Inside „…Dwumetrowa Pizda…”-Upadek Ostateczny


To chyba nie miało szansy na rozkwit…na sukces…tak myślę sobie …czasem. Wypalone umysły, wypalone organizmy, wypalone inwencje, i…wypalony entuzjazm… przerost formy nad treścią, z jednoczesnym nadmiarem idealistycznej fantazji, graniczącej z utopią, ze względu na nieosiągalne elementy oprawy…stanowiącej niezłą koncepcję, ale jednocześnie koncepcję tak atrakcyjną, pod względem wymaganego budżetu, jak rownież zaplecza technicznego, że…nieosiągalną… Dodatkowym utrudnieniem był brak jakiejkolwiek dyscypliny u Znyqa oraz Dzięcioła…Kyt dawał radę, choć nieraz pokłóciliśmy się o to, że czekam dobre 15 minut na otwarcie studia…no i to co mnie osobiscie najbardziej zmęczyło, to ciągłe zmiany koncepcji instalacji systemu monitorowego…pół roku podłogowy, pół roku douszny, i tak na zmianę… Ja uczestniczyłem w tym półtora roku za pierwszym moim podejściem, około roku przerwy, i następne pół roku po ponownej, wspólnej reaktywacji…tym razem zawalił Dzięcioł…

znikał notorycznie…na kilka prób z rzędu…nie mozna było ciągnąć tego dalej, tym bardziej, ze studio pod nowym adresem, zaczęło kosztować, jedynym wypłacalnym był Znyq…ja w tym czasie startowałem z firmą…też bywało, że dwie próby pod rząd potrafiłem odpuścić… Na koniec, w akcie desperacji, KYT wymyślił wymianę basu, i gitary na młodą krew…było blisko…znalazł zdolnych, młodych następców, jednak coś nie poszło dobrze…jeden się wyłamał, i wszystko co przez kilkanaście lat przygotowywali, calą płytę…dziesiątki czy setki perypetii…plany koncertowe…

w miedzyczasie przenoszenie studia spod jednego adresu pod drugi, powodu zawalenia się dachu…plany rżnięcia lasek po hotelach…wszystko za…ało solidnie o glebę, po chyba dwunastu latach przestało istnieć. Na początku wydawało mi się, że jest szansa to wykonać, przygotować się do koncertów i pojechać z tym solidnie. Pisząc na początku, mam na myśli swój początek współpracy z INSIDE…mój początek miał miejsce w zasadzie pod koniec całego procesu tworzenia…wszyscy byli już zmęczeni…mnie ta muzyka wogóle nie pociągała, do tego była potwornie trudna rytmicznie, oraz melodyczne…dlatego postanowiłem ten materiał ogarnąć…wykuć na pamięć, pomimo polifonii, oraz polimetrii, dodatkowo utrudniającej cały proces nauki materiału…zrobiłem to by udowodnić coś sobie, wiedząc, że prawdopodobnie nie wyjdzie to nigdzie dalej…udało mi się…

uczyłem się materiału półtora roku, przyjeżdżając czasem no studia w samotności bez żadnego z chłopaków…miałem całą płytę na śladach, łącznie z wokalem, nagranym przez Sławka, którego KYT po latach poszukiwań poznał gdzieś na ulicy, i okazało się, że Sławek właśnie dysponuje takimi warunkami jakich KYT oczekuje. Jednak po nagraniu, Sławek popadł w kłopoty mieszkaniowe…do tego doszły dragi…wóda…miał sporo problemów życiowych, nawet jeszcze przed INSIDEm. KYT opowiedział mi kiedyś historię Jego życia…włosy się jeżą na głowie. Było wiele w tej historię, ale pamiętam jeden jej element, gdy w wieku chyba około dwudziestu lat. Do drzwi puka ktoś, okazuje się, że to brat o którym nie miał On pojęcia, a kobieta mieszkająca w domu od dzieciństwa, okazuje się nie być jego biologiczną matką. Później ludzie dziwią się, jak to możliwe, że tak młodzi ludzie trafiają do MONARU?… wyjechał do Anglii i tam urodziła mu się córka, z poważną wadą serca…został tam, a KYT został znów bez wokalu…wprawdzie nagranie miał, więc miał płytę, ale nie mógł grać koncertów, z uwagi na brak Sławka…nie mógł więc promować płyty, w przypadku sprzedaży materiału, bądź wydania go pod własnym szyldem, co zresztą Inside uczynił wcześniej że swoją pierwszą płytą…

Wtedy właśnie po rezygnacji Sławka, po długim czasie poszukiwań, zaproponował mi tę rolę. Sławek wyjechał…musiał…ponieważ tutaj prawie sięgnął dna…widywano Go na Piotrkowskiej w środku zimy, w samej koszulce…Tam w Anglii podobno nieźle Mu się powodzi…trenuje jakieś walki wschodu, a Dziecioł powiedział kiedyś, że Sławek to taka dwumetrowa pizda…że zapisał się na treningi, jak sam podobno powiedział-ze strachu…tam…w Londynie każdy dzieciak biega z nożem w kieszeni…Ślady Sławka były em dyspozycji na FOSTEX-ie, więc zero kłopotów, nie potrzebowałem chłopaków, i ich instrumentów…razem graliśmy bo razem jest inaczej…inna interakcja, poza tym, podczas wspólnej próby, wszyscy pozostali utrwalają materiał.

Materiał był dla mnie potwornie trudny do przyswojenia, bardzo polimetryczny…bywało że każdy z instrumentów grał w innym metrum, a do tego wokal musiał być tak jak nagrał Sławek, nie inaczej…chyba, że już coś wyjątkowo mi nie leżało, wtedy KYT pozwalał na odejście od formy, i zrobienie po swojemu. W zimę przychodziłem do studia z KYTem, a czasami sam…chłopaki już nie mieli siły wałkować tych numerów kolejny raz…czekali aż je przyswoję. Bywało, że rzucałem słuchawkami, wykrzykując: kurwa! Nie zrobię tego! Pie…lę!

W dupie z tym! KYT stał spokojnie i mówił: Ja wiem, że muszę tm znosić, i będę…ale wiem że za każdym razem, gdy bierzemy nowy utwór, tak krzyczysz…wiem, że to zdołasz zrobić…wtedy zakładałem znów słuchawki, i robiłem swoje dalej, powtarzając stopięćdziesiąty raz którąś z linijek tekstu…tm była masakra. To co mi osobiście z jakimś niewielkim stopniu, ale jednak przeszkadzało, był fakt, iż całe zjawisko INSIDE, było otoczone jakąś dziwną ideą…bardziej napompowane…luzem, niż faktycznie wypełnione rock’n’rollem…wręcz jak w kościele…tego nie…tamtego nie…nie rób tak…srak…to nie wypada…ważniejszy jest punkt, ton…bardziej jak w filharmonii, niż w kapeli rockowej…to od początku było dla mnie bardzo niewygodne.
Znyq od początku trzymał dystans…może i miał prawo…nie zabiegałem zbytnio o jego skrócenie…w końcu facet przeżył tyle, że moje życie przy Jego doznaniach, to jak Beverly Hills 2010 przy Koszmarze Z Ulicy Wiązów…inteligentny, stanowczy…czasem tak asertywny, że można by rzec- ślepo uparty…elokwentny, oczytany, dowcipny…jednym słowem fajny gość…w dodatku doskonałe wyczucie rytmu, dobry słuch muzyczny…jeśli chodzi jednak o Dziecioła, pomimo mojego głębokiego poczucia, iż to najbardziej szczery kolo, przynajmiej dwa razy, przejechałem się na Jego hipokryzji…Zaskoczył mnie fakt, iż właśnie On, potrafi być zdolnym, mówienia mi czegoś, co za moimi plecami, zmieniało formę…diametralnie…Nie było by fair, pominąć tu osobę Emila, który wiele pomógł, i wniósł sporo świeżej krwi, oraz entuzjazmu, którego jak widać, i tak zabrakło, do…dopłynięcia do celu…uważam że to wszystko można było zrobić w rok…i byłoby na tym samym poziomie…a tak chłopaki stracili kilkanaście lat, w dodatku śladów na płycie jest teraz tyle, że nie sposób zrobić mix, i master…środkami studia Abyss…Zawsze powtarzałem, że niejeden zespół, chciałby mieć takie warunki jakie my mieliśmy, i to nawet niejeden z zespołów na topie…mówiłem…wykorzystać te warunki-zrobić materiał…płytę…w miarę szybko i sprawnie na daną chwilę, Kyt wolał jednak co kilka lat powtarzać a to bębny, a to gitary, później znów bębny…i tak przez dwanaście lat…

i tak uważam, że wytrzymali sporo…mnie to półtora roku, w zupełności wystarcza. T0 i tak długi okres…choć w porównaniu z ich czasem spędzonym nad tym projektem, to kropla w morzu…jednak dla mnie był to czas wystarczający, aby podjąć decyzję o zaprzestaniu…Szczytem braku rock’n’rollowego podejścia do tematu, była propozycja Znyqa, aby na drugą gitarę wziąć niejakiego Rossę…kumpla Znyqa…dużo czasu spędzali razem…często przyjeżdżali do studia razem…prawie zawsze z alkoholem…kończyło się to zawsze dobrą zabawą, ale brakiem również jakiegokolwiek postępu, w znajomość materiału…jego kontroli, a w konsekwencji stawianiem funtów, w pozycjach, które dziwiły…wprowadzały w zakłopotanie „stawiającego”…tłumaczącego się jakąś kuriozalną awarią procesora gitarowego, by usprawiedliwić bycie akurat o wiele, wiele centów OBOK 😉

Kyta zaczęło to wkurwiać, mnie często również, ponieważ ten materiał był ich wspólnym dzieckiem, pielęgnowali go dwanaście lat, a zdarzały im się coraz częstsze wpadki. Zapominali formy, pozycje, tony…często mówiłem im…sugerowałem…gdzie jest błąd, w którym takcie, i na którym dźwięku…często nie dawali za wygraną…negowali moją rację, odrzucali sugestie, ponieważ wychodzili z założenia, że nikt nie może znać formy lepiej od nich, skoro szlifują ją już tyle lat…a na pewno nie będzie ich pouczał kolo, który raptem od roku przyswaja materiał…nie dopuszczali takiej myśli…taki PATENT NA NIEOMYLNOŚĆ…

Z Dzieciołem było troszkę inaczej…wogóle w studio nie pił…nigdy…najwyżej znikał na 2-3 tygodnie…nie odbierał telefonów, zapijał się poza kapelą, później tłumacząc się mam, że był na zwolnieniu…a to chory…a to nogę złamał…takie tam…niby kontakt miałem właśnie z Dzieciołem najlepszy, jednak bardziej cenię postawę Znyqa…

człowieka bezpośredniego, który nigdy nie odzywał się nieproszony, a gdy już mówił, robił to bezpośrednio…szczerze…na temat…choćby miało boleć…ale to odróżniało Go od pozostałej dwójki…KYTA znam najdłużej, razem robiliśmy projekt Piotra Jełowickiego…tak się poznaliśmy…razem jeździliśmy w ekipie Proletariatu…mimo to, kilka razy nie był szczery…podejrzewam…tak mówią fakty, i moja analiza…aczkolwiek jestem istotą ludzką, a moją naturą jest błądzić…

Studio na Kopernika

miało swój urok, klimat, to był w pewnym okresie, jak mi opowiadali, ich drugi dom…tworzyli tam…spali, jedli, maltretowali chętne niewiasty…świątek piątek…jednak pewnego dnia KYT dostał telefon od zarządcy budynku, z informacja iż dach uległ zawaleniu…to było tuż po moim pierwszym rozstaniu z INSIDEm…na szczęście sprzęt nie ucierpiał…studio przeniesiono na Lodową…tam już klimatu nie było…za to pojawił się wygórowany czynsz za dzierżawę pomieszczeń…było ciężko… Wtedy KYT zadzwonił z zapytaniem, czy nie wrócił bym…wróciłem. Był drugi gitarzysta…młody…zdolny…dobry technicznie…KYT był zadowolony…poraz pierwszy w życiu, spotkał kogoś, kto potrafił nauczyć się w mgnieniu oka partii gitarowych Znyqa…na dwie gitary brzmiało tm jeszcze lepiej…znów było dobrze…był konkretny plan działania…aż do momentu gdy Dziecioł znów zginął na kilka tygodni…młody, zdolny…zrezygnował, chciał grać, a nie czekać wciąż na kolegę z przypadłościami alkoholowymi…zwyczajnie odszedł. Pojawiła się koncepcja poszukiwania kogoś na miejsce Dziecioła…trwało tm kilka tygodni…

KYT chciał nawet aby młody wrócił, ale młody nie chciał, powiedział że nie interesuje Go projekt z dwiema gitarami…na końcu powstała w głowie KYTa koncepcja wymiany i Znyqa i Dziecioła na nowych ludzi…ponoć nawet takich znalazł…dostali materiał…mieliśmy się spotkać…zobaczyć, jak to razem wszystko zagra, jednak jakoś się to przeszło po kościach…nie doszło do spotkania…nawet nie zdążyłem poznać tych nowych, dwóch, młodych, zdolnych ludzi. To była dobra kapela…

dobry technicznie band…fajni ludzie, ale zrobili kilka błędów…poważnych…pierwszy to zgoda, na wyłączność KYTa kwestii kompozycji i aranżu…to on miał decydujące zdanie, takie założenie sprawiło, że chorobliwie idealistyczne podejście do materiału autorskiego KYTa, bo takim miał być…przełożyło się na kilkunastoletnie rzeźbienie w gównie, a konkretniej, pieszczenie dziesięciu utworów w tak długim czasie, w nadziei, iż czas ten przełoży się na mega przemyślane dźwięki, co zagwarantuje sukces materiału, na którym zarobi się niezłą kasę, i zdobędzie status cenionego w kraju wykonawcy.
Nie docierało do KYTa, że poziom promowanej sztuki nie ma znaczenia, że można sprzedać z wielkim sukcesem wszystko, nawet gówno, dysponując wystarczającym budżetem, a największe dzieło, nigdy nie osiągnie rozgłosu, bez odpowiedniego nakładu środków, których nam właśnie do promocji brakowało, a które są w posiadaniu jedynie kilku osób w tym kraju, trzęsących polskim rynkiem muzycznym. KYT był przekonany, że wystarczy zrobić coś zajebistego, a reszta zacznie kręcić się sama. Dlatego przez tyle lat, poprawiał wszystko co chwilę…jak miał wszystkie ślady na płycie, zaczął nagrywać jeszcze raz bębny, później poprawiał gitary, i tak w kółko, licząc na usunięcie wszystkich możliwych błędów całego produktu, nie przyjmując do wiadomości, że wszystko co powstaje jest jakieś…lepsze…gorsze…na obecną chwilę, i zawsze można coś poprawić…nie potrafił powiedzieć sobie, że zostawiamy płytę TAKĄ, NA TĘ CHWILĘ, BO W TEJ WŁAŚNIE CHWILI ZOSTAŁA STWORZONA.

Śladów do płyty jest tyle, na tylu dyskach, że nie sposób jej zgrać. Od kilkunastu lat chłopaki dopraszali się-USIADŹ I ZGRAJ TM W KOŃCU!…jedyne jednak na co mogli liczyć przez wszystkie te lata to materiał roboczy, i to jeszcze mocno pofragmentowany…Dzwonił do mnie kilka tygodni temu…pytał, czy pojeździł bym w technice…gra w jakiś dwóch kapelach i szykują się im koncerty podobno, ale ile w tym prawdy? Ile fikcji?… Nie żałuję czasu z INSIDE, jak zresztą, niczego w życiu…może poza kilkoma małymi krzywdami, wyrządzonymi innym osobom…nie żałuję, ponieważ sporo się nauczyłem przez te półtora roku…zarówno w kwestii harmonii, jak i rytmu…i…jeszcze jedna rzecz…Znyq zaraził mnie kapelą, która słyszałem piętnaście lat temu albo więcej…nie spodobała mi się wtedy…teraz są dla mnie czymś w rodzaju guru…chodzi o Dream Theater.