślad obnażania się
mówi coś, czego właściciel odzieży nie chce lub też najczęściej nawet nie umie wyrazić.
Znaczenie tych drobiazgów, jako też dowody takiego ich znaczenia, wyłaniają się z dostateczną
pewnością podczas posiedzenia analitycznego z towarzyszących im okoliczności, mianowicie z
tylko co poruszonego tematu i z myśli, które się nasuwają, gdy się skieruje uwagę pacjenta na tę
pozornie przypadkową czynność. Na skutek tego związku zaniecham poparcia swych twierdzeń
analizowanymi przykładami; poruszam tu jednak te sprawy dlatego, iż mają, moim zdaniem,
takie samo znaczenie u normalnych ludzi, jak i u moich pacjentów.
Nie mogę sobie odmówić przedstawienia przynajmniej jednego przypadku ukazującego, jak silnie
może być nawykowo wykonane działanie symboliczne związane z tym, co najbardziej intymne, co
najbardziej ważne w życiu zdrowego człowieka 1:
„Jak nauczył nas profesor Freud, symbolika odgrywa w dzieciństwie zdrowych ludzi większą rolę,
niż to wykazały wcześniejsze oświadczenia psychoanalityczne, ze względu na to może być
interesująca poniższa krótka analiza, szczególnie z powodu jej aspektów medycznych.
Pewien lekarz natknął się przy ustawianiu mebli w nowym mieszkaniu na prosty drewniany
stetoskop. Kiedy zastanawiał się przez moment, gdzie właściwie powinien go umieścić, poczuł się
zmuszony do pozostawienia go na swoim biurku i to tak, by znalazł się dokładnie między jego
fotelem a tym, w którym siadali
1 E. Jones Beitrag żur Symbolik im Alltag. „Zentralblatt fiir Psychoanalyse” I, 3, 1911.
jego pacjenci. Działanie to było nieco osobliwe i to z dwu powodów. Po pierwsze, rzadko
posługiwał się stetosko-pem (jako neurolog), a jeżeli było to konieczne, to używał podwójnego, na
obydwoje uszu. Po drugie, wszystkie jego przyrządy i narzędzia lekarskie były przechowywane w
szufladach z wyjątkiem tylko tego jednego. Jakkolwiek nie zastanawiał się więcej nad tą sprawą,
pewnego dnia pacjentka, która nie widziała «prostego» stetoskopu, zwróciła jego uwagę, pytając, co
to jest. Gdy jej powiedział, zapytała, dlaczego właśnie tutaj go postawił, na co on błyskawicznie
odpowiedział, że to miejsce jest równie dobre jak każde inne. Zastanowiło go to jednak i zaczął
przemyśliwać, czy to działanie nie ma u podstawy jakiejś nieświadomej motywacji, a obeznany z
metodą psychoanalityczną postanowił zbadać sprawę.
Jako pierwsze przypomnienie narzucił mu się fakt, że gdy był studentem medycyny, zrobiło na
nim wrażenie przyzwyczajenie lekarza szpitalnego, który, kiedy odwiedzał salę chorych,
ustawicznie trzymał w ręce prosty stetoskop, chociaż nigdy go nie używał. Bardzo podziwiał tego
lekarza i był mu wyjątkowo oddany. Później, kiedy sam odbywał praktykę lekarską, przejął to
przyzwyczajenie i czuł się nieswojo, gdy przez przeoczenie nie miał tego instrumentu w ręce.
Bezużytecz-ność przyzwyczajenia kryła się nie tylko w fakcie, że jedyny stetoskop, którym
rzeczywiście się posługiwał, był dwuuszny i nosił go w kieszeni, ale i w tym, że czynił to samo, gdy
był na oddziale chirurgicznym i w ogóle nie potrzebował żadnego stetoskopu. Znaczenie tych
obserwacji staje się natychmiast jasne, gdy zwróci się uwagę na falliczną naturę tego
symbolicznego działania.
Z kolei przypomniał sobie fakt, że jako młodego chłopca frapowało go przyzwyczajenie
domowego leka-
252
253
rza, który nosił prosty stetoskop wewnątrz kapelusza; uważał za interesujące to, że lekarz miał

zawsze pod ręką swój główny aparat, gdy szedł z wizytą do pacjentów, że wystarczyło mu tylko
zdjąć kapelusz (tj. część odzieży) i wyjąć go. Jako dziecko był on ogromnie przywiązany do tego
lekarza i później dzięki auto-analizie mógł odkryć, że w wieku trzech i pół roku miał podwójne
wyobrażenie o urodzeniu się młodszej siostry: pierwsze, że była ona dzieckiem jego matki, drugie,
że była dzieckiem doktora i jego. W tym fantazjowaniu odgrywał więc zarówno męską, jak i żeńską
rolę. Przypomniał sobie dalej, że w wieku sześciu lat był badany przez tego lekarza, a także
lubieżne wrażenie, jakiego doznał, gdy w czasie przyciskania ste-toskopu do swojej piersi poczuł
blisko głowę lekarza i rytmiczne jego oddychanie. W wieku trzech lat przechodził chorobę płuc i
musiał być chyba ponownie badany, chociaż nie mógł sobie tego przypomnieć.
W wieku ośmiu lat zrobiła na nim wrażenie informacja starszego od niego chłopca, że lekarze
mają zwyczaj kładzenia się do łóżka ze swoimi pacjentkami. Z pewnością była jakaś podstawa do
takiej pogłoski, gdyż we wszystkich przypadkach kobiety z sąsiedztwa, a także jego matka były
bardzo życzliwe dla młodego i przystojnego lekarza. Sam lekarz, o którym mowa, doświadczał przy
różnych okazjach licznych pokus seksualnych w stosunku do swoich pacjentek, dwa razy zakochał
się i w końcu poślubił jedną ze swoich pacjentek. Nie ulega wątpliwości, że nieświadoma
identyfikacja z doktorem z lat dziecinnych była w tym przypadku głównym powodem wyboru
zawodu lekarza. Na podstawie innych analiz można przypuszczać, że był to motyw z pewnością
występujący najczęściej (choć trudno określić, jak często). Przedstawiony przypadek miał
podwójne uwarunkowanie: po pierwsze w dowiedzionej
254
przy licznych okazjach wyższości lekarza wobec ojca,” o którego syn był zazdrosny, a po drugie w
wiedzy doktora o rzeczach zakazanych i okazjach do zadowolenia seksualnego.
Dochodzi tu jeszcze gdzie indziej przedstawione 2 marzenie senne wyraźnie homoseksualnomasochistycznej
natury, w którym mężczyzna zastępujący postać lekarza atakuje śniącego
«mieczem». Miecz przypomniał mu historię z sagi o Nibelungach, gdzie Sigurt kładzie miecz
pomiędzy sobą a śpiącą Brunhildą. Podobna historia występuje w sadze o Arturze, którą omawiany
mężczyzna zna równie dobrze.
Sens działania symptomatycznego był teraz jasny. Lekarz ustawił prosty stetoskop pomiędzy sobą
a pacjentkami, podobnie jak Sigurt miecz pomiędzy sobą a niewiastą, której nie wolno mu było
dotknąć. Działanie było tworem kompromisowym; służyło ono dwojakim pobudzeniom: ulec
stłumionym przez wykształcenie pragnieniom podejmowania stosunków seksualnych z
którąkolwiek z ponętnych pacjentek, a równocześnie pamiętać, że to pragnienie nie może być
zrealizowane. Było to czymś w rodzaju czaru przeciw pokusom.
Chciałbym dodać, że wielkie wrażenie zrobił na chłopcu poniższy fragment z Richelieu Lorda
Lyttona:
Beneath the rule of men entirely great The pen is mightier than the sword *,
mówiący o tym, że stał się płodnym pisarzem i używał wyjątkowo wielkiego pióra. Kiedy
zapytałem go, na co mu to jest potrzebne, odpowiedział w interesujący społ
Freud’s Theory of Dreams. „American Journal of Psycho-logy” 1910, 7, s. 301.
3 Por. J. Oldhama I wear my pen as others do their sword,
” -•••—••-‚•- •”••• • 255
sób: «Mam tak wiele do wyrażenia» (ale może być także: do wyciśnięcia, wtłoczenia).
Ta analiza jeszcze raz zwraca uwagę na to, jak daleko sięgający w życie duchowe wgląd
umożliwiają nam «niewinne» i «bezsensowne» działania i jak bardzo wcześnie rozwija się w
naszym życiu tendencja do symbolizmu”.
Ze swoich doświadczeń psychoterapeutycznych mogę opowiedzieć jeden przypadek, w którym
bawiąca się kawałkiem chleba ręka wypowiedziała się bardzo wyraźnie. Pacjent mój był to
zaledwie 13-letni chłopak, od dwóch lat cierpiący na ciężką histerię, którego, gdy dłuższy jego
pobyt w zakładzie wodoleczniczym okazał się bezskuteczny, poddałem wreszcie leczeniu
psychoanalitycznemu. Według mego mniemania musiał on już mieć za sobą pewne doświadczenia

seksualne i, stosownie do swego wieku, udręczać się dociekaniem nad kwestiami seksualnymi.
Ponieważ jednak chciałem ponownie sprawdzić swoje przypuszczenia, unikałem starannie
wszelkiego uświadamiania chłopca. Ciekawiło mnie, na jakiej drodze to się u niego przejawi.
Pewnego razu uderzyło mnie, iż kręcił coś między palcami prawej ręki, kładł to do kieszeni, potem
znów się tym bawił, wyciągał itd. Nie pytam go, co ma w ręku, lecz sam mi to pokazał, nagle dłoń
otwierając. Była to ugnieciona bryłka chleba. Na następne posiedzenie przyniósł znów taką bryłę i
ulepił z niej, w czasie naszej rozmowy, z niesłychaną szybkością i zamkniętymi oczyma figurkę,
która wzbudziła moje zainteresowanie. Były to bez wątpienia męskie postacie, z głową, dwiema
rękami i nogami, podobne do przedhistorycznych bożków, z jakąś naroślą między obiema nogami
wyciągniętą w długi szpic. Zaledwie to ukończył, zgniótł figurkę; później zrobił nową, lecz narośl
uformował na grzbiecie i innych okolicach ciała, aby w ten sposób zamaskować znaczenie
pierwszej. Chciałem mu pokazać, że go zrozumiałem, lecz zarazem pozbawić go wymówki, jakoby
nic nie myślał przy tworzeniu tych małych ludzi. W tym celu spytałem go nagle, czy przypomina
sobie historię owego rzymskiego króla, który posłowi swego syna dał w ogrodzie mimiczną
odpowiedź. Chłopak nie przypomniał sobie tego, choć przecież niedawno musiał się tego uczyć.
Spytał, czy to jest historia o owym niewolniku, któremu na gładko wygolonej czaszce wypisano
odpowiedź. ,,Nie — rzekłem — to należy do greckiej historii” i opowiedziałem mu, co następuje:
król Tarkwiniusz Super-bus Skłonił swego syna Sekstusa, by się wkradł do nieprzyjacielskiego
latyńskiego miasta. Syn, który w międzyczasie pozyskał stronników w tym mieście, wysłał posła do
króla z zapytaniem, co robić dalej. Król nie dał żadnej odpowiedzi, lecz poszedł do ogrodu, kazał
sobie tam pytanie powtórzyć i ściął, milcząc, kilka najpiękniejszych i największych makówek.
Posłowi nie pozostawało nic innego, jak tylko opowiedzieć to Sekstu-sowi, który ojca zrozumiał i
postarał się o to, by wymordowano najznaczniejszych obywateli miasta.
Podczas gdy to opowiadałem, chłopak wstrzymał się z ugniataniem, a gdy doszedłem do tego, co
król robił w swym ogrodzie, to już przy słowach „ściął milcząc” z błyskawiczną szybkością urwał
głowę swemu człowieczkowi. A zatem zrozumiał mnie i zmiarkował, że wzajem przeze mnie był
zrozumiany. Mogłem go więc już rozpytywać wprost, dałem mu wyjaśnienia, o które mu chodziło i
w krótkim czasie położyliśmy koniec nerwicy.
Czynności symptomatyczne, których prawie niewyczerpane bogactwo możemy zauważyć
zarówno u chorych, jak i u zdrowych, zasługują z niejednego powodu na naszą uwagę. Dla lekarza
są one często cenną wskazówką dla zorientowania się w nowych i nie znanych
257
10 Psychopatologia…
256
stosunkach, obserwatorowi zdradzają często prawie wszystko, a nawet więcej, niżby chciał
wiedzieć. Kto potrafi je należycie ocenić, ten jest jak król Salomon, który, według wschodniego
podania, rozumiał mowę zwierząt.
Pewnego dnia miałem zbadać nie znanego mi młodego człowieka w domu jego matki. Gdy
wyszedł naprzeciw mnie, wpadła mi w oczy duża plama od białka na jego spodniach, którą można
było rozpoznać po szczególnie sztywnych brzegach. Po krótkiej chwili zakłopotania jął się
ów( młody człowiek usprawiedliwiać, iż z powodu chrypki wypił przed chwilą surowe jajko i że
pewnie trochę białka spłynęło na jego ubranie, a na dowód wskazał na łupinę jajka, która jeszcze
leżała w pokoju na podstawce. Tak więc ta podejrzana plama tłumaczyła się w sposób niby zupełnie
niewinny; gdy jednak matka pozostawiła nas samych, podziękowałem mu za ułatwienie mi
diagnozy i nie krępując się zupełnie wziąłem za podstawę naszej rozmowy jego wyznanie, że cierpi
wskutek następstw samogwałtu.
Innym razem byłem z wizytą lekarską u pewnej zarówno bogatej i skąpej, jak dziwacznej damy,
która zazwyczaj utrudniała lekarzowi zadanie, zasypując go skargami, zanim nareszcie udało mu się

wynaleźć prostą przyczynę jej zaburzeń. Gdy wszedłem, siedziała przy stoliczku układając srebrne
guldeny na małe kupki, a gdy wstała na moje powitanie, zrzuciła kilka sztuk na ziemię. Pomogłem
jej podnieść je i przerwałem wkrótce jej lamenty pytając: „A więc znów tyle pieniędzy straciła pani
przez swego zięcia, chorującego na pańskość?” Zaprzeczyła mi z rozgoryczeniem, lecz wkrótce
potem zaczęła opowiadać niemiłą historię o swej irytacji z powodu marnotrawstwa zięcia, od tej
pory jednak nie wzywała mnie już więcej. Nie mogę twierdzić, że zawsze zyskujemy przyjaciół
tam, gdzie tłumaczymy znaczenie czynności symptomatycznych.
O innym przyznaniu się przez pomyłkowe działanie opowiada dr J. E. G. van Emden (Haga):
„Przy płaceniu w małej berlińskiej restauracji kelner twierdził, że cena określonej potrawy — z
powodu wojny — podniosła się o 10 fenigów; na moje pytanie, dlaczego tego nie wykazano w
cenniku, odpowiedział, że musiało, oczywiście, nastąpić przeoczenie, ale że tak jest na pewno! Przy
odbieraniu należności był tak niezręczny, że upuścił dziesięciofenigówkę, która upadła na mój
stolik!
— Teraz wiem już na pewno, że policzył mi pan za dużo, czy zgodzi się pan z tym, czy mam
zapytać o to w kasie?
— Proszę… pozwoli pan… chwileczkę… — i już go nie było.
Pozwoliłem mu oczywiście odejść, a on w dwie minuty później usprawiedliwiał się, że nie
wiadomo, w jaki sposób pomylił tę potrawę z inną, a owe 10 fenigów to była kara jako jego
przyczynek do psychopatologii życia codziennego”.
Kto zechce obserwować innych ludzi, ten będzie mógł stwierdzić u nich najpiękniejsze i
najbardziej pouczające przykłady czynności symptomatycznych.
Tak oto opowiada dr H. Sachs:
„Przypadkowo byłem obecny przy tym, jak starsze, spokrewnione ze mną małżeństwo zasiadło do
kolacji. Dama miała dolegliwości żołądkowe i musiała zachować bardzo ostrą dietę. Jej mężowi
podano właśnie pieczyste i poprosił żonę, która nie mogła jeść czegoś takiego, o podanie
musztardy. Ona otworzyła szafę i postawiła przed mężem flakonik z kroplami żołądkowymi.
Naturalnie, między beczułkowatym słoikiem z musztardą a flakonikiem na krople nie było żadnego
podobieństwa, które tłumaczyłoby pomyłkę; mimo to żona zauważyła swą pomyłkę dopiero
wówczas, gdy mąż, śmiejąc się,
258
259
|wrócił jej na to uwagę. Sens czynności symptomatycznej nie wymaga wyjaśnienia”.
| Wyśmienity przykład tego rodzaju, bardzo umiejętnie wykorzystany przez obserwatora,
zawdzięczam drowi B. Dattnerowi.
„Siedziałem w restauracji przy obiedzie ze swoim kolegą z wydziału filozofii. Opowiadał on o
uciążliwości prób kandydowania i wspomniał przy tym, że jeszcze przed zakończeniem studiów
otrzymał zajęcie w charakterze sekretarza u ‚konsula czy upełnomocnionego nadzwyczajnego
ministra Chile. «Ale minister został przeniesiony, a jego następcy nie przedstawiłem się». W
momencie, gdy mówił to zdanie, wkładał do ust kawałek tortu, ale ten spadł mu jakby przez
niezręczność. Zorientowałem się natychmiast w utajonym sensie tej czynności symptomatycznej i
nie obeznanemu z psychoanalizą koledze zarzuciłem coś takiego: «Pozwolił pan spaść
smakowitemu kęskowi». On jednak nie zauważył tego, że ‚moje słowa odnoszą się równie dobrze
do jego czynności symptomatycznej, i powtórzył ze szczególnie pełnym wdzięku, ale zaskakującym
ożywieniem akurat te same słowa, które ja wypowiedziałem: «Tak, to rzeczywiście był smakowity
kąsek, któremu pozwoliłem upaść», i ulżył sobie wyczerpującym przedstawieniem swej
niezręczności, która pozbawiła go dobrze płatnego stanowiska.
Sens symboliczny czynności symptomatycznej staje się jasny, gdy weźmie się pod uwagę, że
kolega odczuwał skrupuły przy opowiadaniu mnie, nie będącym bliskim mu człowiekiem, o swojej

przykrej sytuacji materialnej i że wówczas stłumione myśli ubierał w czynność symptomatyczną, że
wyrażał symbolicznie to, co powinno zostać ukryte, a to symboliczne wyrażenie nieświadomego
przyniosło mu ulgę”. Jak pełne sensu może się okazać pozornie nie zamierzone
zabranie przedmiotu, przekonują poniższe przykłady.
Dr B. Dattner: „Pewien kolega składał wizytę swojej uwielbianej przyjaciółce z okresu młodości
po raz pierwszy od chwili, gdy wyszła za mąż. Opowiada mi o tej wizycie i wyraża swoje
zdurąienie z powodu tego, że nie udało mu się pozostać u niej dłużej, jak tego pragnął, a jedynie
bardzo krótko. Ale zaraz informuje o szczególnej czynności pomyłkowej, jaka mu się tam zdarzyła.
Mąż jego przyjaciółki, biorący udział w rozmowie, szukał pudełka zapałek, które z całą pewnością
w momencie jego przyjścia leżało na stole. Również gość przeszukał swoje kieszenie, czy ich
przypadkiem tam nie włożył, ale na próżno. Po dłuższym czasie znalazł je rzeczywiście w kieszeni,
przy czym uderzyło go, że w pudełku była tylko jedna zapałka. W kilka dni później miał marzenie
senne, które, zawierając symbolikę pudełka i osobę przyjaciółki, potwierdziło moje wyjaśnienia, że
kolega swoją czynnością symptomatyczną chciał zgłosić swoje prawo pierwszeństwa i przedstawić
wyłączność posiadania (tylko jedna zapałka w środku)”.
Dr H. Sachs: „Nasza służąca jadała chętnie pewien określony tort. Co do tego nie było żadnych
wątpliwości, gdyż to było jedyne danie, które wyjątkowo dobrze przygotowywała. Pewnej niedzieli
przyniosła nam właśnie ten tort, położyła na kredensie, wzięła poprzednio użyte talerze i sztućce,
ułożyła je na tacy, na której przyniosła tort, na wierzchu umieściła tort, zamiast go nam podać, i
zniknęła w kuchni. Początkowo sądziliśmy, że stwierdziła, iż przy torcie trzeba coś poprawić, ale
kiedy nie wracała, żona poszła do kuchni i zapytała: «Betti, co z tym tortem?» Na to dziewczyna
nie rozumiejąc: «Jak to?» Musieliśmy jej wyjaśnić, że przyniosła i zaraz z powrotem wyniosła tort;
a więc wyjęła
260
261
go, wniosła i ponownie odstawiła, nie zauważywszy tego. Następnego dnia, gdy zamierzaliśmy
zjeść resztę tortu, żona zauważyła, że nie było go mniej niż wczoraj pozostawiliśmy, a więc
dziewczyna wzgardziła należącym się jej kawałkiem przysmaku. Na pytanie, dlaczego nie zjadła
tortu, odpowiedziała lekko zakłopotana, że nie miała ochoty. Infantylne nastawienie jest widoczne
w obu przypadkach; najpierw dziecinne nieumiarkowa-nie, które nie chce z nikim dzielić się
upragnionym celem, następnie podobnie dziecinna reakcja uporu: «Jeżeli mi na to nie pozwalacie,
ja już niczego nie chcę»”.
Czynności takie w odniesieniu do małżeństwa mogą mieć jak najpoważniejsze znaczenie i nawet
tych, którzy się zupełnie nie interesują psychologią nieświadomego, zmusić do wiary w
przepowiednie. Nie jest to dobrą zapowiedzią, jeśli młoda kobieta w swej podróży poślubnej gubi
obrączfkę, choćby ją tylko zarzuciła i wkrótce znowu odnalazła. Znam pewną rozwódkę, która jako
mężatka podpisywała często różne dokumenty w sprawach majątkowych swym panieńskim
nazwiskiem, na wiele lat przedtem zanim na nowo do niego powróciła. Byłem raz gościem świeżo
poślubionej pary i słyszałem jak młodziutka pani domu ze śmiechem opowiadała o swym
najświeższym przeżyciu. Wróciwszy z podróży odwiedziła swą zamężną siostrę, aby jak dawniej
razem z nią załatwiać zakupy, podczas gdy małżonek poszedł za swoimi interesami. Nagle wpadł
jej w oczy jakiś pan po drugiej stronie ulicy; trąciła swą siostrę wołając: „Patrz, tam idzie przecież
pan L.”. Zapomniała, że pan ten od kilku tygodni był jej mężem. Dreszcz mnie przeszedł przy tym
opowiadaniu, lecz nie wyciągnąłem z niego wniosków; ten mały epizod przyszedł mi na myśl
dopiero później, gdy to małżeństwo zakończyło się jak najnieszczęśliwiej.
Następujący przykład, zaczerpnięty z cennej, wydanej
w języku francuskim w Zurychu, pracy A. Maede-ra 4 mógłby również być umieszczony w

rubryce „Zapominanie”:
„Une damę nous racontait recemment qu’elle avait oublie d’essayer są robe de noce et s’en souuint
la veille du mariage d huit heures du soir, la couturiere desespe-rait de voir są cliente. Ce detail
suffit d montrer, que la fiancee ne se sentait pas tres hereuse de porter une robe d’epouse, elle
cherchait d oublier cette representation penible. Elle est aujourd’hui… divorcee”.
O wielkiej artystce Eleonorze Duse opowiadał mi przyjaciel, który nauczył się zważać na tego
rodzaju oznaki, że w jednej ze swych ról wykonuje ona czynność symptomatyczną, która dobrze
ilustruje, w jakich głębinach jej duszy ma źródło jej gra. Jest to dramat oparty na wiarołomstwie:
miała właśnie przejście z mężem i stoi na uboczu pogrążona w myślach, zanim się do niej nie zbliży
uwodziciel. W tej krótkiej przerwie bawi się obrączką na palcu, ściąga ją i znów wkłada, wreszcie
znowu ją ściąga. Dojrzała już dla drugiego.
Wiąże się to z tym, co opowiada T. Reik 5 na temat innych czynności symptomatycznych z
pierścionkami.
„Znamy czynności symptomatyczne, jakie wykonują ludzie zamężni ściągając i ponownie
zakładając obrączki ślubne. Podobne czynności symptomatyczne wykonywał mój kolega M.
Otrzymał on od ukochanej dziewczyny w prezencie pierścionek z uwagą, że nie powinien go
zgubić, gdyż wówczas wiedziałaby, że już jej nie kocha. Rozwinęło to w nim później wzmożoną
troskę o pierścionek i obawę, że może go zgubić. Gdy go na chwilę odkładał, np. w czasie kąpieli,
czuł się zakłopotany, bo nieraz musiał go długo szukać, by odnaleźć. Przy wrzu-
4 A. Maeder Contributions d la psychopathologie de la vie ąuotidienne. „Archives de
Psychologie” VI, 1907.
5 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” III, 1915.
262
263
caniu listu do skrzynki pocztowej nie mógł stłumić w sobie obawy, że zapadki skrzynki mogłyby
zerwać mu pierścionek. Pewnego razu rzeczywiście tak niefortunnie wkładał list, że pierścionek
wpadł do skrzynki. List, jaki wtedy wysyłał, był listem pożegnalnym do poprzedniej ukochanej,
wobec której czuł się winny. Równocześnie obudziła się w nim tęsknota za tą kobietą, która weszła
w konflikt z jego obecną miłością”.
Przy temacie pierścionka ponownie odnosi się wrażenie, jak trudno jest psychoanalitykowi znaleźć
coś nowego, czego przed nim nie przeczuwałby poeta. W powieści Fontanego Vor dem Sturm radca
prawny Turga-ny w czasie gry w fanty mówi:
„Zechciejcie mi wierzyć, moje panie, że w dawaniu fantów ujawniają się najgłębsze tajemnice
natury”. Wśród dowodów, którymi wzmacniał swoje twierdzenie, jeden zasługuje na nasze
szczególne zainteresowanie: „Przypominam sobie stojącą otyłą żonę profesora, która raz po raz
zdejmowała z palca i zakładała z powrotem swój ślubny pierścionek. Pozwólcie mi opisać
małżeńskie szczęście tego domu”. I ciągnął dalej: „W tym samym towarzystwie znajdował się
pewien pan, który niestrudzenie deponował swój angielski scyzoryk kieszonkowy z siedmioma
ostrzami, korkociągiem i zapalniczką na łonie pań, aż po rozerwaniu wielu jedwabnych sukien
zniknął przy ogólnym oburzeniu obecnych”.
Nie zdziwi nas, że przedmiot o tak bogatym znaczeniu symbolicznym, jak pierścionek, może być
używany do bogatych pod względem znaczenia czynności pomyłkowych także wówczas, gdy jako
pierścionek małżeński lub zaręczynowy oznacza po prostu związek erotyczny. Dr M. Kardos
udostępnił mi poniższy przykład tego rodzaju wydarzenia.
„Przed wielu laty związał się ze mną znacznie młodszy
ode mnie mężczyzna, który podzielał moje duchowe dążenia i pozostawał ze mną w stosunku
ucznia do nauczyciela. Przy pewnej okazji podarowałem mu pierścionek, który spowodował, że
wielokrotnie zdarzyły mu się czynności symptomatyczne lub pomyłkowe, jeżeli tylko w naszych

stosunkach zaszło coś nagannego. Niedawno zrelacjonował mi następujący, szczególnie piękny i
przejrzysty przypadek. Któregoś razu, a spotykaliśmy się regularnie raz w tygodniu dla
porozmawiania, nie zjawił się pod pretekstem, że umówił się z jakąś młodą kobietą. Przed
południem następnego dnia, ale już dość długo po wyjściu z domu, zorientował się, że nie ma na
palcu pierścionka. Nie zaniepokoił się tym szczególnie, gdyż przypuszczał, że pozostawił go w
domu na nocnym stoliku, gdzie kładł go każdego wieczoru, i że po powrocie tam go znajdzie.
Kiedy tylko wrócił do domu, spojrzał na stolik, ale tam nie było pierścionka, zaczął więc go szukać
w całym pokoju, ale bezskutecznie. W końcu przyszła mu do głowy myśl, że pierścionek —
podobnie jak to robił już przeszło od roku — położył na nocnym stoliku obok malutkiego nożyka,
który zwykł był nosić w kieszonce kamizelki. To naprowadziło go na przypuszczenie, że z
roztargnienia włożył do kieszonki pierścionek razem z nożykiem. Siągnął do kamizelki i znalazł
tam rzeczywiście pierścionek. Pierścionek ślubny w kieszonce kamizelki to przysłowiowy sposób
chowania pierścionka, gdy mężczyzna zamierza oszukać kobietę, od której go otrzymał. Poczucie
winy spowodowało więc najpierw ukaranie samego siebie («Nie zasługujesz już na to, by nosić ten
pierścionek»), a następnie przyznanie się d”, winy, ale w postaci pomyłkowej czynności bez
świadków. Dopiero na okrężnej drodze przez opowiedzenie — co było do przewidzenia — doszło
do przyznania się do popełnienia małej «niewierności»”. Znam też historię pcwnegc starszego pana,
który za-
265
264
ślubił bardzo młodą dziewczynę i zamierzał noc poślubną, zamiast w podróży, spędzić w jednym z
hotelów w stolicy. Zaledwie przybył do hotelu spostrzegł z przerażeniem, że brak mu portfela, w
którym znajdowała się cała suma przeznaczona na podróż poślubną; widocznie zgubił go albo
zarzucił. Udało się jeszcze telefonicznie zawiadomić służącego; ten odnalazł zgubę w tużurku
odłożonym po uroczystościach weselnych i odniósł ją do hotelu nowożeńcowi, który w ten sposób
bez zasobów wstąpił w związek małżeński. Nazajutrz mógł więc wyjechać w podróż; lecz przez tę
noc był on, jak to słusznie w swej obawie przewidział, istotnie „niezasobny”.
Możemy się pocieszyć, że g u b i e n i e jest w wyższym stopniu, niż przypuszczamy, czynnością
symptomatyczną, a zatem czymś pożądanym przez nieświadome zamiary poszkodowanego. Jest
ono zbyt często tylko wyrazem albo niskiej oceny zagubionego przedmiotu, albo też tajnej niechęci
do tego przedmiotu lub osoby, od której ten przedmiot pochodzi, albo też chęć pozbycia się
przeniosła się, za pomocą symbolicznego skojarzenia, z innego, ważniejszego przedmiotu na
przedmiot zagubiony. Gubienie rzeczy cennych jest wyrazem rozmaitych pobudzeń, i tak albo ma
ono przedstawiać symbolicznie stłumioną myśl, a zatem jest powtórzeniem przestrogi, której byśmy
woleli nie słyszeć, albo też, i to przede wszystkim, ma służyć jako ofiara dla ciemnych potęg losu,
od czego jeszcze nie wyzwoliliśmy się całkowicie.
Dla objaśnienia tego, co zostało powiedziane o gubieniu, kilka przykładów.
Dr B. Dattner: „Kolega informuje mnie, że niespodziewanie zgubił swój ołówek «Penkala», który
miał od dwóch lat i który bardzo cenił z powodu jego szczególnych zalet. Analiza wykazała
następujący stan rzeczy Poprzedniego dnia kolega ten otrzymał od swego szwagra
obraźliwie nieprzyjemny list, którego końcowe zdanie tak brzmiało: «Nie mam na razie ani
ochoty, ani czasu wspomagać Twojej lekkomyślności i Twego le-nistwa». Uczucie, jakie wywołał
ten list, było tak silne, że natychmiast następnego dnia poświęcił ołówek «Pen-kala», prezent tegoż
szwagra, aby nie być zbyt obciążonym jego łaską”.
Znana mi niewiasta wstrzymała się, co jest zrozumiałe, od pójścia do teatru w okresie żałoby po
swej starej matce. Brakowało jeszcze tylko kilka dni do końca rocznej żałoby, kiedy dała się
namówić na przyjęcie biletu do teatru na szczególnie interesujące przedstawienie. Przyszedłszy
przed teatr stwierdziła, że zgubiła bilet. Sądziła, że wyrzuciła go razem z biletem tramwajowym,

gdy wysiadła na przystanku. Ta sama osoba szczyciła się tym, że nigdy nie zgubiła niczego przez
nieuwagę.
Można zatem przyjąć, że i inny przypadek zgubienia, jaki się jej zdarzył, był dobrze
umotywowany.
Przybywszy do uzdrowiska zdecydowała się odwiedzić pensjonat, w którym mieszkała poprzednim
razem. Została tam przyjęta i ugoszczona jako dobra znajoma i przekonała się, kiedy chciała
zapłacić, że potraktowano ją jako gościa, co jej nie odpowiadało. Wyrażono zgodę na
pozostawienie czegoś podającej jej dziewczynie, więc otworzyła sa’kiewkę, by położyć na stole
banknot. Wieczorem służący pensjonatu przyniósł jej pięciomar-kówkę, która znalazła się pod
stołem i, zdaniem właścicielki, powinna należeć do panienki! Wypadła jej zapewne z sakiewki, gdy
wyjmowała napiwek dla podającej jej dziewczyny. Prawdopodobnie chciała jednak zapłacić swój
rachunek. 5 Otto Rank w dłuższym doniesieniu6 uwidocznił za
, • O. Rank Das Verlieren als Symptomhandlung. „Zentralblatt fur Psychoanaly.se” I,
10/11. ; .:O;a H;: :; , :
267
266
pomocą analizy marzeń nastawienie ofiarnicze leżące u podstawy takiego aktu i głębiej sięgające
umotywowania 7. Interesujące jest uzupełnienie, że niekiedy nie tylko zgubienie, ale również
odnalezienie przedmiotów wydaje się zdeterminowane. Z poniżej zamieszczonej obserwacji
wynika, jak należy to rozumieć. Jasne jest, że przy gubieniu przedmiot jest dany, a przy
odnalezieniu musi być on dopiero poszukiwany.
„Młoda dziewczyna, zależna materialnie od swoich rodziców, zamierzała kupić sobie coś z taniej
biżuterii. Zapytała w sklepie o cenę przedmiotu, który się jej podobał, ale zorientowała się ku
swemu zmartwieniu, że kosztuje on więcej, niż wynoszą jej oszczędności. I to tylko o dwie korony,
których brak pozbawił ją tej małej radości. W nastroju przygnębienia wlokła się ożywionymi
wieczorem ulicami miasta do domu. Na jednym z najbardziej uczęszczanych placów — chociaż
zatopiona była w myślach — zauważyła nagle na ziemi mały papierek, obok którego właśnie
przechodziła. Odwróciła się, podniosła i ku swemu zdziwieniu stwierdziła, że jest to
dwukoronówka. Pomyślała: «To los mi zesłał, abym mogła kupić sobie ozdobę»; uradowana
zawróciła, by iść za tym niejako znakiem. W tym samym momencie powiedziała jednak do siebie,
że nie powinna tego czynić, gdyż znaleziony pieniądz przynosi szczęście, więc nie należy się go
wyzbyć.
Na podstawie danej sytuacji, bez osobistej rozmowy z dziewczyną, można dokonać cząstki analizy
prowadzącej do zrozumienia tego przypadkowego działania. Wśród myśli, które zaprzątały
dziewczynę w czasie powrotu do
7 Inne komunikaty dołączone do tego: „Zentralbiatt fur Psychoanalyse”
II oraz „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse”
I, 1913. ,,. : – .,.,,.y.*,»..
domu, były na pewno, i to głównie, te, które odnosiły się do jej ubóstwa i ograniczeń materialnych
i, to możemy przypuścić, do pragnienia uwolnienia się od tych przytłaczających ją warunków. Idea,
jak w najłatwiejszy sposób można by dojść do tej brakującej kwoty, a tym samym zaspokoić swoje
skromne pragnienie, kiełkowała jako poczucie najprostszego rozwiązania w postaci znalezienia.
Tak więc jej nieświadomość (lub przed-świadomość) była nastawiona na znalezienie, jeśli nawet
myśl o tym — z powodu zaprzątnięcia uwagi («zatopio-na w myślach») — nie mogła stać się w
pełni świadoma. Na podstawie podobnych zanalizowanych przykładów możemy wręcz twierdzić,
że nieświadoma «goto-wość szukania* znacznie łatwiej może doprowadzić do znalezienia czegoś
niż świadomie skierowana uwaga. Inaczej nie dałoby się wyjaśnić, w jaki sposób właśnie ta jedna
osoba spośród setek przechodzących, i to w dodatku w utrudnionych warunkach wieczornego

oświetlenia i gęstej masy ludzi, mogła znaleźć ten pieniądz ku swemu własnemu zaskoczeniu. W
jak silnym stopniu istniała rzeczywiście ta nie- lub przedświadoma gotowość, pokazuje szczególny
fakt, że dziewczyna już po znalezieniu, a więc gdy owo nastawienie stało się zbędne i zapewne nie
wiązało się ze świadomą uwagą, w dalszej drodze do domu znalazła chusteczkę do nosa w
ciemnym ustronnym miejscu uliczki przedmieścia”.
Należy zaznaczyć, że takie działania symptomatyczne pozwalają często najlepiej dojść do
poznania intymnego życia duchowego człowieka.
Przytoczę tu przykład sporadycznych czynności przypadkowych, który można wytłumaczyć i bez
analizy i który doskonale naświetla warunki, w jakich takie symptomy mogą niepostrzeżenie
powstawać; zarazem będziemy mogli nawiązać doń uwagi o dużym znaczę-
268
269
niu. Wydarzyło mi się w czasie podróży letniej, że musiałem kilka dni czekać w pewnym miejscu
na przyjazd swego towarzysza podróży. W ciągu tego czasu zawarłem znajomość z młodym
człowiekiem, który ! również czuł się samotny i chętnie przyłączył się do mnie. Ponieważ
mieszkaliśmy w tym samym hotelu, doszło więc łatwo do tego, że razem jadaliśmy i
przechadzaliśmy się. Trzeciego dnia po południu mój znajomy oznajmił mi nagle, że tegoż
wieczoru oczekuje żony, która ma przyjechać pociągiem kurierskim. To wzbudziło moje
zainteresowanie psychologiczne, gdyż już przed obiadem uderzyło mnie, że mój towarzysz odrzucił
propozycję większej wycieczki, a na naszej wspólnej przechadzce nie chciał iść wskazaną przeze
mnie ścieżką, uważając ją za zbyt stromą i niebezpiecz- | na. Na poobiednim spacerze utrzymywał
nagle, że mu– J szę już być głodny i prosił, bym się nim nie krępował, bo on dopiero po
przyjeździe żony wraz z nią zje ko- 5 lację. Zrozumiałem go i siadłem do stołu, podczas gdy on
udał się na dworzec. Następnego ranka spotkaliśmy się w przedsionku hotelu; przedstawił mnie
swej żonie i dodał: „Zje pan chyba z nami śniadanie?” Miałem jeszcze załatwić mały sprawunek na
sąsiedniej ulicy i zapewniłem, że wkrótce wrócę. Gdy wszedłem później do jadalni, widziałem, że
małżeństwo to zajęło mały stolik pod oknem, usiadłszy po jednej stronie; naprzeciw nich było tylko
jedno krzesło, ale na jego poręczy wisiał, zakrywając siedzenie, duży i ciężki płaszcz mego
znajomego. Zrozumiałem dobrze sens tego z pewnością nieumyślnego, lecz tym wymowniejszego
umieszczenia płaszcza. Oznaczało ono: dla ciebie nie ma tu miejsca; jesteś zbędny. Mąż nie
zauważył też, że nie siadłem, lecz stałem przy ich stoliku; dopiero żona, trąciwszy go, .szepnęła:
„Zająłeś przecież miejsce tego pana”.
Tego rodzaju przeżycia przekonały mnie, że nieumyślnie
wykonywane czynności muszą się stać nieuniknionym źródłem nieporozumień w stosunkach
ludzkich. Kto wykonuje te czynności, nie wiedząc nic o związanych z nimi zamiarach, ten nie
przypisuje sobie winy i nie czuje się odpowiedzialnym za nie. Jego towarzysz jednak, wyciągając z
takich czynności swego partnera wnioski co do jego usposobienia i zamiarów, wie zazwyczaj
więcej o jego życiu psychicznym, niż tenże sam gotów jest przyznać. Toteż oburza się on, gdy mu
się przedstawi wnioski wyciągnięte z czynności symptomatycznych, uważa je za bezpodstawne,
gdyż świadomy zamiar nie bierze udziału przy ich wykonaniu, i skarży się na niezrozumienie ze
strony drugich. Ściśle biorąc, podobne nieporozumienia polegają na tym, iż za wiele i za subtelnie
chce się rozumieć. Im bardziej „nerwowi” są ludzie, tym pewniej znajdą okazję do sprzeczki, której
winę jeden osobnik zrzuca z siebie, przenosząc odpowiedzialność na drugiego. Jest to chyba kara za
wewnętrzną nieszczerość, że ludzie pod pozorami zapomnienia, nieumyślności, pomyłek itd. dają
wyraz pobudzeniom psychicznym, do których raczej powinni przyznać się otwarcie przed sobą i
innymi, skoro nie mogą. ich opanować. Można rzeczywiście stwierdzić ogólnie, że każdy
bezustannie uprawia psychoanalizę na swych bliźnich i wskutek tego zna ich lepiej aniżeli siebie
samego. Droga do przekazania: ^vw9i acawćy („Poznaj siebie samego”), prowadzi przez badanie

swych własnych, pozornie przypadkowych, czynności lub ich poniechań.
Z wszystkich poetów, pisarzy, którzy przy różnych okazjach wypowiadali się o działaniach
symptomatycznych, o czynnościach pomyłkowych lub posługiwali się nimi, żaden nie poznał ich
tajemnej natury z taką jasnością, żaden nie ożywił ich stanu rzeczy z taką grozą, jak uczynił to A.
Strindberg, którego geniusz wspie-
271
270
rała jeszcze w tym poznaniu głęboko sięgająca anomalia psychiczna. Dr Karol Weiss (Wiedeń)
zwrócił uwagę na następujący fragment w jednym z jego dzieł8.
„Po chwili hrabia przybył rzeczywiście i podszedł spokojnie do Estery, jakby wcześniej umówił
się z nią na schadzkę.
— Czy długo czekałaś? — zapytał swym przytłumionym głosem.
— Sześć miesięcy, jak wiesz — odpowiedziała Este-ra — ale czy ty mnie dzisiaj widziałeś?
— Owszem, niedawno w tramwaju; spojrzałem ci w oczy tak, jak bym z tobą rozmawiał.
— Wiele się zdarzyło od ostatniego razu.
— Tak i ja sądziłem, że między nami skończone.
— Jak to?
— Wszystkie drobiazgi, jakie od ciebie otrzymałem,) stłukły się i to w jakiś tajemniczy sposób.
— Co ty mówisz! Przypominam sobie w tej chwilii masę zdarzeń, które uważam za przypadki.
Otrzyma-I łam kiedyś od swojej babci binokle, byłyśmy wówczas dobrymi przyjaciółkami! Były
zrobione z szlifowanego kryształu górskiego i doskonałe w używaniu, prawdziwe cudo, którego
troskliwie strzegłam. Pewnego dnia zerwałam ze staruszką i ona pogniewała się na j mnie.
Przy następnych oględzinach binokle spadły bez zad-1 nej przyczyny. Myślałam, że one po prostu
pękły; po-j słałam je do naprawy. Niestety, nadal nie nadawały siej do użytku. Włożyłam je do
szuflady i zaginęły.
— Co ty mówisz! Jakie to dziwne, że to, co dotyczył oczu, jest szczególnie wrażliwe. Otrzymałem
od swojego przyjaciela lorgnon; tak dobrze pasowało do moich oczu, że jego używanie było dla
mnie przyjemnością. Po
* „Internationale Zeitschnift fur Psychoanalyse” I, 1913, s. 268.
pewnym czasie nasza przyjaźń zmieniła się we wrogość. I wiesz, doszło do tego bez jakiejś
wyraźnej przyczyny; któremuś z nas wydało się, że nie możemy się zgodzić. Kiedy chciałem
następnym razem skorzystać z lorgnon, nie widziałem przez nie wyraźnie. Jego ramię kątowe było
za krótkie i widziałem dwa obrazy. Nie muszę ci mówić, że ani to ramię nie skróciło się, ani odstęp
oczu nie powiększył się. Było coś przedziwnego, co wciąż się powtarzało i czego nikt nie zauważył.
Wyjaśnienie? Psychiczna siła nienawiści jest o wiele większa, niż sądzimy. Zresztą z pierścionka,
który otrzymałem od ciebie, zniknął kamień i nie daje się naprawić, nie daje się. Czy chcesz teraz
odejść ode mnie?” (Die gotischen Zimmer, s. 258 i n.).
Również w dziedzinie czynności symptomatycznych obserwacja psychoanalityczna musi ustąpić
pierwszeństwa pisarzom. Można dzięki niej tylko powtórzyć to, co oni dawno temu powiedzieli.
Pan W. Stross zwrócił moją uwagę na następujący fragment znanej powieści humorystycznej
Laurence’a Sterne’a pt. Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy (Księga VI, rozdział V):
„Nie dziwota też, że św. Grzegorz z Nazianzu widząc popędliwe i niepomiarkowane gesty Juliana
przepowiedział mu, że któregoś dnia stanie się odszczepieńcem lub że św. Ambroży wyrzucił
swego skrybę za drzwi z przyczyny zgoła nieprzystojnego ruchu głowy, którą ów kiwał do przodu i
tyłu niczym cepem. Lub wreszcie, że Demikryt poznał, iż Protagoras jest mężem uczonym, po
sposobie, w jaki ów układał wiązki chrustu krótszymi gałązkami na zewnątrz. Istnieją krocie
niewidzialnych szczelin — ciągnął ojciec — którymi przenikliwe oko łacno wedrzeć się może do
samego wnętrza człowieczej duszy. Ja zaś twierdzę — dodał że wystarczy, aby człowiek rozumny

wchodząc do izby zdjął kape-
272
273
lusz, wychodząc zaś włożył go na powrót na głowę, a już w geście będzie coś, co o nim
zaświadczy” 9.
A oto jeszcze mała wiązanka przykładów czynności symptomatycznych u osób zdrowych i
neurotyków.
Pewien starszy kolega, który niechętnie przegrywał w karty, zapłacił pewnego wieczoru
znaczniejszą przegraną wprawdzie bez skargi, ale też z pewną utajoną złością. Po jego odejściu
obecni stwierdzili, że pozostawił on na swoim miejscu niemal wszystko, co zwykł był nosić przy
sobie: okulary, papierośnicę i chustkę. Oznacza to: „A wy, rozbójnicy, ładnieście mnie
oporządzili!”
Pewien pan, cierpiący na przejawiającą się czasami niedomogę płciową, której przyczyny tkwią w
jego jako dziecka zażyłości z matką, opowiada, że zwykł zdobić swe notatki i zapiski literą S, od
której zaczyna się imię jego matki. Nie znosi też tego, by na jego biurku listy z domu mieszały się z
innymi i dlatego musi tamte, niejako jako święte, przechowywać osobno.
Pewna młoda dama otwiera raptownie drzwi do pokoju ordynacyjnego, w którym znajduje się
jeszcze poprzednia pacjentka. Usprawiedliwia się „bezmyślnością”; wkrótce okazuje się, że w ten
sposób demonstrowała ona ciekawość, z której powodu wtargnęła swego czasu do sypialni
rodziców.
Dziewczęta, dumne ze swoich pięknych włosów, umieją tak zręcznie obchodzić się z grzebykami i
szpilkami do włosów, że w czasie rozmowy fryzura rozluźnia się.
Niektórzy mężczyźni w czasie zabiegu, podczas którego leżą na sofie, wysypują z kieszeni drobną
monetę i w ten sposób wynagradzają według swego uznania pracę lekarza.
9 Przekład K. Tarnowskiej. Warszawa 1958, Czytelnik, t. II, s. 94 (przyp. Red.). -.’,- Ł
274
Kto u lekarza zapomina jakiś przedmiot, np. okulary, rękawiczki, torebkę, ten daje zwykle do
zrozumienia, że nie może się oderwać i że chętnie by znowu powrócił.
Jones mówi: „One can almost measure the success with which a physician is practising
psychotherapy, for instance by the size of the collection of umbrellas, handkerchiejs, purses, and so
on, that hę could mąkę in a month”.
Owe drobne nawykowe i z minimalną uwagą wykonywane czynności, jak nakręcanie zegarka
przed ułożeniem się do snu, gaszenie świecy przed opuszczeniem pokoju itd., podlegają czasem
zaburzeniom, które niezaprzeczalnie dowodzą wpływu nieświadomych kompleksów na rzekomo
mocniejsze „przyzwyczajenia”.
Maeder opowiada w czasopiśmie „Coenobium” o pewnym lekarzu szpitalnym, który pewnego
wieczoru zdecydował się pójść do miasta w ważnej sprawie, chociaż miał dyżur i nie powinien był
opuścić szpitala. Gdy powrócił, ujrzał ku swemu zdumieniu światło w swoim pokoju. Wkrótce
wpadł jednak na motyw tego zapomnienia. Mieszkający w tym samym budynku dyrektor szpitala
musiał przecież, widząc światło w pokoju swego asystenta, wnioskować, że jest on na dyżurze.
Pewien pan, przeciążony troskami i czasami cierpiący na depresję, zapewniał mnie, że regularnie
każdego ranka jego zegarek nie szedł, jeżeli poprzedniego dnia wieczorem życie wydawało mu się
trudne i niemiłe. Przez zapomnienie nakręcenia zegarka wyrażał on symbolicznie, że nie zależy mu
na tym, by dożyć następnego
dnia.
Ktoś inny, nie znany mi osobiście, napisał: „Kiedy zostałem ciężko przez los doświadczony, życie
wydało mi się tak twarde i nieprzyjazne, iż wmówiłem sobie brak dostatecznych sił, by przeżyć

następny dzień, i wówczas zauważyłem, że niemal każdego dnia zapo-
275
minąłem nakręcić zegarek, co wcześniej nigdy ini się nie zdarzało, gdyż czyniłem to regularnie w
sposób niemal mechanicznie nieświadomy, tuż przed położeniem się. Natomiast rzadko
zapominałem o tym, kiedy w następnym dniu miałem do załatwienia coś ważnego lub szczególnie
mnie interesującego. Czy i to miałoby być działaniem symptomatycznym? Nie mogłem sobie tego
wytłumaczyć”.
Kto tak jak Jung 10 lub Maeder ” zada sobie trud, by zwrócić uwagę na melodie, które nuci się nie
zważając na nie, ten odnajdzie regularny związek między tekstem tych melodii a tematem, który
zaprząta daną osobę.
Także bardziej subtelne zdeterminowanie myśli wyrażanych za pomocą mowy i pisma zasługuje
na baczną uwagę. Na ogół jest się przekonanym, że ma się możliwość wyboru pod tym względem,
w jakie słowa ubrać swoje myśli czy w jakim wyrazić je obrazie. Bliższa obserwacja pokazuje
jednak, że inne względy decydują o tym wyborze i że przez postać, formę mowy przebija głębszy,
często nie zamierzony przez mówiącego sens. Obrazy i zwroty, którymi dana osoba posługuje się
najchętniej, nie są jej obojętne, a inne okazują się aluzjami do tematu, który w danym czasie
znajduje się gdzieś głęboko w tle, ale mówiącego silnie porusza. Często zdarzało mi się słyszeć
kogoś, kto w pewnym czasie w teoretycznych rozmowach niejednokrotnie używał zwrotu: „Gdy
komuś strzeli coś do głowy”, ale ja wiedziałem, że ten człowiek otrzymał niedawno wiadomość, że
rosyjska kula przestrzeliła jego synowi furażerkę, którą nosił na głowie.
łł
10 C. Jung Uber die Psychologie der Dementia praecox. 1907,
s. 62.
11 A. Maeder Une voie nouvelle en psychologie — Freud et son ecole. „Coenobium” L/ugano
1909. / ? .. i ; i
Ro2dZ1ał x Błędy
Y J rlłiftfff. -fal
Błędy pamięciowe tym się tylko różnią od zapominania z mylnym przypomnieniem, że błąd
(błędne przypomnienie) nie zostaje jako taki rozpoznany i znajduje wiarę. Używanie wyrażenia
„błąd” zdaje się jednak zależne od innych warunków. Mówimy o „błądzeniu” zamiast o „błędnym
przypomnieniu” w tych przypadkach, gdzie idzie o odtworzenie faktów z obiektywnej
rzeczywistości, a więc gdzie coś innego ma zostać przypomniane niż jakiś fakt z naszego własnego
życia psychicznego; raczej coś takiego, co i inni mogą potwierdzić lub obalić. Przeciwieństwem
błędu pamięciowego w tym sensie jest niewiedza.
W swojej książce Die Traumdeutung (1900) dopuściłem się sfałszowania danych historycznych i
faktycznych, co ku swemu wielkiemu zdziwieniu zauważyłem dopiero po ukazaniu się książki.
Przy ich szczegółowym badaniu zauważyłem, że błędy te nie pochodzą z niego nieuctwa, lecz że
dadzą się one sprowadzić do błędów pamięci, które można wyjaśnić za pomocą analizy.
1. Na stronie 266 (pierwszego wydania) wymieniłem jako miejsce urodzenia Schillera M a r b u r
g, którą to nazwę nosi także miasto w Styrii. Popełniłem tu błąd w analizie marzenia sennego, jakie
miałem podczas podróży nocnej, a które przerwał mi konduktor wykrzykując nazwę stacji Marburg.
W treści marzenia sennego pytano się o książkę Schillera. Jednak Schiller uro-
277
dził się nie w uniwersyteckim mieście M a r b u r g, lecz w Marbach w Szwabii. Twierdzę też, że
zawsze o tym wiedziałem.
2. Na stronie 135 nazwałem ojca Hannibala — Hazdrubalem. Ta pomyłka zirytowała mnie
szczególnie, lecz utwierdziła najmocniej w moich poglądach na tego rodzaju błędy. Historię
Barkidów zna chyba niewielu czytelników owej książki lepiej od jej autora, który ten błąd popełnił i
trzy razy go przy korekcie przeoczył. Ojciec Hannibala nazywał się Hamilkar Barkas, zaś

Hazdrubal to imię brata Hannibala, a prócz tego jego szwagra i poprzednika w dowództwie
wojskiem.
3. Na stronach 177 i 370 twierdzę, że Zeus pozbawił męskości swego ojca Kronosa i zrzucił go z
tronu. Przesunąłem tę potworność o jedno pokolenie, bo według mitologii greckiej K r o n o s
popełnił to na swym ojcu Uranosie1. Jakże to wytłumaczyć, że moja pamięć niewiernie odtworzyła
te daty? Wszak poza tym, jak czytelnicy owej książki łatwo mogą się przekonać, nie zawodziła
mnie ona, tak że dobrze reprodukowałem choćby najdawniejszy materiał pamięciowy. A dalej, jak
mogłem przy trzech starannych korektach jak ślepy przeoczyć te błędy?
Goethe powiedział o Lichtenbergu, że w każdym jego żarcie ukrywa się zagadnienie. Podobnie
można twierdzić o przytoczonych tutaj miejscach mej książki, że tam, gdzie zachodzi pomyłka,
ukrywa się stłumienie, a raczej nieszczerość, zniekształcenie, którego podstawą jest stłumienie.
Przy analizie marzeń sennych, o których tam mówiłem, byłem zmuszony, już to wskutek
1 Nie jest to całkiem błędne! Orficka wersja mitu mówi o powtórzeniu się faktu pozbawienia
męskości, dokonanym na Kro-nosie przez jego syna Zeusa (Roscher Lexicon der Mythologie).
samej natury poruszonych w nich tematów, przerwać analizę przed jej wykończeniem, już to
zmniejszyć niejedną niedyskrecję, choćby kosztem lekkiego zniekształcenia. Nie mogłem inaczej
postąpić i nie miałem też innego wyboru, jeżeli w ogóle miałem przytoczyć przy-kłady i dowody.
To moje kłopotliwe położenie było koniecznym następstwem tej właściwości marzeń sennych, że
są one wyrazem pobudzeń stłumionych, tj. takich, które wskutek swej niecenzuralności nie mogą
mieć dostępu do świadomości. Pomimo to powiedziałem tam jeszcze dość, by urazić wrażliwe
dusze. To zniekształcenie lub niejedno zatajenie nie przeszło, naturalnie, bez śladu. To bowiem, co
chciałem stłumić, przedarło się wbrew mojej woli, w formie niedostrzeżonego przeze mnie błędu,
do tego, co zakomunikowałem. We wszystkich trzech przytoczonych tu przykładach odnajduję
zresztą ten sam wątek: popełnione w nich błędy pochodzą od stłumionych myśli tyczących się
mego zmarłego ojca.
ad 1. Czytając o marzeniu sennym zanalizowanym na stronie 266 Die Traumdeutung, możemy się
łatwo domyśleć, że przerwałem tę analizę wówczas, gdy mi się nasunęły myśli zawierające ujemną
»ocenę mojego ojca. W dalszym bowiem ciągu tych myśli i wspomnień nasuwa się przykry epizod,
w którym grają rolę książki, tudzież klient mego ojca o nazwisku Marburg, takim samym, jakie nosi
owa stacja kolejowa, której wykrzyknięcie przerwało mi sen. Tego pana Marburga chciałem przy
analizie zataić przed sobą i czytelnikami; zemścił się on w ten sposób, że wmieszał się tam, gdzie
nie należy, i zmienił miejsce urodzenia Schillera z Marbach na Marburg,
ad 2. Błąd Hazdrubal zamiast Hamilkar — mię brata zamiast imienia ojca — popełniłem w
związku z fantazją o Hannibalu z moich lat gimnazjalnych
278
279
\ i niezadowoleniem z postępowania ojca wobec wrogów naszego narodu. Mógłbym tu dalej
opowiedzieć, jak
‚• zmienił się mój stosunek do ojca na skutek mojej byt-
• ności w Anglii, gdzie poznałem przebywającego tam
swego brata przyrodniego z pierwszego małżeństwa ojca.
Najstarszy syn tego brata jest moim rówieśnikiem, tak
że fantazje, jak by się to inaczej ułożyło, gdybym przy-
: szedł na świat nie jako syn swego ojca, lecz jako syn swego brata, nie były hamowane nawet
przez relacje wieku. Te stłumione fantazje zafałszowały tekst mojej książki w miejscu, gdzie
przerwałem analizę, i spowodowały, że zamiast imienia ojca wstawiłem imię brata, ad 3.
Wspomnienia o tym samym ‚bracie wpłynęły, moim zdaniem, na to, że przesunąłem o jedno
pokolenie naprzód owe mitologiczne potworności greckiego Olimpu. Z danych mi przez tego brata

przestróg jedna pozostała mi przez długi czas w pamięci: „Nie zapomnij, urządzając swoje życie, o
jednym — rzekł mi — że nie należysz do drugiego, lecz właściwie do trzeciego pokolenia, licząc
od naszego ojca”. Nasz ojciec ożenił się w późnych latach po raz drugi, a różnica wieku między nim
a dziećmi z drugiego małżeństwa była zbyt wielka. Popełniam ten błąd w swojej książce właśnie
tam, gdzie omawiam stosunek uczuciowy między rodzicami a dziećmi.
Kilka razy zdarzyło się też, że przyjaciele i pacjenci, których marzenia senne przytaczałem lub do
których nawiązywałem w analizach, zwracali mi uwagę na to, że niedokładnie podałem szczegóły
tych wspólnie przeżytych zdarzeń. Byłyby to znowu błędy historyczne. Sprostowawszy je, badałem
te poszczególne przypadki i przekonałem się poza tym, że moje przypomnienie faktów tylko tam
było wadliwe, gdzie w analizie coś umyślnie zmieniłem lub zataiłem. I tu znowu niedo-strzeżony
błąd występuje jako następstwo
umyślnego zatajenia lub stłu- }
mienia. /
Od tych błędów, które pochodzą ze stłumienia, różnią się zasadniczo inne, które wynikają z tego,
że nie posiada się znajomości danego faktu. Na takiej niewiedzy polegało przekonanie, że w czasie
wycieczki do W a-c h a u byłem w miejscu pobytu rewolucjonisty Fischhofa. Obie te miejscowości
mają tylko wspólną nazwę, lecz Emmersdorf Frischhofa leży w Karyntii. Jednak nie wiedziałem o
tym,
4. Oto jeszcze jeden zawstydzający, a zarazem pouczający błąd, żeby tak rzec, przykład chwilowej
ignorancji. Pewien pacjent upomniał się pewnego razu u mnie o przyrzeczone mu dwa dzieła o
Wenecji, chciał się bowiem z nich przygotować do podróży. „Przygotowałem je” — odpowiadam i
idę do swej biblioteki, by je wydobyć. W rzeczywistości jednak zapomniałem ich poszukać, nie
godziłem się bowiem na podróż pacjenta, w której dopatrywałem się niepotrzebnej przerwy w
leczeniu, tudzież dla siebie straty materialnej. Otóż rozglądam się szybko w bibliotece za tymi
książkami: Ve-nedig als Kunststatte — oto jedna, ale oprócz tego muszę mieć jeszcze jedno
historyczne dzieło z tego samego zbioru. Aha, właśnie jest: Die Medicaer. Biorę i wręczam je
pacjentowi, by wkrótce z zawstydzeniem poznać swój błąd. A przecież wiem dobrze, że
Medyceusze nie mają nic wspólnego z Wenecją, lecz przez krótką chwilę nie wydało mi się to
nieprawdziwe. Ale teraz muszę być sprawiedliwy; skoro tak często wykazywałem pacjentowi jego
czynności symptomatyczne, mogę tylko uczciwie salwować przed nim swój autorytet
wypowiadając się o tajonych dotychczas motywach swojej niechęci do jego podróży.
Jest to wprost zdumiewające, że pociąg do prawdy jest u ludzi o wiele silniejszy, aniżeli to
zazwyczaj przyj-
281
280
mujemy. Następstwem mego zajmowania się psychoanalizą jest to, że nie umiem już kłamać.
Ilekrotnie usiłuję, popełniam jakiś błąd lub inne czynności pomyłkowe, przez które, podobnie jak w
powyższych przykładach, zdradza się moja nieszczerość.
Mechanizm błędu wydaje się najluźniejszy wśród mechanizmów wszystkich czynności
pomyłkowych, tzn. popełnianie błędu wskazuje tylko ogólnikowo, że odnośna czynność psychiczna
staczała walkę z jakimś zakłócającym wpływem, jednak rodzaj błędu nie jest określony przez
jakość tego nieświadomego, zakłócającego pobudzenia. Muszę tu jednak dodać, że ten sam
stosunek odnajduje się także w wielu prostych przypadkach przejęzyczenia i pomyłek w pisaniu.
Możemy z nich wprawdzie wywnioskować, że zakłócenie spowodowane jest przez procesy
psychiczne nie związane z zamierzoną czynnością, lecz należy przyznać, że te pomyłki następują
często na skutek podobieństwa, wygody albo też skłonności do pośpiechu, tak że w tych razach
rezultat pomyłki nie ujawnia nic z istoty zakłócającego. Żeby popełniony błąd był ściśle
zdeterminowany, do tego potrzebny jest sprzyjający materiał językowy, od którego zależy to

zdeterminowanie.
Nie chcę przytaczać tylko własnych błędów, podam jeszcze dwa przykłady, które mógłbym co
prawda równie dobrze przytoczyć przy przejęzyczeniach i pomyłkach w działaniu, co jednak wobec
równorzędności tych zjawisk jest tu bez znaczenia.
5. Zabroniłem pacjentowi porozumiewać się telefonicznie z kochanką,, z którą rad by zerwać, bo
każda taka rozmowa na nowo wzniecała w nim walkę wewnętrzną. Natomiast miał on napisać do
niej list pożegnalny, aczkolwiek zachodziły trudności w doręczaniu listów. Pacjent odwiedził mnie
o godzinie pierwszej, by mi zakomunikować, że jednak znalazł na to sposób
i zapytał przy tym, czy może się powołać na mój autorytet lekarski. O godzinie drugiej, gdy był
zajęty właśnie pisaniem listu pożegnalnego, przerwał nagle, mówiąc do obecnej przy tym matki:
„Zapomniałem zapytać profesora, czy mogę wymienić jego nazwisko”, podszedł do telefonu,
zażądał połączenia i zapytał: „Czy pan profesor już po obiedzie?” Jako odpowiedź otrzymał pełne
zdumienia: „Adolfie, czyś ty zwariował!”, pochodzące z ust kochanki, z którą nie miał już więcej
rozmawiać. „Omylił się tylko” i zamiast numeru lekarza wymienił numer telefonu kochanki.
6. Młoda kobieta miała złożyć wizytę od niedawna zamężnej przyjaciółce mieszkającej przy ulicy
Habsburgów. Mówiła o tym przy stole rodzinnym, ale powiedziała błędnie, że musi iść na
Babenberger g a s s e. Siedzący przy stole, śmiejąc się, zwrócili jej uwagę na nie zauważony przez
nią błąd czy przejęzyczenie — jeśli ktoś woli to określenie. Dwa dni wcześniej ogłoszono w
Wiedniu republikę, znikły kolory czarny-żółty, a na ich miejsce pojawiły się kolory Ostmark:
czerwony–biały-czerwony; Habsburgowie zostali obaleni; rozmówczyni włączyła to do adresu
przyjaciółki. W Wiedniu jest bardzo znana Babenberger s t r a s s e, ale żaden Wiedeńczyk nie
powie o niej Gasse”2.
1. W czasie wakacji pewien nauczyciel wiejski, zupełnie niezamożny, ale przystojny młody
człowiek, tak długo zalecał się do córki właściciela willi ze stolicy, aż dziewczyna namiętnie się w
nim rozkochała i skłoniła swą rodzinę do tego, że zgodziła się na to małżeństwo mimo różnicy
stanu i rasy. Pewnego dnia ów nauczyciel pisze list do swego brata, w którym znajduje się
następujący ustęp: „Ta panienka wcale nie jest ładna, ale
2 W języku niemieckim die Strasse oznacza dużą ulicę, die Gasse — małą uliczkę (przyp. tłum.).
i,,,^.^
283
282
bardzo miła, i to by jeszcze uszło. Czy się jednak będę mógł zdecydować, by poślubić Żydówkę,
tego Ci jeszcze teraz nie mogę powiedzieć”. List ten wpada w ręce narzeczonej, która naturalnie
zrywa zaręczyny, podczas gdy jednocześnie brat nie może się nadziwić przysłanym mu
wynurzeniom miłosnym. Opowiadający zapewniał mnie, że tu zaszedł rzeczywiście błąd, a nie
sprytna inscenizacja. Znam też drugi przypadek, gdzie pewna dama, niezadowolona ze swego
lekarza, nie chciała mu wypowiedzieć otwarcie jego usług i osiągnęła ten sam skutek przez zamianę
listów. Tu już z całą pewnością mogę zaręczyć, że to błąd, a nie świadomy podstęp posłużył się tym
znanym motywem z komedii.
8. Brill opowiada o pewnej kobiecie, która go wypytywała o stan zdrowia wspólnej znajomej i
używała przy tym błędnie jej panieńskiego nazwiska. Kiedy zwrócił jej na to uwagę, musiała
przyznać, że żywiła niechęć do jej męża i była niezadowolona z jego poślubienia.
9. A oto przypadek błędu, który można również określić jako przejęzyczenie:
Młody ojciec udał się do urzędnika stanu cywilnego, aby zameldować swą drugą córkę. Zapytany,
jakie dziecko ma mieć imię, odpowiedział: „Hanna”, po czym dowiedział się od urzędnika:
„Państwo macie już córkę o tym imieniu”. Wyciągamy z tego wniosek, że ta druga córka nie była
równie pożądana jak w swoim czasie pierwsza.
10. Podam tutaj jeszcze inne obserwacje dotyczące mylenia imion, które, naturalnie, równie

zasadnie mogły być przedstawione w innych rozdziałach tej książki.
Pewna dama jest matką trzech sióstr, z których dwie od dawna są zamężne, a trzecia, najmłodsza,
czeka jeszcze na swoje przeznaczenie. Zaprzyjaźniona kobieta z okazji obu wesel ofiarowała
jednakowe podarunki,
kosztowne srebrne serwisy do herbaty. Ilekroć była o nich mowa, matka błędnie twierdziła, że
serwis należy do trzeciej córki. Jest oczywiste, że błąd ten wyraża życzenie matki, by i ostatnia
córka wyszła za mąż. Zakłada przy tym, że otrzyma taki sam prezent ślubny. Równie łatwo
wyjaśnić częste przypadki, w których matka zamienia imiona swych córek, synów czy zięciów.
11. Piękny przykład uporczywego zamieniania imion, dający się łatwo wytłumaczyć,
zawdzięczam panu J. G. z okresu jego pobytu w sanatorium.
„W czasie rozmowy, mało dla mnie interesującej, prowadzonej w konwencjonalnym tonie z
sąsiadką przy stole w restauracji sanatoryjnej, zwrócił moją uwagę zwrot szczególnej uprzejmości.
Starszawa dziewczyna nie mogła się powstrzymać od zauważenia, że nie jest chyba w moim stylu
być wobec nisj tak uprzejmym i eleganckim — w jej wypowiedzi zawierało się z jednej strony
ubolewanie, z drugiej wyraźna złośliwość pod adresem znanej nam obojgu dziewczyny, której
poświęcałem więcej uwagi. Oczywiście, zrozumiałem natychmiast. W czasie naszej dalszej
rozmowy musiałem, co było dla mnie niezwykle męczące, ponownie dać okazję do zwrócenia sobie
uwagi, że mówiąc używam, imienia tamtej dziewczyny, w której moja rozmówczyni widziała
niesłusznie swoją szczęśliwszą rywalkę”.
12. Chcę jeszcze przedstawić jako „błąd” zdarzenie o poważnym głębszym tle, które opowiedział
mi świadek częściowo w nim uczestniczący.
Pewna kobieta spędzała wieczór na świeżym powietrzu w towarzystwie męża i dwóch ludzi z
zagranicy. Jeden z nich był jej intymnym przyjacielem, o czym nikt z pozostałych nie wiedział.
Obcokrajowcy odprowadzili małżonków aż do drzwi domu. Czekając na otwarcie drzwi gospodarze
żegnali się z gośćmi. Dama
284
285
skłoniła się w ich kierunku, wysunęła rękę i mówiła uprzejmie słowa pożegnania. Po czym wzięła
pod rękę swego tajemnego kochanka, a zwracając się do męża chciała go w podobny sposób
pożegnać. Mąż wczuł się w sytuację, zdjął kapelusz i rzekł najuprzejmiej: „Całuję rączki,
szanownej pani”. Przerażona kobieta puściła ramię ukochanego i miała jeszcze czas, zanim pojawił
się dozorca, westchnąć: „Nie, że też coś takiego może się człowiekowi zdarzyć!” Mąż należał do
tych małżonków, którzy wykluczali ponad wszelką możliwość niewierność żony. Przysięgał, że w
takim przypadku więcej niż jedno życie byłoby w niebezpieczeństwie. Miał zatem jak najsilniejsze
opory wewnętrzne, by dostrzec wyzwanie zawarte w tym błędzie.
13. Błąd jednej z moich pacjentek, który przez powtórzenie stał się swoim przeciwieństwem, jest
szczególnie pouczający.
Nadwrażliwy młody mężczyzna po dłuższych wewnętrznych walkach zdecydował się przyrzec
małżeństwo dziewczynie, która kochała go równie jak on ją. Towarzyszył ukochanej w drodze do
domu, pożegnał ją i uszczęśliwiony wsiadł do tramwaju prosząc konduktorkę o dwa bilety. Około
pół roku później był już żonaty, ale nie czuł się szczęśliwy w tym małżeństwie. Wątpił, czy dobrze
zrobił, żeniąc się, zapomniał o wcześniejszych stosunkach przyjacielskich, wciąż jedynie utyskiwał
na trudności. Pewnego wieczoru wracał z żoną z domu jej rodziców, wsiadł z nią do tramwaju i
poprzestał na tym, że zażądał od konduktorki jednego biletu.
14. Maeder 3 przytacza piękny przykład, jak to przez pomyłkę można zadowolić niechętnie
stłumione życze-
3 A. Maeder Nouvelles contributions […]. „Archives de Psy
chologie” VI, 1908. •”‚•••’•• :

nią. Jeden z kolegów chciał zupełnie swobodnie wykorzystać dzień wolny od służby; powinien
złożyć wizytę w Lucernie, z której się jednak wcale nie cieszy.
Jednak po dłuższym namyśle decyduje się tam pojechać. Aby się rozerwać, czyta gazetę na
przestrzeni Zurych—Arth—Goldau, przesiada się na tej ostatniej stacji do innego pociągu i dalej
czyta gazetę. Dopiero w czasie jazdy konduktor zwraca mu uwagę, że wsiadł do niewłaściwego
pociągu, mianowicie do tego, który wraca z Goldau do Zurychu, podczas gdy miał bilet do
Lucerny.
15. Podobny przypadek, choć niezupełnie szczęśliwie zakończonej próby umożliwienia, poprzez
mechanizm błędu, dojścia do głosu stłumionemu życzeniu, opisuje dr V. Tausk pod nagłówkiem
„Fałszywy kierunek jazdy” *.
„Przybyłem z pola (wojny) na urlop do Wiednia. Mój dawny pacjent dowiedział się o moim
przybyciu i poprosił mnie przez kogoś, abym go odwiedził, gdyż leży chory. Zgodziłem się i
spędziłem przy nim dwie godziny. Przy pożegnaniu chory zapytał, ile ma mi zapłacić’ «Jestem tutaj
na urlopie i nie ordynuję obecnie — odpowiedziałem mu — proszę potraktować moją wizytę jako
przyjacielską przysługę!» Chory obruszył się, gdyż miał poczucie, że nie ma prawa traktowania
czynności zawodowej jako nie wynagradzanej przysługi. Pozwolił jednak w końcu przekonać się
argumentem, podyktowanym przyjemnością zaoszczędzenia pieniędzy, że jako psychoanalityk
postępuję właściwie. U mnie samego w kilka dni później wystąpiły refleksje na temat zasadności
mojej szlachetności i pełen wątpliwości nie dopuszczających dwuznacznego rozwiązania wsiadłem
4 V. Tausk Falsche Fahrtrichtung. „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” IV, 1916/1917v
287
286
w tramwaj linii X. Po krótkiej jeździe przesiadałem się do Y. Kiedy czekałem na przesiadkowym
przystanku, zapomniałem o sprawie honorarium i myślałem o symptomach choroby swego
pacjenta. Tymczasem nadjechał tramwaj, na który czekałem, i wsiadłem do niego. Ale na
następnym przystanku zapomniałem wysiąść, gdyż zamiast do wagonu linii Y przez przeoczenie
wsiadłem do wagonu linii X i pojechałem w kierunku, z którego co tylko przyjechałem, a więc z
powrotem w kierunku pacjenta, od którego nie chciałem przyjąć honorarium. Moja nieświadomość
domagała się honor a r i u m”.
16. Zupełnie podobna sztuczka wydarzyła się niedawno mnie samemu. Przyrzekłem swemu
dostojnemu starszemu bratu, że tego lata złożę mu od dawna należną wizytę w jednej z angielskich
miejscowości kąpielowych, przy czym zobowiązałem się, ponieważ czas był wyliczony, jechać
najkrótszą drogą bez zatrzymywania się. Prosiłem o dzień zwłoki na Holandię, ale on sądził, że
mogę to sobie zostawić na powrotną drogę. Jechałem więc z Monachium przez Kolonię do
Rotterdamu i Hoek van Holland, skąd o północy odchodzi statek do Harwich. W Kolonii była
przesiadka, wyszedłem więc z pociągu, aby się przesiąść na pospieszny do Rotterdamu, ale nie
mogłem go nigdzie odnaleźć. Pytałem różnych urzędników, posyłano mnie z jednego peronu na
drugi, w końcu wpadłem w przesadną rozpacz i obliczyłem, że z pewnością podczas tego
bezpłodnego szukania spóźniłem się na pociąg. Gdy mi to potwierdzono, zastanawiałem się, czy by
nie przenocować w Kolonii; między innymi przemawiał za tym i pietyzm, gdyż według starych
tradycji rodzinnych przodkowie moi uciekli z tego miasta podczas prześladowania Żydów.
Zdecydowałem się jednak inaczej, pojechałem następnym pociągiem do Rotterdamu, dokąd
przybyłem późno
w nocy, i w ten sposób byłem zmuszony spędzić jeden dzień w Holandii. Dzień ten przyniósł mi
spełnienie dawno kultywowanego pragnienia: mogłem w muzeum w Hadze i w Amsterdamie
obejrzeć wspaniałe obrazy Rembrandta. Dopiero na drugi dzień przed południem, kiedy już w
czasie jazdy do Anglii porządkowałem swoje wrażenia, wynurzyło się z pamięci niewątpliwe

przypomnienie tego, że widziałem na dworcu w Kolonii na tymże samym peronie i o kilka kroków
od miejsca, gdzie wysiadłem, wielką tablicę z napisem: Rotter-dam-Hoek van Holland. Tam czekał
pociąg, którym powinienem był pojechać dalej. Należałoby to nazwać niepojętym „zaślepieniem”,
że mając tak dobrą wskazówkę biegłem jednak dalej i szukałem pociągu gdzie indziej, gdybyśmy
nie chcieli przyjąć, że to właśnie było moim ukrytym zamiarem, aby wbrew wskazówkom swego
brata już teraz podziwiać obrazy Rembrandta. Wszystko inne, moja doskonale odegrana
bezradność, wyłonienie się pełnego pietyzmu zamiaru, by nocować w Kolonii itd., było tylko
inscenizowane, aby przed samym sobą ukryć istotny zamiar tak długo, dopóki go nie wykonam.
17. J. Starcke opisuje w odniesieniu do siebie samego przypadek „zapominalstwa”, poprzez które
miało się spełnić życzenie pozornie zaniechane.
„Miałem kiedyś wygłosić na wsi odczyt z przezroczami. Został on jednak przesunięty o jeden
tydzień. Odpowiedziałem na list związany z tą zmianą i zanotowałem w swoim notesie nową datę.
Byłbym chętnie już po południu pojechał do tej wioski, by mieć czas na odwiedzenie znajomego
pisarza, który tam mieszkał. Ku swojemu zmartwieniu nie mogłem w tym czasie zorganizować
sobie wolnego popołudnia. Bardzo niechętnie poniechałem tych odwiedzin.
Kiedy już nadszedł wieczór, w czasie którego miałem
289
288
11 Psychopatologia…
wygłosić odczyt, udałem się pospiesznie na dworzec kolejowy z kieszenią pełną przezroczy.
Musiałem jednak wziąć taksówkę, aby zdążyć na pociąg (dość często zdarzało mi się, że tak długo
zwlekałem, iż musiałem brać taksówkę, by zdążyć na pociąg). Przybywszy na miejsce, byłem nieco
zakłopotany, że nikt nie wyszedł po mnie na dworzec (co jest w zwyczaju w małych
miejscowościach). Nagle przyszło mi do głowy, że odczyt był przesunięty o tydzień i że
niepotrzebnie przyjechałem w pierwotnym terminie. Kiedy przeklinałem w sercu swoje
zapominalstwo, zastanowiłem się, czy mam wracać do domu następnym pociągiem. Po bliższym
zastanowieniu się pomyślałem, że nadarza się świetna sposobność, by zrealizować upragnione
odwiedziny, co też zaraz uczyniłem. Dopiero po drodze zdałem sobie sprawę z tego, że moje
niespełnione życzenie znalezienia czasu na te odwiedziny przygotowało pięknie ten przypadek.
Taszczenie w kieszeni mnóstwa przezroczy, pośpiech, by zdążyć na pociąg, mogły wspaniale
służyć do zamaskowania nieświadomego zamiaru”.
Być może, że ta kategoria błędów, których wyjaśnienia tutaj podałem, nie będzie uważana za zbyt
liczną i doniosłą. Należałoby jednak wziąć pod rozwagę, czy nie mamy dostatecznych powodów,
by też same punkty widzenia zastosować także przy ocenie nierównie donioślejszych pomyłek w
sądach ludzi, i to zarówno w życiu potocznym, jak i w nauce. Zdaje się, że tylko wybrane i
zrównoważone umysły mogą uchronić obraz postrzeganej zewnętrznej rzeczywistości od
wypaczenia, któremu ulega on u innych pod wpływem ich psychicznej indywidualności.
xi Kombinowane
czynności pomyłkowe
Dwa wcześniej przytoczone przykłady, to jest mój błąd przenoszący Medyceuszy do Wenecji,
tudzież pomyłkę owego młodzieńca, który wbrew zakazowi rozmawiał telefonicznie ze swą
kochanką, omówiłem niezupełnie dokładnie; przy staranniejszym rozpatrywaniu przedstawiają się
one jako skojarzenia zapomnienia z błędem. Taka kombinacja uwidacznia się jeszcze lepiej w
następujących przykładach.
1. Mój przyjaciel komunikuje mi następujące zdarzenie:
„Przed kilku laty przyjąłem wybór do komitetu pewnego stowarzyszenia literackiego w
przypuszczeniu, że to stowarzyszenie mogłoby mi być kiedyś pomocne w wystawieniu mego
dramatu; uczestniczyłem też regularnie, acz bez wielkiego zainteresowania w posiedzeniach, które

odbywały się każdego piątku. Aż tu otrzymuję przed kilku miesiącami zapewnienie, że moja sztuka
zostanie wystawiona w teatrze w F., i od tego czasu zdarzało mi się regularnie, że zapominałem o
posiedzeniach owego stowarzyszenia. Gdy czytałem Pańską pracę o tych rzeczach, wstydziłem się
swego zapominania, czyniłem sobie wyrzuty, że jest podłością nie chodzić tam teraz, gdy już nie
potrzebuję tych ludzi, i postanowiłem z całą pewnością nie zapomnieć o następnym piątku.
Ustawicznie przypominałem sobie to swoje postanowienie, póki go nie wykonałem i nie zna-
291
lazłem się wreszcie przed drzwiami sali posiedzeń. Ku mojemu zdumieniu były one zamknięte i
było już po posiedzeniu; omyliłem się bowiem co do dnia; była to już sobota!”
2. Następujący przykład jest kombinacją czynności symptomatycznej z zagubieniem przedmiotu;
z dobrego, choć dalekiego źródła dotarł do mnie okrężnymi drogami.
Pewna dama pojechała ze swoim szwagrem, słynnym artystą, do Rzymu. Kolonia niemiecka w
Rzymie wita gościa uroczyście i ofiarowuje mu jako dar między innymi starożytny złoty medal.
Owa dama boleje nad tym, że jej szwagier nie docenia tego pięknego podarku. Wkrótce zostaje
zastąpiona przez swą siostrę i wraca do domu; tu, rozpakowując swe rzeczy, spostrzega, że nie
wiadomo, w jaki sposób zabrała z sobą ten medal. Natychmiast powiadamia o tym listownie swego
szwagra i zapewnia go, że następnego dnia odeśle ów medal do Rzymu. Następnego dnia jednak
medal zagubił się tak gruntownie, że ani go odnaleźć, ani wysłać nie było można, tak iż wreszcie
nasunęło się tej pani prawdziwe znaczenie tego „roztargnienia” a mianowicie, że pragnęłaby
zatrzymać dla siebie tę piękną rzecz.
3. Oto kilka przypadków, w których działanie pomyłkowe uporczywie powtarza się zmieniając
swoje środki.
E. Jones 1 z nie znanych mu powodów pozostawił na biurku list, do którego przez wiele dni nie
zaglądał. W końcu zdecydował się ha to i okazało się, że mu go zwrócono, gdyż zapomniał podać
adres. Po zaadresowaniu listu zaniósł go na pocztę, ale tym razem bez znaczka. Niechęci jednak do
wysłania w ogóle tego listu nie mógł już przeoczyć!
.„s J E. Jones, op. cit., s. 483 292
4. Duże wrażenie czyni małe doniesienie o daremnych staraniach zrealizowania działania wbrew
oporowi wewnętrznemu, napisane przez drą K. Weissa (Wiedeń).
„Jak konsekwentnie nieświadome umie dopiąć swego, kiedy ma określony motyw, by jakiś zamiar
nie został zrealizowany, i jak trudno jest uchronić się przed tą tendencją, dowodzi poniższe
zdarzenie. Znajomy prosił mnie o pożyczenie książki i przyniesienie jej następnego dnia.
Zgodziłem się, ale odczuwałem żywo nieprzyjemne uczucie, którego początkowo nie mogłem sobie
wyjaśnić. Później stało się to dla mnie jasne: osoba ta była mi winna od paru lat pewną kwotę, o
której zwrocie pozornie nie pamiętałem. Nie zaprzątałem sobie więcej tym głowy, ale następnego
przedpołudnia ponownie przypomniałem to sobie, z podobnym nieprzyjemnym uczuciem, i mówię
sobie zaraz: «Twoje nieświadome będzie nad tym pracować, abyś zapomniał książkę. Ale ty nie
chcesz być nieuprzejmy i będziesz czynił wszystko, by nie zapomnieć*. Przychodzę do domu,
pakuję książkę w papier i kładę w pobliżu na biurku, na którym piszę listy. Po pewnym czasie
odchodzę i już po paru krokach przypominam sobie, że zostawiłem na biurku listy, które miałem
zabrać na pocztę. (Nawiasem mówiąc w jednym z nich napisałem coś nieprzyjemnego do osoby,
która w określonych okolicznościach miała mnie poprzeć). Wróciłem, zabrałem listy i wyszedłem.
W tramwaju przypomniałem sobie, że przyrzekłem żonie załatwić pewien zakup i byłem
zadowolony z myśli, że będzie to tylko mały pakiecik. W tym momencie nagle pojawiło się
skojarzenie: pakiecik – książka i zorientowałem się, że nie mam przy sobie książki. A zatem nie
tylko zapomniałem o niej za pierwszym razem, gdy wychodziłem, lecz także konsekwentnie nie
dostrzegłem jej, gdy wróciłem, by zabrać listy, obok których leżała”.
293

,5. A oto wnikliwie zanalizowana obserwacja Otto Ranka 2:
, „Niesympatycznie dokładny i pedantyczny mężczyzna opisuje następujące przeżycie, dla niego
zupełnie niezwykłe. Pewnego popołudnia, będąc na ulicy, chciał zobaczyć, która godzina, i w tym
momencie spostrzegł, że zapomniał wziąć zegarek, co, jak pamięta, nigdy mu się nie zdarzyło.
Ponieważ umówił się punktualnie na wieczór, a nie miał już czasu, by pójść po zegarek, skorzystał
ze sposobności odwiedzenia zaprzyjaźnionej kobiety, aby pożyczyć od niej na wieczór zegarek.
Było to tym bardziej możliwe, że, zgodnie z wcześniejszym umówieniem się, miał ją odwiedzić
następnego dnia przed południem, a tym samym zobowiązał się do zwrotu zegarka przy tej okazji.
Nazajutrz, gdy chciał zwrócić właścicielce zegarek, zauważył zdumiony, że zostawił go w domu;
przy sobie miał tym razem własny zegarek. Postanowił, że pożyczony zegarek zwróci po południu i
tak też zrobił. Ale kiedy odchodząc chciał zobaczyć, która godzina, zdenerwowany i zaskoczony
stwierdził, że znowu zapomniał zegarka. Powtarzanie się czynności pomyłkowej wydawało się
temu rozmiłowanemu w porządku mężczyźnie do tego stopnia patologiczne, że chciał
poznać jego psychologiczne umotywowanie; ujawniło się ono wkrótce w odpowiedzi na
psychoanalityczne pytanie, czy w krytycznym dniu pierwszego zapomnienia przeżywał coś
nieprzyjemnego i w związku z czym. Opowiedział wówczas, że po obiedzie, na krótko przed
wyjściem i zapomnieniem zegarka, miał rozmowę z matką; poinformowała .go ona, że lekkomyślny
krewny, który sprawił mu już wiele kłopotów i wydatków, zastawił swój zegarek; ponieważ
zegarek jest potrzebny w domu, prosi go za pośrednictwem matki o pieniądze na jego
2 „Zentralblatt fur Psychoanalyse” II, 5.
wykupienie. Ten prawie wymuszony sposób pożyczenia pieniędzy przykro dotknął mężczyznę, o
którym mowa, i odnowił wszystkie nieprzyjemne wspomnienia od wielu lat związane z tym
krewnym. Tak więc okazało się, że jego działanie symptomatyczne było wielorako
zdeterminowane: po pierwsze, wyrażało ono taki mniej więcej bieg myśli: nie pozwoli sobie na
wymuszenie pieniędzy w ten sposób, a skoro zegarek będzie potrzebny, to właśnie swój zostawi w
domu; ponieważ jednak potrzebuje go na wieczór, by dotrzymać terminu umówionego
spotkania, zamiar ten może zrealizować tylko w sposób nieświadomy w formie działania
symptomatycznego; po drugie, zapomnienie oznacza tyle co: «Cią-głe ofiary pieniężne na rzecz
tego nicponia zrujnują mnie do szczętu, tak że będę musiał oddać wszystko*. Chociaż, według
jego informacji, gniew miał charakter chwilowy; powtórzenie się podobnej czynności
symptomatycznej wskazywało, że działał on dalej intensywnie w nieświadomości; świadomość
powiedziałaby: «Ta sprawa nie wychodzi mi z głowy». Wobec takiego nastawienia nieświadomości
nie może dziwić, że przenosi się to także na wypożyczony zegarek damski. Jeszcze jednak
specjalne motywy sprzyjają temu przeniesieniu na «niewinny» damski zegarek. Najbliższym z nich
było to, że mężczyzna ten przypuszczalnie chętnie zatrzymałby pożyczony zegarek jako
rekompensatę za tamten, który miał stracić, i dlatego zapomniał go zwrócić następnego dnia; być
może, chciałby go posiadać jako pamiątkę po tej kobiecie. Zapomnienie jej zegarka stworzyło
okazję do jej ponownego odwiedzenia; może musiałby ją odwiedzić ze względu na inną sprawę;
wydaje się, iż zapomnienie zegarka wskazuje na to, że ta dawno ustalona wizyta mogłaby być
niepomyślna, ponadto stałaby się okazją do zwrotu zegarka. Dwukrotne zapomnienie własnego
zegarka, a wskutek tego niemoż-
294
295
ność zwrócenia pożyczonego przemawiają za tym, że ten człowiek w nieświadomy sposób starał się
uniknąć noszenia równocześnie obu zegarków. Pragnął wyraźnie uniknąć pozoru nadmiaru, który
byłby uderzającym przeciwieństwem niedostatku krewnego; z drugiej strony wskazuje to na jego
pozorny zamiar poślubienia tej kobiety i upomnienie samego siebie, że ma niezałatwio-ne

zobowiązania w stosunku do swej rodziny (matka). Dalszego motywu zapomnienia damskiego
zegarka można doszukiwać się w tym, że poprzedniego wieczoru, jako kawaler, wstydził się przed
znajomymi patrzeć na damski zegarek, że czynił to ukradkiem i dla uniknięcia tej przykrej sytuacji
nie wziął go z sobą. Ponieważ jednak, z drugiej strony, odniósł go, świadczy to o tym, że doszło
tutaj do działania symptomatycznego, które okazało się tworem kompromisowym powstałym w
wyniku sprzecznych pobudzeń uczuciowych i drogo okupionego zwycięstwa nieświadomej
instancji” 3.
Oto trzy obserwacje zanotowane przez J. Starcke: 6. Zagubienie — stłuczenie — zapomnienie jako
wyraz stłumionego oporu woli: „Pewnego dnia miałem wypożyczyć swemu bratu kilka
egzemplarzy ze zbioru ilustracji do pracy nau-, kowej, których chciał użyć na odczycie jako
przeźroczy. Chociaż przez chwilę myślałem, że wolałbym, by reprodukcje, które z takim trudem
zgromadziłem, nie były prezentowane czy publikowane, zanim sam tego nie uczynię, przyrzekłem
mu, że wyszukam negatyw tych obrazów i przygotuję z nich potrzebny mu materiał. Nie mogłem
jednak znaleźć tych negatywów. Przejrzałem
3 To dalsze działanie w nieświadomości ujawnia się raz w for
mie marzenia sennego, jakie następuje po działaniu pomyłko
wym, innym razem w jego powtarzaniu się i to bez jakiejkol
wiek zmiany. ‚ – •• . „tj.r.MJrf .’ tłiiiSiiO’
stos pudełek z negatywami odnoszącymi się do danego przedmiotu, dobre dwie setki negatywów
brałem do ręki jeden po drugim, ale tych, których szukałem, nie było. Przypuszczałem nawet, że
właściwie nie chcę ich udostępnić. Kiedy zdałem sobie sprawę z tych pełnych niechęci myśli i
opędzałem się przed nimi, zauważyłem, że najwyżej leżące pudełko odłożyłem na bok i nie
przeszukałem go, a ono właśnie zawierało poszukiwane negatywy. Na wieczku tego pudełka była
krótka notatka dotycząca treści, co stwierdziłem prawdopodobnie przy powierzchownym
spojrzeniu, zanim odłożyłem pudełko na bok. Niechętne myśli nie zostały jeszcze całkiem
przezwyciężone, gdyż działy się różne rzeczy, zanim przezrocza nie zostały przekazane. Jedno z
nich zniszczyłem przez zgniecenie, gdy trzymałem w ręce i czyściłem szkło (co nigdy mi się nie
zdarzało). Gdy przygotowywałem nowy egzemplarz, wyleciał mi z ręki i tylko dzięki wysunięciu
nogi do przodu zatrzymał się na niej i nie stłukł. Kiedy zestawiałem je razem, jeszcze raz cały stos
spadł mi na ziemię, ale na szczęście żadne nie stłukło się. I ciągnęło się to jeszcze wiele dni, zanim
ich rzeczywiście nie zapakowałem i nie wysłałem, gdyż codziennie postanawiałem to zrobić i wciąż
zapominałem”.
7. Powtórne zapomnienie — pomyłki w końcowym wykonaniu: „Któregoś dnia miałem wysłać do
znajomego pocztówkę, przekładałem to jednak wciąż z dnia na dzień będąc przy tym mocno
przekonany, że przyczyna tego była następująca: w jednym z listów donosił mi, że w ciągu tego
tygodnia chce mnie odwiedzić ktoś, za kim nie przepadałem. Kiedy minął tydzień i widoki na
niepożądane odwiedziny stały się niewielkie, napisałem w końcu pocztówkę, w której
informowałem, kiedy będzie można ze mną porozmawiać. W czasie jej pisania początkowo
chciałem do-
296
297
l
dać, że z powodu druk werk (pilnej wyczerpującej pracy) miałem trudności z napisaniem, ale
ostatecznie nie napisałem tego, gdyż żaden rozsądny człowiek nie uwierzyłby przecież w taką
zwykłą wymówkę. Czy jednak ta mała nieprawda musiała się ujawnić, tego nie wiem, ale kiedy
miałem wrzucić pocztówkę do skrzynki na listy, wrzuciłem ją pomyłkowo do niższego otworu
skrzynki: Druckwerk (druki)”.
8. Zapominanie i błąd: „Pewna dziewczyna idzie rano w czasie pięknej pogody do muzeum,

aby rysować odlewy gipsowe. Chociaż przy takiej pogodzie chętniej poszłaby na spacer, decyduje
się być tym razem pilną i zająć się rysowaniem. Wpierw musi jednak kupić papier rysunkowy. Idzie
do sklepu (około dziesięciu minut drogi od muzeum), kupuje ołówki i inne przybory do rysowania,
ale zapomina o papierze rysunkowym; idzie do muzeum i kiedy siada na swoim krzesełku, gotowa,
by zacząć pracę, stwierdza, że nie ma papieru, wobec czego musi pójść ponownie do sklepu. Po
przyniesieniu papieru zaczyna rzeczywiście rysować, praca idzie jej dobrze i po pewnym
czasie słyszy dużą liczbę uderzeń dzwonu na wieży muzeum. Myśli: «Jest już pewnie godzina
dwunasta», ale pracuje jeszcze dalej, aż dzwon na wieży wybił kwadrans; «jest piętnaście po
dwunastej* — myśli i wtedy spokojnie pakuje swoje przybory rysunkowe i decyduje się pójść
spacerem przez Yondelpark do siostry na kawę. Przy muzeum Suasso widzi, ku swemu zdumieniu,
że zamiast wpół do pierwszej jest dopiero godzina dwunasta! Kusząca piękna pogoda zmyliła jej
czujność i na skutek tego, gdy dzwon na wieży wybił wpół do dwunastej, nie pomyślała o
tym, że dzwon ten podobnie wybija także dwunastą” 9. Jak wskazują niektóre z wymienionych
przykładów, nieświadoma zakłócająca tendencja może osiągnąć swój zamiar, kiedy powoduje
uporczywe powtarzanie
tego samego rodzaju czynności pomyłkowej. Z książeczki Frank Wedekind und das Theater, która
ukazała się w monachijskiej Masken-Yerlag, wziąłem zabawny przykład, ale odpowiedzialnością za
historyjki w stylu Marka Twaina obarczam jej autora.
„W jednoaktówce Wedekinda Die Zensur («Cenzura») w najpoważniejszym miejscu sztuki pada
wypowiedź: «S t r a c h przed śmiercią jest błędem m y-ślowym». Autor, któremu ten fragment
leżał na sercu, prosił aktora w czasie próby, by przed słowami «błędem myślowym* zrobił małą
pauzę. Wieczorem aktor wżył się dobrze w swoją rolę, nie zapomniał o pauzie, ale w najbardziej
uroczystym tonie powiedział mimowolnie: «Strach przed śmiercią jest błędem drukarskim*
(Druckfehler zamiast Denkfehler). Po zakończeniu przedstawienia autor zapewniał aktora — na
jego pytanie — że nie ma nic do zarzucenia, tylko że w tym szczególnym miejscu ma być nie
«Strach przed śmiercią jest błędem drukarskim*, lecz «błędem myślowym». Kiedy następnego dnia
«cenzura» znowu zadziałała, aktor w wiadomym miejscu powiedział znowu podniosłym tonem:
«Strach przed śmiercią jest n a u c z k ą» (Denkzettel — może być także «pamiątką» lub
«notatką»); Wedekind i tym razem nie oszczędził aktorowi pochwał, ale zaznaczył, że powinno być
«błę-dem myślowym», a nie «nauczką». I następnego dnia włączyła się «cenzura», aktor, z którym
autor zaprzyjaźnił się w międzyczasie i wymienił poglądy na sztukę, powiedział, gdzie należało, z
najuroczystszą w świecie miną: «Strach przed śmiercią jest zadrukowaną k a r t k ą» (Druckzettel).
Aktor spotkał się ze strony autora z pełnym uznaniem, jednoaktówkę jeszcze często powtarzano, ale
pojęcie «błędu myślowego* autor uznał za raz na zawsze załatwione”. Rank poświęcił także swą
uwagę bardzo interesują-
299
298
cym związkom „czynności pomyłkowych i marzenia sennego” 4, którymi się trudno tutaj zajmować
bez głębszej analizy związku marzenia sennego z czynnością pomyłkową. Śniło mi się kiedyś, w
szerszym kontekście, że zgubiłem portmonetkę. Rano przy ubieraniu się stwierdziłem jej brak;
zapomniałem wieczorem przy rozbieraniu się wyjąć ją z kieszeni i położyć na zwykłym miejscu. To
zapomnienie nie było mi więc obce, prawdopodobnie wyraziło się w nieświadomej myśli, która
była gotowa do wystąpienia w marzeniu sennym” 5.
Nie twierdzę, jakoby takie przypadki kombinowanych czynności pomyłkowych pouczały nas o
czymś nowym, czego nie wykazywałyby przypadki proste; ale pomyłki złożone, mimo że wiodą do
tego samego rezultatu, dają nam plastyczne wrażenie tego, iż są wyrazem woli zmierzającej do
pewnego określonego celu; ponadto przeczą one nierównie energiczniej zapatrywaniu, jakoby
czynność pomyłkowa była czymś przypadkowym

i nie wymagała wyjaśnienia. W powyższych przykładach zastanawia nas także to, że
uświadomienie sobie zamiaru nie może zapobiec jego wykonaniu, bo przyjaciel mój nie mógł się
jednak przemóc, aby być na posiedzeniu, a owa pani absolutnie nie mogła się rozstać z medalem.
Owo nie znane coś, co opiera się świadomym zamiarom, znajduje inne ujście, gdy mu zamknięto
pierwszą drogę. Do pokonania nie znanego motywu potrzebne jest jeszcze coś więcej niż świadomy
i sprzeczny z nim zamiar; potrzebna jest jeszcze praca psychiczna, która by zaznajomiła
świadomość z owym utajonym motywem.
4 O. Rank Fehlleistung und Traum „Zentralblatt fur Psycho-analyse” II, s. 266 i „Internationale
Zeitsehrift fur Psychoana-lyse” III, s. 158.
5 Nierzadko zdarza się, że takie czynności pomyłkowe, jak zgubienie czy zapodzianie isię,
odnawiają się w marzeniu sennym, przy czym może ono zorientować, gdzie zagubiony przedmiot
się znajduje — co naturalnie nie ma nic wspólnego ze zjawiskami okultystycznymi dopóty, dopóki
ten, kto zgubił, i śniący to ta sama osoba. Młoda kobieta pisze: „Mniej więcej przed czterema
miesiącami zgubiłam — w banku — piękny pierścionek. Przeszukałam każdy kąt w swoim pokoju,
lecz go nie znalazłam. Przed tygodniem śniło mi się, że leży obok skrzynki z opałem. Marzenie
senne nie dawało mi spokoju i następnego ranka znalazłam go rzeczywiście w tym miejscu”.
Zdziwiona była tym przypadkiem i twierdziła, że często jej się to zdarza, iż jej myśli i życzenia tak
się właśnie spełniają, ale wstrzymywała się z odpowiedzią na pytanie, jakie zmiany zaszły w jej
życiu między zagubieniem a odnalezieniem pierścionka.
300
Rozdział xii Determinizm. Wiara
w przypadek. Zabobon. Punkty widzenia
Jako ogólny wynik wcześniejszych rozważań poszczególnych zagadnień można podać następujące
ustalenie: pewne niedokładności naszych czynności psychicznych, których wspólny charakter
zostanie za chwilę bliżej określony, tudzież pewne działania, które wydają się nie zamierzone, przy
zbadaniu ich za pomocą psychoanalizy okazują się doskonale umotywowane i zdeterminowane
przez motywy nie znane świadomości. Ażeby jakąś czynność pomyłkową można było zaliczyć do
rzędu zjawisk, które tłumaczą się w powyższy sposób, musi ona spełniać następujące warunki:
a) nie powinna przekroczyć pewnej miary, ustanowionej przez naszą ocenę, i musi mieścić się
jeszcze w granicach „normy”;
; b) powinna mieć charakter chwilowego i czasowego ! zakłócenia, bo jest to czynność którą
dawniej nie tylko wykonywaliśmy poprawnie, lecz i w każdej chwili potrafimy ją poprawnie
wykonywać. Poprawieni przez ko-, goś innego, winniśmy natychmiast rozpoznać słuszność : tego
sprostowania, tudzież niepoprawność tej naszej czynności psychicznej;
c) o ile w ogóle spostrzegamy tę czynność pomyłkową, nie powinniśmy nic wiedzieć o
możliwości jej umotywowania,
a raczej musimy mieć skłonność przypisania jej „nieuwadze” lub przypadkowi.
Należą więc do tej grupy przypadki zapominania i błędy, przejęzyczenia, pomyłki w czytaniu i
pisaniu, chwytaniu przedmiotów i tzw. działania przypadkowe.
Z wyjaśnieniem jednak tych scharakteryzowanych wyżej zjawisk psychicznych wiążą się pewne
uwagi, które w części zasługują na głębsze zainteresowanie.
A. Odmawiając pewnym naszym czynnościom psychicznym celowości zapominamy tym samym,
do jakiego stopnia nasze życie psychiczne jest zdeterminowane. Determinacja tak w tej, jak i w
innych dziedzinach naszego życia psychicznego ma o wiele szerszy zakres, aniżeli przypuszczamy.
W artykule zamieszczonym w „Die Zeit” w 1900 r. R. M. Mayer dowiódł i poparł to przykładem,
że jest niemożliwe umyślnie i dowolnie skomponować jakiś nonsens. Już od dłuższego czasu wiem,
że nie można pomyśleć sobie dowolnie zarówno jakiejś liczby, jak i imienia. Po zbadaniu takiej na
pozór dowolnie utworzonej kilkucyfrowej liczby odnajdujemy, że jest ona Określona,

zdeterminowana tak ściśle, że nie potrafilibyśmy tego wpierw uznać za możliwe. Rozpatrzę tu
pokrótce przykład dowolnie wybranego imienia, po czym obszerniej zanalizuję analogiczny
przykład „bezmyślnie rzuconej” liczby.
1. Opracowując do publikacji historię choroby jednej ze swych pacjentek zastanawiałem się, jakie
w tej rozprawie mam jej nadać imię. Wybór wydaje się bardzo duży, mimo że kilka imion należy z
góry wykluczyć, a przede wszystkim prawdziwe imię pacjentki, następnie imiona członków mej
rodziny, które by mnie raziły, tudzież jeszcze kilka rzadszych imion kobiecych. Należałoby
oczekiwać, i rzeczywiście sam się tego spodziewa-
303
302
łem, że nasunie mi się wiele kobiecych imion. Zamiast tego wyłania się tylko jedno jedyne: D o r a,
a oprócz niego żadne inne. Zadaję sobie pytanie o zdeterminowanie tego. Któż to jeszcze ma na
imię Dora? Nasuwającą mi się pierwszą myśl, że niańka u mej siostry tak się nazywa, odrzuciłbym
z nieufnością, gdybym nie posiadał tyle dyscypliny czy też wprawy w analizie, by pochwycić tę
myśl i snuć ją dalej. I oto nasuwa mi się na myśl mały epizod z poprzedniego wieczoru, który
dostarcza mi dowodu poszukiwanej determinacji. Widziałem w jadalni u mej siostry leżący na stole
list zaadresowany: „Do panny Róży W.”. Zdumiałem się, pytam, kto się tak nazywa, i dowiaduję
się, że ta rzekoma Dora nazywa się właściwie Róża i że wstępując do służby musiała zrezygnować
z tego imienia, ponieważ moja siostra również nazywa się Róża. Powiedziałem wtedy z
ubolewaniem: „Biedni ci ludzie, nie wolno im nawet zachować własnego imienia!” Jak sobie
przypominam, zamilkłem później na chwilę i począłem myśleć o różnych poważnych sprawach,
które teraz z łatwością mógłbym sobie uświadomić, mimo że ten tok myślowy zakończył się
mglisto. Gdy następnego dnia poszukiwałem imienia dla osoby, której nie wolno było zachować
własnego, nie nasunęło mi się żadne inne, jak tylko Dora. Ta wyłączność wynikała tu ze ścisłego
związku treściowego, bo w historii mej pacjentki decydujący dla przebiegu kuracji wpływ
pochodził od osoby służącej w obcym domu, od guwernantki.
To małe wydarzenie znalazło po latach swój ciąg dalszy. Gdy razu pewnego omawiałem na
wykładzie tę już dawno opublikowaną historię choroby, przyszło mi na myśl, że przecież jedna z
dwóch moich słuchaczek nosi to samo imię Dora, które ja musiałem tak często powtarzać w
najrozmaitszych związkach. Zwróciłem się do tej młodej, znanej mi osobiście, koleżanki,
usprawiedliwiająć
się, że naprawdę nie myślałem o tym, że i ona tak się nazywa oraz że gotów jestem w tym
wykładzie zastąpić to imię innym. Spadło tedy na mnie zadanie wybrać szybko inne imię, przy
czym zastrzegłem się, by nie wpaść na imię tej drugiej słuchaczki i w ten sposób nie dać złego
przykładu kolegom, którzy byli już wyszkoleni psychoanalitycznie. Byłem przeto bardzo
zadowolony, gdy mi w zastępstwie D o r y wpadło na myśl imię E r n a, którym potem
posługiwałem się w czasie wykładu. Po wykładzie badałem, skąd też wzięło mi się imię Erna, i
serdecznie się uśmiałem spostrzegłszy, że przy tym wyborze imienia zastępczego ziściła się jednak,
acz tylko częściowo, moja obawa. Erna bowiem zawierała się w nazwisku tej drugiej damy, która
nazywała się Lucerna.
2. Donoszę listownie swemu przyjacielowi, że ukończyłem już korektę Die Traumdeutung i że już
nic w tym dziele nie zmienię, choćby ‚miało zawierać 2467 błędów. Usiłuję natychmiast
wytłumaczyć sobie tę liczbę, i dołączam do listu jako dopisek małą analizę. Najlepiej będzie, jeżeli
zacytuję tu to, co pisałem wówczas, gdy przyłapałem się na gorącym uczynku:
„A teraz jeszcze szybko przyczynek do psychopatologii życia codziennego. Znajdziesz w liście
liczbę 2467 jako swawolny i dowolny szacunek błędów, które przypuszczalnie znajdą się w mojej
książce. Ma to wyrażać jakąś dużą liczbę i oto nasuwa się powyższa. Lecz w psychice naszej nie
ma niczego dowolnego, niczego co nie byłoby zdeterminowane. Wobec tego będziesz miał rację

spodziewając się, że nieświadome zdeterminowało liczbę przyjętą przez świadomość. Otóż właśnie
czytałem wcześniej, że generał E. M. został przeniesio-w stan spoczynku jako generał broni. A
trzeba Ci wiedzieć, że ten człowiek interesuje mnie. Kiedy pełniłem służbę wojskową jako elew
wojskowo-lekarski on, bę-
305
304
dąć wówczas pułkownikiem, zachorował i rzekł do lekarza: «Musi mnie pan uzdrowić w ciągu 8
dni, bo mam do zrobienia coś, na co czeka cesarz». Wówczas postanowiłem śledzić karierę tego
człowieka i oto dziś (1899) jest on, już u jej końca, generał broni w stanie spoczynku. Chciałem
wyliczyć, w jakim czasie przeszedł tę drogę, i przyjąłem, że widziałem go w 1882 r. w szpitalu.
Byłoby to więc 17 lat temu. Opowiadam to swojej żonie, a ona na to: «Czy ty także musiałbyś już
być na pensji?» Przeciwko temu protestuję słowami: «A niechże mnie od tego Bóg uchowa». Po tej
rozmowie siadam do biurka, by do Ciebie napisać! Lecz poprzedni tok myślowy ciągnie się dalej,
co nawet jest zupełnie uzasadnione. Źle bowiem obliczyłem; a dowód na to mam w pamięci.
Obchodziłem swoją pełnoletność, a więc 24 rocznicę urodzin, w areszcie wojskowym (byłem
nieobecny bez zezwolenia). A więc było to w roku 1880; upłynęło od tego czasu 19 lat. I oto masz
cyfrę 24 w liczbie 2467! A teraz weź liczbę lat mego wieku 43 i dodaj do niej 24, a otrzymasz 67!
To znaczy, że na zapytanie, czy chciałbym także przejść w stan spoczynku, powstało we mnie
życzenie, bym jeszcze 24 lata mógł pracować! Widocznie martwi mnie to, że w tym czasie, w
którym śledziłem karierę pułkownika M., sam zaszedłem niewysoko, a zarazem odczuwam pewien
rodzaj triumfu, że on już skończył swą ‚karierę, a ja mam jeszcze wszelkie możliwości przed sobą.
Wobec tego można chyba słusznie twierdzić, że nawet rzucona tu bez żadnego zamiaru liczba 2467
nie była pozbawiona nieświadomej determinacji”.
3. Od czasu tego pierwszego wyjaśnienia pozornie dowolnie obranej liczby powtórzyłem
wielokrotnie to samo doświadczenie z tymże samym skutkiem, lecz prze-ważna część przypadków
jest tak poufnej natury, że ich przytoczyć nie mogę.
Ale właśnie dlatego nie omieszkam przytoczyć tu bardzo interesującej analizy tego rodzaju, której
koledze drowi Alfredowi Adlerowi (Wiedeń) dostarczył jeden z jego „zupełnie zdrowych”
znajomych *. Ów znajomy pisze: „Wczoraj wieczór wziąłem się do Psychopatologie des Alltags i
byłbym z miejsca przeczytał tę książkę, gdyby mi w tym nie przeszkodził szczególny wypadek.
Mianowicie, gdy przeczytałem, że każda liczba, którą pozornie dowolnie przytaczamy, ma
określone znaczenie, postanowiłem zrobić doświadczenie w tym kierunku. Przyszło mi na myśl
1734. A teraz następowały po sobie kolejne pomysły: 1734:17 = = 102; 102:17 = 6. Potem
rozłożyłem tę liczbę na 17 i 34. Liczę 34 lata. Uważam, jak to zresztą Panu raz zdaje się
powiedziałem, że 34 rok jest ostatnim rokiem mej młodości, i dlatego też tak źle się czułem podczas
ostatnich urodzin. Z końcem 17 roku życia zaczął się dla mnie bardzo piękny i interesujący okres
rozwoju. Roz-kładałem swe życie na 17-letnie okresy. Lecz cóż oznacza to dzielenie? Do liczby
102 przychodzi mi na myśl, że numer 102 biblioteki powszechnej Recklama nosi dramat
Kotzebuego Menscherihass und Reue («Nienawiść i skrucha»).
Mój obecny nastrój psychiczny to nienawiść i skrucha. Numer biblioteki powszechnej (a znam na
pamięć mnóstwo tych numerów) to Miillnera Schuld («Wina»). Dręczę się ustawicznie myślą, że z
własnej winy nie stałem się tym, do czego kwalifikowały mnie moje zdolności. Dalej przychodzi mi
na myśl, że numer 34 nosi opowiadanie tegoż samego Miillnera pt. Der Kaliber. Rozkładam ten
wyraz na K a-1 i b e r; dalej pomyślałem, że zawiera on wyrazy «Ali» i «Kali». To przypomina mi,
że raz z moim sześcioletnim synkiem Alim układaliśmy
„Psycho-Neur. Wochenschrift” 1905, 28.
306

307
rymy. Kazałem mu doszukiwać rymu do Ali. Jemu nie nasunął się żaden, a gdy go ode mnie
zażądał, powiedziałem doń «Ali reinigt den Mund mit hypermangan-sauerem Kali» («Ali czyści
usta za pomocą kalium hyper-manganicum»). Uśmieliśmy się bardzo, a Ali był bardzo miły. W
ostatnich dniach skonstatowałem z przykrością, że to «Ka-lieber-Ali» (że nie jest on miły, przy
czym wiedeńskie «ka» zamiast kein – żaden).
Potem zapytałem siebie: «A cóż to jest nr 17 w katalogu biblioteki?» Nie mogłem sobie jednak
tego przypomnieć. Ale z całą pewnością wiedziałem to poprzednio, muszę więc przyjąć, że
chciałem tę liczbę zapomnieć. Wszelkie przypominanie sobie było daremne. Chciałem dalej czytać,
lecz czytałem tylko mechanicznie, nie rozumiejąc przy tym ani słowa, bo dręczyła mnie ta 17Jka.
Zgasiłem światło i szukałem ponownie. W końcu przyszło mi na myśl, że nr 17 to jest jakaś sztuka
Szekspira. Ale która? Nasuwa mi się: «Hero i Leander». Widoczne idiotyczne usiłowanie mej
świadomości zbicia mnie z tropu. Wreszcie wstaję i szukam katalogu biblioteki. Nr 17 to Makbet.
Ku swemu zdumieniu konstatuję, że nic nie wiem o tej sztuce, mimo że zajmuje mnie ona nie mniej
niż inne dramaty Szekspira. Nasuwa mi się tylko: «mordercy», «lady Makbet», «czarownice»,
«pięjkne jest szpetne», tudzież że swego czasu uważałem Makbeta Szekspira za bardzo piękną
rzecz. Niewątpliwie więc chciałem zapomnieć o tej sztuce. Wpada mi jeszcze na myśl, że 17 i 34
podzielone przez 17 daje l i 2. Nr l i 2 to Faust Goethego. Odnajdywałem dawniej dużo z Fausta w
sobie”.
Należy ubolewać, że lekarz w swej dyskrecji nie zapoznał nas ze znaczeniem tego ciągu myśli.
Adler dodaje, że temu panu nie udała się synteza wywodów. I wobec tego nie byłyby one warte, by
je tu zakomunikować, gdyby się dalej nie pojawiły skojarzenia, które dostarczyły
nam klucza do zrozumienia liczby 1734 tudzież całego ciągu myślowego.
„Dzisiaj rano doznałem, co prawda, czegoś, co bardzo przemawia za słusznością poglądów
Freuda. Moja żona, którą, wstając, obudziłem, zapytała mnie, czego chciałem od katalogu
biblioteki. Opowiedziałem jej całą rzecz., Ona uważała, że wszystko to jest rabulistyką, ale bardzo
interesujące i zgodziła się tylko co do Makbeta, przeciwko któremu ja się tak opierałem. Dalej
rzekła, że nic jej nie przychodzi na myśl, gdy sobie pomyśli jakąś liczbę. Na to ja proponuję próbę.
Wymienia liczbę 117. Odpowiadam z miejsca: «17 odnosi się do tego, co ci opowiadałem, ponadto
powiedziałem ci wczoraj: jest to olbrzymia dysproporcja, jeżeli żona liczy 82 lata, a mąż 35. Od
kilku dni nabieram żonę, twierdząc, że jest matroną 82-letnią. 82 + 35 = 117»”.
A więc ten mąż, który nie umiał określić własnej liczby, znalazł od razu rozwiązanie liczby
podanej mu rzekomo dowolnie przez żonę. W rzeczywistości żona pojęła doskonale, z jakiego
kompleksu pochodzi liczba jej męża, i wybrała swą liczbę z tegoż samego kompleksu, który na
pewno był im wspólny, bowiem dotyczył on stosunku wieku ich dwojga. Wobec tego łatwo nam
będzie zrozumieć, co wyraża liczba, która nasunęła się mężowi. Wyraża ona, jak to zaznacza Adler,
stłumione życzenie męża, które wypowiedziane wprost opiewałoby: „Dla mężczyzny 34-letniego,
jak ja, stosowną jest tylko kobieta 17-letnia”.
Jako dowód, że nie należy zbyt lekceważąco odnosić się do tego rodzaju „zabawek”, przytoczę, co
niedawno słyszałem od drą Adlera, że w rok po opublikowaniu tej analizy pan ten rozwiódł się z
żoną 2.
* W odniesieniu do wyjaśnienia Makbeta (nr 17 katalogu biblioteki) poinformował mnie Adler,
że człowiek, o którym mowa,
309
308
4. W podobny sposób wyjaśnia Adler natręctwo liczb. Także wybór tzw. ulubionych liczb

pozostaje w związku z życiem danej osoby i zasługuje na zainteresowanie psychologiczne.
Pewien pan, który szczególnie upodobał sobie liczby 17 i 19, podał po krótkim namyśle, że mając
17 lat wstąpił na uniwersytet i osiągnął dzięki temu upragnioną wolność studencką i że w 19 roku
życia odbył pierwszą wielką podróż, wkrótce potem dokonał pierwszego naukowego odkrycia.
Jednak zamiłowanie do tych dwóch liczb ustaliło się dopiero w 10 lat później, gdy te liczby nabrały
znaczenia w jego życiu miłosnym. — Ba, nawet w liczbach, których się pozornie dowolnie używa
w pewnym związku, można przez analizę odnaleźć nieoczekiwany sens. I tak np. pewnego dnia
uderzyło jednego z moich pacjentów, że w zniecierpliwieniu bardzo chętnie posługiwał się
zwrotem: „Już ci to mówiłem 17 do 36 razy”, po czym zastanawiał się, czy i to było umotywowane.
Przyszło mu przy tym na myśl, że urodził się w 27 dniu miesiąca, zaś jego brat 26, tudzież iż ma
powody użalać się, że los tyle mu zabrał z dóbr doczesnych na korzyść jego młodszego brata. Otóż
ilustrował on stronniczość losu, odejmując od daty swych urodzin dziesiątkę, którą dodawał potem
do daty urodzin brata. „Jestem starszy, a jednak tak pokrzywdzony”.
5. Zatrzymam się nieco dłużej przy analizie przypadków z liczbami, gdyż nie znam żadnych
innych pojedynczych obserwacji, ‚które by trafniej dowodziły istnienia bardzo złożonych procesów
myślowych, o jakich świadomość nic nie wie, a ponadto żadnych lepszych przyw
17 roku życia wstąpił do anarchistycznego stowarzyszenia stawiającego sobie za cel
zamordowanie króla. Dlatego treść Makbeta uległa zapomnieniu. W tamtych czasach wynalazł on
szyfr, w którym litery zostały zastąpione cyframi.
kładów analiz, przy których nie wchodziłaby w rachubę w jakiś sposób sugestia lekarza.
Przedstawię zatem analizę przypadku jednego ze swoich pacjentów (za jego zgodą), o którym
powiem tylko, że był najmłodszym dzieckiem w wielodzietnej rodzinie i że we wczesnej młodości
utracił uwielbianego ojca. W pogodnym nastroju wypowiedział liczbę 426 718 i postawił sobie
pytanie: „Co przychodzi mi przy tym na myśl? Na początku dowcip: «Kiedy katar się leczy, to trwa
on 42 dni, natomiast bez tego 6 tygodni». To odpowiada pierwszym cyfrom liczby 42 = 6 X 7″. W
przerwie, jaka nastąpiła po tym pierwszym ustaleniu, zwróciłem jego uwagę, że wybrana przezeń
liczba sześciocyfrowa zawiera wszystkie pierwsze liczby z wyjątkiem 3 i 5. W tym momencie
zaczął natychmiast kontynuować wyjaśnienie. „Jest nas siedmioro rodzeństwa, ja jestem
najmłodszy, 3 odpowiada w kolejności siostrze A., 5 — bratu L., którzy byli moimi wrogami. Jako
dziecko starałem się każdego wieczoru modlić do Boga, żeby pozbawił życia tych dwoje
utrapieńców. Zdaje się, że tutaj ja sam spełniłem to życzenie: 3 i 5, zły brat i znienawidzona siostra,
zostali przeze mnie pominięci”. „Jeżeli liczba oznacza szereg pana rodzeństwa, to co oznacza 18 na
końcu? Było was przecież tylko 7″. „Często myślałem, że jeżeli ojciec będzie żył dłużej, to nie
pozostanę najmłodszym dzieckiem. Gdyby jedno jeszcze urodziło się, to byłoby nas 8, a ja miałbym
za sobą jedno młodsze dziecko, wobec którego grałbym rolę starszego”.
W ten sposób została wyjaśniona liczba, ale pozostał jeszcze do wyjaśnienia związek między
pierwszą częścią tłumaczenia a pozostałymi. Wynikał on w prosty sposób z uwarunkowania
końcowych cyfr: gdyby ojciec żył jeszcze dłużej! 42 = 6 X 7 oznaczało kpienie z lekarzy, którzy
nie mogli pomóc ojcu, wyrażało więc w tej formie życzenie dłuższego życia ojca. Cała liczba
odpowia-
310
311
dała właściwie pragnieniu spełnienia obu infantylnych życzeń w odniesieniu do kręgu rodzinnego:
złe rodzeństwo powinno umrzeć, a potem powinna się urodzić mała siostrzyczka, albo najkrócej
wyrażając: byłoby lepiej, gdyby tych dwoje umarło, zamiast ukochanego ojca!3
6. Mały przykład z mojej korespondencji. Dyrektor urzędu telegraficznego w L. pisze, że jego
osiemnastoi-półroczny syn pragnący studiować medycynę zajmuje się już teraz psychopatologią
życia codziennego i stara się przekonać swoich rodziców o słuszności moich ustaleń. Prezentuję

jedną z jego prób, bez wypowiadania się na temat związanej z tym dyskusji.
„Mój syn rozmawia z moją żoną o tzw. przypadku i wyjaśnia jej, że nie mogłaby wymienić
żadnej piosenki, żadnej liczby, która by jej rzeczywiście «przypadkowo» przyszła do głowy.
Rozwinęła się następująca rozmowa. Syn: «Wymień mi jakąkolwiek liczbę». Matka: «79». Syn:
«Co ci przy tym przychodzi na myśl?» Matka: «Myślę o pięknym kapeluszu, jaki wczoraj
oglądałam*. Syn: «A więc mamy: 158:2 = 79. Kapelusz wydał ci się za drogi i zapewne
pomyślałaś: Gdyby kosztował o połowę mniej, kupiłabym go!»”.
Wywodom syna można postawić zarzut, że kobiety niezbyt sprawnie liczą i że matka z pewnością
nie zdawała sobie sprawy, że 79 to połowa 158. Jego teoria zakłada zatem zupełnie
nieprawdopodobny fakt, że nieświadomość sprawniej liczy niż normalna świadomość. „Wcale nie
— otrzymałem w odpowiedzi — załóżmy, że matka nie wykonała tego rachunku 158:2 = 79, ale
zupełnie dobrze mogła widzieć to równanie przy jakiejś okazji; mogła w marzeniu sennym być
zajęta kape-
* Dla uproszczenia pominąłem pewne myśli narzucające się pacjentowi, dobrze tutaj pasujące.
luszem i przypomnieć sobie, jaka byłaby jego cena, gdyby kosztował tylko połowę”.
7. Inny przykład dotyczący analizy liczb zaczerpnąłem od Jonesa 4. Mężczyźnie, w gronie
znajomych, narzuciła się liczba 986; otrzymał polecenie, by ‚spróbował powiązać to z czymś, co mu
przychodzi na myśl. „Osoba badana Skojarzyła to z dawno zapomnianym dowcipem. Przed sześciu
laty, w niezwykle upalnym dniu, jakaś gazeta zamieściła notatkę, że termometr wskazywał 986°
Fahrenheita, co oczywiście było groteskową przesadą, gdyż rzeczywiście temperatura wynosiła
98,6°! Siedzieliśmy w czasie tej rozmowy przed silnym ogniem w kominku, od którego badany
odwrócił się i zauważył, prawdopodobnie słusznie, że tak silne ciepło wywołało jego
przypomnienie. Nie dałem się jednak tak łatwo zadowolić, pragnąłem bowiem dowiedzieć się,
dlaczego właśnie to wspomnienie tak mocno utrwaliło się w jego pamięci. Powiedział, że tak
bardzo śmiał się z dowcipu i że za każdym razem, gdy go sobie przypomni, bawi go to na nowo.
Ponieważ nie wydawało mi się, by ten dowcip był aż tak dobry, moje oczekiwanie, że kryje się za
tym jakiś głębszy sens, nasiliło się. Jego kolejną myślą było, że wyobrażenie ciepła zawsze miało
dla niego .duże znaczenie. Ciepło jest czymś najważniejszym na świecie, jest źródłem życia itd.
Takie bujanie w marzeniach skądinąd cynicznego młodego człowieka musiało brzmieć
zastanawiające; poprosiłem go więc, by kojarzył dalej. Kolejno przyszedł mu na myśl komin
fabryczny, który widywał z okna swej sypialni. Wieczorem patrzył często na dym i ogień
wydobywające się z niego i myślał przy tym o godnym pożałowania marnotrawieniu energii.
Ciepło, ogień, źródła wszelkiego ży-
4 E. Jones, op. cit. s. 476.
313
312
cia, marnowanie energii płynącej z wysoko położonej pustej rury — nietrudno było wywnioskować
z tych skojarzeń, że wyobrażenie ciepła i ognia były u niego wyraźnie związane z wyobrażeniem
miłości, jak to jest zwykle w myśleniu symbolicznym i że silny kompleks masturbacji był
motywem wystąpienia owej liczby. Nie pozostało mu nic innego, jak potwierdzić moje
przypuszczenie”.
Komuś, kogo bliżej interesuje sposób, w jaki materiał liczb jest opracowywany w nieświadomym
myśleniu, zwracam uwagę na artykuł C. G. Junga Ein Beitrag żur Kenntnis des Zahlentraumes
(„Przyczynek do wiedzy o marzeniu sennym z liczbami”) 5 i na inny, autorstwa E. J. Jonesa
Unconscious manipulations of num-bers6 („Nieświadome manipulowanie liczbami”).
Dwie rzeczy uderzają mnie szczególnie w moich własnych analizach tego rodzaju: po pierwsze,
wprost somnambuliczna pewność, z jaką dążę do nie znanego mi celu i zatapiam się w liczeniu, aż
nagle znajduję się przy poszukiwanej liczbie, oraz szybkość, z jaką się potem odbywa cała praca;

po wtóre zaś ta okoliczność, że moje nieświadome myślenie tak łatwo dysponuje liczbami, podczas
gdy ja właściwie słabo rachuję i mam ogromne trudności, by świadomie zapamiętać liczby lat,
numery domów itp. W tym nieświadomym operowaniu cyframi dopatruję się zresztą skłonności do
zabobonu, której pochodzenie przez długi czas nie było mi znane 7. , Nie może nas zaskakiwać to,
że nie tylko liczby, ale
( * „Zentralblatt fur Psychoanalyse” I, 1911. : e Ibid., II, 1912, 5.
7 Rudolf Schneider z Monachium wysunął interesujący zarzut przeciw sile dowodowej takich
analiz narzucających się liczb (Zu Freuds analityscher Untersuchung des Zahleneinfalles.
również narzucające się słowa innego rodzaju okazują się, przy badaniu analitycznym, w pełni
zdeterminowane.
8. Piękny przykład genezy natręctwa pewnego słowa znajdujemy u Junga (Diagnostische
Assoziationsstudien IV, s. 215).
„Pewna dama opowiadała mi, że od kilku dni ustawicznie ma na ustach wyraz Taganrog, nie
mając przy tym pojęcia, skąd się to bierze. Zapytałem tę pa-
„Zeitschrift fiir Psychoanalyse” 1920, 1). Posługiwał się pewnymi liczbami, np. tymi, które
pierwsze wpadły mu w oczy w jakiejś książce historycznej, albo przedkładał komuś innemu
wybrane przez siebie liczby i badał, czy i dla tych narzuconych liczb da się ustalić pozornie
zdeterminowane wiążące się z nimi pomysły. I tak było rzeczywiście w jednym przykładzie,
odnoszącym się zresztą do niego samego, który podaje; narzucające się pomysły okazały się tak
samo bogate i sensownie zdeterminowane jak w naszych analizach spontanicznie pojawiających się
liczb, chociaż przecież liczba w badaniu Schneidera nie potrzebowała innego zdeterminowania,
gdyż była dana z zewnątrz. W drugim badaniu, z osobą obcą, postawił sobie zbyt łatwe zadanie,
gdyż podał jej liczbę „2″, której zdeterminowanie przez jakikolwiek materiał musi wystąpić u
każdej osoby. Schneider ze swoich doświadczeń wyciągnął dwa wnioski: po pierwsze, w
odniesieniu do liczb psychika ma takie same możliwości skojarzeniowe jak w odniesieniu do pojęć,
po drugie, pojawienie się zdeterminowanych pomysłów, kojarzących się ze spontanicznie
narzucającymi się liczbami, nie dowodzi o pochodzeniu tych liczb od ustalonych w „analizie”
myśli. Pierwszy wniosek jest niewątpliwie słuszny. Z daną liczbą można równie dobrze kojarzyć
coś odpowiedniego jak z jakimś wypowiedzianym słowem, a nawet łatwiej, gdyż powiązania
nielicznych znaków liczbowych są szczególnie liczne. Jest się po prostu w sytuacji tzw.
eksperymentu skojarzeniowego, który studiowało się w różnych kierunkach w szkole Bleulera i
Junga. W tej sytuacji narzucający się element (reakcja) jest zdeterminowany przez podane słowo
(bodziec słowny). Ale reakcja nań może być różna i badania Junga wykazały, że dalsze
rozróżnienia nie są „przypad-
315
314
nią o silniejsze przeżycia i stłumione życzenia z najświeższej przeszłości. Po pewnym ociąganiu się
opowiedziała mi, że bardzo pragnęłaby mieć einen Morgenrock (szlafroczek), ale mąż nie interesuje
się jej życzeniem. Morgen-rock — Tag-an-rock; wyraźne jest tu pokrewieństwo w sensie i dźwięku
(Morgen, Tag). Rosyjski wyraz «Taganrog» pochodzi stąd, że właśnie w tym czasie poznała ona
jakąś osobę z Taganrogu”.
9. Doktorowi E. Hitschmannowi zawdzięczam rozwiązanie innego przypadku: w określonej
miejscowości pewien werset narzuca się kilka razy, bez ujawnienia się przyczyn i powiązań tego
faktu.
„Opowiadanie drą praw E.: Jechałem przed sześciu laty z Biaritz do San Sebastian. Linia
kolejowa prowadziła przez rzekę Bidassoa, tworzącą tutaj granicę miękowe”,
lecz w ich zdeterminowaniu uczestniczą nieświadome
„kompleksy”, jeśli tylko słowo-bodziec poruszyło je. Drugi wnio

sek Schneidera idzie za daleko. Z faktu, że przy danych licz
bach (lub słowach) pojawiają się odpowiednie pomysły, nie wy
nika nic w odniesieniu do genezy spontanicznie pojawiających
się liczb (lub słów), czego już przed poznaniem tego faktu nie
brałoby się pod uwagę. Te narzucające się dane (słowa lub licz
by) mogłyby być nie zdeterminowane lub zdeterminowane przez
myśli, jakie ukazuje analiza, czy przez inne myśli nie ujawnio
ne w czasie analizy, wprowadzającej nas w błąd. Konieczne jest
tylko uwolnienie się od wrażenia, że problem jest inny w odnie
sieniu do liczb niż w odniesieniu do narzucających się słów. Nie
było moim zamiarem przy pisaniu tej książki krytyczne bada
nie tego problemu, a tym samym usprawiedliwienie stosowania
techniki psychoanalitycznej w tym względzie. W praktyce ana
litycznej wychodzi się z założenia, że druga z wymienionych
możliwości jest słuszna i daje się stosować w większości przy
padków! Badania jednego z psychologów eksperymentalnych
(Poppelreuter) pouczyły nas, że prawdopodobieństwo jej trafno
ści jest o wiele większe. Por. w tym względzie zasługujące na
uwagę dowody Bleulera w jego książce Das autistisch-undisciplinierte
Denken usw., 1919, rozdz. 9 „Von den Wahrscheinlichkeiten
der psychologischen Erkenntnis”. TS>-\ -*>;•.• ;•!•»*•••
dzy Francją a Hiszpanią. Z mostu roztacza się piękny widok z jednej strony na wielką dolinę i
Pireneje, z drugiej — daleko na morze. Był piękny, jasny letni dzień, wszystko było pełne słońca i
światła. Odbywałem wakacyjną podróż, cieszyłem się, że będę w Hiszpanii — nagle narzucił mi się
werset: «Ale wolna jest już dusza, płynie w morzu światła».
Przypominam sobie, że myślałem wówczas o tym, skąd znam ten werset, i nie mogłem sobie
przypomnieć; sądząc po rytmie, słowa powinny pochodzić z jakiegoś poematu, który jednak
całkowicie wypadł mi z pamięci. Później, ponieważ werset przychodził mi ponownie na myśl,
wypytywałem o to wielu ludzi, ale nie dowiedziałem się niczego.
W zeszłym roku, wracając z wycieczki do Hiszpanii, jechałem tą samą linią kolejową. Była
zupełnie ciemna noc i padał deszcz. Patrzyłem w okno, by zobaczyć, czy dojeżdżamy do stacji
granicznej, i zauważyłem, że jesteśmy właśnie na moście nad Bidassoa. Natychmiast przypomniał
mi się wymieniony wyżej werset i nadal nie mogłem sobie przypomnieć, skąd on pochodzi.
Wiele miesięcy później w domu wpadły ‚mi w ręce wiersze Uhlanda. Otworzyłem książkę i
spojrzenie moje padło na wiersz «Ale wolna już jest dusza, płynie w morzu światła», będący
zakończeniem poematu Der Waller («Pielgrzym»). Czytałem poemat i niejasno przypomniałem
sobie, że kiedyś przed wielu laty zapoznałem się z nim. Akcja toczyła się w Hiszpanii i to wydało
mi się jedynym związkiem cytowanego wiersza z opisanym przeze mnie miejscem na trasie
kolejowej. Odkrycie to zadowoliło mnie tylko częściowo i kartkowałem książkę dalej. Wiersz «Ale
wolna już jest…» był na końcu stronicy. Przy kartkowaniu znalazłem zaraz na następnej stronie
wiersz «Most na rzece Bidassoa». Zauważę jeszcze, że treść tego ostatniego wydała mi się jeszcze
bar-
316
317
dziej obca niż poprzedniego i że jego początek brzmi tak: «Na moście nad rzeką Bidassoa stoi
siwowłosy święty i błogosławi — z prawej góry hiszpańskie, z lewej ziemię francuśką»”.
B. Ten wgląd w zdeterminowanie pozornie dowolnie wybranych imion i liczb może przyczynić się
do wyjaśnienia innego zagadnienia. Jak wiadomo, wiele osób sprzeciwia się przyjęciu ogólnego

determinizmu psychicznego, powołując się przy tym na szczególne poczucie, które ma
przekonywać o istnieniu wolnej woli. To poczucie wewnętrzne istnieje i nie może go zwalczyć
nawet wiara w determinizm; musi ono, jak każde normalne uczucie, być czymś uzasadnione.
Według mnie przejawia się ono jednak nie przy wielkich i ważnych postanowieniach naszej woli;
raczej miewamy wtedy zazwyczaj poczucie przymusu psychicznego i chętnie powołujemy się na
nie. Natomiast przy błahych, obojętnych postanowieniach zapewniamy gorliwie, że moglibyśmy
równie dobrze postąpić inaczej i że postąpiliśmy tak na skutek działania wolnej woli. Otóż z
naszych analiz nie wynika, by należało zaprzeczać słuszności twierdzenia o tym wewnętrznym
poczuciu wolnej woli. Eo skoro ustanowimy różnicę między umotywowaniem w świadomości a
nieświadomą motywacją, to owo uczucie będzie tylko wyrazem tego, że świadoma motywacja nie
rozciąga się na wszystkie nasze postanowienia wykonawcze. Minima non curat praetor. Lecz to, o
co nie dba jedna strona, zaopatruje w motywy druga, to jest nieświadome, tak że jednak nasze życie
psychiczne jest bez żadnego „wyjątku zdeterminowane 8.
8 Te poglądy o ścisłym zdeterminowaniu czynności psychicznych stały się już bardzo owocne
dla psychologii, a może i dla prawa. Bleuler i Jung wytłumaczyli w tym sensie reakcje
C. Jakkolwiek wszystko wskazuje na to, że nasza świadomość nie może wiedzieć o umotywowaniu
omówionych tu czynności pomyłkowych, to jednak byłoby pożądane znaleźć psychologiczny
dowód jego istnienia; ba, z powodów, których dostarcza nam bliższa znajomość nieświadomego,
jest nawet prawdopodobne, że tego rodzaju dowody dadzą się gdzieś odnaleźć. I rzeczywiście,
istnieją w dwu dziedzinach zjawiska, które zdradzają, że osobnikowi istotnie znane są te
nieświadome i dlatego przesunięte motywy.
a. Jest uderzającą i powszechnie znaną cechą zachowania się paranoików, że przypisują oni
największe znaczenie drobnym, przez nas niemal zupełnie nie dostrzeganym, szczegółom w
zachowaniu się innych ludzi, że te szczegóły interpretują, tudzież że biorą je za podstawę daleko
idących wniosków. I tak np. paranoik, którego ostatnio widziałem, przypuszczał, że całe otoczenie
jest z sobą w porozumieniu, na tej podstawie, że przy jego odjeździe obecni na dworcu ludzie robili
pewien ruch jedną ręką. Innego natomiast szczególnie interesował sposób, w jaki ludzie chodzą po
ulicy, wywijają laskami itd.9
Otóż w odniesieniu do zjawisk psychicznych u innych ludzi paranoik nie uznaje kategorii
przypadkowości,
w tzw. eksperymencie skojarzeniowym, w którym osoba badana odpowiada na podany jej wyraz
pierwszym wyrazem, jaki się jej nasunął, przy czym mierzy się czas, po jakim to nastąpiło. Jung
Wykazał w Diagnostische Assoziationsstudien, jak czuły barometr dla stanów psychicznych
posiadamy w tym tak tłumaczonym doświadczeniu. Dwaj uczniowie profesora prawa karnego w
Pradze, H. Grossa, Wertheimer i Klein, wyprowadzili z tych doświadczeń technikę rozpoznawczą w
sprawach karnych, której badaniem zajmują się obecnie psychologowie i prawnicy. 9 Wychodząc z
innych punktów widzenia zaliczono to pojmowanie nieznacznych i przypadkowych przejawów u
innych osób do „urojeń ksobnych”.
319
318
a więc tego, że jest coś, co nie wymaga umotywowania, którą to kategorię człowiek normalny
stosuje do własnych działań i pomyłek. Według pierwszego wszystko, co zauważy on u ludzi, jest
doniosłe i ma sens. Jak on do tego dochodzi? Podobnie jak w wielu innych przypadkach, przenosi
on prawdopodobnie do psychiki innych to, co istnieje w jego własnej. W paranoi do świadomości
przenika bardzo wiele z tego, czego istnienie w nieświadomości u osób normalnych i neurotyków
wykazujemy dopiero przez psychoanalizę 10. Paranoik ma więc tutaj pod pewnym względem
słuszność, bo zna coś, czego nie spostrzega normalny człowiek, a więc widzi jaśniej aniżeli
normalny, lecz przeniesienie tak rozpoznanego stanu rzeczy na innych pozbawia jego poznanie

wartości. Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, jakoby poszczególne interpretacje tych
chorych były w rzeczywistości uzasadnione. Lecz ta częściowa słuszność, którą przyznaliśmy
paranoikowi w jego pojmowaniu czynności przypadkowych, ułatwi nam psychologiczne
zrozumienie przekonania, z jakim paranoik te rzeczy sobie tłumaczy. Bo jest w tym coś
prawdziwego; a wszak i dla naszych błędnych sądów, których przecież nie możemy nazwać
chorobliwymi, z tego samego źródła czerpiemy poczucie przekonania, z jakim je wypowiadamy.
To poczucie jest uzasadnione w odniesieniu do pewnej części błędnego toku myślowego albo też
do źródła, z którego on pochodzi; rozszerzamy je potem na resztę związku.
b. Inną wskazówkę, że jednak posiadamy nieświado-
10 Dające się uświadomić fantazje histeryków o seksualnym okrutnym znęcaniu się nieraz aż do
najdrobniejszych szczegółów zgadzają się z oskarżeniami prześladowczymi paranoików. Acz nie w
pełni zrozumiałe, jest to jednak godne uwagi, że tę samą treść spotykamy w rzeczywistości w
praktykach ludzi perwersyjnych, przedsiębranych dla zaspokajania chuci.
mą, acz przesuniętą znajomość’motywacji naszych czynności pomyłkowych i przypadkowych,
znajdujemy w zjawiskach zabobonu. Wyłuszczę tu swój pogląd roztrząsając mały epizodzik, który
był dla mnie punktem wyjścia tych oto rozważań.
Po powrocie z ferii moja myśl kieruje się na chorych, którymi mam się zająć w nowo
rozpoczynającym się roku. Udaję się najpierw do pewnej staruszki, u której, jak to już wcześniej
wspomniałem, wykonuję od lat dwa razy dziennie te same czynności lekarskie. Z powodu tej
jednostajności bardzo często ujawniały się nieświadome myśli, gdy byłem w drodze do niej lub też
byłem przy niej zajęty. Liczy ona ponad 90 lat; jest przeto naturalne, że z początkiem każdego roku
nasuwa się pytanie, jak długo jeszcze będzie żyła. W dniu, o którym opowiadam, było mi pilno,
biorę przeto dorożkę, która ma mnie tam zawieźć. Każdy woźnica ze znajdującego się przed moim
domem stanowiska zna dobrze adres tej staruszki, bo każdy z nich odwoził mnie tam już często.
Dzisiaj zdarza się jednak, że dorożka zatrzymuje się nie przed jej domem, lecz przed tym samym
numerem w pobliskiej, istotnie podobnej, równoległej Ulicy. Spostrzegam pomyłkę i robię z niej
zarzut dorożkarzowi, który się usprawiedliwia. Czyż ma to coś znaczyć, iż zawieziono mnie przed
dom, w którym nie odnajduję staruszki? Dla mnie nie oznacza to nic, ale gdybym był zabobonny, to
dopatrzyłbym się w tym wydarzeniu oznaki, skinienia losu, że ten rok będzie ostatni dla mej
staruszki. Bardzo wiele przepowiedni, które nam przekazała historia, nie polegało na lepszej
symbolice. Ja uważam to wydarzenie za przypadek pozbawiony głębszego sensu.
Zupełnie inaczej miałaby się rzecz, gdybym tę drogę przebył pieszo i potem w zamyśleniu, „w
roztargnieniu”, przybył przed dom w sąsiedniej ulicy, zamiast przed
320
321
12 Psychopatologia…
właściwy. Tego nie uważałbym za przypadek, tylko za działanie z nieświadomym zamiarem,
wymagające wytłumaczenia, i musiałbym tę pomyłkę prawdopodobnie tak zinterpretować, że
spodziewam się już wkrótce nie zastać owej staruszki.
Różnię się przeto od zabobonnego w następujący sposób:
Nie wierzę, by wydarzenie, które nastąpiło bez współudziału mojej psychiki, mogło mnie pouczyć
o czymś ukrytym, a odnoszącym się do przyszłego ukształtowania się rzeczywistości; wierzę
natomiast, że nie zamierzony przejaw mej własnej czynności psychicznej odsłania mi wprawdzie
coś ukrytego, co jednak należy tylko do mojej psychiki; wierzę w zewnętrzny (realny) przypadek,
ale nie w wewnętrzną (psychiczną) przypadkowość. Przeciwnie człowiek zabobonny: nie wie on
nic o umotywowaniu swoich czynności pomyłkowych i przypadkowych oraz wierzy, że istnieje
przypadkowość psychiczna; jest natomiast skłonny do przypisania przypadkowi zewnętrznemu
znaczenia, które się przejawia w rzeczywistych zdarzeniach, tudzież do dopatrywania się w

przypadku wyrazu czegoś, co jest ukryte na zewnątrz jego osoby. Między mną a człowiekiem
zabobonnym są dwie różnice: po pierwsze, zabobonny rzutuje na zewnątrz motywację, której ja
doszukuję się wewnątrz; po wtóre, przypadek tłumaczy on jako zajście, podczas gdy ja sprowadzam
go do myśli. Ukryte u niego odpowiada nieświadomemu u mnie, wspólne nam jest to, że nie
chcemy poprzestać na określeniu go jako przypadku, lecz usiłujemy go tłumaczyć n.
11 Nawiązuję tutaj do pięknego przykładu, na którym N. Ossi-pow (Psychoanalyse und
Aberglauben. „Internationale Zeit-schrift fur Psychoanalyse” VIII, 1922) rozpatruje różnice między
ujęciem zabobonnym, psychoanalitycznym i mistycznym. Ożenił się on w małym rosyjskim
mieście prowincjonalnym
Przypuszczam zatem, że ta świadoma nieznajomość i nieświadoma znajomość umotywowania
przypadkowości psychicznej jest jednym ze źródeł zabobonu. Dlatego właśnie, że człowiek
zabobonny nic nie wie o motywach swoich własnych czynności przypadkowych, podczas gdy fakt
tej motywacji domaga się odeń uznania, jest on zmuszony doszukiwać się jej, przez przesunięcie, w
świecie zewnętrznym. A jeżeli taki związek zachodzi, to z pewnością nie ogranicza się on tylko do
tego poszczególnego przypadku. Jestem istotnie zdania, że znaczna część mitologicznego
światopoglądu, sięgającego aż do najnowszych religii, nie jest niczym innym, jak psychologią
rzutowaną na świat zewnętrzny. Niejasne poznanie (żeby tak rzec: śród-psychiczne postrzeganie)
psychicznych czynników i stosunków 12 nieświadomego odzwierciedla się — trudno
i bezpośrednio potem pojechał ze swą młodą żoną do Moskwy. Na pewnej stacji, dwie godziny
przed przyjazdem do stolicy, poczuł pragnienie wyjścia na dworzec, by rzucić okiem na miasto.
Pociąg, według jego oczekiwań, miał dostatecznie długo stać, ale kiedy po kilku minutach wrócił,
okazało się, że pociąg z jego młodą żoną odjechał. Gdy jego stara opiekunka domowa dowiedziała
się o tym wypadku, powiedziała potrząsając głową: „Z tego małżeństwa nie będzie nic dobrego”.
Ossipow śmiał się wtedy z tej przepowiedni. Ale gdy pięć miesięcy później był już rozwiedziony,
nie mógł inaczej zrozumieć swego opuszczenia pociągu niż jako nieświadomego protestu przeciw
zawarciu małżeństwa. Miasto, w którym zdarzyło się mu to działanie pomyłkowe, miało dla niego
w późniejszych latach duże znaczenie, gdyż żyła w nim osoba, z którą los związał go bardzo ściśle.
Osoba ta, a nawet fakt jej istnienia, były mu wówczas całkowicie nie znane. Mistyczne wyjaśnienie
jego zachowania brzmiałoby tak, że w tym mieście opuścił pociąg i żonę dlatego, iż dała o sobie
znać przyszłość, która jemu i tej osobie była zgotowana.
18 Które, -naturalnie, nie ma charakteru rzeczywistego pozna
nia. n.Vt ‚•• •’. -f? f1′ ‚.. .:…’. ‚)
325
324
formacje nawet ludzi wysoko stojących pod względem intelektualnym i które powinny być
przedmiotem dalszych badań. Możemy się spodziewać, że część tych obserwacji da się wyjaśnić
przez nasz zapoczątkowany już wgląd w świat nieświadomy, tak że nie wyłoni się konieczność
doszczętnego zburzenia naszych dzisiejszych poglądów 14. A gdyby udało się dowieść jeszcze
innych zjawisk, np. spirytystycznych, to dokonalibyśmy wtedy wymaganych wskutek tych nowych
doświadczeń modyfikacji naszych „praw”, przy czym jednak nie zatracilibyśmy orientacji w
związku wszechrzeczy.
W ramach tych wywodów nie mogę na powyższe pytanie odpowiedzieć inaczej jak tylko
podmiotowo, tj. w myśl swoich osobistych doświadczeń. Muszę, niestety, wyznać, że należę do
tych niegodnych, wobec których duchy wstrzymują się od działania i nadzmysło-wość pierzcha, tak
że nigdy nie byłem w sytuacji przeżycia czegoś, co mogłoby mnie skłonić do wiary w cuda. Jak
wszyscy ludzie miewałem i ja przeczucia i doznawałem nieszczęść, lecz nie zbiegały się one z sobą,
tak że przeczucia nie miewały następstw, a nieszczęście spadało na mnie nie zapowiedziawszy się
wcześniej. W czasie, gdy jako młody człowiek żyłem samotnie w obcym mieście, słyszałem bardzo
często, jak drogi mi głos, którego nie mogłem zapomnieć, wołał mnie po imieniu; notowałem sobie

wówczas chwile, w których miewałem te złudy i zapytywałem pełen troski rodzinę, co też w owej
chwili zaszło. Odpowiedź brzmiała: nic szczególnego. Natomiast najspokojniej i bez wszelkiego
przeczucia tonąłem w pracy nad moimi chorymi w chwili, gdy mojemu
14 E. Hitschmann Żur Kritik des Hellsehens. „Wiener Klini-sche Rundschau” 1910, 6 oraz Ein
Dichter und sein Vatęr. Bei-trag żur Psychologie religioser Bekehrung und telepatischer
Phanomene. „Imago” IV, 1915/1916.
326
dziecku groziła śmierć z powodu krwotoku wewnętrznego. A i żadne z przeczuć, o których mi
opowiadali moi pacjenci, nie było, moim zdaniem, przekonujące.
Wiara w prorocze marzenia senne ma wielu zwolenników, bo opiera się na tym, że niejedno w
przyszłości istotnie tak się układa, jak je ukształtowało życzenie w marzeniu sennym 15. Temu
jednak nie ma się co dziwić; wszak można także wykazać i znaczną rozbieżność między życzeniem
wyrażonym w marzeniu sennym a jego spełnieniem, którą to różnicę śniący, dzięki swej wierze,
chętnie przeoczają. Piękny przykład marzenia sennego, które słusznie można nazwać proroczym,
pewnego razu poddała mej analizie inteligentna i prawdomówna pacjentka. Opowiadała, że śniło się
jej raz, jakoby spotkała swego dawnego przyjaciela i lekarza domowego przed pewnym sklepem na
pewnej ulicy, a gdy nazajutrz poszła do śródmieścia, spotkała go rzeczywiście w miejscu
wskazanym przez marzenie senne. Zaznaczam, że to dziwne zrządzenie nie nabrało znaczenia przez
jakieś późniejsze wydarzenie, tak że nie można go było uzasadnić późniejszymi faktami.
Staranne badanie pozwoliło stwierdzić, że nie było dowodu na to, jakoby ta pani przypomniała
sobie to marzenie senne z samego ranka, a więc jeszcze przed przechadzką i spotkaniem. Nie mogła
ona nic zarzucić takiemu przedstawieniu rzeczy, które to wydarzenie pozbawiło wszelkich pozorów
cudu i czyniło zeń tylko ciekawe zagadnienie psychologiczne. Pewnego ranka szła ową ulicą,
spotkała przed sklepem swego dawnego lekarza domowego i na jego widok nasunęło się jej
przeświadczenie, że śniło się jej ostatniej nocy to spotkanie, nawet w tym samym miejscu. Analiza
mogła potem z wielkim prawdopodobieństwem wykazać, w jaki sposób na-
15 Por. S. Freud Traum und Telepathie. „Imago” VIII, 1922.
327
była ona to przeświadczenie, któremu na podstawie ogólnych poglądów nie można odmówić
pewnej wiarygodności. Spotkanie w określonym miejscu po poprzednim oczekiwaniu to zupełnie
jak schadzka. Stary lekarz domowy obudził w niej wspomnienie dawnych czasów, w których
schadzki z trzecią osobą, zaprzyjaźnioną także z lekarzem, miały dla niej duże znaczenie. Od tego
czasu pozostawała w kontakcie z tym panem i na próżno oczekiwała go w dniu, który poprzedziło
marzenie senne. Gdybym zachodzące tu stosunki mógł obszerniej omówić, to wykazałbym z
łatwością, że to powstałe na widok przyjaciela z dawnych lat złudzenie snu proroczego równa się
mniej więcej następującym słowom: „Ach, doktorze, przypomina mi pan teraz minione czasy, w
których nigdy nie musiałam na próżno czekać na N., gdy umówiliśmy się na spotkanie”.
Co się tyczy tzw. dziwnego zbiegu okoliczności, że spotykamy osobę, o której właśnie
myśleliśmy, to obserwowałem na sobie samym prosty i łatwy do wytłumaczenia przypadek, który
prawdopodobnie da się dobrze uogólnić. W parę dni po nadaniu mi tytułu profesora, z którym w
monarchicznych państwach wiąże się duży autorytet, powstała w moich myślach nagle, podczas
przechadzki po śródmieściu, fantazja zemsty skierowana przeciw pewnemu małżeństwu. Przed paru
miesiącami zostałem wezwany do ich córeczki, u której wytworzył się bezpośrednio po marzeniu
sennym ciekawy objaw natręctwa. Traktowałem ten przypadek, którego geneza zdawała mi się
jasna, z wielkim zainteresowaniem; rodzice nie zgodzili się jednak na zaproponowane przeze mnie
leczenie i dali mi do zrozumienia, że mają zamiar zwrócić się do pewnej zagranicznej powagi, która
leczy hipnozą. Otóż roiłem, jakoby po zupełnym nie-udaniu się tej próby rodzice wśród zapewnień,
że mają już teraz pełne zaufanie do mnie, prosili mnie, bym rozpoczął
leczenie. Ale ja odpowiedziałem: „Tak, teraz, gdy ja także jestem profesorem, macie już do

mnie zaufanie. Wszak tytuł niczego nie zmienił w moich zdolnościach, skoro nie odpowiadałem
wam jako docent, to możecie się obyć beze mnie także teraz, gdy jestem profesorem”. W tym
miejscu przerwało moją fantazję głośne: „Moje uszanowanie panu profesorowi”, a gdy podniosłem
wzrok, ujrzałem przechodzących obok mnie właśnie tych samych rodziców, na których co tylko
zemściłem się przez odrzucenie ich propozycji. Lecz wskutek najbliższej refleksji wydarzenie to
przestało być dziwne. Szedłem prostą, szeroką, niemal zupełnie wyludnioną ulicą naprzeciw owej
pary i rzuciwszy przelotne spojrzenie ujrzałem ich i poznałem już z oddalenia jakichś dwudziestu
kroków. Lecz podobnie jak przy ujemnych omamach, nie dopuściłem tego spostrzeżenia do swej
świadomości z motywów, jakie się później ujawniły w owej fantazji, która pozornie powstała
samorzutnie.
O innym „zdemaskowaniu pozornego przeczucia” informuję za Otto Rankiem 16:
„Przed jakimś czasem ja sam przeżyłem szczególną odmianę takiego niezwykłego spotkania,
spotkania z kimś, o kim właśnie się myślało. Bezpośrednio przed Bożym Narodzeniem idę do
Banku Austriacko-Węgierskiego, aby uzyskać przez wymianę dziesięć nowych srebrnych koron na
ewentualny prezent. Zatopiony w pełnych ambicji marzeniach, nawiązujących do dysproporcji
między moją skromną gotówką a masą pieniędzy nagromadzonych w budynku banku, skręcam w
wąską uliczkę Bankcwą, przy której stoi ten budynek. Przed bramą widzę samochód i wielu ludzi
wchodzących i wychodzących. Myślę sobie, czy urzędnicy będą mieli czas właśnie dla tych kilku
moich koron; ale za-
10 „Zentralblatt fur Tsychoanalyse” II, 5.
328
329
łatwię to szybko, położę banknot i powiem: «Proszę mi dać złoto! — natychmiast zauważyłem swój
błąd — chciałem prosić o s r e b r o» — i otrząsam się z ma-. rżeń. Jestem już tylko kilka kroków
od wejścia i widzę młodego mężczyznę idącego naprzeciw mnie, który wydaje mi się znajomy,
choć nie jestem jeszcze tego pewien z uwagi na swoją krótkowzroczność. Kiedy znalazł się bliżej,
poznaję w nim kolegę szkolnego swego b r a-t a, nazwiskiem G o l d (złoto), po którego
bracie, znanym pisarzu, oczekiwałem na początku swej kariery pisarskiej daleko idącego poparcia.
Nie było go jednak, a tym samym nie było materialnych efektów, którymi zajmowała się moja
fantazja, gdy szedłem do banku. Musiałem więc, zatopiony w marzeniach, nieświadomie ,
apercepować zbliżanie się pana Golda, co zaprezentowało się mojej świadomości, śniącej o
materialnym powodzeniu, w postaci zażądanego przy okienku złota zamiast małowarteściowego
srebra. Paradoksalny fakt, że moje nieświadome potrafi spostrzec przedmiot, który dla mego oka
staje się dopiero później rozpoznawalny, z drugiej strony wyjaśnia się częściowo gotowością
kompleksu (Bleuler) nastawionego na materialne sprawy, który bez mojej wiedzy kierował moje
kroki od samego początku do tego budynku, gdzie ma miejsce wymiana pieniędzy papierowych i
złota”.
Do kategorii „dziwnego” i „tajemniczego” należy jeszcze owo osobliwe uczucie, polegające na
tym, że w pewnych chwilach i sytuacjach miewamy dziwne wrażenie, jakobyśmy już raz tego
samego doznali, znajdowali się już w tej samej sytuacji, przy czym nie udaje się nam przypomnieć
sobie tego wcześniejszego przeżycia, które się niby odzywa w ten sposób. Nazywając to, co się w
takich chwilach w nas budzi, odczuciem, używam tylko utartego zwrotu; chodzi tu raczej o sąd, a
mianowicie — o sąd rozpoznawczy; lecz te przypadki
mają zupełnie osobliwy charakter, a ponadto jest godne uwagi, że nigdy nie przypominamy sobie
owego rzekomego przeżycia. Nie wiem, czy serio posługiwano się tym zjawiskiem, zwanym deja
vu, dla dowiedzenia, jakoby osobnik już przedtem istniał psychicznie; niezaprzeczenie jednak
psychologowie darzyli je zainteresowaniem i usiłowali rozwiązać tę zagadkę drogą najrozmaitszych
spekulacji. Lecz żaden z istniejących sposobów tłumaczenia nie wydaje mi się słuszny, bo nie

rozpatrują one nic innego, jak tylko okoliczności towarzyszące, tudzież warunki sprzyjające temu
zjawisku. Psychologowie jeszcze do dzisiaj nie biorą pod uwagę procesów psychicznych, które
jedynie, według moich obserwacji, mogą wyjaśnić owo deja vu, a mianowicie nieświadomych
fantazji.
Sądzę, że niesłusznie nazywa się złudzeniem to odczucie, jakobyśmy już raz coś przeżyli, gdyż w
takich chwilach zostaje rzeczywiście poruszone coś, co już raz przeżyliśmy; tyle tylko, że to
przeżycie nie może zostać przywołane do świadomości w drodze przypomnienia, bo nie było ono
nigdy świadome. Krótko mówiąc, poczucie deja vu odpowiada przypomnieniu nieświadomej
fantazji. Podobnie jak fantazje świadome, które każdy zna z własnego doświadczenia, istnieją i
nieświadome, czyli marzenia dzienne. Wiem, że ten przedmiot zasługiwałby na jak najbardziej
szczegółowe potraktowanie, poprzestanę tu jednak na przytoczeniu analizy tylko jednego
przypadku deja vu, który odznacza się szczególnym nasileniem i trwałością tego poczucia.
Pewna, obecnie 37-letnia, dama utrzymuje, że przypomina sobie jak najwyraźniej, iż mając lat
dwanaście i pół odwiedziła po raz pierwszy swe koleżanki na wsi; wchodząc do ogrodu miała
natychmiast poczucie, jakoby tu już raz była; to poczucie powtórzyło się, gdy weszła do
mieszkania, tak że, jej zdaniem, wiedziała, który pokój będzie następny, jaki jest z niego widok itd.
Na pod-
330
331
stawie wywiadów z rodzicami wykluczono najzupełniej, jakoby źródłem tego poczucia mogła być
jej wcześniejsza bytność w tym domu i ogrodzie, np, w dzieciństwie. Pani ta nie szukała
psychologicznego wytłumaczenia tego zjawiska, lecz dopatrywała się w doznaniu tego poczucia
przepowiedni co do znaczenia owych koleżanek dla jej późniejszego życia uczuciowego. Jednakże
rozważając okoliczności, w jakich u niej ,to zjawisko wystąpiło, dochodzimy do innego poglądu.
Gdy udała się na ową wizytę, wiedziała, że te dziewczęta mają jedynego, ciężko chorego brata.
Zobaczyła go też podczas swych odwiedzin, stwierdziła że bardzo źle wygląda i pomyślała, że
wkrótce on umrze. Zaś parę miesięcy wcześniej jej własny, również jedyny brat, zapadł na dyfteryt;
podczas jego choroby przebywała przez całe tygodnie z dala od domu rodzicielskiego, u swych
krewnych. Sądzi, że jej brat brał udział w tej wycieczce na wieś, i przypuszcza nawet, że była to
jego pierwsza większa wycieczka po chorobie; lecz co do tych szczegółów pamięć jej jest dziwnie
niepewna, podczas gdy inne, a zwłaszcza suknię z owego dnia, ma bardzo wyraźnie przed oczyma.
Na podstawie tych oznak biegły w analizie wywnioskuje z łatwością, że u tej dziewczyny grało
podówczas dużą rolę oczekiwanie, że jej brat umrze i że albo nie było ono nigdy świadome, albo
też zostało energicznie stłumione, gdy choroba przyjęła szczęśliwy obrót. W przeciwnym bowiem
razie musiałaby mieć na sobie inną suknię, żałobną. Otóż u swych przyjaciółek znalazła ona
analogiczną sytuację — jedynego brata w niebezpieczeństwie życia, na drodze ku śmierci, która też
wkrótce nastąpiła. Powinna była sobie świadomie przypomnieć, że przed kilku miesiącami sama
przeżyła taką samą sytuacji gdy jednak temu przypomnieniu stanęło na drodze stłumienie,
przeniosła poczucie przypomnienia na miejscowość, ogród i dom, i popadła w fausse
reconnaissance,
że już to wszystko raz dokładnie widziała. Z faktu stłumienia możemy wnosić, że jej ówczesne
oczekiwanie śmierci brata było zbliżone do fantazji zawierającej w sobie życzenie; pozostałaby
bowiem w tym przypadku jedynym dzieckiem. W swej późniejszej nerwicy cierpiała w bardzo
dotkliwy sposób z powodu obawy utraty rodziców, pod którą analiza wykryła, jak zazwyczaj,
nieświadome życzenie tej właśnie treści.
Swoje własne przelotne przeżycia deja vu zdołałem również wyprowadzić z konstelacji
uczuciowej w danej chwili. Byłaby więc to ponowna okazja do wskrzeszenia owej (nieświadomej i
nie znanej) fantazji, która wtedy to a wtedy powstała we mnie jako życzenie poprawienia sytuacji.

To tłumaczenie zjawiska deja vu zwróciło dotychczas uwagę tylko jednego badacza. Dr S. Ferenczi
pisze mi w tej kwestii: „Przekonałem się zarówno na sobie, jak i na innych, że to niezrozumiałe
poczucie należy sprowadzić do nieświadomych fantazji, które przypominają się nam nieświadomie
w jakiejś aktualnej sytuacji. U jednego z moich pacjentów działo się to pozornie inaczej, w
rzeczywistości jednak tak samo. Poczucie to powracało u niego bardzo często, pochodziło jednak
regularnie od zapomnianego (stłumionego) marzenia sennego z poprzedniej nocy. Zdaje się więc,
że deja vu może pochodzić nie tylko od marzeń na jawie, lecz także i od marzeń sennych”.
Później dowiedziałem się, że Grasset już w 1904 r. wyjaśnił zjawisko bardzo zbliżone do
omawianego przeze mnie.
W 1913 r. opisałem w małym artykule17 inne zjawisko bardzo bliskie deja vu. Chodzi o deja
raconte — złudzenie, że już się o czymś mówiło, co jest szczególnie
17 Uber jausse reconnaissance („deja raconte”) wdhrend der
psychoanalytischer Arbeit. „Internationale Zeitschrift fiir Psychoanalyse”
I, 1913. .
332
333
interesujące, gdy występuje w czasie postępowania psychoanalitycznego. Pacjent twierdzi
wówczas, z wszelkimi oznakami podmiotowej pewności, że opowiadał już dawno o określonym
wspomnieniu. Lekarz wie na pewno, że tak nie było, i potrafi z reguły przekonać pacjenta o jego
błędzie. Wyjaśnienie tej interesującej czynności pomyłkowej jest takie, że pacjent miał zamiar
przekazać daną informację, ale poniechał jego realizacji i teraz przypomnienie owego zamiaru
zajmuje miejsce jego wykonania.
Podobny stan rzeczy, prawdopodobnie również podobny mechanizm, ukazują tzw. rzekome
czynności pomyłkowe, jak je określił Ferenczi18. Sądzi się, że zapomniało się, zarzuciło, zgubiło
coś — jakiś przedmiot — i przekonuje się, że nic takiego nie nastąpiło, że wszystko jest w
porządku. Na przykład pacjentka wraca do pokoju lekarza z uzasadnieniem, że zapomniała zabrać
parasolkę, którą pozostawiła, gdy tymczasem lekarz zwraca jej uwagę, że tę parasolkę trzyma w
ręce. Istnieje więc impuls do takiej czynności pomyłkowej i wystarcza on, by zastąpić jego
wykonanie. Rzekomą czynność pomyłkową można porównać, przy zaznaczonej różnicy, z
rzeczywistą czynnością pomyłkową. Jest ona tylko, żeby tak powiedzieć, tańsza.
E. Gdy niedawno przytoczyłem jednemu z” filozoficznie wyszkolonych kolegów kilka
przykładów analizy przypadków zapominania nazw, pospieszył on z odpowiedzią. „To bardzo
pięknie, ale u mnie zapominanie imion odbywa się inaczej”. Tak lekko nie wolno traktować tej
rzeczy; nie sądzę, żeby mój kolega myślał kiedykolwiek wcześniej o analizie zapominania nazw;
nie był też w stanie powiedzieć, jak inaczej się to u niego odbywa. Ale ta jego uwaga poruszyła
zagadnienie, które
18 „Internationale Zeitschrift fur Psychoanalyse” III, 1915.
wielu zechce wysunąć na plan pierwszy. Czy powyższe rozwiązanie czynności pomyłkowych i
przypadkowych jest ważne ogólnie, czy też tylko w szczególnych przypadkach? A w tym ostatnim
razie: pod jakimi warunkami można to rozwiązanie stosować w celu wyjaśnienia przypadków
powstałych w inny sposób? Lecz tu zawodzą mnie moje doświadczenia. Przestrzegam tylko, że nie
należy uważać wykazanego tu związku za rzadki, bo ilekroć czyniłem próby zarówno na sobie
samym jak i na swoich pacjentach, to mogłem, podobnie jak w podanych tu przypadkach, dowieść
go z całą pewnością albo też miałem wszelkie powody, by się go domyślać. Nie można się dziwić,
że nie zawsze udaje się nam odnaleźć utajony sens czynności symptomatycznej, bowiem wchodzi
tu jeszcze w grę, jako decydujący czynnik, wielkość oporów wewnętrznych, które się
przeciwstawiają rozwiązaniu. Nie jesteśmy też w stanie wytłumaczyć u siebie czy u pacjentów
każdego pojedynczego marzenia sennego; dla dowiedzenia, że teoria ma ogólne zastosowanie,

wystarcza, jeżeli choćby tylko częściowo wnikniemy w ukryty związek. Marzenie senne, które
okazuje się oporne dla interpretacji w następnym dniu, można często w tydzień lub miesiąc później
wytłumaczyć, jeżeli w tym czasie nastąpiła jakaś rzeczywista zmiana, która obniżyła wartość
ścierających się z sobą tendencji psychicznych. To samo odnosi się do rozwiązania czynności
pomyłkowych i symptomatycznych; przykład pomyłki w czytaniu „Im Fuss durch Europa” (s.
152) był dla mnie okazją do pokazania, jak objaw zrazu nie dający się rozwikłać można jednak
zanalizować, gdy zmaleje rzeczywista wartość stłumionych myśli19. Jak długo zachodziła
możliwość, że mój brat
19 Z tym wiążą się interesujące problemy natury ekonomicznej, pytania uwzględniające
fakt, że procesy psychicz-
334
otrzyma przede mną tytuł, którego mu zazdrościłem, ta pomyłka opierała się kilkakrotnym
usiłowaniom zanalizowania jej; gdy się okazało, że nie będzie miał pierwszeństwa przede mną,
wówczas odnalazłem nagle drogę wiodącą do rozwiązania. Byłoby więc niesłuszne utrzymywać, że
wszystkie te przypadki, które opierają się; analizie, powstały za pomocą innego mechanizmu
psychicznego, niż wykazany wyżej; do wysunięcia takiego przypuszczenia trzeba by jeszcze
innych, nie tylko negatywnych, dowodów. Prawdopodobnie również u osób zdrowych ogólnie
rozpowszechniona gotowość tłumaczenia sobie w inny sposób pomyłek i czynności
symptomatycznych nie ma żadnej mocy dowodowej; jest ona, co się samo przez się rozumie,
przejawem tychże samych sił duchowych, które tę zagadkę stworzyły i które wobec tego starają się
ją przechować i opierają się jej odsłonięciu.
Z drugiej strony nie wolno nam przeoczyć, że te pomyłki i czynności symptomatyczne nie są
samodzielnie tworzonym wyrazem stłumionych myśli i popędów. Oprócz nich i niezależnie od nich
musi istnieć techniczna możność takiej zmiany innerwacji; posługuje się nią skwapliwie tendencja
nieświadomego do zaznaczenia się w świadomości. Z jakich stosunków strukturalnych i
funkcjonalnych korzysta ta nieświadoma tendencja
ne zmierzają do zapewnienia przyjemności i uniknięcia przykrości. Jest problemem ekonomicznym,
jak to jest możliwe, że nazwa zapomniana na skutek motywu o charakterze przykrym może zostać
przypomniana na drodze skojarzeń o przeciwnym charakterze. Piękna praca Tauska (Entwertung
des Verdrdn-gungsmotivs durch Rekompense. „Internationale Zeitschrift fiir Psychoanalyse” I,
1913) ukazuje na dobrych przykładach, jak można dojść do zapomnianej nazwy, jeżeli uda się ją
włączyć w przyjemnie zabarwione skojarzenia, które mogą zrównoważyć spodziewaną przy
odtwarzaniu nieprzyjemność. *,-j
przy przejęzyczeniach, starały się wykazać szczegółowe badania filozofów i filologów. Odróżniając
więc wśród warunków pomyłek i czynności symptomatycznych motyw nieświadomy od
sprzyjających mu czynników fizjologicznych i psychofizycznych, moglibyśmy jeszcze ponadto
postawić pytanie, czy istnieją w granicach zdrowia jeszcze inne czynniki, które, podobne jak
nieświadomy motyw i zamiast niego, byłyby w stanie na podstawie wymienionych stosunków
powodować pomyłki i czynności symptomatyczne. Nie jest moim zadaniem udzielić odpowiedzi na
to pytanie.
Nie jest ponadto moim zamiarem przesadzanie w uwy
puklaniu różnic między psychoanalitycznym i powszech
nie utrzymującym się ujęciem czynności pomyłkowych,
różnic, które są i tak dostatecznie duże. Chciałbym ra
czej wskazać na przypadki, w których różnice te tracą
wiele ze swej ostrości. Przy najprostszych i nie rzucają
cych się w oczy przykładach przejęzyczenia i pomyłek
w pisaniu, w których jedynie słowa są stopione lub sło

wa i litery opuszczone, zbędne są skomplikowane tłu
maczenia. Z punktu widzenia psychoanalizy należy
stwierdzić, że w tych przypadkach występuje jakieś za
burzenie intencji wykonawczej, ale nie można wykazać,
skąd bierze się to zaburzenie i jaki kryje się w nim za
miar. Daje znać ono jedynie o swoim istnieniu. W tych
przypadkach upatruje się nigdy przez nas nie kwestio
nowane sprzyjające okoliczności dla czynności pomyłko
wej — w postaci różnych stosunków wartości dźwięków
czy też działanie bliskich skojarzeń psychologicznych.
Nie jest jednak wygórowany wymóg naukowy, by ta
kie prymitywne przypadki przejęzyczeń czy pomyłek
w pisaniu oceniać na podstawie znacznie bardziej wy
raźnych, których badanie doprowadzi do niewątpliwych
wniosków dotyczących przyczyn czynności pomyłko
wych. . …., f -,, , jj„
336
337
F. Poprzestawaliśmy dotychczas na wykazaniu, że pomyłki czynnościowe mają utajone motywy,
do których poznania utorowaliśmy sobie drogę za pomocą psychoanalizy. Nie uwzględniliśmy
dotąd niemal zupełnie ani ogólnych, ani też szczególnych właściwości czynników psychicznych,
których wyrazem są te pomyłki; w każdym razie nie usiłowaliśmy jeszcze określić bliżej tych
czynności ani też zbadać praw, jakim one podlegają. Lecz i teraz nie dążymy do gruntownego
wyczerpania tego przedmiotu, gdyż już pierwsze kroki pouczają nas, że w tę dziedzinę można lepiej
wniknąć inną drogą 20.
Można zadać sobie tutaj kilka pytań, na których przytoczeniu i określeniu ich zakresu poprzestanę:
1. Jaką treść posiadają i skąd pochodzą myśli i pobudzenia, które wyrażają się za pomocą czynności
pomyłkowych i przypadkowych? 2. Jakie warunki zniewalają myśl lub popęd albo umożliwiają im,
by się wyrażały przez czynności pomyłkowe? 3. Czy da się wykazać stały i jednoznaczny związek
pomiędzy rodzajem pomyłki a jakością tego, co ona wyraża?
Dostarczę najpierw materiału do odpowiedzi na ostatnie pytanie. Przy roztrząsaniu przykładów
przejęzyczenia uważaliśmy za konieczne wyjść poza treść zamierzonej wypowiedzi i poza nią
dopatrywać się przyczyny zakłócenia. W wielu przypadkach była ta przyczyna blisko i znajdowała
się w świadomości mówiącego. W pozornie najprostszych i najprzejrzystszych przykładach
przyczyną zakłócenia było inne podobnie brzmiące ujęcie tej samej myśli, wypowiedzenie jej, przy
czym nie
20 W naszej pracy, pisanej w konwencji popularnej, pragniemy jedynie przez nagromadzenie
faktów utorować drogę konieczności przyjęcia istnienia nieświadomych, a jednak czynnych
procesów psychicznych i pomijamy wszelkie teoretyczne rozważania na temat natury
nieświadomego.
338
można było podać, dlaczego jedno ujęcie się przejawiło, a drugie musiało ustąpić (kontaminacje wg
Meringera i Mayera). W drugiej grupie przypadków porażka jednego ujęcia była umotywowana
względami, które nie okazały się jednak dość silne do zupełnego powstrzymania go („zum
Vorschwein gekommen”). I to stłumione ujęcie było zupełnie świadome. Dopiero o trzeciej grupie
można bez żadnych zastrzeżeń twierdzić, że tu zakłócająca myśl bywa różna od zamierzonej i
zachodzą tu, jak się zdaje, bardzo istotne różnice. Zakłócająca myśl albo łączy się z zakłóconą przez
skojarzenia (zakłócenie przez sprzeciw wewnętrzny), albo też jest ona z istoty swej obca tamtej i

tylko obce zewnętrzne skojarzenia łączą właśnie to zakłócone słowo z zakłócającą myślą, która
często bywa nieświadoma. W przykładach z moich psychoanaliz, które tu przytoczyłem,
wypowiedź znajduje się w całości pod wpływem myśli, które się równocześnie odezwały, lecz
zupełnie nieświadomych, i które albo same zdradzają się przez zakłócenie (Klapperschlange —
Kleopatra), albo też wywierają wpływ pośredni, dając poszczególnym częściom świadomie
zamierzonej wypowiedzi możność wzajemnego przeszkadzania sobie (Ase natmen — Hasenauerstrasse;
pod Hasenauerstrasse ukrywają się wspomnienia pewnej Francuzki). Wstrzymane lub
nieświadome myśli, które powodują zakłócenie wypowiedzi, bywają najrozmaitszego pochodzenia;
rozpatrywanie ich pod tym kątem nie doprowadzi nas do żadnego uogólnienia.
Porównawcze badanie przytoczonych tu pomyłek w czytaniu i pisaniu prowadzi do tych samych
rezultatów. Niektóre przypadki, zdaje się, podobnie jak przejęzyczenia, zawdzięczają swoje
powstanie nie umotywowanemu zagęszczeniu (np. der Apfe). Jednak bardzo chcielibyśmy
wiedzieć, czy nie potrzeba szczególnych
339
warunków, aby nastąpiło takie zagęszczenie, które j w przeróbce marzenia sennego jest
zupełnie prawidło-j we, lecz w naszym myśleniu na jawie jest wadliwe; nie-i stety, przykłady same
nie pouczają nas o tym. Jestem i daleki od tego, by podawać w wątpliwość to, że istnieją s takie
szczególne warunki, a nie tylko np. zmniejszenie < uwagi dowolnej; wiem bowiem skądinąd, że
właśnie i automatyczne czynności odznaczają się poprawnością i i niezawodnością.
Zaznaczyłbym raczej, że, jak się to a często dzieje w biologii, te normalne albo do normalnych
zbliżone stosunki są przedmiotem mniej sprzyjającym badaniom aniżeli patologiczne. To, co przy
wyjaśnieniu tych najlżejszych zaburzeń pozostaje niejasne, zostanie, według mego oczekiwania,
wyjaśnione przez wytłumaczenie zaburzeń cięższych.
Także i przy pomyłkach w czytaniu oraz pisaniu nie brak przykładów, w których występują dalsze
i bardziej złożone motywy. „Im Fass durch Europa” — jest zakłóceniem, które się tłumaczy
wpływem dalekiej i z istoty swej obcej myśli, pochodzącej ze stłumionej zazdrości i ambicji, która
to myśl posługuje się słowem Bejorde-rung jako „zwrotnicą” dla nawiązania do obojętnego i
niewinnego tematu, będącego właśnie przedmiotem lektury. W przypadku „Burkhardt” taką
„zwrotnicą” jest samo to nazwisko.
Nie można zaprzeczyć, że zakłócenia mowy powstają łatwiej i nie wymagają takiego nakładu sił
zakłócających jak zaburzenia innych funkcji psychicznych.
Na innym natomiast gruncie znajdujemy się badając zapominanie w sensie właściwym, tj.
zapomnienie ubiegłych przeżyć (zapominanie imjon własnych i wyrazów obcych — zob. rozdz. I i
II — można -by jako „wypadnięcie”, a zapominanie zamiarów jako „poniechanie” oddzielić od
zapominania w ściślejszym znaczeniu). Podstawowe warunki normalnego zapominania nie są znane
21. Należy też pamiętać o tym, że nie wszystko jest zapominane, co za takie uchodzi. Nasze
wyjaśnienie odnosi się tylko do tych przypadków, w których zapomnienie nas zadziwia, ponieważ
wykracza ono przeciwko regule, według której rzeczy nieważne bywają zapominane, podczas gdy
ważne przechowują się w naszej pamięci. Analiza przykładów zapominania, które wymagają
szczególniejszego” wyjaśnienia, w każdym przypadku wykazuje jako motyw zapomnienia niechęć
przypomnienia sobie czegoś, co może obudzić przykre uczu-
21 O mechanizmie właściwego zapominania mogę powiedzieć,
co następuje. Materiał przypomnienia podlega na ogół dwom
wpływom: zagęszczeniu i zniekształceniu. To ostatnie jest dzie
łem tendencji dominujących w psychice i zwraca się przede
wszystkim przeciw śladom pamięciowym, które dzięki połączo
nemu z nimi afektowi są wysoce nieobojętne i oporniej zacho
wują się wobec zagęszczenia. Natomiast ślady pamięciowe, któ
re stały się obojętne, ulegają zagęszczeniu bez żadnego z ich
strony oporu; ponadto można zauważyć, że często i tendencje

zniekształcające, nie znalazłszy zaspokojenia tam, gdzie zrazu
zamierzały, poprzestają na tym obojętnym materiale. Ponieważ
te procesy zagęszczenia i zniekształcenia rozciągają się na dłu
gie okresy, podczas których wszystkie świeże przeżycia przeista
czają treść pamięciową, przeto sądzimy, że to czas właściwie
czyni wspomnienia nasze niewyraźnymi i niepewnymi. Lecz
o bezpośrednim wpływie czasu na zapomnienie prawdopodobnie
nie może być mowy. Na stłumionych śladach pamięciowych mo
żemy stwierdzić, że nie uległy one żadnej zmianie, mimo bardzo
długiego czasu, który upłynął. Kategoria czasu dla nieświado
mego w o«óle nie istnieje. Najważniejszą i najbardziej zastana
wiającą wvaściwością fiksacji psychicznej jest to, że wszystkie
wrażenia są przechowywane w zupełnie ten sam sposób, jak by
ły odebrane, a ponadto że przechowują się wszystkie ich posta
cie, jakie miały one w toku swego rozwoju; jest to stosunek te
go rodzaju, że brak dlań porównania z jakiejkolwiek innej dzie
dziny. W myśl tej teorii można by więc odtworzyć w przypom
nieniu każdy dawniejszy stan jakiejś treści pamięciowej nawet
wtedy, kiedy jej pierwiastki w miejsce swych pierwotnych
związków weszły w inne, nowsze. -,., .,,..-.-
341
340
cia. Dochodzimy do przypuszczenia, że ten motyw ma w ogóle tendencję do przejawiania się w
naszym życiu psychicznym, lecz że inne, przeciwdziałające mu, siły powodują, iż nie występuje on
regularnie. Rozmiar i znaczenie tej niechęci przypominania sobie wrażeń przykrych wydają się
warte na j staranniejszego badania psychologicznego; ściśle z tym związany jest nie rozstrzygnięty
jeszcze problem szczególnych warunków, które w pojedynczych przypadkach umożliwiają to
zapominanie, do którego na ogół dążymy.
Przy zapominaniu zamiarów na pierwszy plan wysuwa się inne zagadnienie; konflikt, który w
tłumieniu rzeczy przykrych dla przypomnienia jest przez nas tylko domniemany, staje się tutaj
uchwytny i w toku analizy odnośnych przykładów rozpoznajemy regularnie przeciwwolę, która
sprzeciwia się zamiarowi, nie niwecząc go jednak. Podobnie jak w poprzednio omówionych
czynnościach pomyłkowych rozpoznajemy i tutaj dwa typy procesu psychicznego: albo ta
przeciwwola jest skierowana wprost przeciw zamiarowi (przy zamiarach mających pewną wagę),
albo też jest ona z istoty swej zupełnie obca zamiarowi i łączy się z nim li tylko za pośrednictwem
zewnętrznego kojarzenia (przy niemal obojętnych zamiarach).
Ten sam konflikt zachodzi przy działaniach pomyłkowych. Impuls, który ujawnia się jako
zakłócenie czynności, jest często impulsem sprzecznym z zamiarem, lecz jeszcze częściej zupełnie
obcym, który tylko korzysta ze sposobności, by się przy wykonaniu czynności ujawnić przez jej
zakłócenie. Przypadki, w których zakłócenie następuje wskutek wewnętrznego sprzeciwu, są
donioślejsze i odnoszą się do ważniejszych czynności.
Ten konflikt wewnętrzny staje się coraz mniej widoczny, gdy idzie o czynności przypadkowe i
symptomatyczne. Te, przez świadomość lekceważone lub całkiem
przeoczone, przejawy ruchowe są wyrazem różnych tendencji nieświadomych lub
zahamowanych; w największej części przedstawiają one symbolicznie fantazje lub życzenia.
W odniesienu do pierwszego pytania: jakiego pochodzenia są myśli i tendencje, które wyrażają się
w czynnościach pomyłkowych, można powiedzieć, że w wielu przypadkach da się łatwo wykazać,
iż zakłócające myśli pochodzą od stłumionych popędów naszego życia psychicznego. Egoistyczne,

zawistne, wrogie uczucia i impulsy, które znajdują się pod presją wychowania moralnego,
posługują się nierzadko u ludzi zdrowych pomyłkami, by dać jakiś wyraz swej niewątpliwie
istniejącej, lecz nie uznanej przez wyższe władze psychiczne, potędze. Dopuszczenie do głosu tych
czynności pomyłkowych i przypadkowych odpowiada w znacznej części tolerowaniu
niemoralności. Wśród tych stłumionych popędów niemałą, rolę odgrywają rozmaite tendencje
seksualne. Jest przypadkiem, że w moich przykładach wśród myśli wykrytych przez analizę
występują one tak rzadko. Ponieważ przeważnie analizowałem przykłady z własnego życia
psychicznego, więc już z góry wybierałem stronniczo i dbałem o wykluczenie spraw seksualnych.
Innymi razy te zakłócające myśli przedstawiają się jako wysoce niewinne zarzuty i mało znaczące
względy.
A teraz staje przed nami drugie pytanie: jakie warunki muszą być spełnione, żeby myśl wyrażała
się nie w pełnej, lecz niejako w pasożytniczej formie, mianowicie jako modyfikacja i zakłócenie
innej myśli? Wnosząc z najjaskrawszych przykładów pomyłek, należałoby się dopatrywać tego
warunku w tym, o ile jakaś myśl nadaje się do uświadomienia jej sobie, a tym samym czy ma ona
słabsze lub silniejsze znamiona stłumienia. Lecz przy rozpatrywaniu wielu przypadków znamiona
te okazują się coraz bardziej mgliste. Chęć jak najszyb-
343
342
szego załatwienia czegoś, co jakoby zabiera nam czas, refleksja, że dana myśl nie należy właściwie
do zamierzonej rzeczy, odgrywają jako motywy, jak się wydaje, taką samą rolę w stłumieniu jakiejś
myśli, która potem nie może się inaczej wyrazić jak tylko przez zakłócenie innej, jak moralne
potępienie niesfornej tendencji uczuciowej lub też związanie ze zgoła nieświadomym tokiem
myślowym. W ten sposób nie da się uzyskać wglądu w ogólną naturę uwarunkowania czynności
pomyłkowych i przypadkowych. Z tych badań wyłania się tylko jeden ważny fakt, że im
niewinniejszy jest motyw pomyłki, im mniej zdrożna jest myśl, której wyrazem jest pomyłka, a
zatem im bardziej się ona do uświadomienia nadaje, tym łatwiejsze będzie wyjaśnienie pomyłki,
gdy zwrócimy na nią naszą uwagę; najlżejsze przypadki przejęzyczenia spostrzegamy
natychmiast i sami je poprawiamy. Natomiast tam, gdzie zachodzi umotywowanie przez głęboko
stłumione tendencje, tam do rozwiązania problemu potrzebna jest staranna analiza, która może
napotkać trudności, a nawet się nie udać.
Jest więc uzasadnione, że rezultat naszych badań pojmujemy tylko jako wskazówkę, iż
zadowalające wyjaśnienie psychologicznych warunków czynności pomyłkowych i przypadkowych
można uzyskać w inny sposób i z innej .strony. Niech więc pobłażliwy czytelnik widzi w naszych
rozwiązaniach jedynie fragmenty sztucznie wyjęte z szerszego zakresu.
G. Niech więc przynajmniej kilka słów wskaże kierunek, w którym można dopatrzyć się tego
szerszego zakresu. Mechanizm czynności pomyłkowych i przypadkowych, który poznaliśmy dzięki
analizie, wykazuje w najistotniejszych punktach zgodność z mechanizmem marzenia sennego, który
przedstawiłem w rozdziale „Traumarbeit” swego dzieła Die Traumdeutung. Tu, podobnie
jak tam, znajdujemy zagęszczenia i twory kompromisowe (kontaminacje); w obu występuje
ta sama sytuacja, mianowicie, że nieświadome myśli wyrażają się niezwykłą drogą, tj. za pomocą
zewnętrznych skojarzeń, jako modyfikacja innych myśli. Chaotyczność, bezsensowność i błędy
treści marzenia sennego, wskutek których nie uchodzi ono za produkt czynności psychicznej,
wytwarzają się w ten sam sposób jak zwyczajne pomyłki naszego życia codziennego, tylko, co
prawda, przy dowolniejszym posługiwaniu się środkami. W obydwu przypadkach pozory wadliwej
funkcji tłumaczą się osobliwym ścieraniem się dwóch lub wielu poprawnych czynności
psychicznych. Z tej analogii należy wyciągnąć ważny wniosek, że tej dziwnej pracy, która
najjaskrawiej uwydatnia się w treści marzenia, nie należy sprowadzać do sennego stanu psychiki,
skoro w czynnościach pomyłkowych mamy tak liczne jej dowody także na jawie. Ta sama analogia

nie pozwala nam dopatrywać się warunków tych procesów psychicznych, które wydają się nam
nienormalne i obce, ani w głębokim rozszczepieniu czynności psychicznej, ani też w chorobliwym
stanie funkcjiss.
Tę dziwną pracę psychiczną, która wytwarza zarówno pomyłki, jak i marzenia senne, będziemy
mogli należycie zrozumieć, gdy dowiemy się, że w mechanizmie objawów psychoneurotycznych, a
szczególnie w tworach psychicznych histerii i nerwicy natręctw, odnajdujemy wszystkie istotne
cechy tej pracy. Do tego należałoby nawiązać w dalszych badaniach. Dla nas jest jednak
szczególnie interesujące, by w świetle tej analogii rozpatrzyć jeszcze czynności pomyłkowe,
czynności przypadkowe i symptomatyczne. Jeżeli potraktujemy je na
22 Por. Die Traumdeutung, s. 362.
344
345
równi z produktami psychonerwic, objawami neurotycznymi, to nabiorą sensu i zasadności te dwa
często powtarzane twierdzenia, że granica między normą w zakresie nerwowym a nienormalnością
jest płynna i że wszyscy jesteśmy nieco nerwowi. Poza obrębem obserwacji lekarskiej można
skonstruować rozmaite typy ta-kiej zaledwie zaznaczonej nerwowości — jako poronne postaci
nerwic. Należałyby tu przypadki o nielicznych objawach, występujących bądź to rzadko, bądź to
niezbyt gwałtownie, a więc przypadki o niewielkiej liczbie
. objawów, niedużym ich nasileniu i krótkim okresie trwania; tylko że wówczas nie
rozpoznalibyśmy może
t tego typu, który jako najczęstszy stanowi przejście od zdrowia do choroby. Zajmujący nas tutaj
typ, którego
, objawami chorobowymi są czynności pomyłkowe i symptomatyczne, odznacza się tym, że te
objawy tyczą się mniej ważnych funkcji psychicznych, podczas gdy wszy-stko, co stanowi wyższą
wartość psychiczną, jest wolne
.; od wszelkiego zaburzenia. Odwrotnie natomiast w ciężkich przypadkach nerwicy; tu zaburzenia
tyczą się najważniejszych funkcji indywidualnych i społecznych, tak że zakłócają odżywianie się i
funkcje płciowe, pracę zawodową i pożycie towarzyskie; i to właśnie, a nie rozmaitość i
gwałtowność objawów chorobowych, stanowi cechę znamienną tych ciężkich nerwic. Wspólną zaś
cechą zarówno najlżejszych, jak i najcięższych przypadków chorobowych, którą mają także
czynności pomyłkowe i przypadkowe, jest to, że możemy te zjawiska sprowadzić do niezupełnie
stłumionych treści psychicznych, które nie dopuszczone do świadomości nie są jednak pozbawione
wszelkiej możności ujawniania się.
Marzenia senne
„Wi
W czasach, które możemy nazwać przednaukowymi, ludzie nie kłopotali się o wyjaśnienie
marzenia sennego. Przypominając je sobie po obudzeniu, widzieli w nim łaskawy lub nienawistny
przejaw działania sił wyższych, demonicznych i boskich. Wraz z rozkwitem przyrodniczego
sposobu myślenia cała ta pełna wielu znaczeń mitologia zamieniła się w psychologię, i dziś tylko
niewielu wykształconych ludzi powątpiewa w to, że marzenie senne jest wytworem własnej
aktywności psychicznej śniącego.
Wraz z odrzuceniem mitologicznej hipotezy zrodziła się potrzeba wyjaśnienia marzenia sennego.

Warunki jego powstawania, jego stosunek do życia duchowego na jawie, jego zależność od podniet,
które w czasie snu prą do tego, by zostać dostrzeżonymi, mnogość właściwości jego treści, które
myśleniu na jawie wydają się nieprzyzwoite, rozbieżność wyobrażeń i towarzyszących im uczuć,
wreszcie ulotność marzenia sennego, sposób, w jaki myśli na jawie odtrącają je jako coś obcego i
zniekształcającego przypomnienie lub czyniącego je wręcz niemożliwym, wszystkie te problemy i
wiele innych domagają się od wieków rozwiązania, jakiego dotychczas nie można było dać w
sposób zadowalający.
Na pierwszy plan zainteresowań wysuwa się pytanie o znaczenie marzenia sennego, i to w
podwójnym sensie. Po pierwsze, pytamy o psychiczne znaczenie
349
śnienia, o stosunek marzenia sennego do innych procesów psychicznych i o jego ewentualną
funkcję biologiczną, a, po drugie, pragniemy dowiedzieć się, czy marzenie senne można tłumaczyć,
czy poszczególna jego treść ma sens, jaki zwykle znajdujemy w innych układach treści
psychicznych.
Spotykamy się z trzema różnymi ocenami marzenia sennego. Jedna z nich, w której równocześnie
zachowały się echa dawnego jego przeceniania, znalazła swój odpowiednik u niektórych filozofów.
Dopatrują się oni podstawy treści marzeń sennych w osobliwym stanie aktywności psychicznej,
wynoszącej je na jakiś wyższy poziom. Przykładowo Schubert sądzi, że: „Marzenie senne jest
uwolnieniem ducha spod władzy sił zewnętrznych, wyzwoleniem duszy z pęt zmysłowości”. Inni
my-‚ śliciele nie posuwają się tak daleko, ale utrzymują, że marzenia senne powstają głównie z
pobudek duchowych i wyrażają siły duchowe, które w czasie dnia napotykają przeszkody w
swobodnym rozwoju (fantazje senne — Scherner, Yolkelt). Liczni autorzy przypisują marzeniom
sennym zdolność zwiększania osiągnięć, przynajmniej w pewnych dziedzinach (pamięć).
Ostro przeciwstawia się temu ujęciu poważna liczba autorów lekarzy, którzy są zdania, że marzenie
senne nie ma w ogóle wartości zjawiska psychicznego. Według nich marzenia senne mogą być
wywołane tylko przez podniety zmysłowe i organiczne, a więc te, które działają na śpiącego z
zewnątrz albo powstają przypadkowo w jego narządach wewnętrznych. Treść marzenia sennego nie
ma więc „sensu” i znaczenia, podobnie jak następstwo tonów melodii, wywołanych ręką człowieka
nie obeznanego z instrumentem. Marzenie senne określane jest jako „proces cielesny we wszystkich
przypadkach zupełnie zbyteczny, a w wielu chorobliwy” (Binz). Wszelkie właściwości treści
marzeń sennych dają się
350
wytłumaczyć jako wynik działania nie związanych z nimi podniet fizjologicznych, wywołanych
czynnością pojedynczych narządów lub też grup komórek mózgu pogrążonego we śnie.
Bez względu na ten sąd nauki i źródła marzeń sennych w opinii powszechnej utrzymuje się
przekonanie, że marzenie senne ma jednak znaczenie i że tłumacząc jego często powikłaną i
zagadkową treść można dowiedzieć się czegoś o przyszłości. Zwykle sposoby tłumaczenia polegają
na tym, że treść przypomnianego marzenia sennego zastępuje się inną, bądź to część za część
według stałego klucza, bądź też całą jego treść zastępuje się inną, tamtą uważając za symbol.
Poważni ludzie pokpiwają sobie z tych usiłowań, bo przecież „sen mara…”
II
Ku swemu wielkiemu zdziwieniu odkryłem pewnego dnia, że ujęcie marzeń sennych nie przez
lekarzy, a właśnie przez laików, oparte częściowo jeszcze na zabobonie, zbliża się ku prawdzie.
Doszedłem, mianowicie, do nowego wyjaśnienia marzeń sennych dzięki zastosowaniu nowej
metody badania psychologicznego, która oddała mi wielką przysługę przy rozwiązywaniu
zagadnień fobii, natręctw myślowych, urojeń i podobnych zjawisk i która od tego czasu pod nazwą
psychoanalizy przyjęta została przez całą szkołę. Wielu badaczy lekarzy dostrzegło liczne analogie
między życiem w marzeniu sennym a najróżnorodniejszymi stanami choroby psychicznej w życiu

na jawie. Zastosowanie do wyjaśniania marzeń sennych metody badania, która oddała dobre usługi
w dziedzinie psychopatologii, wydawało się więc bardzo obiecujące. Myśli lękowe i natręctwo
myślowe
351
są w równej mierze obce normalnej świadomości jak marzenie senne świadomości na jawie; ich
pochodzenie, podobnie jak źródło marzeń sennych, nie jest świadomości znane. Pod wpływem
zainteresowań praktycznych starano się odkryć pochodzenie i sposób powstania tych tworów
psychopatycznych, gdyż doświadczenie pokazywało, że odkrycie zasłoniętych przed świadomością
dróg myśli łączących chorobliwe idee z resztą treści psychicznej prowadzi do usunięcia objawów
chorobowych i pociąga za sobą opanowanie idei do tej chwili niepohamowanej. Postępowanie,
którym posłużyłem się przy rozwiązywaniu zagadnienia marzeń sennych, pochodzi więc z
doświadczeń psychoterapeutycznych.
Postępowanie to można wprawdzie łatwo opisać, jednak jego praktyczne wykonywanie wymaga
wyuczenia i wprawy. Jeżeli np. ma się je zastosować do chorego z wyobrażeniami lękowymi, to
wymaga się od niego, by skupił uwagę na tej idei, a nie, jak często czynił, by rozmyślał nad nią,
wymaga się od niego uprzytomnienia sobie wszystkiego bez wyjątku i przekazywania
lekarzowi, co tylko mu ona przywodzi na myśl. Jeżeli pacjent twierdzi, że jego uwaga nie
może już niczego uchwycić, to zapewnia się go energicznie, że zupełnie niemożliwy jest brak treści
wyobrażeniowych. I, rzeczywiście, wkrótce zjawiają się liczne kojarzące się treści, z którymi wiążą
się inne, z reguły komentowane przez badanego jako myśli bezsensowne, nieważne,
przypadkowe, bez związku z tematem. Za-j uważa się natychmiast, że jest to właśnie ta kryty-i k a,
która nie dopuszczała do przekazania lekarzowi i wszystkich kojarzących się treści, a nawet
uniemożli-v wiała ich uświadomienie sobie. Jeżeli zdoła się nakłonić s daną osobę, by
zrezygnowała z tej krytyki wszystkiego, •:?, co się jej kojarzy, by dalej snuła ciągi myślowe
powstające w stanie uwagi skupionej na owej idei, to uzyskuje
się materiał psychiczny, który wnet całkiem wyraźnie nawiązuje do tematu chorobliwej myśli i
wykazuje jej związek z innymi myślami. W dalszym ciągu takiego postępowania myśl chorobliwa
daje się zastąpić przez inną, która włącza się w sposób zrozumiały w życie duchowe danej osoby.
Nie tu miejsce, by zająć się szczegółowo założeniami, na których opiera się to doświadczenie, czy
też wnioskami wynikającymi z uzyskiwanych regularnie pozytywnych wyników. Powinno więc
wystarczyć zapewnienie, że przy każdej chorobliwej idei uzyskujemy materiał, który jest
dostateczny do jej usunięcia, jeśli skupimy uwagę właśnie na tych „n i e docenianych”
skojarzeniach zakłócających nasze zastanawianie się, które wskutek wspomnianego nastawienia
krytycznego odtrącamy jako bezwartościowe odpady. Gdy to doświadczenie wykonujemy na
samych sobie, to wówczas pomagamy sobie najlepiej spisując natychmiast skojarzenia początkowo
niezrozumiałe.
Pragnę teraz pokazać, dokąd prowadzi zastosowanie tej metody badania do marzeń sennych.
Każde marzenie senne nadaje się tutaj równie dobrze; jednak z pewnych powodów wybieram swoje
własne marzenie, które pamięć moja zachowała niejasno i bezsensownie, a które wydaje mi się
odpowiednie ze względu na krótkość. Może właśnie to z ostatniej nocy odpowie wymaganiom.
Jego treść utrwalona bezpośrednio po przebudzeniu brzmi następująco:
„Towarzystwo, stół albo tobie d’hóte… Je się szpinak… Pani E. L. siedzi obok mnie, nachyla się
bardzo ku mnie i kładzie poufnie rękę. na moim kolanie. Odsuwam, wzbraniając się, jej rękę. Ona
powiada na to: Pan miał przecież zawsze takie piękne oczy… Widzę też potem niewyraźnie coś
jakby dwoje oczu, jakby rysunek lub kontury okularów…”.
352
353
13 Psychopatologia…

Oto całe marzenie senne albo przynajmniej wszystko, co sobie przypominam. Wydaje mi się ono
ciemne i bezsensowne, a w każdym razie jakieś dziwne. Pani E. L. jest osobą, z którą nie łączyły
mnie nigdy węzły przyjaźni i, jak daleko mogę sięgnąć myślą, nigdy ich sobie nie życzyłem.
Dłuższy czas nie widziałem jej i nie przypuszczam, by w ostatnich czasach była o niej mowa.
Żadne uczucia nie towarzyszyły temu marzeniu sennemu.
Rozmyślanie nad nim nie czyni go bardziej zrozumiałym. Zaczynam jednak mimo woli i
bezkrytycznie spisywać skojarzenia, które nasuwają mi się w toku tej samoobserwacji. Wnet
zauważam, że korzystnie jest rozłożyć to marzenie senne na jego elementy składowe i do każdej z
tych cząstek wyszukać wiążące się z nimi skojarzenia.
Towarzystwo, stół albo table d’hóte. Natychmiast kojarzy się wspomnienie małej przygody, która
zakończyła wczorajszy wieczór. Odszedłem z małego towarzystwa ze swoim przyjacielem, który
ofiarował się odwieźć mnie powozem do domu: „Chętniej wybieram powóz z taksometrem —
powiedział mój przyjaciel — to miłe zajęcie, ma się przynajmniej jakiś przedmiot przed oczyma”.
Gdy tylko wsiedliśmy do powozu, a dorożkarz nastawił taksometr tak, że pierwszych 60 halerzy
stało się widoczne, ja dalej żartowałem. „Zaledwie wsiedliśmy, a już jesteśmy dłużni 60 halerzy.
Powóz z taksometrem przypomina mi zawsze table d’h ó t e. Czyni mnie on skąpym, samolubnym,
wciąż przywodząc mi na pamięć mój dług. Mam wrażenie, że on za szybko rośnie i obawiam się, że
będę stratny, jak rówież nie mogę się pozbyć obawy przy table d’hóte, że dostaję za mało i muszę
uważać, by mnie nie skrzywdzono”. W dość odległym związku cytuję:
„Narzucając nam życie,
Nałożyliście nieborakom straszne brzemię winy” ].
Oto drugie skojarzenie z table d’hóte: przed kilku tygodniami w jednym z hoteli w Tyrolu
pogniewałem się na swoją żonę, zachowała się bowiem nie dość powściągliwie wobec naszych
sąsiadów, z którymi nie pragnąłem nawiązać bliższej znajomości. Prosiłem żonę, by się bardziej
zajęła mną niż tymi obcymi ludźmi. I to jest właśnie tak, jakby mnie pokrzywdzono przy table d’h ó
t e. Teraz też uderza mnie kontrast między zachowaniem się mojej żony przy stole a zachowaniem
pani E. L. w moim marzeniu sennym, która „nachyla się bardzo ku mnie”.
Następnie: zauważam teraz, że zdarzenie w marzeniu sennym jest odtworzeniem małej sceny
między mną a moją żoną w czasie, gdy skrycie ubiegałem się o nią. Pieszczota pod obrusem była
odpowiedzią na mój bardzo poważny oświadczynowy list. We śnie jednak zastępuje moją żonę
obca mi pani E. L.
Pani E. L. jest córką człowieka, któremu byłem dłużny pieniądze! Tu muszę zwrócić uwagę, że
oto ujawnia się nie przeczuwany związek między częścią treści marzenia sennego a moimi
kojarzącymi się wyobrażeniami. Podążając za łańcuchem skojarzeń, rozpoczynającym się od
jednego składnika treści marzenia sennego, dochodzimy wkrótce do innej jego części składowej.
Moje skojarzenia związane z tym marzeniem przedstawiają połączenia, które nie są widoczne w
nim samym.
Bywa, iż pytamy ironicznie ludzi, którzy sądzą, że drudzy dbają o ich korzyść, a nie o swoją
własną: „Czy
1 „Ihr fiihrt in’s Leben uns htnein. Jhr Idsst den Armen schulding werden” (Goethe).
355
354
tl
sądzicie, że to lub owo robi się dla waszych pięknych ócz u?” Wobec tego słowa pani E. L. w
marzeniu sennym: „Pan miał zawsze takie piękne oczy” — znaczą tyle co: „Zawsze tylko z miłości
czyniono wszystko dla pana; miał pan zawsze wszystko za d a r m o”. W rzeczywistości było
odwrotnie: płaciłem zawsze wiele za okazaną mi dobroć. Widocznie wywarł na mnie wrażenie fakt,

iż wczoraj miałem za darmo powóz, którym odwiózł mnie mój przyjaciel do domu.
Faktycznie kilka razy stałem się dłużnikiem przyjaciela, u którego wczoraj byłem w gościnie. Nie
tak dawno zaniedbałem sposobność wywdzięczenia się mu. Przyjaciel mój posiada jedyny
upominek ode mnie, antyczną wazę, na której wokół namalowane są oczy, tzw. occhia-le, dla
uchronienia się przed malocchio. Nawiasem mówiąc, jest on okulistą. Tego samego wieczoru
dowiadywałem się u niego o pacjentkę, którą poleciłem mu w celu dobrania okularów.
Widzimy, że prawie wszystkie składniki treści marzenia sennego zostały w nowy sposób
powiązane. Wobec tego, postępując konsekwentnie, mógłbym jeszcze zapytać, czemu właśnie
podano do stołu szpinak. Przypomina mi on scenę przy naszym stole rodzinnym, kiedy to jedno z
dzieci, właśnie to, które rzeczywiście ma piękne oczy, nie chciało jeść szpinaku. Jako dziecko tak
samo zachowywałem się, szpinak był mi przez dłuższy czas wstrętny, aż potem mój smak zmienił
się i jarzyna ta stała się moją ulubioną potrawą. Jej wspomnienie stanowi w ten sposób zbliżenie
między moją młodością a dzieciństwem mego dziecka. „Bądź zadowolony, że masz szpinak —
mówiła matka do małego smakosza. — Są dzieci, które by się bardzo cieszyły ze szpinaku”. W ten
sposób przypominają mi się obowiązki rodziców wobec dzieci. Słowa Goethego:
„Narzucając nam życie,
Nałożyliście nieborakom straszne brzemię winy”.
— nabierają w tym związku nowego znaczenia.
Zatrzymam się w tym miejscu, by przyjrzeć się dotychczasowym wynikam analizy marzenia
sennego. Podążając za skojarzeniami, które nawiązywały do pojedynczych, wyrwanych z całości,
składników, doszedłem do myśli i wspomnień, w których muszę rozpoznać znaczące przejawy
swego życia duchowego. Materiał ten, zebrany w wyniku analizy marzenia sennego, pozostaje w
ścisłym związku z jego treścią, lecz jest to związek, który nie pozwala na rozpoznanie tego, co
znalazłem w samej treści. Marzenie senne było pozbawione wzruszenia, nie powiązane
wewnętrznie, niezrozumiałe. Kiedy jednak rozwijam myśli wyłaniające się niejako spoza niego,
odczuwam intensywne i uzasadnione podniecenie; myśli łączą się doskonale w logicznie ułożony
łańcuch, w którym powtarzają się niektóre wyobrażenia jako centralne. W naszym przykładzie tego
rodzaju wyobrażeniami, nie występującymi w marzeniu sennym, są przeciwieństwa między żądny
zysku a bezinteresowny, składniki być dłużnym i czynić za darmo. Mógłbym w tej tkaninie,
odsłaniającej się dzięki analizie, naprężyć silniej nitki i pokazać, że zbiegają się one w jednym
węźle, ale względy nie naukowej, lecz prywatnej natury nie pozwalają mi wykonać tej pracy
publicznie. Musiałbym wiele zdradzić, co lepiej niech pozostanie moją tajemnicą, gdyż w drodze do
właściwego rozwiązania wyjaśniło mi się niejedno, do czego niechętnie przyznaję się przed sobą
samym. Dlaczego jednak nie wybieram innego marzenia sennego, którego analiza bardziej nadaje
się do opublikowania, dzięki czemu mógłbym pewniej przekonać o znaczeniu i powiązaniach
materiału odkrytego za pomocą analizy? Odpo-
357
356
wiedź brzmi: każde marzenie senne, którym bym się nie zajął, prowadziłoby do omawiania tych
samych spraw, w które trudno innych wtajemniczać i które siłą rzeczy wymagają dyskrecji.
Gdybym nawet wybrał do analizy marzenie senne obcej osoby, to i wtedy nie uwolniłbym się od
trudności — wyjąwszy sytuację, że pozwalają na to konkretne stosunki — opisania go bez ogródek,
nie narażając ufającego mi człowieka na odsłanianie jego życia intymnego.
Narzuca mi się tego rodzaju ujęcie, że marzenie senne jest namiastką zastępującą pełen wzruszeń i
ważnych znaczeń tok myśli, do którego doprowadziła mnie zakończona analiza. Nie znam jeszcze
procesu, który z owych myśli tworzy marzenie senne, ale dostrzegam, iż niesłuszne jest
twierdzenie, że jest ono zjawiskiem czysto cielesnym, pozbawionym znaczenia psychicznego,

powstającym jako czynność pojedynczych, rozbudzonych ze snu grup komórek mózgowych.
Zauważyłem jeszcze dwie rzeczy: że treść marzeń sennych jest znacznie krótsza aniżeli myśli,
których jest ona namiastką, i że analiza odkryła, iż mało ważne zdarzenie wieczorne wywołało
marzenie senne.
Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków, gdyby to była moja pierwsza i jedyna analiza
marzenia sennego. Kiedy jednak doświadczenie pouczyło mnie, że skoro bezkrytycznie podążam za
skojarzeniami, to przy każdym marzeniu sennym mogę dojść do łańcucha myśli, którego składniki
zawierają części tego marzenia i pozostają w ścisłym związku między sobą, należało zatem
odrzucić przypuszczenie, że po raz pierwszy odkryte związki mogą się okazać przypadkowymi.
Uprawnia mnie to do nadania nazwy temu, co zdołałem uchwycić. Jawną treścią marzenia sennego
nazywam to, co zachowuje się z niego w przypomnieniu, i przeciwstawiam ją temu materiałowi,
który odkryłem w toku ana-
358
lizy, a który nazywam — na razie bez dalszego podziału — utajoną treścią marzenia sennego. Staję
tedy przed dwoma nowymi, dotąd nie sformułowanymi problemami: 1) jaki proces psychiczny
doprowadził utajoną treść marzenia sennego do znanej mi z przypomnienia jawnej treści; 2) co za
motyw lub motywy wymagają tego rodzaju przekładu. Proces przemiany utajonej treści w jawną
nazywam pracą marzenia sennego. Przeciwieństwem tej pracy jest dla mnie praca analityczna, która
przekształca treść marzeń sennych w kierunku odwrotnym. Inne zagadnienia marzeń sennych:
pytania o ich pobudki i pochodzenie, o ich ewentualne znaczenie i funkcje, jak również o przyczyny
ich zapominania — objaśnię nie na jawnej, lecz na świeżo wydobytej ich treści utajonej. Ponieważ
wszystkie odmienne od mojego i mylne doniesienia w literaturze na temat marzenia sennego
sprowadzają się do nieznajomości jego ukrytych treści, ujawnionych dopiero za pomocą analizy,
będę przeto starał się odtąd szczególnie unikać mieszania jawnej treści marzenia sennego z
utajonymi w nim myślami.
Ul
Przemiana utajonej myśli marzenia sennego w jego jawną treść zasługuje na pełną naszą uwagę
jako najwcześniej poznany przykład przeobrażenia materiału psychicznego z jednego sposobu
wyrażania się, który jest zupełnie zrozumiały, w drugi, do którego zrozumienia potrzebne są
wskazówki i specjalne zabiegi, mimo że i ten drugi rodzaj musimy uznać za wynik naszej
aktywności psychicznej. Ze względu na stosunek treści utajonej do jawnej możemy podzielić
marzenia senne na trzy
359
kategorie. Po pierwsze, rozróżniamy marzenia senne, które są równocześnie pełne znaczenia i
zro-z u-m i a ł e; ich włączenie do naszego życia psychicznego nie napotyka przeszkód. Marzenia
senne tego rodzaju są bardzo częste; są one przeważnie krótkie i wydają się nam niegodne uwagi,
gdyż brak w nich momentów wywołujących zdumienie lub zdziwienie. Ich występowanie jest
właśnie mocnym argumentem przeciwko nauce, w której twierdzi się, że marzenie senne polega
jedynie na działalności poszczególnych grup komórek mózgowych; wspomniane marzenia senne
nie mają żadnych znamion obniżonej albo rozszczepionej aktywności psychicznej, a mimo to
nie zaprzeczamy, że mają charakter marzenia sennego i nie mylimy ich z tworami życia na
jawie. Do drugiej grupy należą te marzenia senne, które wykazują wprawdzie powiązanie
wewnętrzne i jasny sens, ale zadziwiają nas, gdyż ich znaczenia nie możemy odnieść do naszego
życia duchowego. Zachodzi to np. wówczas, gdy śnimy o śmierci drogiego krewnego z powodu
zarazy, mimo że nie mamy żadnego powodu do niepokoju i do tego, by oczekiwać czegoś
podobnego, i pełni zdziwienia pytamy: „Skąd wzięła się u mnie taka myśl?” Do trzeciej grupy
należą te marzenia senne, którym brak i znaczenia i zrozumienia, które wydają się nam bez
związku, powikłane i bezsensowne. To, co śnimy, ma najczęściej owe cechy, które głównie
przyczyniły się do zlekceważenia marzeń sennych i do uzasadniania w odniesieniu do nich
medycznej teorii o ograniczonej aktywności psychicznej. Szczególnie dłuższym i bardziej

skomplikowanym marzeniom sennym brak jest powiązania wewnętrznego.
Kontrast między jawną a utajoną treścią marzeń sennych ma, zdaje się, znaczenie tylko w
odniesieniu do drugiej, a zwłaszcza trzeciej ich grupy. Tu natrafiamy
na zagadki, które znikają, gdy zastąpimy materiał jawny utajoną treścią myśli i właśnie na
przykładzie tego rodzaju, na powikłanym i nie zrozumiałym marzeniu sennym, przeprowadziliśmy
wyżej wspomnianą analizę. Wbrew oczekiwaniu, napotkaliśmy motywy, które nie zezwoliły na
dokładne poznanie ukrytych myśli marzenia sennego. Wielokrotne powtórzenie podanego
doświadczenia pozwala przypuszczać, że między niezrozumiałym i powikłanym charakterem treści
marzenia sennego a trudnościami w oddaniu myśli sennych istnieje związek ścisły i prawidłowy.
Zanim zbadamy naturę, istotę, tego związku, zajmiemy się, z korzyścią dla tego, co nas interesuje,
łatwiej zrozumiałymi marzeniami sennymi pierwszej kategorii, których treść jawna odpowiada
utajonej i w których praca marzenia sennego nie gra niemal żadnej roli.
Badanie tych marzeń sennych jest godne uwagi jeszcze z innego punktu widzenia. Do tej grupy
należą przecież marzenia senne dzieci mające sens i nie wywołujące zdziwienia, co, nawiasem
mówiąc, jest nowym argumentem przeciwko pojmowaniu marzenia sennego jako rozkojarzonej
czynności mózgu pogrążonego we śnie. Narzuca się pytanie, dlaczego takie obniżenie aktywności
psychicznej miałoby zachodzić jedynie w marzeniach sennych dorosłych, a u dzieci nie? Mamy
prawo oczekiwać, że .wyjaśnienie procesów psychicznych zachodzących u dzieci, gdzie są one o
wiele prostsze, okaże się nieodzownym przygotowaniem psychologii człowieka dorosłego.
Oto kilka przykładów zebranych przeze mnie marzeń sennych dzieci. Dziewczynka 19-
miesięczna, która w ciągu dnia nie dostaje nic do jedzenia, ponieważ wymiotowała z powodu, jak
utrzymuje niania, przejedzenia się poziomkami, w nocy, po tym dniu postnym, wykrzyku-
360
361
je swoje imię i następujące słowa: „po(z)iomki, borówki, jaje(cz)nica, papi”. Śni więc, że je, a z
menu podkreśla właśnie te potrawy, których, jak przypuszcza, nie dostanie w najbliższym czasie.
Podobnie o zabronionych smakołykach marzy 22-miesięczny chłopczyk, który w przeddzień
podarował swemu wujowi koszyczek świeżych czereśni; pozwolono mu z nich skosztować
zaledwie kilka. Rano budzi się z wesołą nowiną: „He(r)man zjadł wszystkie czereśnie”.
Dziewczynka 3V2-letnia odbyła w ciągu dnia przejażdżkę po jeziorze, a że spacer ten wydał się jej
nie dość długi, wysiadła z płaczem. Następnego ranka opowiadała, że w nocy jeździła po jeziorze,
czyli że kontynuowała przerwaną przejażdżkę. Chłopiec 5-letni nie był zbytnio zadowolony z
wycieczki, jaką po raz pierwszy odbył w okolice Dachsteinu; gdy tylko stawała się widoczna jakaś
góra, pytał, czy to jest Dachstein, i wzbraniał się przed pójściem drogą prowadzącą do wodospadu.
Jego zachowanie kładziono na karb zmęczenia, ale wyjaśniło się ono lepiej, gdy następnego
poranka opowiedział swoje marzenie senne, w którym dostał się na szczyt Dachsteinu. Widać z
tego, że oczekiwał, iż celem wycieczki będzie dostanie się na szczyt Dachsteinu, i posmutniał nie
zobaczywszy upragnionej góry. W marzeniu sennym spełniło się to, czego oczekiwał za dnia.
Zupełnie podobnie przebiegało marzenie senne 6-letniej dziewczynki, której ojciec przerwał spacer
z powodu spóźnionej pory. W drodze powrotnej zobaczyła tablicę wskazującą inne miejsce
wycieczki, a ojciec przyrzekł jej, że pójdą tam innym razem. Następnego ranka powitała ojca
wiadomością, że śniło się jej, iż byli z ojcem w jednej i drugiej miejscowości.
Uderzające są wspólne cechy tych dziecinnych marzeń sennych. Spełniają one wszystkie życzenia,
jakie powstały podczas dnia, ale nie doczekały się spełnienia.
Są one prostym i nie ukrywanym spe ł-nieniemżyczenia.
Niczym innym jak spełnionym życzeniem jest następujące marzenie senne dziecka. Z powodu
poliomyelitis niespełna 4-letnią dziewczynkę wysłano ze wsi do miasta i umieszczono ją na noc u

bezdzietnej ciotki w wielkim — dla niej oczywiście za wielkim — łóżku. Rano, tuż po
przebudzeniu, opowiadała, że śniło się jej, iż łóżko było dla niej za małe, tak że nie mogła się w
nim zmieścić. Rozwiązanie tego marzenia sennego jako spełniającego życzenie jest łatwe, jeżeli
przypomnimy sobie, że „być duży m” jest życzeniem bardzo często wyrażanym przez dzieci.
Wielkość łóżka przypominała wyraźnie małej, która gorąco pragnęła być już dużą, jak mała jest
jeszcze; dlatego poprawiła ten niemiły dla niej stosunek wielkości i stała się tak wielka, że to duże
łóżko było dla niej za małe.
Nawet wtedy, gdy treść marzenia sennego dziecka komplikuje się i wysubtelnia, właściwe okazuje
się jej ujęcie jako spełnienia życzenia. 8-letni chłopak jedzie w marzeniu sennym razem z
Achillesem na rydwanie, którym kieruje Diomedes. Okazuje się, że poprzedniego dnia czytał z
dużym zainteresowaniem bohaterskie mity greckie; łatwo można ustalić, że uważał tych bohaterów
za swój ideał i żałował, że nie żyje za ich czasów.
Ten mały zbiór przykładów uwidacznia jednoznacznie drugą właściwość marzeń sennych, dzieci,
ich związek z życiem za dnia. Życzenia, które się w nich spełniają, pochodzą z poprzedzającego je
dnia i odznaczają się na jawie silnym zabarwieniem uczuciowym. Błahostki i obojętne wydarzenia,
coś, co takim właśnie mogłoby się dzieciom wydawać, nie znajdują miejsca w treści marzeń
sennych.
Także i u dorosłych można zebrać liczne przykłady
362
363
marzeń sennych typu dziecięcego, które jednak, jak już wspomniałem, odznaczają się przeważnie
ubogą treścią. I tak pewna grupa ludzi regularnie reaguje na pragnienie, występujące w nocy,
marzeniem sennym o napojach, a więc marzenie senne zmierza do usunięcia podrażnienia
wywołanego czynnikami zewnętrznymi bez budzenia śpiącego. U wielu ludzi zdarzają się często na
krótko przed obudzeniem się tego rodzaju wygodne ma-‚ rżenia senne, gdy pojawia się podnieta do
wstania. Śnią wówczas, że już wstali, stoją przy umywalni, są już w szkole, urzędzie itd., tam,
gdzie być powinni o oznaczonej porze. W noc przed zamierzoną podróżą nierzadko śni się nam, że
przybyliśmy do miejsca przeznaczenia; przed przedstawieniem w teatrze lub przed spotkaniem
towarzyskim marzenie senne antycypuje nieraz — jakby z niecierpliwości — oczekiwaną
przyjemność. Innym razem marzenie senne wyraża spełnienie życzenia nie wprost; aby rozpoznać
w nim spełnione życzenie, należy znaleźć związek, wyciągnąć wnioski, a więc zapoczątkować
pracę tłumacza. Tak np. gdy pewien pan opowiadał mi sen swojej młodej żony, która śniła, że
dostała miesiączkę, pomyślałem, że pani ta zaszła w ciążę, Skoro zatrzymała się jej miesiączka. To
marzenie senne jest wskazówką o zajściu w ciążę, jego sens zawiera spełnienie życzenia, by ciąża
nie nastąpiła jeszcze przez pewien czas. Szczególnie w niezwykłych i osobliwych warunkach są
bardzo częste takie marzenia senne o dziecięcym charakterze. Tak np kierownik ekspedycji
polarnej donosił, że ludzie jego załogi — podczas zimowania w warunkach lodowcowych o
jednostajnej i skąpej żywności — regularnie jak dzieci śnili o ucztach, górach tabaki i o pobycie w
domu.
Często z dłuższego, skomplikowanego i w całości powikłanego marzenia sennego wyłania się
jasny składnik, który mieści w sobie bezsprzecznie życzenia, spojone jednak
z innym, nie zrozumiałym materiałem. Przy częstej analizie pozornie niejasnych marzeń
sennych dorosłych dowiadujemy się, ku naszemu zdumieniu, że są one niekiedy tak proste jak
marzenia senne dzieci i że ukrywają się w nich, oprócz tego jednego spełnienia życzenia, jeszcze
inne znaczenia.
Z pewnością-rozwiązanie zagadki marzeń sennych byłoby proste i zadowalające, gdyby praca
analityczna umożliwiała nam sprowadzenie tych bezsensownych oraz zagmatwanych marzeń
sennych dorosłych do typu dziecięcego spełnienia życzenia rozbudzonego silnie za dnia. Pozory nie

przemawiają jednak za tym. Marzenia senne dorosłych są przeważnie pełne obojętnych lub
dziwacznych wydarzeń i trudno zauważyć w ich treści spełnienie życzenia.
Nim rozstaniemy się z marzeniami sennymi o charakterze dziecięcym będącymi nie
maskowanymi spełnieniami życzeń, nie możemy pominąć głównej cechy marzenia sennego, które
właśnie w tej grupie wyraźnie występuje. Każde z tych marzeń mogę zastąpić zdaniem
wyrażającym życzenie: „Ach, gdyby przejażdżka po jeziorze dłużej trwała; gdybym już był umyty i
ubrany; gdybym tak mógł zatrzymać czereśnie, zamiast podarować je wujowi!” — ale marzenie
senne zawiera więcej niż samo życzenie dotyczące przyszłości. Ukazuje ono bowiem życzenie jako
spełnione, przedstawia to spełnienie jako realne i aktualne, a materiał marzenia sennego składa się
przeważnie — choć nie bez wyjątków — z sytuacji, przeważnie z wzrokowych obrazów
zmysłowych. A więc i w tej grupie nie brak pewnego rodzaju przekształceń, które możemy określić
jako pracę marzenia sennego. Formułujemy to następująco: myśl wypowiadająca życzenie
dotyczące przyszłości zostaje przedstawiona plastycznie w czasie teraźniejszym.
364
365
IV
Skłonni jesteśmy przyjąć, że takie przeobrażenie życzeń w określoną sytuację miało miejsce
również w pogmatwanych marzeniach sennych, mimo że nie wiemy, czy i tu nie były to życzenia
przyszłościowe. Podany na początku rozważań przykład marzenia sennego, którego analiza
poprowadziła nas o krok dalej, pozwala nam w dwóch miejscach na podobne przypuszczenia.
Analiza wykazała, że moja żona zajmowała się przy stole obcymi osobami, co było dla mnie
nieprzyjemne; marzenie senne zawierało dokładne przeciwieństwo tego, gdyż osoba, która zastąpiła
moją żonę, zajmowała się wyłącznie mną. Czyż tak nieprzyjemne przeżycie może budzić życzenie
czegoś lepszego niż zamienienie owej niemiłej sytuacji w przeciwną, taką, jaką przedstawiło
właśnie marzenie senne? W tym samym stosunku pozostaje, jak wykazała analiza, gorzka myśl, że
niczego nie miałem za darmo, do słów owej pani we śnie: „Pan miał zawsze takie piękne oczy!”
Część sprzeczności między jawną a utajoną treścią marzenia sennego daje się więc wytłumaczyć
jako spełnienie życzenia.
Bardziej uderzająca jest inna czynność pracy marzenia sennego prowadząca do powstania
bezładnych treści. Gdy na jakimkolwiek przykładzie porówna się liczbę składników
wyobrażeniowych lub pojemność treściową opisanego marzenia sennego z zakresem spisanych w
wyniku analizy myśli, których ślad napotkamy w danym marzeniu, to nie można wątpić, że praca
marzenia sennego dokonała tu niesłychanego ściśnięcia lub zagęszczenia. Z rozmiarów tego
zagęszczenia nie można początkowo zdać sobie sprawy, ale im głębiej analizuje się marzenie senne,
tym bardziej imponująco się ono przedstawia. Nie ma wówczas ani jednego składnika treści, od
którego nie rozchodziłyby się nici kojarzących
się wyobrażeń w dwóch lub więcej kierunkach, nie ma sytuacji, która nie składałaby się z dwóch
lub więcej wrażeń, przeżyć. I tak ńp. pewnego razu śniłem o czymś w rodzaju pływalni, z której
kąpiący rozproszyli się we wszystkich kierunkach; w pewnym miejscu na brzegu stał człowiek
nachylający się ku jednej z kąpiących się osób, jakby chciał wyciągnąć ją z wody. Sytuacja ta
składa się ze wspomnienia przeżycia z moich lat młodzieńczych i z dwóch obrazów, z których
jeden oglądałem na krótko przed zaśnięciem. Jeden z tych obrazów był z cyklu Schwindowskiej
Meluzyny „Zaskoczenie w kąpieli” (porównaj: rozproszyli się w kąpieli), drugi zaś był dziełem
mistrza włoskiego i przedstawiał potop. Owo drobne przeżycie było następujące: pewnego razu
widziałem w szkole pływania, jak nauczyciel pomagał wydostać się z wody pani, która spóźniła się
aż do czasu przeznaczonego dla panów. Sytuacja w przykładzie wybranym do analizy przywołała
szereg wspomnień, z których każde wniosło coś do treści marzenia sennego. Po pierwsze, ta mała
scena z czasów mojego ubiegania się o rękę, o czym już mówiłem; wspomniany uścisk dłoni pod

stołem dostarczył marzeniu sennemu szczegół „pod stołem”, który dopiero ex post muszę umieścić
we wspomnieniu. O „zwróceniu się” nie było wówczas mowy; wiem jednak z analizy, że ten
składnik jest spełnieniem życzenia wyobrażonym przez kontrast i odnosi się do zachowania mojej
żony przy table d’hóte. Poza tym świeżym wspomnieniem ukrywa się całkiem podobna przygoda,
ale o głębszym znaczeniu, z czasów naszego narzeczeństwa, która była powodem całodziennego
nieporozumienia między nami. Poufałość, kładzenie ręki na kolano należały w całkiem innym
kontekście do całkiem innych osób. Ten składnik marzenia sennego był z kolei sam punktem
wyjścia dwóch oddzielnych szeregów wspomnień itd.
366
367
Materiał myśli marzeń sennych, który został zebrany dla wytworzenia określonej sytuacji, musi
być oczywiście z góry przygotowany do takiego użytku. Potrzeba do tego jednej lub kilku
wspólnych cech we wszystkich częściach składowych. Praca marzenia sennego postępuje wówczas
podobnie jak Francis Galton przy zestawianiu fotografii rodzinnych. Rozmaite składowe nakładają
się, jakby jedna pokrywała drugą, a wówczas występuje jasno wspólność cech w obrazie
całościowym, a cechy sprzeczne znoszą się. Ten proces wyjaśnia po części znaczenie osobliwych i
niejasnych składników treści marzenia sennego. Wydaje się, iż zrozumienie tego przemawia za
następującą regułą tłumaczenia marzeń sennych: jeśli w toku analizy natrafia się na składnik o
nieokreślonym znaczeniu, nie dającym się ująć w alternatywę albo — albo, to należy uwzględnić
każdą część pozornej alternatywy i łącząc je spójnikiem „i” obrać za punkt wyjścia łańcucha
skojarzeń.
Tam, gdzie brak takiej wspólności między myślami marzenia sennego, praca tego marzenia stara
się ją stworzyć, by umożliwić wspólne ich przedstawienie. Najprostszym sposobem zbliżenia
dwóch myśli nie mających z sobą nic wspólnego jest zmiana wyrażenia jednej myśli, przy czym
ewentualnie druga myśl wspomaga je również przez odpowiednie przekształcenie wyrażenia.
Zachodzi tutaj coś podobnego jak przy tworzeniu rymów, gdzie podobne brzmienie jest szukaną
wspólnością. Większa część pracy marzenia sennego polega właśnie na tworzeniu takich, często
bardzo dowcipnych, często pozornie wymuszonych, myśli połączonych, sięgających od wspólnego
przedstawienia w treści marzenia sennego aż do myśli w nim zawartych, różnych wprawdzie co do
form i rodzajów, ale wywołanych tymi samymi czynnikami. Także analiza naszego przykładu
marzenia sennego wykazała ten rodzaj przekształcenią
jednej myśli w celu spotkania się z inną, całkiem jej obcą. Przy dalszym prowadzeniu analizy
napotkałem, mianowicie, myśl: „Chciałbym też raz mieć coś za darni o”; forma jej wyrażenia nie
była jednak użyteczna dla treści marzenia sennego; została zatem zastąpiona przez inną:
„Chciałbym zażywać czegoś szczególnego nie ponosząc «kosztów»”. Słowo „koszta” (kosztować)
odpowiadało swoim drugim znaczeniem sytuacji przy table d’hóte i mogło się wyrazić w marzeniu
sennym jako podanie do stołu szpinaku. Jeśli u nas na stole zjawia się potrawa nie lubiana przez
dzieci, to matka próbuje początkowo łagodnie zachęcić dzieci: „Skosztujcie tylko troszeczkę”.
Wydaje się dziwne, że praca marzenia sennego tak bez skrupułów wykorzystuje dwuznaczność
słów, ale przy bogatszym doświadczeniu okazuje się to całkowicie zwyczajnym zjawiskiem.
Za pomocą pracy zagęszczenia w marzeniu sennym wyjaśniają się pewne składniki jego treści,
które są tylko jemu właściwe, a których nie spotykamy w wyobraźni na jawie. Tutaj należą osoby
zbiorcze, powstałe z wymieszania, oraz osobliwe twory mieszane, które można porównać z
tworami wyobrażającymi zwierzęta w fantazji ludów Wschodu, które jednak nabrały już pewnych
stałych form, podczas gdy twory z marzeń sennych powstają wciąż na świeżo w nieprzebranym
bogactwie. Każdy zna takie twory ze swoich własnych marzeń sennych; sposoby ich powstania są
bardzo różne. Mogę np. jakąś osobę zestawić w ten sposób, że nadaję jej rysy dwóch różnych osób,
lub w ten sposób, że daję jej postać jednej osoby, a we śnie nazywam ją imieniem drugiej, lub mogę

wyobrazić sobie pewną osobę, ale umieścić ją w sytuacji odnoszącej się do kogoś innego. We
wszystkich tych przypadkach połączenie różnych osób w jedną ma w treści ma-
369
368
rżenia sennego swoje pełne znaczenie, oznacza tyle co „i” lub „równa się”, tzn. zrównanie dwóch
osób pod pewnym względem, co może się zaznaczyć w samym marzeniu sennym. W zasadzie
jednak wspólność tych stopionych osób można ustalić dopiero drogą analizy, a w treści marzenia
sennego jedynie samo tworzenie takich zbiorczych osób wskazuje na tę wspólność.
Ta sama różnorodność sposobu powstawania i ta sama zasada przy wyjaśnianiu zachowują
swoje znaczenie w odniesieniu do niezmiernie bogatych tworów mieszanych treści marzeń
sennych; przytaczanie przykładów tego uważam za zbyteczne. Ich dziwaczność znika całkowicie,
gdy zdecydujemy się nie stawiać ich na równi z przedmiotami spostrzeganymi na jawie i gdy
przypomnimy sobie, że są one dziełem zagęszczenia marzenia sennego i że w bardzo trafnym
skrócie uwypuklają wspólną cechę połączonych przedmiotów. Wspólność tę można i tutaj ustalić
dopiero za pomocą analizy. Treść marzenia sennego mówi tylko: wszystkie te rzeczy mają
wspólną niewiadomą. Rozłożenie poprzez analizę tych mieszanych tworów na składniki wyjaśnia
nam w najkrótszy sposób znaczenie marzenia sennego. Tak np. śniłem pewnego razu, że siedzę z
jednym ze swoich dawnych nauczycieli uniwersyteckich na jednej ławce, która szybko posuwa się
naprzód między innymi ławkami. Była to kombinacja sali wykładowej i trottoir roulant. Pomijam
dalsze rozstrząsanie myśli. Innym razem siedzę w wagonie i trzymam na kolanach coś w rodzaju
cylindra — kapelusza z przezroczystego szkła. Sytuacja ta przypomina mi natychmiast
przysłowie: ,,Z kapeluszem w ręku można przejść cały kraj”. Cylinder szklany przypomina mi
okrężną drogą światło A u e r a (cylinder — szkiełko do lampy) i zaraz wiem, że chciałbym zrobić
wynalazek, który
370
by mnie tak wzbogacił i uczynił niezależnym, jak wynalazek mego rodaka drą Auera von
Welsbach, i że wówczas podróżowałbym wiele, zamiast siedzieć w Wiedniu. W marzeniu sennym
podróżuję ze swoim wynalazkiem, z cylindrem ze szikła, który jeszcze nie wszedł w użycie. Praca
marzenia sennego z upodobaniem przedstawia dwa przeciwstawne wyobrażenia właśnie za pomocą
tworu mieszanego; tak np. się dzieje, kiedy niewiasta widzi siebie w marzeniu sennym, jak trzyma
długą łodygę kwiatu, tak, jak anioł na obrazach Zwiastowania Marii (niewinność — Maria jest jej
imieniem własnym); łodyga pokryta jest białymi nabrzmiałymi kwiatami, które podobne są do
kamelii (przeciwieństwo niewinności: dama kameliowa).
Większą część tego, czego dowiedzieliśmy się o zagęszczeniu marzenia sennego, da się ująć w
następującą formułę: każdy ze składników treści marzenia sennego jest zdeterminowany przez
wiele myśli utajonych i nie wywodzi się z jednego tylko członu tych myśli, lecz z całego ich ciągu,
choć nie pozostają one z sobą w żadnym bliższym związku i mogą należeć do różnych obszarów
tkaniny myśli. Każdy składnik marzenia sennego zastępuje właściwie w jego treści cały ten
różnorodny materiał myślowy. Analiza odkrywa jednak jeszcze jedną stronę tego złożonego
związku między treścią a myślami marzenia sennego. Tak jak od każdego składnika marzenia
sennego prowadzą różne połączenia do wielu myśli, tak też w zasadzie jedna myśl marzenia
sennego zastąpiona bywa przez wielejego składników; nici skojarzeniowe nie biegną wprost od
myśli do treści marzenia sennego, lecz często krzyżują się i splatają po drodze.
Najważniejszą i najciekawszą właściwością pracy marzenia sennego jest, prócz przemiany myśli
w sytuację
371
(„dramatyzowanie”), zagęszczanie. Nie odkryliśmy jednak na razie motywów wymuszających takie

stłoczenie treści.
V
W zawikłanych i pogmatwanych marzeniach sennych, jakimi się teraz zajmujemy, zagęszczenie i
udramatyzo-wanie nie są w stanie wyjaśnić do końca wrażenia różnicy między jego jawną treścią a
utajonymi myślami. Istnieją dane świadczące o działaniu trzeciego czynnika, który zasługuje na
staranne zajęcie się nim.
Jeżeli za pomocą analizy poznaję myśli marzenia sennego, zauważam przede wszystkim, że jego
jawna treść operuje innym materiałem niż utajona. Oczywiście są to tylko pozory, gdyż przy
dokładniejszym zbadaniu „-• okazuje się, że cała treść marzenia sennego jest zawarta ; w jego
myślach i że wszystkie myśli zastąpione są jego < treścią. Ale coś z tej różnicy zostaje jednak
zachowane. < To, co w marzeniu sennym stanowi właścfwą treść, sze-, roko i wyraźnie przedstawioną, odgrywa, jak wykazuje ‚ dokładna analiza, bardzo podrzędną rolę w stosunku do i owych myśli, natomiast w treści tej brak jest zupełnie « myśli, które, według mego odczucia, zasługiwałyby na i uwzględnienie i to w najwyższym stopniu, lub są one : tylko marginalnie napomknięte. Ten stan rzeczy mogę ‚« opisać w następujący sposób: podczas pracy m a-srżenia sennego napięcie psychiczne ? przenosi się z myśli i wyobrażeń, do s których właściwie należy, na inne, m o-c i m zdaniem, nie wymagające takiego zaangażowania. Żaden inny proces nie przyczynia się tak bardzo do ukrycia sensu marzenia sennego, zatarcia i zmylenia związku między jego treścią a jego myślami. Podczas tego procesu, który pragnę nazwać przesunięciem marzenia sennego, dostrzegam również ożywienie się napięcia psychicznego, znaczenia, emocjonalności myśli. Za najważniejsze w treści marzenia sennego uważamy mylnie to, co jest najwyraźniej-sze; a właśnie w niewyraźnym jego Składniku często można poznać pochodną jego istotnej myśli. To, co nazwałem przesunięciem marzenia sennego, mógłbym również określić jako przewartościowanie wartości psychicznych. Nie doceniłbym jednak zjawiska, gdybym nie dodał, że udział przesunięcia lub przewartościowania w poszczególnych marzeniach sennych jest bardzo zmienny. Istnieją marzenia senne, które powstają niemal bez udziału czynności przesunięcia. Są one równocześnie zrozumiałe i pełne znaczenia, jak np. poznane przez nas marzenia senne z nie maskowanymi życzeniami. W innych ani jedna myśl nie zachowuje swojej wartości psychicznej albo błahostki zastępują myśli ważne, które wyłaniają się dopiero po szeregu stopniowych przejść. Im ciemniejsze i bardziej pogmatwane są marzenia senne, tym większy jest udział przesunięcia w ich tworzeniu. Wybrany przez nas do analizy przykład wykazuje przynajmniej tyle z dokonanego przesunięcia, że jawna jego treść ogniskuje się gdzie indziej niż myśli. Główną rolę w treści omówionego przykładu marzenia sennego grała sytuacja, w której pewna niewiasta jak gdyby mi sprzyjała; główny akcent myśli tego marzenia spoczywał na życzeniu, by choć raz w życiu doznać bezinteresownej miłości, która „nic nie kosztuje”, a myśl ta kryła się w zwrocie o pięknych oczach i napomknięciu o szpinaku. Jeżeli poprzez analizę usuniemy przesunięcie marzenia sennego, to otrzymamy zupełnie pewne wyjaśnienie dwu spornych problemów, a to dotyczące czynników 373 372 wywołujących je i związku, jaki istnieje między nim a życiem na jawie. Bywają marzenia senne, które bezpośrednio zdradzają związek z przeżyciami za dnia; w innych nie można odkryć nawet śladu takiego związku. Kiedy jednak skorzysta się z pomocy analizy, wówczas można wykazać, że każde marzenie senne, z małymi wyjątkami, nawiązuje do wrażeń z ostatnich dni, a może nawet poprawnie j byłoby powiedzieć: do dnia, który je bezpośrednio poprzedza. Wrażenie, któremu przypada rola wywołania marzenia sennego, może być tak silne, że zupełnie nie dziwi nas zainteresowanie się nim na jawie i w tym przypadku słusznie powiadamy, że marzenie senne kontynuuje ważne sprawy życia na jawie. Przeważnie jednak napotykany związek treści marzenia sennego z wrażeniem z dnia poprzedniego jest tak błahy, nieznaczny i godny zapomnienia, że sami tylko z trudem potrafimy je sobie przypomnieć. Treść marzenia sennego zajmuje się wówczas, nawet gdy już ma pewien związek i jest dla nas zrozumiała, najobojętniej-szymi drobnostkami, które na jawie nie wzbudziły nigdy naszego zainteresowania. Lekceważące odnoszenie się do marzenia sennego można przypisać w znacznej mierze okoliczności, że jego treść daje pierwszeństwo właśnie rzeczom obojętnym i błahym. Analiza pokazuje nam, jak nieuzasadniony jest lekceważący sąd o marzeniu sennym. Gdzie treść marzenia sennego wysuwa na pierwszy plan obojętne wrażenie jako wywołujące je, tam analiza regularnie wydobywa na wierzch przeżycie pełne znaczenia i emocji. To przeżycie zostało zastąpione obojętnym wrażeniem pozostającym z nim w silnych związkach skojarzeniowych. Gdzie treść marzenia sennego zawiera materiał wyobrażeń nieinteresujących i bez znaczenia, tam analiza wskazuje na liczne drogi łączące to bezwartościowe z najwartościowszym w psychicznej ocenie jednostki. J e- 374 żeli zamiast istotnie pobudzającego wrażenia w marzeniu sennym dochodzi do głosu obojętne, zamiast istotnie interesującego materiału — obojętny, jest to dziełem czynności przesunięcia. Jeżeli uwzględnimy świeżo uzyskane wyniki, zdobyte dzięki zastąpieniu jawnej treści marzenia sennego treścią utajoną, to na pytanie, co przyczynia się do jego wywołania i jaki jest związek między nim a życiem codziennym, musimy odpowiedzieć następująco: marzenie senne nie zajmuje się nigdy sprawami, które nie byłyby godne zajęcia się nimi za dnia, a drobnostki, szczegóły, które za dnia nas nie obchodzą, nie potrafią też przedostać się do marzeT nią sennego. Co wywołało marzenie senne w wybranym przez nas przykładzie? Przeżycie rzeczywistości bez znaczenia, bezpłatna przejażdżka powozem z przyjacielem. Sytuacja table d’hóte w marzeniu sennym mieści w sobie aluzję do tego, gdyż w rozmowie uczyniłem porównanie taksometru z table d’hóte. Wiem jednak o innym znaczeniu przeżycia, które zostało zastąpione przez owo bez znaczenia. Kilka dni temu wydałem większą sumę dla drogiej mi osoby z mojej rodziny. Nie byłoby w tym nic dziwnego — wyraża to myśl marzenia sennego — gdyby ta osoba była mi wdzięczna, bo ta miłość nie byłaby „za darmo”. Ale miłość bez kosztów dominuje w moich myślach sennych. Ponieważ przed niedawnym czasem kilkakrotnie jechałem powozem z owym krewnym, podobna przejażdżka z przyjacielem umożliwiła mi przypomnienie sobie mojego stosunku do tego krewnego. Obojętne wrażenie, które przez tego rodzaju powiązania staje się czynnikiem wywołującym marzenie senne, spełnia jeszcze jeden wa- 375 runek, który nie odnosi się do jego istotnego źródła, a mianowicie: wrażenie to musi być za każdym razem świeże, to znaczy pochodzić z dnia poprzedzającego marzenie senne. Zanim rozstanę się z tematem przesunięcia, wspomnę jeszcze o ciekawym procesie zachodzącym przy powstawaniu marzenia sennego, w którym współuczestniczą zagęszczenie i przesunięcie. Wiemy już, że przy zagęszczeniu marzenia sennego dwa wyobrażenia z myśli z nim związanych, mających cokolwiek wspólnego, jakiś punkt styczności, zostają zastąpione w treści marzenia sennego przez jedno wyobrażenie mieszane, którego wyraźne jądro odpowiada wspólnym cechom, a niejasne poboczne znaczenia odnoszą się do odrębnych cech obu wyobrażeń. Jeśli do tego zagęszczenia dołączy się przesunięcia, to nie powstaje wówczas wyobrażenie mieszane, lecz jakiś pośredni produkt wspólności, który tak się ma do pojedynczych Składników, jak wypadkowa w równoległoboku sił do jego składowych. W treści jednego z moich marzeń sennych jest mowa o wstrzyknięciu propylenu. Podczas analizy doszedłem początkowo do mało znaczącego przeżycia, które jednak wywołało to marzenie senne, a w którym odgrywa rolę a m y l e n. Zamiany amylenu na propylen nie potrafię jeszcze uzasadnić. Do zakresu myśli tego samego marzenia sennego należy też wspomnienie pierwszego pobytu w Monachium, kiedy interesowały mnie bardzo Propylej e. Dalsze dane z analizy pozwalają mi przyjąć, że ten drugi zakres wyobrażenia spowodował przesunięcie z amylenu na propylen. Propylen jest, że tak powiem, wyobrażeniem pośrednim między amylenem a Propylejami i przedostał się wskutek tego rodzaju kompromisu — przez równoczesne zagęszczenie i przesunięcie — do treści marzenia sennego. 376 Bardziej pilna, niż przy zagęszczeniu, wydaje się potrzeba wykrycia zagadkowych motywów pracy marzenia sennego przy przesunięciach. VI Jeżeli w treści marzenia sennego nie odnajdujemy lub nie rozpoznajemy myśli utajonej, nie znając motywu tego zniekształcenia, kładziemy to na karb pracy przesunięcia. Do odkrycia nowej, a przy tym łatwo zrozumiałej działalności pracy marzenia sennego prowadzi inny i łagodniejszy rodzaj przekształcenia. Myśli marzenia sennego, które rozwijamy w toku analizy, zwracają uwagę swoją niezwykłą postacią; nie dają się one ująć w zwykłe formy językowe, którymi najchętniej posługujemy się w naszym myśleniu, lecz są wyrażane symbolicznie przez porównania, metafory, jak w obrazowej mowie poetów. Nietrudno znaleźć uzasadnienie użycia mowy wiązanej dla wyrażenia myśli w marzeniu sennym. Treść jego składa się przeważnie z obrazowych sytuacji; jego myśli muszą być odpowiednio przykrojone do tego rodzaju przedstawiania. Z łatwością zrozumiemy zmiany, których dokonuje praca marzenia sennego ze względu na możliwość przedstawienia tych myśli w jego treści, jeśli postawimy sobie zadanie wyrażenia za pomocą kilku naszkicowanych obrazków treść politycznego artykułu wstępnego lub mowy obrońcy w sali sądowej. W materiale psychicznym myśli marzenia sennego znajdują się z reguły wspomnienia głębokich przeżyć, nierzadko z okresu wczesnego dzieciństwa, które zostały ujęte jako sytuacje o treści obrazowej. Gdzie tylko jest to możliwe, owe myśli wywierają określony wpływ na 377 kształtowanie treści marzenia sennego, i to w ten sposób, że jako punkt krystalizacji owych treści działają przyciągające i rozdzielcze. Sytuacja w marzeniu sennym nie jest często niczym innym, jak tylko zmodyfikowanym, a zarazem, przez wtrącenie jeszcze innych elementów, skomplikowanym odtworzeniem takiego głębokiego przeżycia. Rzadko natomiast w marzeniu sennym występuje rzeczywiste wydarzenie w sposób wierny, bez domieszek. Treść marzeń sennych składa się jednak nie tylko z sytuacji, lecz zawiera również liczne fragmenty obrazów wzrokowych, rozmów, a nawet urywki nie zmienionych myśli. Interesujące zatem będzie zajęcie się pokrótce środkami przedstawiania, którymi posługuje się praca marzenia sennego, by osobliwą mową wyrazić określone myśli. Myśli te, o których dowiadujemy się z analizy, ukazują się nam jako psychiczny kompleks o niezwykle skomplikowanej budowie. Jego części pozostają z sobą w przeróżnych logicznych stosunkach wzajemnych; tworzą one pierwszy plan i tło, warunki i odchylenia, dowody i zastrzeżenia. Prawie że regularnie obok jednego toku myśli biegnie drugi, biegunowo różny. Materiałowi temu nie brak żadnej z cech charakterystycznych naszego myślenia na jawie. Jeżeli z tego wszystkiego ma powstać marzenie senne, to ten materiał psychiczny ulega kompresji, która go dostatecznie zagęszcza, oraz wewnętrznemu rozkruszeniu i przesunięciu, które równocześnie stwarza nowe płaszczyzny treściowe, wybierając najbardziej podatne części składowe do utworzenia określonej sytuacji. Ze względu na pochodzenie tego materiału proces ów zasługuje na miano regresji. Logiczne więzy, które dotychczas łączyły ten materiał psychiczny, zanikają podczas przemiany w treść marzenia sennego. Praca marzeń sennych przejmuje do opracowania jedy- 378 nie rzeczową treść myśli. Dopiero praca analityczna ma odnaleźć wątek zniweczony pracą marzenia sennego. Środki wyrażania w marzeniu sennym są więc bardzo ubogie w porównaniu ze środkami wyrażania naszych myśli, jednakże nie rezygnuje ono z tego, by oddać związek logiczny swoich myśli; udaje się mu nawet dość często nadać im formalne właściwości swojej struktury. Łącząc cały materiał w jedną sytuację, marzenie senne ukazuje niewątpliwy związek między poszczególnymi częściami swoich myśli. Logiczny związek oddaje ono jako zbliżenie w czasie i przestrzeni, podobnie jak ów malarz grupujący na obrazie na Parnasie wszystkich poetów, którzy nigdy nie byli razem na jakimkolwiek szczycie góry, ale pojęciowo tworzą wspólnotę. Marzenie senne przeprowadza ten sposób przedstawiania aż do szczegółów, a często bliski stosunek jego dwóch członów wskazuje na ścisły związek między ich odpowiednikami w myślach sennych. Ponadto należy zaznaczyć, że wszystkie marzenia senne powstałe jednej i tej samej nocy zdradzają podczas analizy pochodzenie z tego samego kręgu myśli. Związek przyczynowy dwóch myśli albo nie bywa przedstawiany, albo zostaje zaznaczony następstwem po sobie dwóch, często nie równie długich fragmentów marzenia sennego. Często i następstwo zostaje zmienione, kiedy początek marzenia sennego przynosi wnioski, a zakończenie założenia. Bezpośrednia przemiana w marzeniu sennym jednej rzeczy w drugą, zdaje się, przestawia stosunek przyczyny i skutku. Marzenie senne nie wyraża nigdy alternatywy alb o—a l b o, natomiast napotykamy w nim i jedno, i drugie jakby równoprawne pojęcia w tym samym związku. Użyte przy reprodukcji marzenia sennego „albo—albo” należy, jak już poprzednio wspomniałem, przełożyć na spójnik „i”. 379 Marzenie senne z upodobaniem wyraża dwa przeciwstawne sobie wyobrażenia jednym i tym samym składnikiem 2. Wydaje się, że dla niego nie istnieje przeczenie „nie”. Bardzo ciekawe bywa przedstawianie w marzeniu sennym przeciwieństwa dwóch myśli, stosunku ich odwrócenia. Dzieje się to w ten sposób, że jego fragment zostaje — jakoby dodatkowo — zamieniony w swoje przeciwieństwo. Inny sposób wyrażania sprzeczności poznamy później. Tak częste w marzeniu sennym wrażenie hamowanego ruchu służy do wyrażenia sprzeczności dwóch impulsów, konfliktu woli. Mechanizm tworzenia marzeń sennych sprzyja w wysokim stopniu wyrażaniu związku logicznego jedynie w przypadku podobieństwa, wspólności i zgodności. Praca marzenia sennego posługuje się’ tymi przypadkami jako punktami oparcia w jego zagęszczaniu w ten sposób, że wiąże wszystkie pojedyncze składniki wykazujące pewną zgodność w jedną nową całość. Tych kilk-a z grubsza poczynionych uwag nie oddaje, oczywiście, całej pełni środków przedstawiania, którymi posługuje się marzenie senne w wyrażaniu związków logicznych między swymi myślami. Poszczególne marzenia senne są pod tym względem lepiej lub niedbałej opracowane, trzymają się mniej lub bardziej starannie podłożonego tekstu i w silniejszym lub słabszym stopniu używają środków pomocniczych. W tym ostatnim przypadku wydają się one ciemne, pogmatwane i bez związku. Gdy marzenie senne wydaje się jaskrawo bezsensowne i zawiera w swej treści widoczną niedorzeczność, * Jest godne uwagi, że wybitni językoznawcy są zdania, iż w najstarszych językach ludzkich ten sam wyraz posiadał dwa przeciwne znaczenia (silny-sJaby; wewnątrz-na zewnątrz itd. — Cegensinn der Worte}. – 380 dzieje się to w określonym zamiarze. Przez pozorne zaniedbanie wszelkich logicznych wymogów wyraża ono część intelektualnej treści swoich myśli. Bezsensowność w marzeniu sennym oznacza sprzeczności, drwi n^y i szyderstwo jego utajonych myśli. Ponieważ to wytłumaczenie jest najmocniejszym zarzutem przeciwko teorii, jakoby marzenie senne powstawało w wyniku bezładnej, rozkojarzonej, bezkrytycznej pracy umysłu, poprę je przykładem. Jednego z moich, znajomych, pana M., zaatakował w pewnym artykule sam Goethe z niesłuszną, zdaniem wszystkich, gwałtownością. Pan M. jest oczywiście w wyniku tego ataku zniszczony. Ubolewa nad tym gorzko w pewnym towarzystwie; jego uwielbienie dla Goethego nie zmieniło się jednak mimo tego osobistego doświadczenia. Staram się. wyjaśnić relacje czasowe, które wydają mi się nieprawdopodobne. Goethe umarł w 1832 r. Ponieważ jego atak na p. M. musiał nastąpić wcześniej, wiać p. M. był wówczas jeszcze całkiem młodym człowiekiem. Wydaje mi się prawdopodobne, że pan M. liczył wówczas 18 lat. Nie jestem jednak pewien, w którym roku obecnie żyjemy, wobec tego całe to obliczenie tonie w mrokach. Ów atak znajduje się zresztą w znanej rozprawie Goethego „Naturę”. Niedorzeczność tego marzenia sennego uwidoczni się jeszcze jaskrawiej, jeśli dodam, że p. M. jest młodym kupcem, którego niewiele zajmuje poezja i literatura. Jeżeli jednak przeprowadzę analizę tego marzenia sennego, to zdołam wykazać, ile „metody” ukrywa się za tym nonsensem. Marzenie senne czerpie swój materiał z trzech źródeł: 1. Pan M., którego poznałem w pewnym towarzystwie, prosił mnie któregoś dnia, bym zbadał jego starszego brata, zdradzającego objawy choroby psychicznej. Podczas rozmowy z chorym powstała przykra sytuacja, 381 gdyż pacjent skompromitował swego brata, opowiadając bez powodów o jego młodzieńczych wybrykach. Pytałem również chorego o datę jego urodzin (w marzeniu sennym data śmierci) i dałem mu kilka zadań rachunkowych w celu zbadania stopnia osłabienia jego pamięci. 2. Jedno z lekarskich czasopism, w którym wzmian-^ kowane jest i moje nazwisko, przyniosło wręcz ,,d r u z- • g o c ą c ą” krytykę młodego recenzenta książki mego przyjaciela F. w Berlinie. Zażądałem od redaktora wyjaśnienia, który wyraził mi swe ubolewanie, nie przy- • rzekając jednak odwołania. Po tym zdarzeniu zerwałem stosunki z owym czasopismem, a w liście odmawiającym współpracy wyraziłem oczekiwanie, że nasze osobiste stosunki nie ucierpią z powodu tego zajścia. To jest właściwe źródło marzenia sennego. Ujemna ocena pracy mego przyjaciela wywarła na mnie głębokie wrażenie. Praca ta zawierała, według mej oceny, fundamentalne odkrycia biologiczne, które dopiero teraz — po wielu latach — znajdują uznanie u kolegów po fachu. 3. Niedawno opowiadała mi jedna z pacjentek dzieje choroby swego brata, który z okrzykiem: ,,natura! natura!” — popadł w szał. Lekarze sądzili wówczas, że okrzyk ten był wynikiem lektury owej pięknej rozprawy Goethego i wskazywał na przepracowanie chorego z powodu studiów. Powiedziałem wtedy, że wydaje mi się prawdopodobniejsze, iż okrzyk „natura” należy rozumieć w tym seksualnym znaczeniu, które znają u nas i mniej wykształceni. Okoliczność, że ów nieszczęśliwiec skaleczył później swój narząd płciowy, pozwala przyznać mi po części słuszność. Przy pierwszym napadzie ów chory liczył 18 lat. W treści marzenia sennego poza mym „ja” ukrywa się przede wszystkim mój przyjaciel, tak surowo osądzony przez krytykę. „Staram się wyjaśnić relacje czasowe” — książka mego przyjaciela jest poświęcona stosunkom czasowym w życiu i sprowadza m.in. okres życia Goethego do wielokrotności pewnej liczby dni, mającej duże znaczenie biologiczne. To „ja” stawiam jednak na równi z paralitykiem: ,,-N ie jestem jednak pewien, w którym roku obecnie żyjem y”. Marzenie senne opisuje zatem mego przyjaciela zachowującego się jak paralityk, mówiącego od rzeczy. Myśli senne brzmią jednak ironicznie: „Oczywiście, on jest szalony, głupiec, a wy jesteście tymi geniuszami, którzy lepiej rozumują. A czy nie jest może odwrotnie?” To odwrócenie jest dostatecznie jasno wyrażone w treści marzenia sennego, gdy Goethe atakuje owego młodego człowieka, co jest nonsensem, podczas gdy dziś ktokolwiek z młodych ludzi może z łatwością zaatakować wielkiego Goethego. Jestem zdania, że każde marzenie senne jest wywołane nie innymi jak egoistyczne pobudkami. „Ja” w moim marzeniu sennym zastępuje nie tylko mojego przyjaciela, ale również mnie samego. Utożsamiam się z nim. gdyż los jego odkrycia spotka, jak się zdaje, także moje odkrycia. Jeżeli wystąpię z własną teoria, w której podkreślam rolę seksualności w etiologii zaburzeń psychonerwicowych (zob. wzmiankę o okrzyku 18-letniego chorego chłopca: „natura, natura!”), to oczekuje mnie taka sama krytyka, z której drwię sobie w równej mierze. Skoro dalej podążam za myślami marzenia sennego, to zauważam stale tylko drwiny i szyderstwa jako odpowiedniki jego niedorzeczności. Wiadomo, że dzięki znalezieniu rozbitej owczej czaszki na Lido koło Wenecji powstała u Goethego myśl dotycząca kosmologicznej teorii wirów. Mój przyjaciel jest dumny, że jako student przyczynił się w znacznej 382 383 mierze do usunięcia (ongiś dla anatomii porównawczej bardzo zasłużonego) profesora, który w podeszłym wieku nie był już zdolny do nauczania. Wszczęta przez przyjaciela akcja pozwoliła zlikwidować nieznośny stan rzeczy, którego przyczyną na niemieckich uniwersytetach był brak ustalenia granicy wieku dla działalności nauczycielskiej. Starość nie chroni przed głupotą. W tutejszym szpitalu pracowałem długie lata pod kierunkiem ordynatora, od dziesiątek lat skostniałego i powszechnie uważanego za zidiociałego, który mimo to prowadził swój odpowiedzialny urząd. Tu narzuca mi się porównanie z odkryciem na Lido. Kilku kolegów ze szpitala ułożyło wówczas dla profesora popularny przez lata kuplet: „Tego nie napisał Goethe, nie ujął w rymy Schiller” itd. VII Nie omówiliśmy jeszcze do końca pracy marzenia sennego. Oprócz zagęszczania, przesunięcia i upoglądowie-nia materiału psychicznego musimy przypisać jej jeszcze inną czynność, która nie daje się jednak uchwycić we wszystkich marzeniach sennych. Nie opiszę obszerniej tej czynności; chcę jedynie zaznaczyć, że najłatwiej wyobrazić sobie jej istotę, gdy przyjmie się — co prawdopodobnie nie jest całkiem trafne — że oddziałuje ona dopiero na ukształtowaną już wcześniej treść marzenia sennego. Czynność ta ogranicza się do ułożenia składników marzenia sennego w ten sposób, by powiązały się one wzajemnie, by utworzyły jedną kompozycję. Marzenie senne otrzymuje w ten sposób rodzaj fasady, choć nie pokrywa ona jego treści we wszystkich częściach. W ten sposób nabiera ono zaczątkowego znaczenia, które wspierają małe okraszenia i drobne zmiany. Ta przeróbka treści marzenia sennego jest możliwa tylko wówczas, gdy nie troszczy się ona o niedokładności, które mogłyby zniekształcić tę treść. Ponadto jest ona świetnym przykładem zupełnego niezrozumienia treści marzenia sennego. Toteż podejmując się jego analizy, musimy przede wszystkim uwolnić się od tego rodzaju prób jego tłumaczenia. W tej części pracy marzenia sennego umotywowanie jest szczególnie przejrzyste. Wzgląd na zrozumiałość powoduje ostatnią przeróbkę marzenia sennego; ale tym samym zdradza się pochodzenie tej czynności. W stosunku do treści sennej zachowuje się ona tak, jak nasza normalna aktywność psychiczna wobec jakiejkolwiek danej jej treści spostrzeżeniowej; ujmuje ją z punktu widzenia określonych oczekiwań i podporządkowuje ją im, spostrzega ją tak, by była zrozumiała; gdy jednak nie może nawiązać do niczego już znanego, wypacza ją, a wówczas powstają osobliwe sprzeczności. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie, patrząc na pasmo nie znanych znaków lub słuchając nie znanych słów, zupełnie odruchowo nie wypaczyć ich spostrzegania ze względu na zrozumiałość, nawiązując do czegoś, co jest już nam znane. Marzenia senne, które zostały opracowane przez czynność psychiczną analogiczną do naszego myślenia na jawie, nazwiemy dobrze skomponowanymi. W innych marzeniach sennych czynność ta zupełnie zawodzi, ani śladu w nich chęci uporządkowania i tłumaczenia, a my sami po przebudzeniu się, utożsamiając się niejako z ową ostatnią częścią marzenia sennego, powiadamy, że jest ono „całkiem mętne”. Dla naszej analizy ma taką samą wartość marzenie senne podobne do bezładnej masy nie należących do siebie fragmentów jak i inne, pięknie wygładzone w swojej warstwie treścio 14 Psychopatologia… 385 384 we j. W pierwszym przypadku oszczędzamy sobie pracy burzenia przeróbki treści sennej. Mylne byłoby jednak przypuszczenie, że owe fasady marzenia sennego są tylko dowolnym dziełem świadomej instancji naszego życia psychicznego, wypaczającym właściwy wątek przy dokonywaniu przeróbki treści. Przy kształtowaniu fasady marzenia sennego nierzadko znajdują zastosowanie fantazje życzeniowe zawarte już w jego myślach. Są one również pokrewne znanym nam dobrze z życia na jawie i słusznie tak nazwanym „marzeniom na jawie”. Życzenia fantazji, które analiza odkrywa w marzeniach sennych, okazują się często powtórzeniem i opracowaniem scen z dzieciństwa, a owa fasada ukazuje nam w wielu marzeniach sennych bezpośrednio właściwe ich jądro, przeinaczone wprawdzie i pomieszane z innym materiałem. Oprócz wymienionych czterech czynności nie napotykamy w pracy marzenia sennego żadnych innych. Opierając się na podanym określeniu, że praca marzenia sennego oznacza przeprowadzenie do jego treści myśli utajonych, powiadamy, że praca ta nie jest twórcza, nie rozwija żadnej szczególnej fantazji, nie pozwala na osądzanie, na wyciąganie wniosków. Jej funkcja jest ograniczona, tzn. zagęszcza ona jedynie materiał, przesuwa go i upoglądawia, do czego przyłącza się ostatnia niestała część przeróbki tłumaczącej. Niekiedy napotyka się w treści marzenia sennego coś, co gotowi jesteśmy przyjąć jako rezultat innej, jakby wyższej aktywności intelektualnej. Analiza wykazuje jednak za każdym razem, że te intelektualne zabiegi miały już miejsce w myślach utajonych i zostały jedynie przejęte przez treść marzenia sennego. Wyciągnięcie wniosku w marzeniu sennym nie jest niczym innym jak powtórzeniem wniosku myśli utajonych; jeśli bez zmiany przechodzi on do marzenia sennego, nie budzi u nas ani zdumienia, ani zgorszenia; wydaje się nam jednak niedorzeczny, gdy praca marzenia sennego przesuwa go na inny materiał. Rachunek w treści marzenia sennego oznacza, że w myślach utajonych istnieją jakieś wyrachowania, a podczas gdy te zawsze się zgadzają, to w marzeniach sennych wskutek zagęszczenia różnych czynności i przesunięcia tej samej czynności na inny materiał rachunek może dać najdziwniejsze wyniki. Nawet występujące w treści marzenia sennego wygłaszane mowy nie są świeżo aktualne, przeważnie są splecione z urywków mów niegdyś wygłoszonych, słyszanych lub przeczytanych i jako takie wracają w myślach marzeń sennych. Oddają one jedynie dosłownie ich brzmienie, pomijają natomiast okazję, z jakiej powstały, i brutalnie wypaczają ich właściwe znaczenie. Sądzę, że warto poprzeć te wywody przykładami. I. Oto niewinnie brzmiące, dobrze skomponowane marzenie senne pewnej pacjentki: Idzie na jarmark wraz z kucharką niosącą koszyk. Żąda czegoś od rzeźnika, który następnie mówi do niej: „Tego już nie można dostać” — i chce jej dać coś innego, zauważając, że i to jest dobre. Ona odmawia i idzie do jarzyniarki. Ta chce jej sprzedać dziwną jarzynę w wiązkach, o czarnym kolorze, na co pacjentka powiada: „Tego nie znam, tego nie wezmą”. Wyrażenie: „Tego już nie można” — pochodzi z czasów leczenia. Kilka dni przedtem oświadczyłem dosłownie pacjentce, że najstarszych wspomnień z dzieciństwa nie można już jako takich wydostać, tylko trzeba je zastąpić przesunięciami i marzeniami sennymi. To ja jestem zatem rzeźnikiem. Drugie wyrażenie: „Tego nie znam” — jest wyrwane z zupełnie innego związku. Dzień przedtem pacjentka zwróciła się do kucharki, która zresztą występuje rów- 386 387 nież w marzeniu sennym, strofując ją słowami: „Proszą się porządnie zachowywać, czegoś takiego nie znam” — co znaczy tyle co: „Takiego zachowania nie uznaję, nie dopuszczę do tego”. Część zdania o niewin-niejszym znaczeniu dostała się więc mocą przesunięcia do treści marzenia sennego. Natomiast właśnie druga część tego zdania odegrała w myślach marzenia sennego pewną rolę. Jego praca zmieniła je nie do poznania, uczyniła skrajnie nierealną sytuację z fantazji, w której zachowuję się wobec tej damy w pewien nieprzyzwoity sposób. Ta oczekiwana w fantazji sytuacja jest zaś znów tylko nowym wydaniem już raz przeżytej. II. W marzeniu sennym pozornie zupełnie bez znaczenia występują liczby. Pacjentka chce coś płacić; córka bierze z jej torebki 3 jloreny i 65 centów; ona powiada jednak: „Co robisz? To kosztuje przecież tylko 21 centów”. Pacjentka była cudzoziemką i umieściła córkę w instytucie wychowawczym w Wiedniu, a termin leczenia się u mnie był uzależniony od pobytu córki w Wiedniu. W dzień poprzedzający marzenie senne przełożona instytutu poradziła mojej pacjentce, by pozostawiła swą córkę jeszcze na jeden rok. W takim razie mogłaby i matka pozostać jeszcze rok na leczeniu. Liczby w marzeniu sennym nabierają znaczenia, gdy przypomnimy sobie, że czas to pieniądz. Time is money. Rok równa się 365 dniom. Wyrażone w centach — 365 centów, czyli 3 floreny i 65 centów. 21 centów odpowiada trzem tygodniom, które dzieliły wówczas datę marzenia sennego od końca roku szkolnego. Widocznie względy pieniężne zmusiły ową damę do nieprzyjęcia propozycji przełożonej i są też odpowiedzialne za drob-ność kwoty w tym marzeniu. III, Młoda, ale już od kilku lat zamężna pani dowiaduje się, że jej rówieśnica panna Eliza zaręczyła się. Z tej okazji powstaje następujące marzenie senne. Siedzi z mężem w teatrze, pewna część miejsc nie jest zajęta. Mąż opowiada jej, że Eliza L. i jej narzeczony mieli również zamiar pójść do teatru, ale były tylko złe miejsca, trzy za l florena i 50 centów, a tych nie mogli wziąć. Zdaniem pacjentki, nie byłoby żadnego nieszczęścia. Tutaj interesuje nas pochodzenie liczb z materiału myśli marzenia sennego i przemiana, jakiej doznały. Skąd bierze ‚się l floren i 50 centów? Z obojętnej pobudki z dnia poprzedniego. Szwagierka pacjentki otrzymała w podarunku od swego męża ‚kwotę 150 florenów i pośpieszyła się z ich wydaniem kupując klejnoty. Zauważyłem, że 150 florenów, to sto razy tyle co l floren i 50 centów. Z liczbą trzy, która odnosi się do biletu teatralnego, łączy się wyobrażenie, że narzeczona Eliza L. jest dokładnie o trzy miesiące młodsza od śniącej. Sytuacja w marzeniu sennym jest powtórzeniem małej przygody, z której powodu mąż często przekomarza się z nią. Pewnego razu tak bardzo się spieszy-ł a z wcześniejszym kupnem biletów do teatru, a tymczasem, gdy przyszła do teatru, znaczna część miejsc na parterze była wolna. Widocznie nie było potrzeby tak bardzo sią śpieszyć. Na koniec nie należy przeoczyć niedorzeczności marzenia sennego, że dwie osoby miały wziąć trzy bilety do teatru. A oto co mówią myśli marzenia sennego: nonsensem było wychodzić tak wcześnie za mąż; nie było potrzeby tak się śpieszyć. Eliza L. jest najlepszym przykładem tego, że jeszcze mogłabym dostać męża i to sto razy lepszego (mąż, skarb), gdybym tylko poczekała. Trzech takich mężczyzn mogłabym była sobie kupić za te swoje pieniądze (posag). 389 388 VIII .«» Po zaznajomieniu się w toku dotychczasowych wywodów z pracą marzenia sennego będziemy zapewne skłonni uznać je za szczególny proces psychiczny, nie mający sobie równego. Nasze zdziwienie odnoszące się do marzenia sennego przenosi się na jego pracę, której jest ono produktem. W rzeczywistości praca ta jest tylko najwcześniej poznanym procesem z wielu innych procesów psychicznych, które wywołują objawy histeryczne, myśli lękowe, natrętne i urojeniowe. Istotnymi cechami tych procesów są także zagęszczenie i przede wszystkim przesunięcia. Jedyną szczególną właściwością pracy marzenia sennego jest opracowanie obrazowe. Skoro więc marzenie senne należy do tej samej kategorii co schorzenia psychiczne, to tym konieczniej-sze wydaje się nam poznanie istotnych warunków jego powstania. Będziemy prawdopodobnie bardzo zdziwieni, gdy usłyszymy, że ani stan snu, ani choroba nie są tu warunkami niezbędnymi. Wiele zjawisk życia codziennego u osób zdrowych, takich jak zapominanie, przejęzyczenie, pomyłki w działaniu i pewien rodzaj błędów, zawdzięcza swoje powstanie podobnemu mechanizmowi psychicznemu jak mechanizm marzenia sennego i innych procesów pokrewnych. Istotą problemu jest przesunięcie, najbardziej uderzające spośród poszczególnych czynności pracy marzenia sennego. Przy bardziej wnikliwym zgłębieniu problemu okazuje się, że istotny warunek przesunięcia ma naturę czysto psychologiczną; jest on pewnego rodzaju umotywowaniem. Gdy uwzględni się doświadczenia nabyte przy analizach marzeń sennych, znajdzie się jego ślady. W analizie marzenia sennego z przykładu przytoczonego na stronie 353 byłem zmuszony przerwać informacje o jego ukrytych myślach, gdyż znalazły się między nimi i takie, które, przyznam się, pragnąłem ukryć przed obcymi i o których nie mogłem mówić bez znacznego naruszenia ważnych względów. Dodam jeszcze, że nie przyniosłoby żadnego pożytku, gdybym za- ” miast tego właśnie marzenia sennego wybrał inne, gdyż • przy każdym z nich o treści niejasnej, pogmatwanej, napotkałbym myśli, które wymagałyby zachowania ich tajemnicy. Jeśli natomiast przeprowadzam analizę dla samego siebie, bez względu na innych, dla których moje osobiste przeżycie, jakim jest marzenie senne, nie jest przeznaczone, to w końcu dochodzę do myśli, które mnie F zdumiewają, których sam nie znałem i które nie tylko -wydają mi się obce, ale i n i e p r z y j e m n e, którym pragnąłbym energicznie zaprzeczyć, podczas gdy w toku analizy pasmo myśli narzuca mi je nieubłaganie. Tego całkiem ogólnego stanu rzeczy nie mogę wy- • tłumaczyć w inny sposób niż za pomocą założenia, że myśli te były rzeczywiście zawarte w moim życiu duchowym i miały pewną psychiczną moc i energię, lecz nie mogły stać się dla mnie świadome z po- ? wodu osobliwej sytuacji psychicznej. Ten osobliwy stan nazywamy stłumieniem. Nie mogę powstrzymać >:-‚ się od twierdzenia, że między niejasnością
treści marzenia sennego a stanem stłumienia, niemożnością uświadomienia sobie pewnych jego
myśli, musi istnieć związek przyczynowy, z czego wnioskuję, że marzenie senne musi być niejasne
po to, by nie zdradziło zabronionych myśli. W ten sposób dochodzę do pojęcia zniekształcenia
marzenia sennego jako dzieła jego pracy służącej zamaskowaniu zamiarów.
Na wybranym do analizy przykładzie marzenia sennego chcę się przekonać, która to myśl
zniekształcona przedostała się do niego, zyskując me uznanie, i uchwycić ją nie zniekształconą,
wywołującą stanowczy sprze-
391
390
ciw. Przypominam sobie, że przejażdżka powozem za darmo wywołała u mnie wspomnienie
ostatnich „drogich przejażdżek” w towarzystwie jednego z członków mojej rodziny i że z
tłumaczenia marzenia sennego wynikało, iż pragnę choć raz doznać miłości, która by mnie nic nie
kosztowała, i że tuż przed owym marzeniem sennym miałem większe wydatki na rzecz ‚tamtej
osoby. W tym związku nie mogę się opędzić myśli, że żal mi tego wydatku. Dopiero gdy
akceptuję to przeżycie, staje się zrozumiałe, że w marzeniu sennym życzę sobie miłości, która nie
wymagałaby żadnych wydatków. A mimo to mogę szczerze powiedzieć, że ową sumę wydałem bez
najmniejszego wahania. Żal z tego powodu, a więc nurt o przeciwstawnym kierunku, nie dotarł do
mojej świadomości. Z jakich powodów — to już całkiem inne pytanie, odwodzące od tematu,
pytanie, na które odpowiedź, znana mi, należy już do innego związku. Jeśli zamiast własnego

marzenia sennego poddam analizie marzenie senne obcej osoby, wynik będzie podobny; zmieniają
się jednak motywy przemawiające do przekonania. Jeżeli będzie to marzenie senne zdrowego
człowieka, to nie będę miał innego sposobu nakłonienia go do uznania wykrytych stłumionych idei,
jak ukazanie mu powiązania myśli marzenia sennego, przy czym może on bronić się przed
przyznaniem się do nich. Jeżeli natomiast mamy do czynienia z nerwowo chorym, np. histerykiem,
to do uznania stłumionych myśli zmusi go ich związek z objawami jego choroby i polepszenie,
którego doznaje po ujawnieniu stłumionych myśli. Na przykład u pacjentki, która miała
marzenie senne o trzech biletach za l florena i 50 centów, musi się przyjąć na podstawie analizy,
że lekceważy ona swego męża, że żałuje, iż wyszła za niego za mąż, i że chętnie zamieniłaby go na
innego. Pacjentka zapewnia wprawdzie o miłości do swego męża i nic nie wie o tym lekcewa-
392
żeniu (100 razy lepszego!), ale wszsytkie jej objawy prowadzą do takiego samego rozwiązania jak
marzenie senne; w chwili, kiedy rozbudzone zostały stłumione wspomnienia z czasów, w których
miała świadomość, iż nie kocha swego męża, ustąpiły objawy i znikł opór przeciwko temu
sposobowi tłumaczenia marzenia sennego.
IX
Skoro ustaliliśmy pojęcie stłumienia i powiązaliśmy : zniekształcenia w marzeniu sennym ze
stłumionym materiałem psychicznym, to możemy teraz całkiem ogólnie określić główny wynik
analizy marzeń sennych. Wiemy, że zrozumiałe i jasne marzenia senne są nie maskowanymi
spełnieniami życzeń, tzn. że sytuacje, jakie w nich występują, przedstawiają życzenia znane
świadomości, pochodzące z życia za dnia i budzące zainteresowanie. Czegoś zupełnie podobnego
uczy nas analiza niejasnych i zawiłych marzeń sennych. Sytuacja w nich występująca przedstawia
życzenie, które zazwyczaj powstaje z myśli utajonych, również jako spełnione. Sposób
przedstawienia jest natomiast niewyraźny, wymaga wyjaśnienia drogą analizy, a życzenie albo jest
stłumione, obce świadomości, albo znajduje się w ścisłym związku ze stłumionymi myślami, bądź
też jest przez nie wywołane. Formuła dla tych marzeń sennych: są to zamaskowane spełnienia
stłumionych życzeń. Interesujące jest przy tym, jak trafne jest przekonanie ludu, w myśl którego
marzenie senne komunikuje o przyszłości. Wprawdzie przyszłość, jaką nam ukazuje marzenie
senne, nie spełnia się zazwyczaj, ale jest ona naszym gorącym pragnieniem. Dusza ludu przejawia
się tu w postępowaniu zgodnym z jego przyzwyczajeniem: lud wierzy w to, czego pragnie.
393
Marzenia senne rozpadają się ze względu na spełnienie życzenia na trzy kategorie. Do pierwszej
należą te, które przedstawiają nie stłumione życzenia w nie zamaskowanej formie; są to marzenia
senne typu dziecięcego, które z wiekiem stają się coraz rzadsze. Do drugiej kategorii należą
marzenia senne, które wyrażają stłumione życzenie w zamaskowanej formie; przeważna liczba
naszych marzeń sennych należy do tej kategorii i wymaga wyjaśnień drogą analizy. Do trzeciej
kategorii należą marzenia senne o stłumionym życzeniu, jednak zupełnie nie maskowanym lub
maskowanym w sposób niedostateczny. Tym ostatnim towarzyszy z reguły lęk, który je przerywa.
Lęk zastępujfe tutaj zniekształcenie; w marzeniach sennych drugiej kategorii zastępuje go ich
własna praca. Bez wielkich trudności można wykazać, że treść wyobrażenia, która wywołuje lęk w
marzeniu sennym, była kiedyś życzeniem, a następnie uległa stłumieniu.
Bywają również marzenia senne o jasnej, ale męczącej treści, która jednak w czasie śnienia nie
wydaje się nam tak bardzo przykra. Z tego powodu nie możemy ich zaliczyć do marzeń lękowych;
służą one jednak zawsze do wykazywania małej ważności i psychicznej bezwar-tościowości marzeń
sennych. Analiza takiego marzenia sennego pokaże, że i w tych przypadkach chodzi o dobrze
zamaskowane spełnienie stłumionych życzeń, a więc o marzenia senne drugiej kategorii; zarazem
poznamy niezwykłą zdolność pracy marzenia sennego do przesunięć w maskowaniu życzeń.
Młoda dziewczyna widzi w marzeniu sennym jedyne obecnie dziecko swojej siostry martwe w
tym samym otoczeniu, w którym przed kilku laty widziała zwłoki jej pierwszego dziecka. Nie
odczuwa żadnego bólu, mimo to wzdryga się przed myślą, że sytuacja ta miałaby od

394
powiadać jej życzeniom. Nikt też tego nie wymaga;
u trumny owego dziecka przed laty widziała się i roz
mawiała po raz ostatni z kochanym mężczyzną; gdyby
i drugie dziecko umarło, to z pewnością w domu siostry
spotkałaby ponownie owego pana. Tęskni za tym spot
kaniem, a równocześnie wzdryga się przed swym uczu
ciem. W dzień poprzedzający marzenie senne kupiła bi
let wstępu na wykład zapowiedziany przez ciągle jesz
cze kochanego mężczyznę. Jej marzenie senne wyraża
bezpośrednią niecierpliwość. Marzenia takie zjawiają się
zresztą często przed podróżami, pójściem do teatru lub
podobnymi oczekiwanymi przyjemnościami. By jednak
ukryć tęsknotę, sytuacja została zamieniona w sposób
nieodpowiedni do wyrażenia uczuć wesołości; ale prze
cież oddała ona już raz w rzeczywistości dobre usługi.
Zauważa się jeszcze, że afektywne zachowanie się w
marzeniu sennym jest dostosowane nie do przesuniętej,
lecz do rzeczywistej, ale powstrzymywanej treści. Sy
tuacja w marzeniu sennym stwarza możliwość od daw
na upragnionego spotkania i nie wywołuje żadnego bo
lesnego uczucia. i
X ;
Filozofowie nie mieli dotąd okazji zająć się psychologią tłumienia. Uzasadnione jest zatem, że
przy pierwszym zbliżeniu się do nie znanego stanu rzeczy stworzymy sobie poglądowe
wyobrażenie o przebiegu powstawania marzenia sennego. Schemat, do którego dochodzimy nie
tylko na podstawie badań nad marzeniem sennym, jest wprawdzie skomplikowany, ale nie możemy
zadowolić się prostszym. Przyjmujemy, że w naszym aparacie psychicznym istnieją dwie instancje
tworzące myśli, z których druga ma ten przywilej, że
395
jej twory mają otwarty dostęp do świadomości, podczas gdy czynność pierwszej instancji jest sama
przez się nieświadoma i jedynie za pomocą drugiej może przedostać się do świadomości. Na
pograniczu obu instancji, na przejściu z pierwszej do drugiej, znajduje się cenzura, która
przepuszcza jedynie to, co dla świadomości jest przyjemne, a wszystko inne zatrzymuje. To, co ona
odrzuci, znajduje się, według naszego określenia, w stanie stłumienia. W pewnych warunkach, do
których zalicza się również stan snu, zmienia się stosunek siły między obiema instancjami w ten
sposób, że myśli stłumione nie zostają całkowicie zatrzymane. W stanie snu następuje to w wyniku
osłabienia cenzury, wobec czego myśli dotychczas stłumione torują sobie drogę do świadomości.
Ponieważ jednak cenzura nie zostaje nigdy całkowicie zniesiona, a tylko czasowo słabnie, wobec
tego myśli stłumione ulegają zmianom łagodzącym ich nieprzyzwoitość. To, co w takim stanie staje
się świadome, jest kompromisem między zamiarami jednej instancji a żądaniami drugiej. Stłumienie-
osłabienie cenzury-tworzenie ko m-promisu — oto podstawowy schemat powstawania
marzenia sennego, podobnie jak wielu innych tworów psychopatycznych. Tu i tam przy tworzeniu
kompromisu zauważamy procesy zagęszczania, przesuwania oraz zużytkowanie powierzchownych
skojarzeń, znanych nam z pracy marzenia sennego.
Nie mam żadnych podstaw do ukrywania, że moment demonizmu odgrywał również rolę przy
powstawaniu naszego tłumaczenia. Odnosiliśmy wrażenie, że powstanie niejasnych marzeń
sennych odbywa się tak, jak gdyby jedna osoba, zależna od drugiej, miała do powiedzenia coś, co
dla tamtej byłoby nieprzyjemne. Podobnie utworzyliśmy sobie pojęcie zniekształć e-nia w marzeniu
sennym oraz cenzury i sta

raliśmy się tamto nasze wrażenie wyrazić za pomocą teorii psychologicznej, surowej jeszcze
wprawdzie, ale przynajmniej poglądowej. Z czymkolwiek porównamy w dalszym ciągu badania
naszą pierwszą i drugą instancję, oczekujemy potwierdzenia naszego przypuszczenia, że druga
instancja opanowuje dostęp do świadomości i odcina od niej pierwszą.
Gdy kończy się stan snu, wówczas cenzura wraca do pełni swoich sił i potrafi zniszczyć wszystko,
co jej zostało wydarte w czasie ich osłabienia. Wielokrotnie potwierdzane doświadczenie dowiodło,
że zapominanie marzenia sennego daje się przynajmniej częściowo tym wytłumaczyć. Podczas
opowiadania marzenia sennego lub w czasie jego analizy zdarza się, że nagle wynurza się na
powierzchnię pozornie zapomniany urywek jego treści. Ta cząstka wydarta zapomnieniu zawiera
zwykle najlepszy i najbliższy dostęp do znaczenia marzenia sennego. Prawdopodobnie dlatego
miała zapaść w niepamięć, tj. ulec powtórnemu stłumieniu.
XI
Przyjmując, że treść marzenia sennego stanowi przedstawienie spełnionego życzenia, a jej
niejasność przypisując cenzurze, która zmienia stłumiony materiał, pojmiemy tym samym bez
trudności, jaka funkcja przypada marzeniu sennemu. W osobliwym przeciwieństwie do utartego
mniemania, że marzenia senne zakłócają sen, musimy uznać, że one stoją na straży snu.
Twierdzenie nasze zostanie łatwo przyjęte, jeżeli odnie siemy je do marzeń sennych dzieci.
Stan snu lub też psychiczne odmiany snu, na czymkolwiek by one nie polegały, powstają bądź to
wskutek
396
397
narzuconego dziecku nakazu spania, bądź to wskutek wywołanej zmęczeniem chęci spania;
zaśnięcie wymaga usunięcia wszelkich podniet skierowujących aparat psychiczny w innym
kierunku. Znane są środki służące do wyłączania podniet zewnętrznych; ale jakimi środkami
rozporządzamy, by stłumić wewnętrzne, duchowe, podniety, które nie pozwalają nam zasnąć?
Przypatrzmy się matce usypiającej swoje dziecko. Bez przerwy wyraża ono swe życzenia — to
chce całusa, to chciałoby się jeszcze bawić. Te życzenia bywają po części zaspokajane, po części
autorytatywnie odkładane na drugi dzień. Jasne jest, że budzące się życzenia i potrzeby
przeszkadzają w zaśnięciu. Któż nie zna wesołej opowiastki o niegrzecznym chłopcu (Balduin
Grollersa), który, budząc się w nocy, krzyczy w sypialni: „On chce nosorożca?” Grzeczniejsze
dziecko nie krzyczałoby, lecz śniło, że bawi się nosorożcem. Ponieważ marzenie senne,
przedstawiające życzenie jako spełnione, znajduje wiarę podczas snu, usuwa ono tym samym
dręczące życzenie i umożliwia sen. Nie da się zaprzeczyć, że ta wiara odnosi się do obrazu
marzenia sennego, który ma cechy psychicznego zjawiska spostrzegania, podczas gdy dziecku brak
jeszcze, później dopiero występujących, umiejętności odróżniania halucynacji lub fantazji od
rzeczywistości.
Dorosły nauczył się takiego rozróżniania i pojął bez-użyteczność fantazyjnego życzenia, a przez
ciągłe ćwiczenie osiągnął odroczenie swych dążeń, które dopiero drogą okrężną, przez zmianę
świata zewnętrznego, mogą być spełnione. Dlatego też rzadko występują u niego spełnienia życzeń
w marzeniu sennym w obrębie samej rzeczywistości psychicznej; możliwe nawet, ze takie nie
istnieją i że marzenia senne, które wydają się nam podobne do tych występujących u dzieci, wymagają
bardziej skomplikowanego wytłumaczenia. Natomiast wytworzyło się u dorosłych — u
każdego człowieka o zdrowych zmysłach — pewne zróżnicowanie materiału psychicznego,
zróżnicowanie, którego brak jest dziecku. Powstała instancja psychiczna, która, nauczona
doświadczeniem życiowym, z zawistną surowością wywiera opanowujący i hamujący wpływ na
pobudzenia psychiczne i która dzięki swemu stosunkowi do świadomości i do aparatu ruchów
dowolnych rozporządza najsilniejszymi środkami psychicznej władzy. Część dziecinnych

pobudzeń, jako bezużytecznych w życiu, została stłumiona przez tę instancję, a cały wywodzący się
z nich materiał myślowy znajduje się w stanie stłumienia.
Podczas gdy ta instancja, w której rozpoznajemy naszą normalną jaźń, nastawia się na życzenie
spania, wydaje się, że jest ona zmuszona warunkami psychofizjo-H logicznymi do osłabienia swojej
energii, z jaką za dnia i trzymała w karbach stłumione myśli. To osłabienie jest ś< samo przez się
nieznaczne; wzruszenia ciemiężonej duszy „• dziecięcej mogą się jednak burzyć; w stanie snu
mają ? one przecież drogę do świadomości utrudnioną, a do •’i. aparatu ruchowego —
zamkniętą. Niebezpieczeństwo zakłócenia przez nie snu musi być jednak usunięte. Tu ‚ trzeba już
dopuścić przyjęcie założenia, że nawet w głębokim śnie część wolnej uwagi stoi na straży, nie
dopuszczając podniet zmysłowych, które mogłyby sen przerwać. Nie można by sobie inaczej
wytłumaczyć, że bodźce określonej jakości są w stanie obudzić nas każdorazowo, co dostrzegł
już dawno fizjolog Burdach, zwracając uwagę, że np. matkę budzi kwilenie dziecka, młynarza —
zatrzymanie młyna, a większą część łudzi — zawołanie ich po imieniu. Ta stojąca na straży uwaga
nie omija również wewnętrznych pobudzeń wy-
399
398
wołanych przez stłumione życzenia i tworzy wraz z nimi marzenie senne, które, jako kompromis,
zadowala obie instancje. Marzenie senne daje pewnego rodzaju psychiczne spełnienie życzenia
stłumionego lub ukształtowanego za pomocą wyparcia, przedstawiając je właśnie jako spełnione, i
zadowala również drugą instancję, zezwalając na dalszy ciąg spania. Nasze „ja” zachowuje się przy
tym chętnie jak dziecko, ufając obrazom sennym, jakby chciało powiedzieć: „Tak, tak, masz rację,
pozwól mi jednak spać”. Lekceważenie, z jakim po przebudzeniu odnosimy się do marzenia
sennego, a które uzasadniamy jego zagmatwaniem i pozorną nielogicznością, nie jest
prawdopodobnie niczym innym, jak sądem naszego śpiącego „ja” o wzruszeniach, o których daje
ono znać w sytuacji wykorzystania motorycznej niemocy owych intruzów snu. Ten lekceważący
sąd jest nam świadomy i podczas snu; gdy treść marzenia sennego przekracza zbytnio ograniczenia
cenzury, myślimy: „To przecież tylko marzenie senne” — i śpimy dalej.
Nie jest zarzutem pod adresem takiego ujęcia fakt, że istnieją również krańcowe przypadki, w
których marzenie senne nie może utrzymać swej funkcji uchronienia snu przed przerwaniem — jak
to ma miejsce w lękowym marzeniu sennym — więc zmieniając tę funkcję przerywa w porę sen.
Postępuje ono tutaj jak sumienny nocny stróż, który usuwa przyczyny hałasu, by mieszczanie się
nie budzili, ale spełnia również swój obowiązek, kiedy orientując się, że przyczyny zakłóceń stają
się groźne, budzi obywateli w obawie, że sam nie upora się z nimi.
Szczególnie wyraźna staje się tego rodzaju funkcja marzenia sennego, gdy działający u śniącego
motyw przedostaje się do wrażeń zmysłowych. To, że bodźce zmysłowe podczas snu wpływają na
treść marzenia, jest ogólnie znane i można to nawet udowodnić doświadczalnie.
Jest to jeden z niewielu pewnych, ale znacznie przecenianych wyników badań medycznych
nad marzeniem sennym. Z wynikiem tym łączyła się jednak zagadka dotychczas nie rozwiązana.
Bodziec zmysłowy, którym eksperymentator działa na śpiącego, nie zostaje rozpoznany w marzeniu
sennym, lecz ulega przekładowi na jeden z nieokreślonej liczby sposobów nie tyle
zdeterminowanych, co pozostawionych samowoli psychicznej. Ale samowola psychiczna
oczywiście nie istnieje. Śpiący może w różnorodny sposób reagować na bodźce zewnętrzne. Bądź
to budzi się, bądź to udaje mu się spać dalej. W ostatnim przypadku może posłużyć się marzeniem
sennym, by, i to znowu na różne sposoby, usunąć działanie bodźców zewnętrznych. Może np.
usunąć to działanie marząc o sytuacji, która jest całkowicie sprzeczna z bodźcem. Mężczyzna,
któremu dolegał bolesny abces w kroczu, marzył we śnie, że ujeżdża konia, przy czym jako siodła
użył okładu służącego do złagodzenia bólu i w ten sposób usunął możliwość zakłócenia snu. To
znowu, co zdarza się jeszcze częściej, bodziec zewnętrzny ulega przekształceniu przez związanie go

ze stłumionym życzeniem oczekującym spełnienia, a zarazem pozbawia się go w ten sposób
realności i traktuje jako część materiału psychicznego. Na przykład ktoś marzy, że napisał komedię
wyrażającą określoną myśl przewodnią, że była ona wystawiona w teatrze, że pierwszy akt
zakończył się i spotkał z nadzwyczajnym powodzeniem. Ogromne brawa… — w tym przypadku
udało się śpiącemu przedłużyć swój sen mimo zakłócenia, gdyż po obudzeniu nie słyszał już
szmeru, lecz trafnie ocenił, że trzepano dywan lub materac. Marzenia senne, które tuż przed
obudzeniem bywają wywołane głośnym hałasem, usiłują zawsze zastąpić budzącą podnietę innym
jej wyjaśnieniem i w ten sposób jeszcze na chwilę przedłużyć sen.
401
400
XII
Kto uzna cenzurę za główny motyw zniekształceń marzenia sennego, ten nie będzie zdziwiony
faktem wynikającym z jego tłumaczenia, że analiza większości marzeń sennych ludzi dorosłych
wskazuje na życzenia erotyczne. To nasze twierdzenie nie dotyczy marzeń sennych o jawnej treści
seksualnej, ogólnie znanych wszystkim z własnych przeżyć, które też zwykle bywają określone
jako „seksualne marzenia senne”. Wzbudzają one jednak także zdziwienie, czy to ze względu na
dobór osób jako przedmiotów pożądania, czy wskutek usunięcia wszelkich przeszkód, które w
życiu na jawie powstrzymują popęd płciowy, jak również z uwagi na wiele osobliwych szczegółów
przypominających tzw. zboczenia. Analiza wykazuje jednak, że wiele innych marzeń sennych, nie
zawierających niczego erotycznego w jawnej treści, za pomocą pracy tłumaczącej bywa
demaskowanych jako spełniające życzę-, nie seksualne. Z drugiej strony wiele myśli pochodzących
z pracy myślowej na jawie jako „resztki z dnia” występuje w marzeniu sennym jedynie dzięki
pomocy wypartych życzeń erotycznych.
W celu wyjaśnienia tego teoretycznie nieoczekiwanego stanu rzeczy wystarczy wskazać, że żadna
inna grupa popędów nie podlega ze strony wychowania i kultury tak dalece idącemu tłumieniu, jak
właśnie popędy seksualne, które jednak prawie u wszystkich wymykają się spod władzy
najwyższych instancji psychicznych. Odkąd poznaliśmy seksualność dziecięcą, częstokroć w
swoich objawach niepozorną, lekceważona i źle rozumianą, uprawnieni jesteśmy do twierdzenia, że
każdy kulturalny człowiek zatrzymał w jakimś momencie dziecięce ukształtowanie swego życia
seksualnego, i wobec tego sądzimy, że przy powstawaniu marzeń sen-
Jiych najczęstszą i najsilniejszą siłą popędową są wyparte dziecięce życzenia seksualne 3. ‚Ą’ Jeżeli
marzeniu sennemu wyrażającemu życzenia erotyczne udaje się wypracować treść pozbawioną
cech seksualnych, to jest to możliwe tylko w jeden sposób. Materiał wyobrażeń seksualnych nie
może być przedstawiony w marzeniu sennym we właściwej postaci, lecz musi zostać zastąpiony w
jego treści poprzez napomknienia, aluzje i inne sposoby pośredniego przedstawiania, które nie są w
marzeniu sennym bezpośrednio zrozumiałe. Przyzwyczajono się do tego, że sposób przedstawiania
odpowiadający tym warunkom zwykło się nazywać symbolicznym. Zwrócono na te symbole
szczególną uwagę, odkąd zauważono, że ludzie posługujący się tym samym językiem używają
takich samych symboli, ba, że w niektórych przypadkach wspólność symboli przekracza granice
wspólnoty językowej. Ponieważ śniący sam nie zna znaczenia użytego przez siebie symbolu,
pozostaje na razie zagadką, skąd bierze się związek z przedmiotami i ludźmi, które one zastępują
lub oznaczają. Jest to jednak fakt niewątpliwy, a bardzo ważny dla techniki tłumaczenia marzeń
sennych, gdyż dzięki znajomości symboliki marzeń sennych można zrozumieć znaczenie ich
poszczególnych składników lub pojedynczych fragmentów, a niekiedy i całych marzeń sennych,
bez pytania śpiącego o jego samorzutne skojarzenia. W ten sposób zbliżamy się do popularnego
ideału tłu-• maczenia marzeń sennych, a zarazem sięgamy do techniki tłumaczenia stosowanej
przez dawne ludy, u których tłumaczenie wiązało się ściśle z zastosowaniem symboliki.
Mimo że studia nad symbolami marzenia sennego są jeszcze dalekie od ukończenia, możemy już

bronić wie-
8 Por. S. Freud Drei Abhandlungen żur Sexualtheorie. 1905.
402
403
lu ogólnych twierdzeń i szczegółowych ustaleń. Istnieją symbole mające tylko jedno znaczenie, i
tak cesarz i cesarzowa (król i królowa) oznaczają rodziców, pokoje przedstawiają kobiety 4, wejścia
i wyjścia pokoi — otwory w ciele. Przeważna część symboli marzeń sennych służy do
przedstawienia osób, części ciała i czynności, które nabierają pewnego zabarwienia erotycznego;
szczególnie narządy płciowe bywają często przedstawiane przez zaskakujące symbole, często
bardzo dziwne przedmioty. Ostra broń, długie i sztywne przedmioty, jak drzewa i laski, zastępują w
marzeniu sennym męskie narządy; szafy, pudła, piece, powozy — łono kobiece, a wspólność tych
przedmiotów zastępczych, ter-tium comparationis, jest łatwo zrozumiała, mimo że nie wszystkie
symbole wykazują tak wyraźny związek z przedmiotem. Symbole schodów i wspinania się, które
oznaczają stosunek płciowy, krawat przedstawiający męski członek, drzewo symbolizujące łono
kobiece — budzą u nas niewiarę tak długo, dopóki nie odnajdziemy związku symbolicznego inną
drogą. Znaczna liczba symboli sennych jest zresztą dwupłciowa i może oznaczać, zależnie od
związku, w jakim występuje, męskie lub kobiece narządy płciowe.
Istnieją symbole występujące powszechnie, spotykane u wszystkich łudzi posługujących się tym
samym językiem i będących na tym samym poziomie wykształcenia, i inne, występujące
indywidualnie, jednorazowo, które tworzy sobie każdy z własnego materiału wyobrażeniowego. Do
pierwszych należą te, które zastępują treści seksualne wyrażeń mowy codziennej (np. pochodzące z
rolnictwa: rozmnażanie się, nasienie); do drugich — te, których związek z życiem płciowym sięga
4 W języku niemieckim das Zimmer oznacza pokój, a das Frauenzimmer — niewiasta,
białogłowa (przyp. tłum.).
dawniejszych czasów i najciemniejszych głębi powstawania naszych pojęć. Symbolotwórcza siła
nie wygasła po dziś dzień dla obu rozróżnionych rodzajów symboli. Można zauważyć, że nowe
wynalazki (jak samolot) zostały natychmiast powszechnie użyte jako symbole seksualne.
Błędem byłoby oczekiwać, że przy jeszcze gruntow-niejszej znajomości symboliki marzeń sennych
(„mowy marzeń sennych”) zwolnieni bylibyśmy od wypytywania śniącego o jego skojarzenia z
marzeniem sennym i wystarczyłaby nam technika starożytna ich tłumaczenia. Pomijając
indywidualne symbole i drobne różnice w użyciu symboli powszechnych, nigdy nie wiemy, czy
dany element marzenia sennego należy ujmować symbolicznie, czy też we właściwym jego
znaczeniu, wiedząc równocześnie dobrze, że nie całą treść marzenia należy tłumaczyć
symbolicznie. Znajomość symboliki marzenia sennego pośredniczy jedynie w wytłumaczeniu
nam poszczególnych jego składników, a stosowanie poprzednio podanych reguł technicznych nie
traci na ważności. Staje się jednak szczególnie wartościową pomocą w tłumaczeniu tam, gdzie brak
skojarzeń lub gdzie są one niedostateczne.
Symbolika, o której mowa, staje się niezbędna także do zrozumienia „typowych” marzeń sennych
ludzi i powtarzających się marzeń sennych pojedynczego człowieka. Jeżeli w tym krótkim
omówieniu ocena symbolicznego sposobu wyrażania marzenia sennego wyda się niepełna, to
pragniemy naprawić tę niedbałość, wskazując sprawę szczególnie ważną, a mianowicie, że
symbolika marzeń sennych przekracza granice marzenia i występuje nie tylko we śnie, ale
opanowuje w równej mierze baśnie, mity, legendy, dowcipy i folklor. Pozwala nam też śledzić
związek między marzeniem sennym a tymi tworami; przyznać musimy, że symbolika nie
405
404

jest owocem pracy marzenia sennego, lecz właściwością naszego nieświadomego myślenia, które
dostarcza jej materiału do zagęszczania, przesunięcia i udramatyzo-wania 5.
XIII
Nie roszczę sobie pretensji ani do tego, że naświetliłem tutaj wszystkie problemy związane z
marzeniami sennymi, ani że przedstawiłem w sposób przekonujący dyskutowane kwestie. Osobom
interesującym się w najszerszym zakresie literaturą dotyczącą marzeń sennych polecam książkę
Sante de Sanctisa I sogni, Turyn 1899; kto szuka dokładniejszego uzasadnienia przedstawionego
przeze mnie ujęcia marzenia sennego, może je znaleźć w mojej pracy Die Traumdeutung, Lipsk i
Wiedeń 1900. Wspomnę jedynie, w jakim kierunku zmierzają dalsze wywody o pracy marzenia
sennego.
Skoro w tłumaczeniu marzenia sennego stawiam zadanie zastąpienia go myślami utajonymi, a
zatem rozsunięcia tkaniny pracy sennej, to równocześnie otwieram pole wielu nowych problemów
psychologicznych, które dotyczą mechanizmu samej pracy marzenia sennego, a także natury i
warunków tzw. stłumienia. Dalej utrzymuję, że istnieją myśli marzeń sennych, które są bardzo
bogatym materiałem dla tworów psychicznych o wzorowym porządku i z wszelkimi oznakami
normalnej aktywności intelektualnej. Materiał ten wymyka się
5 Dalsze dane dotyczące symboliki marzeń sennych można
znaleźć w starych pismach zajmujących się ich tłumaczeniem
(Artemidorus von Daldis; Scherner Das Leben des Traumes,
1861), w moim Die Traumdeutung oraz w dotyczących mitologii
pracach szkoły psychoanalitycznej, a także w pracach W. Stekela
(Die Sprache des Traumes, 1911). :;-•».„-,< .-..-…> ^
jednak świadomości dopóty, dopóki zniekształcenie przez treść marzenia sennego nie utoruje mu
doń drogi. Jestem skłonny zakładać, że myśli takie występują u wszystkich, ponieważ prawie
wszyscy ludzie, nawet najbardziej normalni, miewają marzenia senne. Dalsze zagadnienia o
wielkim znaczeniu dla psychologii dotyczą nieświadomego w myślach marzeń sennych i jego
stosunku do świadomości oraz do stłumienia; rozwiązanie tych zagadnień nastąpi, gdy analiza
wyjaśni powstawanie innych tworów psychopatycznych, takich jak objawy histeryczne i myśli
natrętne.
406
Bibliografia J
Dziela Z. Freud a: Über den psychischen Mechanismus hysterischer Phänomene (z J.
Breuerem), 1893; Studien über Hysterie (z J. Breuerem), 1895; Die Traumdeutung, 1900; Über
der Traum, 1901 (tlum. pol. O marzeniu sennym, 1923); Zur Psy-chopathologie des Alltagslebens,
1901 (tlum. pol. Psychopatolo-gia zycia codziennego. O zapominaniu, pomylkach, zabobonie i
ble_dach, 1912); Der Witz und seine Beziehung zum Unbewuss-ten, 1905; Drei Abhandlugen zur
Sexualtheorie, 1905 (tlum. pol. Trzy rozprawy z teorü seksualnej, 1924); Sammlung kleiner
Schriften zur Neurosenlehre, 1906; Der Wahn und die Träume in W. Jensen’s „Gradiva”, 1907;
Bruchstück einer Hysterieanalyse, 1909; Eine Kindheitserinnerung des Leonardo da Vinci,
1910 (tlum. pol. w: Poza zasadq przyjemnosci, 1975, 2 wyd. 1976); Über Psychoanalyse, 1910
(tlum. pol. O psychoanalizie. Pie_c od-czytöw wygloszonych na uroczystosci 20-letniego
jubileuszu za-lozenia Clark University w Worcester, 1911); Formulierungen über die zwei
Prinzipen des psychischen Geschehens, 1911; Das Motiv der Kästchenwahl, 1913; Totem und
Tabu, 1913 (tlum pol. w: Czlowiek, religia, kultura, 1967); Zur Geschichte der psycho-analytischen
Bewegung, 1914; Das Unbewusste, 1915; Zeitgemäs-ses über Krieg und Tod, 1916; Vorlesungen
zur Einführung in die Psychoanalyse, 1917 (tlum. pol. Wst?p do psychoanalizy, 1935, 1936, 1957,
1958, 1982); Zur Psychoanalyse der Kriegsneurosen, 1919; Massenpsychologie und Ich-Analyse,

1920 (tlum. pol. 1975, 1976); Jenseits des Lustprinzips, 1920 (tlum. pol. 1975, 1976); Das Ich und
das Es, 1921 (tlum. pol. 1975, 1976); Über Triebumsetzungen. Insbesondere der Analerotik,
1923; Das ökonomische Problem des Masochismus, 1924; Zur Technik der Psychoanalyse und zur
Metapsychologie, 1924; Gesammelte Schriften, 12 t., 1925—34; Ma vie et la psychanalyse, 1925
(tlum. pol. Wizerunek wlasny, 1936); Die Fragre der Laienanalyse, 1926; Studien zur
Psychoanalyse der Neurosen, 1926; Die Zukunf einer Illusion, 1927 (tlum. pol. 1967); Das
Unbehagen in der Kultur, 1930 (tlum. pol. 1967); Einführung in die Psychoanalyse für
Pädagogen, 1930; Weue Folge der Vorlesungen zur Einführung in die Psychoanalyse, 1933; Why
war? (z A. Einsteinem), 1933; Die endliche und die unendliche Analyse, 1937 (tlum. pol.
1975, 1976);
Der Mann Moses und die monotheistische Religion, 1939 (fragm. w tlum. pol. 1967); Abriss der
Psychoanalyse, 1940 (tlum. pol. 1975, 1976); An outline of psychoanalysis, 1940; Gesammelte
Werke. Chronologisch geordnet, 18 t., 1940—52, wznow. 1966—69 (tlum. ang. Collection papers,
1946; J. Strachey — red. S. Freud. The Standard edition of complete psychological works, 1953);
Aus den Anfängen der Psychoanalyse, 1950; Thomas Woodrow Wilson. Twentyeight President of
United States. A psychological study (z W. Bullitem), 1967.
L i t e r a t u r a: G. Adler Entdeckung der Seele von Sigmund Freud und Alfred Adler zu C. G.
Jung, 1934; M. N. Afasizew Frejdizm i burzuaznoje iskusstwo, 1971; O. Andersson Studies in the
prehistory of psychoanalysis. The etiology of psycho-neuroses and some related themes in
Sigmund Freud’s scientific writings and letters, 1886—1896, 1962; M. Bajerowicz Freuda
fconcepcja cztoioieka, „Nurt” 1969, nr 5; D. Balkan Siomund Freud and the Jeu>ish mystical
tradition, 1958; F. W. Bassin Probleme biessoznatielnogo. O nieosoznawajemych formach wysszej
nierwnoj diejatielnosti, 1968 (tlum. pol. Zagadnienie nie-swiadomosci. O nie
uswiadamianych formach wyzszej czynnos’ci nerwowej, 1972); E. Benveniste La psychanalyse,
1956; T. Bili-kiewicz Psychoanaliza w praktyce lekarskiej, 1935; L. Binswan-ger Erinnerung an
Sigmund Freud, 1956; L. Binswanger Dis-cours parcours, et Freud. Analyse existentielle,
psychiatrie cli-• nique et psychanalyse, 1970; E. Bleuler Die Psychoanalyse Freuds, 1911;
M. Bornsztajn Psychoanaliza, 1930; M. Bornsztajn Historia rozwoju psychoanalizy i jej stan
tospöiczesny, 1936; S. Borowiecki Metoda psychoanalityczna Freuda i jej kryteria. „Przeglqd
Lekarski” 1914; R. Boyers (red.) Psychological man, 1975; T. Braaty Fundamentals of
psychoanalitic techr.ique, 1954; A. A. Brill Freud’s contributions to psychiatry, 1944; W. Bromberg
The mind of man. A history of psychotherapy and psychoanalysis, 1954; J. A. C. Brown Freud and
the Post-Freudians, 1961; N. O. Brown Life against death. The psychoanalytical meaning of
history, 1959; P. Bruno Freud i antropologia, „Czlowiek i Swiatopogla.d” 1972, nr 2; B. E.
Bychowski Metapsicho-logija Frejda, 1926; G. Bychowski Psychoanaliza, 1928; G. I. Caregorodcew,
F. T. Michajlow Za porogom soznanija. Kriticzeskij oczerk frejdizma, 1961; M.
Choisy Sigmund Freud. A new ap-. praisal, 1963; P. J. Cole The problematic seif in
Kierkegaard and Freud, 1971; W. A. Czernienko Rieakcyonnaja suszcznost’
409
408
uczenija Frejda o rieligii, 1972; W. Daim Umwertung der Psychoanalyse, 1951; R. Dalbiez La
methode psychoanalytique et la doctrine freudienne, 1936; M. Dansereau Freud et l’atheisme, 1971;
J. De Luca Freud and future religious experience, 1976; P. J. R. Dempsey Freud, psicoanalisi e
cattolicesimo, 1959; K. Dienelt Von Freud zu Frankl, 1967; C. T, Dimitrow Psicho-analizata i
nejnite raznowidnosti, 1965; C. T. Dimitrow Psicho-analiza i filosofija. Kriticzen oczerk wrchu
iztocznicite i ewolu-cijata na psichoanalizata, 1973; A. Dryjski Geneza i technika psychoanalizy,
1929; A. Dryjski Psychoanaliza i wychowanie plciowe, 1930; A. Dryjski Rozbiör i krytyka
glöwnych zalozen psychoanalizy, 1930; A. Dryjski Wspölczesne teorie podswiado-mosci, 1931; P.

Edwards (red.) The encyclopedia of phüosophy, 1972, t. III; L. Eidelberg (red.) Encyclopedia of
psychoanalysis, 1968; P. Esnard Freud sä vie, son oeuvre, 1960; H. Eysenck, G. Wilson The
experimental study of freudian theories, 1973; R. Fine Freud. A critical re-evaluation of his
theories, 1963; R. Fine The development of Freud’s thought: From the begin-nings (1886—1900)
through Id Psychology (1900—1914) to Ego Psychology (1914—1939), 1973; L. Freeman, M.
Small The story of psychoanalysis, 1960; F. Freud Structural studies in psychoanalysis, 1972; L.
Frey-Rohn Die Anfange der Tiefenpsychologie. Von Mesmer zu Freud. W: Studien zur
Analytischen Psychologie C. G. Jungs. Festschrift zum 80. Geburtstag von C. G. Jung, 1955; E.
Fromm Sigmund Freud’s mission. An ana-lysis of his Personality and influence, 1953; E. Fromm II
mondo di Sigmund Freud, 1962; E. Fromm The crisis of psychoanalysis: Essays on Freud, Marx
and social psychology, 1970; E. Fromm, Greatness and limitations of Freud’s thought, 1980; I.
Galdston (red.) Psychoanalysis in present-day psychiatry, 1969; E. Glover Freud or Jung?, 1950; A.
Grinstein The index of psychoanalytic writings, 10 t., 1956—72; J. Grodzienski Z. Freud twörca
psychoanalizy, 1934; L. Gross God and Freud, 1959; A. Guirdham Christ and Freud. A study of
religious experience and obser-vance, 1961; A. Guranowska-Poczobut Eros i Tanatos. „Czlo-wiek i
Swiatopogla.d” 1977, nr 4; C. S. Hall A primier of freudian psychology, 1954; C. Hanly, M.
Lazerowitz Psychoanalysis and phüosophy, 1970; M. Heiman Psychoanalysis and social work,
1969; E. Hitschmann Freud’s theories of the neurosis, 1913 (tlum. pol. Nauka Freuda o nerwicach,
1913); W. Holliczer Cze-lowiek i agressija. Z. Frejd i K. Lorenc w swietie marksizma, 1975; P.
Homans Theology after Freud, 1970; J. Jacobi Two
410
essays on Freud and Jung, 1958; M. Jarosz Przeglqd i krytyka podstawowych poje_6
psychoanalitycznych oraz psychoanalitycz-nej teorii nerwic. „Przegla.d Psychologiczny” 1962, nr
5; T. Jaro-szynski O metodzie psychoanalitycznej Freuda, 1912; J. Jastrow Freud. His dream and
sex theories, 4 wyd., 1959; L. Jekels Szkic psychoanalizy Freuda, 1912; W. Jedlicki Natura i
kultura w po-gl^dach Freuda. „Wiedza i Zycie” 1960, nr 6; W. Jedlicki Co sqdzic b freudyzmie i
psychoanalizie? 1961; W. Jedlicki Teoria dysonansu poznawczego a doktryna psychoanalityczna.
„Studia Socjologiczne” 1962, nr 1; E. Jones The life and work of Sigmund Freud, 3 t., 1953—55
(tlum. niem. Dos Leben und Werk von Sigmund Freud, 3 t., 1960—69); S. Kahn Essays in freudian
psychoanalysis, 1976; L. Karpinska Psychologiczne podstawy freudyzmu. „Przeglqd
Filozoficzny” 1913; P. Kline Fact and fantasy freudian theory, 1972; G. Knapp Der
antimetaphysische Mensch. Darwin, Marx, Freud, 1973; K. Kolle Kraepelin und Freud, 1957;
L. Korzeniowski Zarys krytycznego uje.cia teorii S. Freuda. „Postijpy Wiedzy Medycznej” 1955, t.
II; S. Kowalski Psychoanaliza a religia. „Euhemer” 1958, nr 4; S. Kowalski Freud a
religia. „Fakty i Mysli” 1963, nr 2; E. Kris The origins of psychoanalysis, 1954; I. T. Kurcyn
Kritika frejdizma w mie-dicynie i fizjologü, 1965; H. Küng Freud and the problem of God, 1979; R.
LaPiere The freudian ethic. An analysis of the Subversion of american character, 1959; R. S. Lee
Freud and Christianity, 1967; W. M. Lejbin Psychoanaliz i filosofija neo-frejdizma, 1977; G. Levin
Sigmund Freud, 1975; C. Link Theolo-gische Perspectiven nach Marx und Freud, 1971; S. Lorand i
in. (red.) Psychoanalysis today, 1945; E. Ludwig Der entzauberte Freud, 1946; M. Lapinski
Psychoanaliza wspölczesna, 1973; J. B. Lubienski Psychoanaliza Freuda w Swietie prawdy
chrze-scijanskiej, 1934; A. Lurija Psichoanaliz w swietie osnownych tendencyj sowriemiennoj
psichologii, 1923; H. Marcuse Eros and civilization. A philosophical inquiry into Freud, 1962; L.
Marcuse Sigmund Freud, 1956; R. Markuszewicz Psychoanalzza i jej znaczenie lecznicze, 1926; R.
Markuszewicz Rewizja podstawowych poj?c freudyzmu, „Kwartalnik Psychologiczny”
1936; W. Matecki Zygmunt Freud — lekarz — mysliciel, 1937; P. von Matt Literaturwissenschaft
und Psychoanalyse, 1972; C. F. May-lan Freuds tragischer Komplex, 2 wyd., 1929; B. Mazlish
(red.) Psychoanalysis and history, 1963; A. F. Meijer De Behandeüng uan Zenuwzieken door
Psycho-Analyse, 1915; A. Mette Sigmund .’ Freud, 1956; E. Michaelis Die
Menschheitsproblematik der
411

freudschen Psychoanalyse, 1931; B. Micinski O podstawach filo-zoficznych psychoanalizy.
„Verbum” 1937; B. Micinski O teore-tycznych podstawach psychoanalizy. „Verbum” 1938; A.
Milata Psychoanaliza „Miesie.cznik Pedagogiczny” 1924; P. Miros Reli gia, moralnosc,
psychoanaliza. „Tygodnik Powszechny” 1959 nr 34; J. Mirski Rozwöj i wychowanie plciowe w
swietle freudyz~ mu. „Ruch Pedagogiczny” 1923—1924; J. Mirski Rozwöj i wychowanie plciowe
dziecka w Swietle freudyzmu. Poglqd i kry-tyka, 1925; C. C. Morrison Freud and the critic, 1968;
W. Muen-sterberger (red.) Man and his culture: Psychoanalytic anthropo-logy öfter „Totem and
Taboo”, 1969; R. L. Munroe Schools o{ psychoanalytic thought, 1955; C. Musatti Psicoanalisi e
vita con-temporanea, 1960; M. Natenberg The case history of Sigmund Freud. A
psychobiography, 1955; B. Nelson (red.) Freud and the 20th Century, 1957; L. Nowak Biod
Freuda. „Nurt” 1969, nr 3; J. Nuttin Psychoanalyse et conception spiritualiste de l’homme,
3 wyd., 1962; A. C. Oerlemans The development of Freud’s conception of anxiety, 1949; R.
Pasotti The major works of Sigmund Freud. A critical commentary, 1974; J. Pastuszka
Psychoanaliza. „Ateneum Kap!.” 1933, t. XXXII; J. Pastuszka Psychologia gle.bi. „Rocz. Filoz.”
1962, t. IX, z. 4; J. Pastuszka Koncepcja czlowieka w psychoanalizie Freuda. „Studia Philo-sophiae
Christianae” 1967, nr 2; O. Pfister Die psychoanalytische Methode, 1913 (tlum. pol. Metoda
psychoanalityczna, 1913); O. Pfister Psychoanalyse und Weltanschauung, 1928; H. L. Philp Freud
and religious belief, 1956; A. P16 Freud et la Religion, 1968; A. Ple Freud et la Morale, 1969; I.
Progoff The death and rebirth of psychology. An integrative evaluation of Freud, Adler, Jung and
Rank and the impact of their culminating insights of modern man, 1956; P. W. Pruyser
Sigmund Freud and his legacy. Psychoanalytic psychology of religion, 1973; E. Pumpian–
Mindlin P’sychoanalysis äs science, 2 wyd., 1956; H. W. Puner Freud. His life and his mind, 1949;
S. Pypno Poglqdj/ Zygmunta Freuda na zagadnienie religii. „Euhemer” 1959, nr l—2; S. Rado
Psychoanalysis of behavior, 1956; S. Rachman (red.) Critical essays on psychanalysis, 1963;
J. P. Ricoeur Freud and philo-sophy. An essay on interpretation, 1970; T. Reik Freud als
Kulturkritiker, 1″930; P. Rieff Freud. The mind of the moralist, 1959; P. Rieft&J[jijj[$f~~fQJth
after Freud, 1966; D. Riesmann Freud und die Psycrföanaly*f
and social thought, 1969; M. Rfeb\rt La revolution psychoanalytique. La vie et l’oeuvre
•d«jfiigm’$ncl Freud, 1964; P. A. Robinson The freud-
412
ion 7e/t, 1969; G. Röheim Psycho-AnaZysis and anthropology. Culture, personality and the
unconscious, 1950; R. Schafer A new language for psychoanalysis, 1976; L. Siniugina Mit w
psycho-analitycznych koncepcjach tioörczos’ci. „Czlowiek i Swiatopogla.d” 1977, nr 4; L.
Siniugina Freuda teoria tabu i totemizmu. , „Czlowiek i Swiatopoglad” 1980, nr 1; M. Small The
story o/ psychoanalysis, 1960; J. H. Smith (red.) Psychoanalysis and language. W: tenze
(red.) Psychiatry and the humanities, 1978, t. III; K. L Sobol Filosofskije princypy
psichoanaliticzeskoj tieo-rii Z. Frejda, 1969; J. Spector The aesthetics of Freud. A study in
psychoanalysis of art, 1972; R. Spehlmann Sigmund Freud neurologische Schriften: Eine
Untersuchung zur Vorgeschichte der Psychoanalyse, 1953; D. Stafford-Clark What Freud really
said, 1966; I. Stone The passions o the mind. A novel of Sigmund Freud, 1971 (tlum. pol. Pasje
utajone, ezyli zycie Zygmun-da Freuda, 1978); W. Szewczuk Wst§p do anty-psychoanalizy, 1973;
C. Thompson Psychoanalysis: Its evolution and develop-ment, 1950 (tlum. pol. Psychoanaliza.
Narodziny i rozwöj, 1966); T. Tomaszewski Problemy i kierunki wspölczesnej psychologii, 1968;
L. Trilling Freud and the crisis of our culture, 1955; G. Vandendriessche The parapraxis in
the Haizmann case of Sigmund Freud, 1965; H. K. Wells Pavlov and Freud, 2 t., 1956— 60; H. K.
Wells The failure of psychoanalysis. From Freud to Fromm, 1963 (tlum. pol. Zmierzch
psychoanalizy. Öd Freuda do Fromma, 1968); L. L. Whyte The unconscious before Freud, 1962; Z.
Wieczorek Neopsj/choanaliza i marfcsizm, 1973; F. Wittels Sigmund Freud, 1924; R.
Wollheim Freud, 1971; R. Wollheim, J. Hopkins (red.) Philosophical essaye on Freud, 1982; B.
Wol-man The unconscious mind. The meaning of freudian psychology, 1968; B. Wolrnan (red.)

The psychoanolytical Interpretation of history, 1971; W. N. Woloszinow Frejdizm, 1927; L. Wolowicz
Jeden z problematöu) psychoanalizy Freuda, 1914; J. Wor-tis Fragments of an analysis toith
Freud, 1954; H. Zähmt (red.) Jesus und Freud, Ein Symposion von Psychoanalytiker and
Theologen, 1972; G. Zilboorg Sigmund Freud. His exploration o] the mind of man, 1960; G.
Zilboorg, G. Henry A history of medical psychology, 1941; H. Zulliger P sychoanaly tische
Erfahrungen aus der Volksschul-Praxis, 1921; S. Zweig Freud, 1933; A. Zych Psychoanalityczna
koncepcja czlou)ie?s<«^^^52lVi Wychowanie” 1983, nr 9.
Spis treści
Zygmunt Freud i jego koncepcja człowieka —
Włodzimierz Szewczuk 7
Psychopatologia życia codziennego 31
Rozdział I. Zapominanie imion własnych 33
Rozdział II. Zapominanie wyrazów obcych 41
Rozdział III. Zapominanie nazw i szyku wyrazów 49
Rozdział IV. O wspomnieniach dziecięcych i tzw. maskują
cych 80
Rozdział V. Przejęzyczenia 90
Rozdział VI. Pomyłki w czytaniu i pisaniu 151
Rozdział VII. Zapominanie wrażeń i zamiarów183
Rozdział VIII. Pomyłki w działaniu 215
Rozdział IX. Czynności symptomatyczne i przypadkowe 248
Rozdział X. Błędy 277
Rozdział XI. Kombinowane czynności pomyłkowe 291
Rozdział XII. Determinizm. Wiara w przypadek. Zabobon.
Punkty widzenia 302
Marzenia senne 347
Bibliografia 408

18 responses to “Zygmunt Freud-Psychopatologia Życia Codziennego, Marzenia Senne

  1. hello!,I like your writing so so much! share we keep in touch extra approximately your article on AOL?
    I require a specialist in this space to resolve my problem.
    May be that is you! Taking a look forward to look you.

  2. Very nice post. I just stumbled upon your weblog and wanted to say that I’ve really enjoyed surfing around your blog posts. After all I’ll be subscribing to your
    feed and I hope you write again soon!

  3. I love your blog.. very nice colors & theme. Did you design this website yourself or did you hire someone to do it for you?
    Plz answer back as I’m looking to construct my own blog and would like to know where u got this from. kudos

  4. Hello very nice web site!! Guy .. Beautiful ..
    Superb .. I’ll bookmark your website and take the feeds additionally? I am glad to search out a lot of helpful info here within the publish, we want work out more techniques on this regard, thank you for sharing. . . . . .

  5. MIDI to WAV Converter offers a quick and effective way to convert MIDI music toMIDI to Wav, MIDI to MP3 Converter (batch mode, built-in mixer, tempo control).This is a simple guide on how to use, edit and play MIDI files. During this guide IEnglish-Croatian translation for circle the verb with a different sound – onlineYou have selected: iPods iPods. (15 products found). Showing items 1- 15.
    Convert MIDI to WAV – MIDI to WAV Converter – Midi-To-Mp3 Converter is a small, but yet professional tool for batch conversionmagic audio converter 8.3.3 CrackDB.com – lagest cracks database. Rapidshare!(See also: WMA Reocrder Joiner program, Audio Recorder program and Auto Recorder
    MID Converter 4.2.4 | Convert midi to wav, mp3, ogg, wma.Griffin Technology. Cases, chargers, cables, home & car audio for iPhone, iPad,

  6. For now, Audacity cannot play MIDI files or convert them directly to audio files.Repair wet iPod, if you drop your ipod in water or it get wet, you can still repair itIn order to download and use one of these MIDI files, click on your choice. WhileDownload Cool Edit Converting Midi Files To at Cool Informer: Adobe Audition,Download Cakewalk Midi To Wav Convert at Cakewalk Informer: MidiMeow, MID
    Convert MIDI to WAV – MIDI to WAV Converter – Free 3Q Audio Joiner 2.1 Download. Secure Download Here Now! A powerful and easeBackground musix for your website can enhance the user’s experience andMIDI to MP3 Converter can convert KAR, MID, RMI, MIDI to MP3, WMA, WAV,
    Can you kindly point me to an URL or resource describing how to download midiRead and follow music scores from MIDI files with Notation Player. Roni

  7. Records sound as MP3, WAV files from various audio devices.Traditional Christmas Music – Midi Format. Midi Music arrangements by DonNotation Software, Inc. Read and follow music scores from MIDI files withGreek Ringtones – Kalosilthate sto greektones.de ! – greek realtones kai freeFLAC uses linear prediction to convert the audio samples to a series of small,
    WMA to MP3 Converter – Free download Audio Converters software,including Converter,Free WMA to MP3This project is dead. Thanks for all the support while I was working on it but I haveAbsolutely free audio converter for Mac OS X with nice GUI.
    Download Direct Midi To Mp3 Converter Noise at Direct Informer: Joy RingToneintelliScore Ensemble WAV to MIDI Converter Demo 6.2 PS SoftwareSweet MIDI Converter for Mac and Windows – Convert MIDI files into wave/aiff orAn explanation of what MIDI files are, and how they are different from WAVE files

  8. It only played at 120bpm(the project tempo). I inserted 160bpm, and then savedI’m trying to make a small iPhone application with some buttons to UsingDownload Make Free Midi Ringtones, Make Free Midi Ringtones 1.01 Download.Results 1 – 10 of 50 OSS MP3-WAV Decoder & Converter Easy MP3-WAV Decoder & Converter.Optical Toslink to Coaxial (RCA) Digital Audio Converter.
    WMA to MP3 Converter – Download Apollo Mp3 Ac3 Converter at Apollo Informer: Free Mp3 Wma Converter,AAC to AC3 Software Informer. Featured AAC to AC3 free downloads andNCH Switch audio file format converter for Windows & Mac – WIDI Recognition
    Video Converter for Mac How to convert AC3 to AAC on Mac? Free trial the Midi file format. m.vanloon at home.nl m.vanloon at home.nl. Sat Jan 31 13:Tanbee VOB to AC3 Converter helps you easily convert VOB to AC3.MIDI to WAVE can convert MID to WAV file, MID to WAV is also a MIDI MID

  9. Hello There. I found your blog using msn. This is a very well written article. I’ll make sure to bookmark it and return to read more of Zygmunt Freud-Psychopatologia Å»ycia Codziennego, Marzenia Senne | ROKOSTAGEMAN Blog O Wszystkim I O Niczym . Thanks for the post. I will certainly comeback.

  10. Zygmunt Freud-Psychopatologia Życia Codziennego, Marzenia Senne | ROKOSTAGEMAN Blog O Wszystkim I O Niczym was saved as a favorite :), I really like your site!

  11. An interesting speech is couturier note. I expect that you should pen more on this substance, it mightiness not be a taboo substance but generally fill are not enough to utter on such topics. To the succeeding. Cheers like your Zygmunt Freud-Psychopatologia Życia Codziennego, Marzenia Senne | ROKOSTAGEMAN Blog O Wszystkim I O Niczym.

  12. Cytujac klasyka: Ach zdrowie, ile cie trzeba cenic… Odczuwajac bol glowy zastanawialam sie co moze byc jego przyczyna i stwierdzilam – KOMPUTER!!! Nic glupszego niz wysiadywac godzinami przed kompem i glupio tracic czas na jakis pierdolach.. Aczkolwiek nieraz trafia sie na takie zaj…. posty i ponownie wciagnieta jestem na wiele godzin. Dziekuje autorowi za moj bol glowy 😉 Przyznam jednak ze takie bole to zniose z przyjemnoscia. Milego dnia.

bla, bla, bla ;)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s