EXPO 2010 – PARTY


Godzina 18.30-zbiórka pod samolotem…czekaliśmy dosłownie chwilę…po dotarciu ostatnich ALIENÓW, grupa OBCYCH uległa „rozszczepieniu”…ja do UNDERGRUND-u reszta…gdzieś opodal.
W UNDERGRUND MIAS P oraz MIAS M budowali duchowy grunt pod udaną (w założeniu) imprę…więc dołożyłem swoich starań-również 🙂
W UNDERGRUND wiało pustką…kilku zapaleńców trącało kulki-nawet nieźle im szło a ze wszystkich stolików razem z naszym zajęte były chyba trzy…:)
Po 45 minutach poderwaliśmy zady w celu przemieszczenia ich w miejsce docelowe czyli HALĘ… Po przebyciu ulicy POLITECHNIKI spotkaliśmy kilka sporych grupek koczujących w okolicach starej hali sportowej, które kończyły to czego nie zdążyliśmy MY dokonać w UNDERGRUND. Po kilku minutach powitań i wymiany zdań ruszyliśmy ku HALI. Mimo przybycia ze sporym zapasem czasu okazało się iż w środku jest już masa osób które postanowiły przybyć tam jeszcze wcześniej…a więc szatnia, zaproszenia…pieczątki na łapy i do środka 🙂 W środku…konwencja imprezy trochę moim zdaniem kłóciła się z ogromem hali który sprawiał że pomimo całkiem starannego wystroju-białych obrusów, krzeseł, kanap, kelnerów przebranych odpowiednio do stylu imprezy, ja przynajmniej odczuwałem brak nieco bardziej kameralnego lokalu…wypełnionego papierosowym dymem.
Generalnie jednak impreza całkiem ok…obyło się chyba bez większych „wpadek”…chyba-ponieważ nie byłem do końca:)
Ale z całą pewnością zaliczam ją do udanych…spotkałem osoby których dawno nie widziałem a jedna z nich to kolega którego ostatni raz widziałem ok 15 lat temu…nawet nie wiedziałem że tam pracuje:)miła niespodzianka:)
Dużym utrudnieniem była toaleta- jak na ponad 1500 osób to ZBYT MAŁA !!! oraz za mały bar!!! dużo czasu należało poświęcić na czynności związane z nabyciem, spożyciem oraz wydaleniem 🙂 a jeśli jeszcze ktoś chciał zapalić papierosa to niestety wyłącznie przy wejściu w holu, który był tak zadymiony że ja nie wyrabiałem więc wychodziłem na mróz.
Co do punktu kulminacyjnego imprezy czyli koncertu DODY należy przyznać szczerze…dobre światło na które składała się pokaźna ilość „głów”, mocnych i sprawnych „oświetlaczy”…spot-y, umiarkowana ilość laserów. Dobra pirotechnika i ogólnie przyzwoita scena…to wszystko sprawiało że oprawa wizualna była naprawdę na wysokim poziomie.Jeśli chodzi o sound to cóż…nie jest to hala o warunkach akustycznych preferowanych do imprez muzycznych. Rozmiary hali oraz jej kształt powodują spory czas pogłosu więc aby go zniwelować należałoby solidniej wypełnić ją dźwiękiem, zastosować nieco inną konfigurację systemu nagłośnienia lub przynajmniej system strefowy ale ponieważ nie był to typowy koncert a tylko część muzyczna imprezy na której należało dać uczestnikom szansę na prowadzenie jednak rozmów, było tak a nie inaczej i aby poczuć „kick” na klatce piersiowej należało stanąć tuż przy scenie, kilka metrów dalej dźwięk był już nieco rozmyty. Po kilku drinkach jednak nie było to już tak uciążliwe dla ucha jak na początku i wszyscy stanęli dzielnie face to face z SZEFOWĄ WSZYSTKICH SZEFÓW-tak zapowiedziano występ DODY:)
Technika była szybka i sprawna co przełożyło się pozytywnie na komfort samej SZEFOWEJ bo nie widać było u Niej raczej większego niezadowolenia z powodu jakiś niedociągnięć technicznych. Kontakt z publicznością miała właściwy choć brakowało mi nuty obsceniczności w postawie „wokalistki” do jakiej przyzwyczajają nas media…odnosiło się raczej wrażenie jakby sama „artystka” miała świadomość koncertu dla VIP-ów bądź kółka różańcowego ale generalnie było OK. Choć nie jestem absolutnie słuchaczem dokonań DODY ani też wielbicielem JEJ „talentu” stwierdzam iż może go chyba zaliczyć do udanie wykonanego koncertu.
Po przeprowadzeniu kilku naprawdę :)miłych:) rozmów, odstaniu w kilku dłuuugiiich kolejkach z powodów fizjologicznych, spożywczych oraz w celu zaspokojenia potrzeby nikotynowej, w wyniku „wyższej konieczności” przeprowadziłem „sprawną” ewakuację w stylu angielskim 🙂
Kilka migawek z impry: