Nocny Melanż I Smętne Pizdy


Witam serdecznie.

Mając świadomość zaniedbywania od dłuższego czasu stałych jak i przypadkowych również czytelników, w kwestii mojego słowa pisanego, które kilka lat temu, było stałym, znacznie częstszym elementem mego bloga, niż obecnie coraz częstsze wklejki, mniej lub bardziej przypadkowych fotek, oglądając ostatnimi dniami wiele filmów w serwisie YouTube, z moimi ulubionymi mówcami, oraz inspirując się jednym z nich, postanowiłem popełnić post, o moich melanżach nocnych, z czasów na całe szczęście nieudanego małżeństwa, jak i z okresu po nim. Zdjęcia i ich krótkie opisy, które coraz częściej zamieszczam w tym miejscu, w zastępstwie obszernych tekstów, którymi mogłem tu przed laty zanudzać na śmierć czytelników, nie wprawiają mnie w absolutne spełnienie mojej osoby, jako blogera. Taki a nie inny obraz sytuacji wynika raczej bardziej z mojego, postępującego lenistwa w tej kwestii, niż nadmiaru niedostatku inwencji twórczej, której tak na prawdę nie wyzbyłem się do końca, w trosce o uzewnętrznienia swoich przemyśleń dotyczących niekiedy chujowej rzeczywistości. Oglądając więc wywiad z jednym z ulubionych moich mówców, znienawidzonym przez polskie społeczeństwo, opowiadającym o swoich hulaszczych wyczynach z czasów młodości, postanowiłem wyczesać wpis, o moich nocnych wojażach, a w zasadzie bardziej o poglądzie na taki sposób, tryb życia, czy też element egzystencji, który dla pewnej grupy społeczności stanowi stały, nieodzowny punkt programu, czy też dziennego harmonogramu, a do której z dumą swoją osobę również zaliczam. Niektórzy są szczególnie uzdolnieni matematycznie, inni muzycznie…są też tacy, którym nobilitację przynosi podążanie za modą, choćby czuli się w tym ciuchu gorzej niż więzień, przypominający z ubioru Niemca spod Stalingradu, bardziej niż „nosiciel” Karla Lagerfelda. Jeśli Oni wszyscy tego pragną, pragną realizacji tego czegoś, w sensie spełnienia się w życiu, nie powinno się narzucać ograniczeń, hamujących osiąganie przez człowieka satysfakcji z egzystencji, której powinien być jedynym „panem”. Wiele norm społecznych, czy też obyczajowych, zdaje się wygaszać, delikatnie mówiąc zadowolenie z życia. Wspomniany dziennikarz mówi, że nienawidzi dzieciństwa, pomimo swojego pochodzenia, które fundowało mu raczej wygodnickie życie. Służąca w domu…lokaj…to już zapomniane modele, ogniska domowego, o którym dziś większość z nas, nie będąc bliższą lub dalszą rodziną prezydenta, może jedynie pomarzyć…A mimo tego nie pasowało mu to. Otwarcie w wywiadzie dla telewizji oznajmia, że jedzenie kaszki, zakładanie rajtuz, i chodzenie do szkoły było największym koszmarem jego życia. Uważa, iż chodzenie do szkoły jest największym koszmarem każdego człowieka, choć nie wyrósł na imbecyla, wręcz przeciwnie. Nie każdy jest w stanie popisać się taką skutecznością w dialogach z ludźmi, jak On, który twierdzi, że na całe szczęście wybuchła wojna, która wprowadzając element atrakcji, jednocześnie, zniosła na czas jakiś dla niego, obowiązek chodzenia do szkoły. Ta szczerość balansująca na krawędzi bezczelności i cynizmu, bardzo mnie ujmuje. Zresztą wszyscy na starość stajemy się cynikami,więc…najwyższy czas…

Jpeg

 

 

„Nocny Melanż I Smętne Pizdy”

Gdy szesnaście, czy też osiemnaście lat temu temu, a może troszkę więcej, moja ówczesna zołza-żona, niezwykle wściekła i nieprzychylnie szczera do granic bezczelności, robiła nam naloty w naszej sali, mieszczącej się w domu kultury MOK, będącej naszym niezbyt cichym azylem od wszelakich niesprzyjających radościom życia okoliczności losu, takich jak obowiązki dnia codziennego, wynikające z zawarcia formalnych związków, codziennej, krwiożerczej  walki o egzystencję, myślałem czasem, po przeprowadzaniu niejednokrotnie bardzo złożonej analizy swoich bezczelnych, a czasem wręcz świńskich poczynań, iż być może coś w tych Jej chorych, i dość asertywnie manifestowanych pretensjach jest… logicznego… pouczającego, pożytecznego…Może jest w tym coś, z czego warto wyciągnąć daleko idące wnioski, i dostosować się do gorzkniejącej coraz starszej nieuchronnie, brzydkiej jędzy?”Co Wy tu do kurwy jasnej robicie? Długo zamierzasz tu siedzieć? Na warszawskiej pożar, a Ty tu siedzisz z tymi…I chlejesz…! Chcesz skończyć jak On?”-Wskazywała z pianą na ustach na Jacę… Jaca, czyli Jacek Węglicki, świętej pamięci nasz pałker, wiedział bardzo dobrze jak mieć wszystko i wszystkich w dupie, a szczególnie swoją wyszczekaną, jędzowatą żonę, był w tym prawdziwym mistrzem. Może i właśnie dlatego, po jego śmierci, jego własna żona, uprawniona do decydowania w najważniejszych, dotyczących jego osoby kwestiach prawnych, nie wyraziła zgody na sprowadzenie zwłok Jacka, zmarłego nagle na atak serca we Francji…zabroniła wręcz, mimo, iż my wszyscy,oprócz rodziny zadeklarowaliśmy zabezpieczenie finansowe jak i logistyczne, dotyczące kremacji i transportu urny, ponieważ ani ją ani rodziny nie było na to stać. Spotkaliśmy się jednak z oporem. Wolała aby jej mąż został pochowany we Francji zbiorczym grobie, z innymi niezidentyfikowanymi, bezdomnymi przypadkami… Suka! Ale wracając do naszych nocnych wojaży… Zazwyczaj była to godzina bardzo późna, w butelkach nie było już za wiele… materiał przegrany był już trzykrotnie, na lampach pieców można było smażyć jajka, ilość dymu papierosowego nie pozwalałaby na określenie pory dnia…w zasadzie niechęć powrotu do domu, oraz nadzieja w otwartym Banko, trzymała nas jedynie jeszcze przy zdrowych zmysłach i świetnym nastroju. Jeśli brudas-Rumun nie zamknął knajpy, byliśmy uradowani, jeśli w oknach tej żulerni było ciemno, każdy łapał podkowę na ustach i wycofywał się z pola boju, do niej lub bardziej nudnego ogniska domowego, gdzie na każdego z nas czekał już nieźle wkurwiony „sierżant”. To były fajne czasy. Czasy entuzjazmu małymi rzeczami, czasy beztroski i parcia na karierę, a przede wszystkim wiary w nią. Czasem na prawdę miałem poczucie zaniedbywania pozostałych spraw, obowiązków, a szczególnie tych małżeńskich, spędzając, wieczór w wieczór czas, w Banko, lub Number-1, z mnóstwem znajomych, bliższych, dalszych, a czasem w bardzo, bardzo kameralnym gronie, by nie powiedzieć Sam Na Sam… Czasem wydawało mi się to wręcz nie w porządku, niemoralne, jednak dziś patrzę na to zupełnie z innej strony. Po każdej próbie, nagraniach czy nawet w dniu w którym nie spotykaliśmy się w naszej sali prób, wyjście w nocy, jak to się mawia w miasto, było czymś koniecznym. To stało się rytuałem, niemożliwym do pominięcia. Gdy tylko zbliżały się godziny wieczorne, każdy z nas liczył minuty, i szukał każdego pretekstu do opuszczenia ogniska domowego, aby oddać się codziennej dawce rozpustnego życia nocnego, opartego głównie o przyjęcie odpowiedniej dawki alkoholu, i snuciu bez końca opowieści o najprzeróżniejszych, nieistotnych sprawach, zawieraniu nowych znajomości i czerpania z nich takiej ilości satysfakcji, jakiej tylko fabryka była w stanie dać. Rytuał ten, był dla każdego z nas czym całkowicie obowiązkowym, czymś czego odmówienie było obciachem i siarą. Nawet jeśli ktoś z nas miał dosyć któregoś wieczora, albo doskwierała mu akurat grypa czy też inne mendy, musiał wiedzieć gdzie jest pozostała część grupy, co robią, co się być może wydarzyło pozytywnego lub nie, ponieważ brak tej wiedzy, oraz obecności, nie dawał myśleć o niczym innym. Banko, Number-1 i Stara Kotłownia… magiczny trójkąt zła, rozpusty, alkoholu i innych cudownych używek, powodujących banan na twarzy, a czasami nie tylko na twarzy, a pozwolę sobie przypomnieć, że były to czasy, kiedy chęć zdobycia czegokolwiek co mogłoby we wspaniały sposób uatrakcyjnić każdą imprezę, poprzez wprowadzenie organizmu w stan euforii, nie wiązało się jak dziś, z prowadzeniem niekończących się rozmów telefonicznych, niejednokrotnie przez tydzień, oraz jeżdżeniu bez końca po całym mieście, z podejrzanym typem, który wbrew temu co zapewnia, może załatwić bardzo niewiele, a często nic, co w zasadzie najczęściej widać zwykle już na pierwszy rzut oka, po jego ubraniu. Nocny melanż był codziennym szlakiem do obowiązkowego przebycia, ale był też zarazem pojemną skarbonką. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi. Najważniejsze było przebyć go co wieczór, w mniej lub bardziej spektakularny sposób, w zależności od kondycji. O ile kiedyś wydawało mi się być może to niezbyt stosowną ignorancją wobec pozostałych aspektów życia, dziś słuchając wyznań człowieka do bólu szczerego, człowieka czasem cynicznego, ale i intelektualnie, nieprzeciętnie obdarowanego, człowieka który opowiada o swoich poczynaniach z czasów, gdy zaczynał swą pracę dziennikarską zaraz po maturze,mam tu na myśli wspomnianego przeze mnie wcześniej felietonistę, dochodzę do tego samego wniosku co i On. To było potrzebne jak tlen. Pompowało w nas adrenalinę. Wzmagało produkcję dopaminy… endorfin… było niezbędne do funkcjonowania. Dawało mnóstwo nieporównywalnej z niczym innym przyjemności, powodując jednocześnie poczucie spełniania jakiejś wyższej wartości, co w oczach innych było z pewnością w ten sposób postrzegane. I choć przybrało to na pewnym etapie formę nałogu, było czymś czego nie można żałować, czy też potępiać, a jak uważam teraz-wręcz przeciwnie. Wspomniany dziennikarz, obecnie jeden z moich ulubionych felietonistów i mówców w tym smutnym kraju, zmienił mój pogląd na tego typu tryb życia, który na etapie pewnych jednostek, są wręcz wskazane. W pokonywaniu cowieczornego szlaku braliśmy udział przeważnie bez Jacy, z powodów czysto ekonomicznych, jednak nasze szeregi zasilała nierzadko obecność wielu innych osób spoza Dogmana. Byli to przyjaciele zespołu, lub czasem przyjaciele przyjaciół zespołu, nikomu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Nieobecność któregokolwiek z nas, stwarzała dla wszystkich pozostałych wspaniałą okazję do naigrywania się z nieobecnego, które nie zawsze pozostawało w ramach dobrego smaku, czy też szacunku, wymaganego w relacjach między bliskimi kolegami, za których wtedy cala nasza grupa zwykła uważać się. Gienas jako największy kapeć z nas wszystkich, najczęściej był internowany przez swoją drugą połówkę, która jak twierdził, zawsze przypominała mu Cher, dlatego wziął z nią ślub. Poznali się na jakimś weselu, czy imprezie, podczas której, czy też po której rżnął ją na jakimś trawniku…Tak narodziła się ta wielka miłość, która trwa do dziś. Ta i inne historie dotyczące Gienasa, jego osobliwa mentalność, czasy kiedy zapierdalał jako ministrant w sukienkach, i kilka dziwacznych aspektów jego osobowości, jak dla przykładu niespotykane wręcz parcie na kasę, i ogólnie dowartościowywania się przy każdej okazji, w postaci chwalenia się wszędzie i wszystkim, choćby i tak wszyscy dokoła to wspomniane „wszystko” traktowali to nie jak luksus, a rzeczy będące dla przeciętnego Kowalskiego normą, była doskonałą pobudką naszych niekończących się wspomnień, rozważań i żartów, którym nie było końca. Kawalerka, jak na nią mawiano „U Miłki”, wynajęta przez Blewego specjalnie jako miejsce schadzek, spełniała swoje zastosowanie doskonale. Była niewielka, ale cel do jakiego służyła, nie obligował jej w najmniejszym stopniu do konieczności wyposażania ją w zmywarkę, pralkę, czy nawet wysokiej klasy telewizor. Sam spędziłem osobiście i w samotności i nie w samotności w tym miejscu czas kilkakrotnie, z różnym efektem…, różnymi partnerkami, imion nie pamiętam, przynajmniej nie wszystkie… Przyznam, iż jedno z nich głęboko zapadło w mojej pamięci i to wcale nie z pozytywnych przyczyn, choć całonocny, niespotykanie dynamiczny i pracochłonny seks „U Miłki”, uprawiany z kobietą poznaną kilka godzin wcześniej, która później została moją pierwszą, jedyną i mam nadzieję ostatnią żoną, mógłby sugerować coś zupełnie odmiennego. Byłbym uważam, niewdzięcznym fiutem, aby przy okazji tego wpisu nie wspomnieć jeszcze dwóch imion, spośród tych wszystkich, które w szczególny sposób, ze względu na moją sympatię do nich, jak i wspólne dokonania „U Miłki”, będą zawsze przeze mnie, niezwykle apetycznie wspominane, mam tu na myśli Dorotę i Marzenę, które gorąco pozdrawiam. Naszym żonom, gdy już stanowczo wkroczyły z buciorami w nasze życia, nocne hulanki, które niekiedy zaczęły już przenosić się do naszych domów, a w zasadzie najczęściej do mojego, zaczęły tak przeszkadzać, że poczuły się już dość mocno uprawnione do walnięcia w pysk, czy rzucenia w któregoś z nas, tym co było pod ręką, co zdarzało się coraz częściej. Żona Jacy była najbardziej zaprawioną w bojach, w sensie przyzwyczajenia do tego typu sytuacji, jednak dla mojej żony, czy wspomnianej wcześniej Doroty, będącej jednak żoną Blewego, nie było już to takie słodkie. Nie da się ukryć, że magiczny Szlak Rozpusty funkcjonował w naszym kręgu jeszcze długo po tym, jak Dogman przestał istnieć, a nawet po tym jak na całe szczęście przestało istnieć moje małżeństwo, już na samym starcie nazwane w zasadzie przeze mnie falstartem. W międzyczasie, zmiany personalne w obrębie sekcji rytmicznej, wpłynęły rzecz jasna na zmianę składu Nocnego Klubu Rozpusty. Wędrak, który zastąpił Wronego, okazał się znacznie mniejszym abstynentem, co wprowadziło dodatkowy element świeżej krwi w naszych szeregach, nie tylko oczywiście w twórczości i na scenie, jednak też okazał się nie mniejszym kapciem od Gienasa, co nie pozwoliło zbyt często dziarmolić do rana, próbując urobić na sex jedną z kelnerek, która zwykle była już tak zmęczona, że pewnie byłoby to ostatnią rzeczą o jakiej marzyła by tego wieczora.  Niechcianych incydentów było raczej niewiele, zwykle nastroje były pozytywne a alarmistyczne odruchy zdarzały się bardzo sporadycznie. Z biegiem czasu, relacje zaczęły z lekka słabnąć. Każdy z nas zaczął w większym lub mniejszym stopniu kapcieć. Żony zaczęły osiągać swój cel. Wprowadzenie embargo na alkohol, narzucanie zakazów i zakazów, ich ciążę mniej lub bardziej chciane… związane z tym rosnące potrzeby w rozumieniu ekonomicznym jak i fizjologicznym…Ich zgorzknienie, i coraz częstsze rozdrażnienie dokładnie wszystkim, zatruwało nasze dupy coraz bardziej. Niektórzy z nas dali się tak zniewolić, że bardziej nie było można. Ja jednak nigdy nie poddałem się takim zaborom. Do samego końca mojego małżeństwa, jak i długo po nim robiłem to co chciałem, bywałem gdzie chciałem i z kim. Ja decydowałem o swoim harmonogramie dnia, nie żona. W miejscach w których melanżowaliśmy, bywali różni dżentelmeni. Bywali tacy, którzy odczuwali nieodpartą potrzebę odgrywania co wieczór przedstawienia, wywiązując się z tego jednego wieczora lepiej, innego gorzej, ale zawsze jednak… W bezpośredniej bliskości nigdy nie brakowało kobiet o nienagannej kulturze, jak również lekkich obyczajów, z lekkim naciskiem na tę drugą grupę. Byli tacy którzy chętnie tańczyli, i tacy jak większość z nas, którzy z reguły dobrze jedli, pili, i zdrowo pieprzyli, jeśli tylko trafiło się w dziesiątkę danego wieczora. Chciałbym powiedzieć, lub raczej napisać, iż to moje nocne melanżowanie, nasiliło się w okresie, w którym moja żona zrobiła najlepszą jaką mogła dla mnie rzecz w życiu, czyli zabrała dzieci i wyprowadziła się z nimi do swojej matki, próbując jeszcze nawet na odległość wpływać na moje egzystowanie, co było do bólu chore, i przyznam szczerze, że byłoby to dezawuacją ówczesnej rzeczywistości, w której czułem się jak ryba… zarówno przed odejściem żony jak i po rozstaniu, gdybym kiedykolwiek oświadczył, iż żałuję tego rozstania. Gdy nastał ten wielce oczekiwany przeze mnie moment wolności, a w konsekwencji rozwód, poczułem się wyzwolony w jakimś sensie. I choć na początku było całkiem dziwnie, gdy stojąc pod drzwiami do sali rozpraw, w oczekiwaniu na rozprawę rozwodową widzieliśmy z żoną jak inni wchodzą przed nami, sfrustrowani, źli, naburmuszeni…śmiejąc się i dziwiąc, z jakiegoż to powodu pary, a w zasadzie strony, które wchodzą na salę rozpraw, na rozprawy rozwodowe, są na siebie tak  rozzłoszczone? teraz już wszystko wróciło do normy. Nie utrzymujemy żadnych kontaktów. Na świadomość dzieci matka zdobyła się na takie wpływy, że nie potrzebują kontaktu ze mną. No cóż jest też kilka dobrych stron, takiego obrotu sprawy, jak dla przykładu okres wszelakich świąt, których jest przecież w roku sporo…Ta lepsza strona to z całą pewnością względy ekonomiczne, co w związku z jeszcze dynamiczniejszym rozwojem nocnego melanżowania po rozstaniu, ma jak najbardziej zrozumiały sens. Tak więc melanżowaliśmy bez opamiętania, a po rozstaniu z żoną gościłem u siebie nawet jej koleżanki. Wszystko kręciło się dość szybko i z wielkim rozmachem. Teraz w całości swój czas poświęcam na pracę i melanż, jeśli jednak już melanż, to w bardzo ograniczonym gronie. Znajdą się teraz pewnie tacy, którzy podniosą głos, wykrzykując:” No i dlatego jesteś rozwiedziony od 2001 roku, i nadal nie masz żony!”  Nic bardziej mylnego proszę szanownych panów i szanowne panie. Swój ostatni związek z pewną esesmanką o nazwisku rodem z trzeciej rzeszy, zakończyłem z powodu poczucia ograniczania wolności na wielu płaszczyznach życia. Upośledzenie umysłowe napędzane chamstwem i głupotą jej oraz niedorozwiniętej, wyrośniętej po Czarnobylu gówniary, zaczęło odbijać mi się czkawką, a głupota tego środowiska zaczęła atakować również moją sieć neuronową. Ja muszę być sobą, każdy ma prawo a nawet uważam zasrany obowiązek, być sobą. Teraz na całe szczęście mieszkam sam, więc robię co chcę, kiedy chcę i z kim chcę. Przed wspomnianym Goebbelsem oprócz żony była jeszcze jedna taka larwa, która ogólnie w naturze ma rządzenie całym światem, a jej egocentryzm przerasta swą siłą hipokryzję Matki Teresy Z Kalkuty…mmm…dlatego podciera teraz dupy starym szwabom. Wprawdzie jeździ nowymi autami, wysokiej klasy i szemranego pochodzenia, figurując jednak w Polsce jako bezrobotna i bezdomna osoba. Nikt nie ma prawa ograniczać drugiego człowieka w żaden sposób, a tym bardziej zmuszać do czegokolwiek, choćby miałoby to być tak prozaiczne zjedzenie do końca talerza pomidorowej, o poczęciu dziecka nie wspominając. Gdy babsko zaczyna szarogęsić się nadto, jej miejsce jest za drzwiami…No chyba, że to jej mieszkanie, jak było w tym przypadku, więc musiałem znaleźć inne. Ale…dla chcącego nic trudnego. Ja mieszkam teraz w małym apartamentowcu, a esesmanka ma zlicytowane mieszkanie, z powodu swych nieprzeciętnych umiejętności zarządzania finansami, które było dość znaczącym elementem, podjętej przeze mnie, niezwykle trafnej decyzji o rozstaniu. Umiem doskonale radzić sobie z kobietami, o czym świadczą ich częste zmiany, dlatego szybko znalazłem sobie następną. Co z tego, że ukończyła politologię w Warszawie, skoro musiałem tłumaczyć jej, intencje innych kobiet, komentujących moje wpisy w sieci, abyśmy nie pozostawali w atmosferze rozdartej harmonii tygodniami…debilizm.  Jeszcze chwila a musiałbym, lub trafniej będzie określić-zostałbym zmuszony do usunięcia Facebooka, Instagramu i pewnie jeszcze mojego bloga na WordPress…Bleee! Poznałem inną…Mieszka niedaleko. Okłamując swojego faceta, zostawiała go w domu, aby spędzać u mnie mnóstwo czasu…nawet w nocy. Jednak okazało się, że jest tak aseksualna i konserwatywna w aspekcie sexu, że niemożliwym jest wypowiedzenie przez nią choćby szeptem słowa „penis”, a o wzięciu go choćby do ręki, nie mówiąc w usta, wszyscy szanowni moi następcy-możecie zapomnieć… Do tego wszystko to co u poprzedniczek, czyli…Na jakikolwiek dźwięk powiadomień z telefonu czy komputera, słyszałem reakcję:”Co to? Co to? Co to? Pewnie messenger, Badoo albo jakaś inna laska…No przyznaj się…No przyznaj!!!        I non stop tylko i CO TO? i CO TO? A gówno! A co Cię to kurwa obchodzi, powinienem powiedzieć, na co nie pozwalał mi poziom mojej kultury osobistej. Masakra! Oczywiście było też kilka takich, które nie pytają…Nie pytają o nic. I właśnie dlatego, z uwagi na wielki szacunek do Nich i ich podejście do tematu, pozostanę przy zachowaniu ich anonimowości tutaj. Jestem teraz wolnym samcem, oddychającym pełną piersią… Ma to czasem jak wszystko zresztą w życiu swoją cenę Może trafić się czasem, dość nieoczekiwane zachowanie, przypadkowo zaproszonej na noc damy, w postaci zniknięcia pewnej kwoty pieniędzy z portfela, co również zdarzyło się, w mojej historii mojemu portfelowi, ale przecież w życiu nie ma nic darmo. Można by rzec, iż szczególnie udany seks, potrafi być nierzadko w cenie. Poza tym stałe związki stawiają człowiekowi całe mnóstwo ograniczeń. Jak twierdzi wspomniany dziennikarz, w jednym z wywiadów, stały związek a przede wszystkim mozolne starania w celu dochowania wierności, wprowadzają element nudy na niespotykaną skalę. Według Niego, ludzie powinni zdradzać się w związkach, aby mieć o czym i o kim dyskutować, zamiast prowadzenia nudnych rozmów na temat zakupu nowej zmywarki do domu…coś w tym jest, przyznaję… Pamiętajcie! Stały związek z jedną kobietą oznacza dla faceta destrukcję osobowościową, powolnie postępujący paraliż intelektualny. Nie dajcie zwodzić się mirażom wspaniałego, stałego związku DO PÓKI ŚMIERĆ WAS NIE ROZŁĄCZY!!! To lipa w kratkę, no chyba, że ktoś lubi być pod pręgierzem. Wystarczająco już jesteśmy sterowani, układani i manipulowani od samego dzieciństwa. Panowie, czyż wielopartnerstwo, zwane poligamią nie jest aby tym co leży w naszej naturze? Sama wielce wszystkowiedząca wiki przecież mówi:

Biologia uważa iż pochodząc od poligamicznej małpy człowiek również jest poligamiczny. Znowu kościół katolicki stoi na straży monogamiczności i nie dopuszcza moralność katolicka kochania wielu kobiet lub mężczyzn, nazywając zdradą itd. „

Jpeg

Czyż nie jest cudownie uprawiać sex dziś z dorodną i nieprzeciętnie inteligentną samicą o monstrualnym biuście, a dnia następnego ze szczupłą, płaską jak deska, głupią, pozbawioną zdolności odmowy czegokolwiek blondynką? Pojutrze z bardzo dojrzałą i nieprzeciętnie inteligentną brunetką o piersiach foremnych jak kosztele, a za trzy dni bardzo młodą, napaloną jak szczerbaty  na suchary ogoloną na krótko nimfomanką? W dodatku sam możesz dziś zadecydować o tym gdzie pójdziesz, jaką kwotę i na co wydasz ze swojego i tylko swojego budżetu…Czyż nie jest to bardziej kuszące niż biblijna cipka Ewy? Życie nocne bez ograniczeń. Zresztą nie tylko nocne…Ale w nocy, właśnie o tej porze, o której przeciętny, będący pod stałą kontrolą i pręgierzem Kowalski, musi dotrzymywać z reguły towarzystwa swojej drugiej, nudnej, widzianej po raz dziesięciotysięczny Kobiecie Fatalnej a przypominam, że istnieje jeszcze bardziej zacietrzewiona wersja tego osobliwego tworu, nazywająca się Kobietą Upadłą, którą przeciętnie każda kobieta staje się po kilku latach związku, który nie wróży już niczego dobrego, ja mogę wszystko to, o czym Kowalski, jedynie może pomarzyć, tuląc z niechęcią w tej chwili moją byłą żonę, larwę z wyjebanym w kosmos egocentryzmem, podcierającą dupy ztetryciałym starcom, czy Goebbelsa z Radogoszcza. Z utartymi modelami związków międzyludzkich, zdaje się być podobnie jak w jednym z programów określił to pewien radykał, wypowiadając się o ogólnie przyjętym zachwycie filmu „Rejs”, który traktowany jest jak dogmat. Mówił on…cytuję z pamięci, więc niezbyt dokładnie…”Dlaczego mam zachwycać się „Rejsem”? skoro w ogóle mnie on nie zachwyca? Tylko dlatego, że większość uważa go za film kultowy?” Te słowa wypowiedział kiedyś Pan Cejrowski, i z tym akurat, w zupełności zgadzam się. Wspomnianego dziennikarza, prawdziwego krasomówcę, których dzisiaj już niewiele pozostało w tym kraju, pozwolę sobie, w okolicznościach tego wpisu, pozostawić anonimowym…z pozdrowieniami dla Pana Jerzego. Imiona pewnych dam, wnoszących szczególnie znaczący wkład, w moje życie osobiste, pozwolę sobie w tym poście, z uwagi na mój szczególny do nich szacunek całkowicie pominąć.

DOGMAN w HENDRIX STUDIO (Radio I Telewizja Lublin)


Wyjechaliśmy wcześnie rano. Na miejscu byliśmy kilka godzin za wcześnie, cóż było czynić…Czwórce młodym rockowym geniuszom…Piliśmy całe te kilka godzin, doprowadzając się do skrajnego urojenia i trzeźwiejąc. Gdy nadejszla wiekopomna chwila, ruszyliśmy do studia, w którym prawie cała Budka Suflera niemalże mieszkała, w nadziei przespania się przed sesją nagraniową. Na miejscu czekać miał na nas Loose-nasz ówczesny manager. Oczywiście nie było Go…Nikt też nie wiedział o naszym przyjeździe do studia. Po dłuższej chwili rozmów telefonów dostaliśmy pokój, w którym zalegliśmy w wyrach, z alkoholem uderzającym dotkliwie w tętnice, nie marząc o niczym innym jak tylko o śnie, z przekonaniem, iż od dnia następnego rozpoczniemy od dawna zaplanowaną sesję, z realizatorem pracującym w tym studio przy wielu produkcjach Budki, Bajmu i innych topowych w tamtym czasie wykonawców. Po zapadnięciu w upragniony sen, dosłownie po pięciu minutach, niespodziewanie ktoś szarpie mnie…Otwieram z trudem oczy, a tu Loose-schodzimy do studia!!! Krzyknął. Zeszliśmy. Najbardziej pijany był Jaca-drummer. Nikt nie wierzył, że będzie w stanie cokolwiek nagrać-nagrywał jako pierwszy. Nikt z personelu studia nie wierzył, że będzie w stanie zagrać równo z klick-iem-NAGRAŁ!!! Później było coraz lepiej. Przedstawiono nas w bufecie, w którym od tej chwili traktowano nas jak Bon Jovi. Wszystko na krechę! Tak ustalił nasz manager, który w chwili wyjazdu ze studia miał uregulować wszystkie rachunki. Włosy myliśmy w wodzie mineralnej BONAQUA, Blewy-gitarzysta, nie wchodził do studia bez słoików z oliwkami. Braliśmy, co chcieliśmy, przez kilka dni pracując w studio, nocami upijając się do nieprzytomności. Nie obyło się bez nocnych incydentów związanych z aktywacją systemu alarmowego, strzegącego kompleks Radia I Telewizji Lublin, gdzie wracając nocami z centrum miasta omijaliśmy drzwi, wybierając jako bardziej interesującą alternatywę dostania się do środka-okna! Było naprawdę młodzieżowo! Spotkałem tam Grześka Ciechowskiego z Republiki, w dzień, w ogrodzie obok naszego, przesiadywała ze swoimi muzykami Iza Trojanowska. W pokoju obok mieszkał Gładysz-gitarzysta miedzy innymi HUMAN, Kaśki Kowalskiej. Była niezła zabawa, która po tygodniu dobiegła końca. Nagraliśmy dwa utwory. Wyjechaliśmy z Lublina, przyjechał po nas Loose…Wszystko było w jak najlepszym porządku, nawet w drodze powrotnej były niezłe jaja. Wszystko było w porządku, oprócz jednego-WYJECHALIŚMY NIE PŁACĄC ZA NIC! Tak zadecydował manager, więc nie posiadając żadnych wyrzutów sumienia ani poczucia winy, pozdrawiam Studio Radia I Telewizji Lublin.