Sknerstwo Dyplomowane-Afirmacja Bez Granic!


Niniejszy wpis traktuje o sprawach nieco odmiennych, niż mogłoby to się wydawać po przeczytaniu sporej części zawartej w nim treści. Z uwagi na szczególny, osobisty charakter poruszanego tu tytułowego wątku, byłem zmuszony do zamieszczenia słów wprowadzenia w temat, by nagłe przytoczenie, dwóch podawanych tu personalnych przykładów, nie sprawiało wrażenia nachalnego ataku, przeprowadzonego w akcie desperacji i żalu, co jednak skutkować powinno…jak mam nadzieję, odcięciem ostatniej z pempowin, między mną a zachowaniami, których eliminowanie z kręgu mojego bliskiego otoczenia, przysparza mi więcej satysfakcji, niż przyjemności związane z wrażeniami, jakie daje cielęcina duszona w winie, lub choćby steki z Biedronki.
Od momentu, gdy Płocha opuścił szeregi ROT, minęło wiele lat… Jako trzon jedynej piejącej falsetem, obiecującej łódzkiej formacji, spędziliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, i to jeszcze wiele lat przed uformowaniem się kapeli, którą wszyscy, a przynajmiej ta wierna większość, utożsamiali bardziej z kultem aborygenów, przemierzającym szlaki autostrady do piekła, niż z nie wiadomo skąd wywodzącą się myślą, uprawiania miłości w windzie, jak również przed pojawieniem się pierwszych zamysłów wspólnego koncertu…choćby z uwagi na odwieczną znajomość naszych rodziców, którzy za czasów naszego dzieciństwa, spotykając się często, całkiem młodzieżowo, i wystarczająco niepoczytalnie…w pozytywnym tego słowa znaczeniu, otwierali nam bramy do rodzenia się najprzeróżniejszych pomysłów, oraz ich późniejszych realizacji. Jeśli chodzi jednak o najbardziej burzliwe, i te najważniejsze czasy ROT, uleciały one skutecznie w zapomnienie, po tym gdy po krótkim etapie działalności Płocha wyemigrował za austriacką granicę, w pogoni za wytyczaniem nowych kierunków, w sprytnie sprywatyzowanej na własne potrzeby samsarze, którą podąża jak się za chwilę okaże, do dziś. W zasadzie od samego początku, lub też prawie od samego początku, towarzyszył nam Pachul, któremu nasz pierwszy perkusista o wdzięcznej ksywie Piwo, nadal pseudo Chypis, tłumacząc to pewnymi wątkami bajki o Rumcajsie. Do dziś, w przeciwieństwie do nas wszystkich, Chypis jak przystało na rasową łajzę, miota się między gatunkami…od country, poprzez Nirvanę, na ciężkim, osadzonym brzmieniu kończąc, obgrywając jako Normals bary mniejsze oraz większe, łącznie z Kongresową, Płocha zaś wszedł mocnym krokiem austroniemiecki folklor, którym od czasu do czasu nękany jestem, w automatycznych powiadomienia FB. Jednak z uwagi na brak związku niniejszego wpisu, z jakimkolwiek aspektem muzycznym, czy też rock’n’roll-owym, pozwolę sobie zmierzać ku meritum. Nie da się jednak ukryć, że z Płochą łączyła nas jakaś szczególna więź… Na przełomie lat 80-90 wyjechałem również w tę samą stronę świata, ulegając chwili słabości, ku "lepszemu", i zupełnie nie przypadkiem trafiłem pod jego dach. Po dłuższym czasie wróciłem do kraju…od tamtej pory widzieliśmy się dosłownie kilka razy…kilka razy rozmawialiśmy przez telefon…w ciągu ostatniego roku, raz lub dwa rozmawialiśmy na Skype…później nawet kilka razy pisałem, wysyłałem smsy, ale bez konkretniejszego odzewu. Kilka miesięcy temu dostałem wiadomość na FB, w której to Płocha zwrócił się do mnie o podanie mojego numeru komórkowego, co spowodowało moje delikatne zdziwienie…przecież mamy swoje numery itd…wysłałem odpowiedź, z dopiskiem, iż kilka razy pisałem na Skype-bez odzewu…Płocha odparł, iż nic nie dotarło…nie komentowałem tego w żaden sposób, otrzymując jeszcze dodatkowe info, że w święta,i gdy będzie w Polsce, zadzwoni do mnie…spoko pomyslalem…może będzie szansa spotkać się… pogadać…powspominać… Gdy dosłownie dzień lub dwa przed wigilią otrzymałem sms, że jest już na miejscu, i możemy umówić się gdzieś na spotkanie, jego sms, a zasadzie chodzi mi tu o tę właśnie formę kontaktu ze mną, nasunęło mi to pewne przemyślenia. Przypomniałem sobie czasy, gdy ówczesna moja towarzyszka życia, współlokatorka, jak mi się wtedy mylnie wydawało- moja druga połowa, którą mój dawny wspólnik określiłby zapewne epitetem-Pomieszanie Kurwy Z Diabłem, chcąc wprowadzić oszczędności w naszym budżecie domowym, pytała mnie…czy nie mogę palić tańszych papierosów?…czy wypijemy sobie dziś piwko jedno-na pół?…lub też czy muszę aż tyle razy spuszczać wodę do sedesu gdy sram, bo ponoć robię to na tyle często, podczas jednego posiedzenie, iż odczuwa wieki dyskomfort, w kwestii marnowania zbyt dużej ilości wody, a co za tym idzie, naszych wspólnych pieniędzy, a tak naprawdę zarobionych przeze mnie, a "wspólnymi" nazywanymi tylko wtedy, gdy potrzebowała czegoś więcej…dla przykładu właśnie ICH SAMYCH, lub wtedy, gdy chciała uśpić moją czujność, co niezbędne było dla stworzenia okoliczności, w których mogła realizować swoje notorycznie, a wręcz chorobliwie przewijające się przez wtedy jeszcze wspólnie przemierzaną samsarę-niecne cele, opierając swoją…jak przystało na wzorcową blondynkę, wymyśloną przez siebie filozofię życiową o przeciwieństwo mizondarii, z domieszką wyrachowanego teizmu, przy którym wielobóstwo jest tak oczywiste, jasne, i zrozumiałe jak podstawy matematyki, w działaniu, o stopniu trudnośc rodem ze szkoły podstawowej…jak 2+2…co pozostając w drastycznym konflikcie z Czterema Szlachetnymi Prawdami, było z jednym z głównych czynników, wpływających na rozpad tej całej farsy-od pierwszego wejrzenia. Przypominając sobię te, oraz inne zachowania różnych osób, bliższych mi bądź dalszych, będąc szczerze zdegustowanym faktem, iż dawny kumpel będąc już w Polsce, w Łodzi, wysyła mi zdawkowy sms…śmieszne…ale prawdziwe… Niewiele myśląc wybrałem numer Płochy, pytając czy w za austriacką granicą jest już tak źle? Czy rozmowy telefoniczne dla takiego człowieka jak On, wprawdzie wykonywane w romingu, są aż tak kuriozalnie drogie, że krótką informację jest zmuszony przekazywać za pośrednictwem FB, lub też sms?opatrując całą wypowiedź delikatną nutą ironii…nie przesadzajmy…co jakiś czas wykonuję również rozmowy do innych krajów europejskich, dzwoniłem nie raz do US i A…i jakoś mam jeszcze co włożyć do gara i założyć na dupę…pod mostem jeszcze nie śpię…zapytałem więc wprost-czy tak już źle w tej Austrii, że musi czekać aż do świąt, aby wykonać do mnie połączenie telefoniczne?…śmiejąc się oczywiście pod nosem, i przechylając kolejnego drinka, dla zachowania satyrycznego charakteru naszej rozmowy. Wspomnianą blondynkę…tą od wody w kiblu…wypadałoby może też spytać, czemu wywożąc dziecko z kraju na stałe-nielegalnie…nie jest w stanie przez pół roku sprawić sobie tak popularnej, i taniej już nawet w polsce usługi, jaką jest internet, aby dziecko miało możliwość, choćby w ten sposób, raz na jakiś czas zobaczyć ojca i porozmawiać z nim?…ja nie jestem nieszczęśliwym posiadaczem etatu sprzątaczki, a jednak w swojej sieci figuruję jako szczęśliwy posiadacz kilku urządzeń, oraz czterech mobilnych internetów…komunikacja ze światem nie jest dla mnie żadnym problemem mimo, iż nie odbieram co miesiąc pensji w kwocie porównywalnej z kwotą otrzymywaną przez prezesa Amber Gold… Wykazując jak sądzę, wystarczającą cierpliwość wobec takich zachowań, skutecznie jednak odcinając się od nich, bądź podobnych…co sprawia, że grono moich, nie tylko znajomych ale również i najbliższych mi osób jest…jak to by rzec…NIELICZNE ALE ŚLICZNE, umówiłem się z Płochą w Manufakturze na piwo, po czym nie poszedłem, w celu wyeliminowania potencjalnego prawdopodobieństwa, wystąpienia podobnej sytuacji w przyszłości! Ktoś zaraz tu pewnie zaprotestuje! Do czego to podobne? Jak tak można? Co za maniery?…i takie tam pseudo-moralne gówna…mnie to nie wzrusza…Po dwudziestu latach, jako właściwą metodę kontaktu z kumplem wybrać formę sms, czy też wiadomości na FB?…To jakoś nie po mojemu chyba, że piastując dość dobre stanowisko pracy, uzyskuje się miesięczne przychody porównywalne z dochodami przeciętnego, stałego rezydenta paryskiego metra…no wtedy rozumiem…choć wtedy jak domniemam, utrudniony byłby również dostęp do wspomnianych usług internetowych, których wyżej przytoczona matka broni dziecku do kontaktu z ojcem…chyba, że jej obecny mąż wykazywałby chorobliwą skłonność ku przetrzepywaniu portali randkowych, w celu zaspokajania potrzeb, których specyfika pozostaje obcą, bądź nieakceptowaną dla jego własnej żony. Może i faktycznie w tej zachodniej Europie tak ciężko…tak trudno powiązać koniec z końcem…nie każdego, dobrze sytuowanego stać na wykonanie krótkiej rozmowy międzynarodowej, czy uruchomienie internetu, a to że od zawsze myśleliśmy, iż właśnie w naszym kraju jest tak szaro, trudno i biednie, jest zwykłą dezawuacją medialnych doniesień? Dupa! Dupa! Dupa!…jak powiedziałby mój ulubiony bohater, jednego z telewizyjnych seriali… Jak pewnie niejeden z czytelników tego wpisu, byłem w wielu krajach europejskich, więc protesty, wszyscy Ci protestujący wobec mojej opinii, mogą sobie w buty wsadzić…wszyscy wiemy o co chodzi…Sknerstwo Dyplomowane! A Fuj! Ponoć nie ma nic głupszego od mądrości ludowych. Pierwsza z nich głosi: "Sknerstwo jest najstarszą córką łakomstwa". Druga z nich sugeruje: "Oszczędność słowa, to jedyne sknerstwo, które innych nie boli". Na koniec więc, ta druga z myśli, do której nie zastosowałem się absolutnie, nie będąc nadto oszczędnym pisząc ten wpis, choć zgadzam się z nią bezsprzecznie, niech będzie moją głośną manifestacją, podkreślającą znaczenie tej pierwszej.

Wysłane z mojego

Polski Wąsik-Grande Siarrra!


Polski Wąsik na zachodzie przechodzi prawdziwie dotkliwy kryzys. Biorąc pod uwagę tryumf, który święcił jeszcze nie tak dawno, bo przecież dwa lata temu, a nawet chyba około półtora, trzeba przyznać, że sytuacja dla Polskiego Wąsika stała się mało komfortowa, o czym świadczyć mogą o ostatnie doniesienia z pewnego źródła.
W związku ze spadkiem popularności na zachodzie, a co za tym idzie, z perturbacjami emocjonalnymi, zauważyć można tendencję do coraz to częstszej migracji Polskiego Wąsika, zarówno na granicę-coraz częściej, jak i z zachodu na wschód-niekiedy…co nie spotyka się raczej z ogólnie przyjmowaną aprobatą. Przechodząc zawirowania osobowości, nie potrafiąc skonkretyzować swych intencji na czas dłuższy, wątpliwej skuteczności starania migracyjne, napotykając ciągły opór otoczenia, uwalniają pokłady rozgoryczenia, które w zmieszaniu z histerycznymi wybuchami złości, stawiają Furiata dość nisko, w rankingu szans osiągnięcia, skrupulatnie-wydawałoby się, obmyślanego celu, w rzeczywistości skreślając go całkowicie, nie tylko z Toplisty, ale i z listy rezerwowej. Idea egzystencji Polskiego Wąsika, przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu, po obu stronach granicy. Jedynym miejscem, gdzie Polski Wąsik napotyka jeszcze odrobiny aprobaty, a może i nawet zalążki empatii, to świat zamknięty za Żelazną Kurtyną, gdzie głupota w pomieszaniu z prostactwem, ciemnogrodem i jedynymi wartościami, jak ciągły pęd ku zaspokajaniu najbardziej prymitywnych potrzeb, jest jego ognisko domowe, przesiąknięte cynicznym oddechem matki, jak i słodyczą smrodu, obsranych galotów swojego papy. Przemierzając raz po raz, swym zdezelowanym, i zagraconym bardziej niż komórka mojego ojca dyliżansem, drogę między wschodem a zachodem, w atmosferze smrodu Galerianek, od którego sam dyliżans dostał już dawno wysypki, lansuje chylący się upadkowi, nieaktualny od dawien dawna image, którego stylistyka nie znajduje już uznania nawet w koncepcji świata „Ani Z Zielonego Wzgórza”… Jeszcze nie tak całkiem dawno, śpiewając triumfalnie swoje „FIESTA, FIESTA, FIESTA…AMERICANA”…dziś Polskiemu Wąsikowi nie pozostaje zbyt duży wybór repertuaru. Doskonałą propozycją tutaj, wydaje się być utwór polskiej grupy Elektryczne Gitary, pod szumnym tytułem Jestem Z Miasta. Doskonałym spostrzeżeniem również jest to, że ww utwór jedynie celującą propozycją NIE JEST, a WYDAJE SIĘ BYĆ…ponieważ aby BYŁ, należałoby w tekście wymienić jedno, powtarzające się w koło słowo, i chodzi tu oczywiście o wymianę słowa MIASTO na słowo WIOCHA. Nie da się ukryć, iż odczuwam również pewien niedosyt w kwestii produkcji jednego z ostatnich videoclipów mojej ulubionej, polskiej grupy Lady Pank. Niedosytu wspomnianego, nie musiałbym tutaj uzewnętrzniać, gdyby producenci zaproponowali Polskiemu Wąsikowi, udział we wspomnianym teledysku, którego tytuł DZIEWCZYNY DZISIAJ Z BYLE KIM NIE TAŃCZĄ, w zderzeniu z jego image, byłby zjawiskiem conajmniej zasługującym na stwierdzenie Bareizmy Wiecznie Żywe, a dobitniej ujmując, mógłby rzucić na kolana, świat dość ekspansywnie obecnie rozwijającej się dziedziny, którą jest Śmiechoterapia… Sam osobiście dziwię się, czemu wszystkim znana sieć fastfoodów, nie zaproponowała mu nigdy kontraktu, na umieszczenie jego wizerunku, w swoim cenniku, wprowadzając promocję na Wieśmaka?… To byłby strzał w dychę, dla obu stron. Aby utrzymać niniejszy wpis w tonie jasności, komunikatywności, zrozumienia dla czytelnika, pozwolę sobie, zmierzając wolnym krokiem ku końcowi, zaniechać w części dalszej niechlubnych porównań, i skupić się wyłącznie na toku myślowym, jasno zrozumiałym dla czytelnika, którym również Polski Wąsik być może. Polski Wąsik, znany również w niektórych kręgach pod kryptonimem, z którym mylono do nie tak dawna jednego z bardziej znanych w świecie elektryków, właśnie swojej arogancji oraz mizoginii, okazywanej w najmniej znośnej formie zazwyczaj osobom spokrewnionym lub spowinowaconym, z jednoczesnym nadmiarem niedostatku mizoandryzmu, okazywanego jedynie następcom swoich byłych opok życiowych, i niektórym ssakom, zawdzięcza obecny stan wszechrzeczy, zmierzający wszelkimi możliwymi kanałami ku upadkowi ostatecznemu. Wybujała wyobraźnia, która nie zawsze podążając odpowiednim torem…nie zawsze stanowiąc zaletę, pogrąża go w żelaznym uścisku drwin i pogardy tych, których przywykł uważać za sprzymierzeńców co sprawia, iż jego wielobarwny blask autorytetu, tak do niedawna jeszcze odbierany przez osoby najbardziej oddane, w zastraszającym tempie zaczyna nabierać szarości, charakterystycznej dla tak bardzo utęsknienionej przez niektórych komuny, w czasach której nasz tytułowy bohater, ze swymi malwersacyjnymi skłonnościami, czułby się jak najbardziej zasłużony przedstawiciel środowiska grypsery, w aspołecznym portalu „Nasza Cela”. Szczerze mówiąc, jednym zdaniem…Polski Wąsik, zarówno na zachodzie, jak i po wschodniej stronie „granicy” jest już mocno NIE TRENDIII…aby nie powiedzieć, że to GRANDE SIARRRA !!! Aby nie dać nikomu powodu, do interpretacji, jakoby ten wpis miałby traktować o kimś konkretnym, kimś, kto mógłby z nieznanych mi powodów poczuć się nieswojo, bądź dostać wręcz napadu dzikiego szału, aby wyzwolić czytelnika z więzów konieczności, kojarzenia tytułowego bohatera z kimkolwiek, a nie daj Bóg ze swoją osobą, dodam jedynie, iż post ten traktuje, jak mi wiadomo o kimś zupełnie „niekonkretnym”… Jeśli już któryś z czytelników uprze się, by dostrzec w Polskim Wąsiku swoje lustrzane odbicie, nie zamierzam nikogo siłą wyprowadzać z błędu :-;

Wysłane z mojego HT

Il Cimitero Di Praga – Umberto Eco


Mistrzostwo…kunszt i klasa, sama w sobie… Porównania, odniesienia, zastosowane niekiedy w oparciu o wiedzę, której próżno szukać nawet w internecie, zasługują moim zdaniem na najwyższy stopień uznania dla autora. Mistrz Słowa bawi się językiem, jak za starych dobrych czasów pierwszych Zapisków Na Pudełku Od Zapałek, które znam na pamięć, albo i nawet jeszcze wytrawniej, bardziej tajemniczo, z doskonałą dawką sarkazmu, dowcipu, oraz powagi. Nie ma się czemu dziwić…Eco jest po pierwsze bibliofilem, nie musi więc wychodzić z domu, by dotrzeć do poszukiwanych źródeł informacji, które nawet w zasobach World Wibe Web nie znalazły miejsca godnego egzystencji. Po drugie nie zanudza, jak twierdzi w swojej opinii L’Osservatore Romano, i jak przystało na prawdziwego Mistrza, doskonale jako autor powieści, oraz pasjonat dziedzin, z których nie wszystkie nawet do tej pory zdefiniowano w Wikipedii, staje na wysokości zadania, znajdując czas na tworzenie Cmentarza W Pradze, między twórczością naukową, pisaniem felietonów, oraz kierowaniem dwoma uniwersytetami. Rzym, a szczególnie Watykan, zawsze wszystko krytykuje negatywnie, z tym już się wszyscy dawno chyba pogodzili…z wyłączeniem mojej osoby rzecz jasna…Ponieważ dzieło poświęcone jest powstaniu antysemickiej mistyfikacji-Protokołom Mędrców Syjonu, dokumentowi opisującego rzekome plany osiągnięcia przez Żydów globalnej dominacji, zrzucając w ten sposób odpowiedzialność za ówczesne problemy polityczne na społeczność żydowską, a główny bohater jest postacią fikcyjną, jak sam autor zaznacza, na pierwszy rzut oka, antysemickie poglądy kreślone piórem autora, można błędnie moim zdaniem przypisać właśnie Jemu…nie sądzę…nie zgodzę się wręcz, aby dosadne, a wręcz poniżajce, z olbrzymią dozą pogardy dla wszelkich innych nacji, niż głównego bohatera słowa kierowane do Żydów, Włochów, Niemców, a chyba nawet wszystkich europejczyków, były poglądami samego Mistrza, którego jestem dozgonnym fanem. Nie sądzę również, aby Umberto Eco, zjadał własne pantofle, umierając ze zgryzoty, w rozmyślaniu czy ktoś wspomnianą pogardę weźmie za szczerość, czy też przyjętą postawę literacką, jako jedynego fikcyjnego bohatera, wspomnianej powieści. Znając zamiłowanie Eco do ironii oraz najwyższych lotów intelektualnej prowokacji myślę, iż ma to głęboko gdzieś…a może nawet skłaniając się ku teorii Im Gorzej, Tym Lepiej… Spośród wszystkich narodów, Niemcom akurat najwięcej się należało…ale również nie mniej dostało się w powieści rodakom Eco 🙂 Już w Zapiskach…wyśmiewał mediolański system urzędowy, więc mnie to osobiście wogóle nie dziwi. Nie wydaje mi się również, aby tak wybitny filozof, eseista, pisarz, zajmujący się naukowo semiologią, semiotyką, ESTETYKĄ, znany jako autorytet wielu dziedzin, ceniony beletrysta, zdołał osiągnąć taki status społeczny, kierując się tak wielką odrazą do ludzi, którą właśnie jego pióro nakreśliło w Cmentarzu W Pradze, będąc wprawdzie słowami bohatera, który został wymyślony. Czyżby to więc była sprytnie przemycona awersja, do wszelkich nacji, nawet rodzimej? Nie sądzę… Na początku rozdziału "Kim Jestem" Eco wprawdzie mami nas mirażami uwielbienia do dobrej kuchni, antypatią do Żydów, więc tym wszystkim, co czego przywykliśmy utożsamiać właśnie z Umberto Eco, jednak czy kierując się starym już jak węgiel powiedzeniem, znanym ze szkoły podstawowej jako "Co autor miał na myśli?", uważać powinniśmy te plugawe słowa i obrzydliwości kierowane w kierunku wszelkich innych nacji, jako poglądy samego autora? Ja uważam, że absolutnie nie! W dodatku, gdyby ktoś nie zauważył, w w/w rozdziale, po słowach "…kogo nienawidzę? Żydów, chciałoby mi się powiedzieć…", "…kogo kocham? Nie przypominam sobie kochanych twarzy…najbardziej kocham dobrą kuchnię…", czy wręcz " Przystępując do pisania, czuję się zakłopotany…to tak jakbym obnażał własną duszę na rozkaz…" to zdanie faktycznie jest w stanie wytrącić czytelnika, z prawidłowej oceny sytuacji, oraz interpretacji pod tytułem "Co Miał Na Myśli Autor?"…przyznaję…można by tutaj powiedzieć, że Eco pisze jako Eco, i obnaża czytelnikowi, najbardziej oślizłe oblicze swojej pokrętnej osobowości…ja jednak twierdzę, że to błąd! Twierdzę, iż nie byłoby pewności rozmowy o błędzie, gdyby po pierwsze-główny bohater nie był wymyślony,a po wtóre i najważniejsze, gdyby wszystkie te najgorsze epitety, kierowane pod adresem Żydów i wszystkich innych nacji, nie pojawiły się po jednym, krótkim zdaniu, które to dowodzi iż kreatorem wspomnianych poglądów, nie jest nawet wspomniany bohater…zdanie brzmi następująco "…nie mam nic przeciwko Żydom…o Żydach wiem tylko tyle, co nauczył mnie mój dziadek…" dla mnie, a więc dla osoby, która przeczytała ten rozdział kilkadziesiąt razy, wszystkie te skrajnie nacjonalistyczne poglądy, słowa i myśli, są niczym innym, jak myślami, oraz poglądami dziadka, głównego bohatera, które ukazują się czytelnikowi jako wspomnienia Simoniniego…wnuczka skrajnego nacjonalisty…może nawet faszysty… Zresztą…nawet jeśli okazał by się nim sam wielki Mistrz, i tak nie jest w stanie to podważyć mojego uwielbienia do jego literackiego i nie tylko literackiego umysłu. Polecam również wersję audio, czytaną przez Jarosława Gajewskiego, podzieloną na dwadzieścia siedem plików mp3, o łącznym czasie trwania, nieco ponad piętnaście godzin.
Nie zgadzam się również z opinią naczelnego rabina Rzymu Riccardo Di Segni, jakoby książka była niepotrzebnym źródłem odgrzebywania antysemickich spraw…uważam, iż właśnie dobrze, że tak wybitny pisarz zwraca uwagę na tak perfidne oszustwo, będące źródłem i zarazem efektem Żydowskiej tragedii…to manifest przeciwko nie przechodzeniu obok problemu, nie chowania głowy w piasek, a być może i dla niektórych jedyna okazja do poznania kart historii, godnych potępienia, tak bardzo krzywdzących społeczność Żydowską faktów…uważam, że wspominamy rabin zobowiązany winien czuć się do przesłania podziękowań autorowi powieści, która wprawdzie wspomina fakty historii, prawdopodobnie będące czułym punktem narodu żydowskiego, jednak dyskusja o problemie, jest jedynym możliwym sposobem, na rozwiązanie jego, i moim zdaniem Eco zrobił to w dobrej wierze, a słowa, iż główny bohater jest jedyną fikcyjną postacią, powinny wystarczyć wszystkim tak samo pierwsze słowa rozdziału "Kim Jestem? "…, w których przed słowami "…Przystępując do pisania, czuję się zakłopotany…" padają słowa "…Dwudziesty czwarty marca, tysiąc osiemset, dziewięćdziesiąty siódmy…" to sprawia, że sam piszący ma tyle wspólnego z głównym bohaterem, a z całą pewnością z Jego dziadkiem, co ja z Batmanem, który pewnie pojawi się lada moment, ponieważ już po Trzech Królach…Mam tylko nadzieję, że przyjdzie podczas mojego pobytu w pracy, kiedy to po raz setny, moją uwagę zaprzątać będzie któreś z pudełek z minerwą. To zdecydowanie głębsze doznania, niż obcowanie z facetem z spódnicy, który interesuje się przeważnie wszystkim co dotyczy domowników, prawi morały…wykazuje oburzenie, gdy nie chodzisz do kościoła, lub jesteś rozwodnikiem…żąda zapłaty za każdy przyjęty sakrament, od pierwszego momentu Twoich urodzin…a kogo kocha? Chyba nie swojego Boga…najbardziej kocha małych, bezbronnych chłopców…czyżby kierował się poglądami Simoniniego, iż " Z kobietami nigdy nie dochodzi się do sedna" …" Kobiety są odrażające, traci się tylko z nimi czas…" Kobiety są namiastką onanizmu"… A jeśli za słuszną, przyjmiemy tezę Simoniniego, iż obudzić się z łóżku z księdzem, jest bardziej obrzydliwe niż z kobietą czy mężczyzną, jak traktować myśl, stanowiącą nagłówek strony internetowej pisarza, autora, opisywanej tu powieści, którego większość utożsamia z głównym bohaterem, a której to treść w oryginale brzmią następująco:
"When men stop believing in God, it isn’t that they then believe in nothing: they believe in everything.”
Naturą ludzką jest błądzić, a ponieważ jestem człowiekiem, nie jestem nieomylny, jak niektóre z osób, i to niektóre nawet z bliskiego mi otoczenia…Czyżby dziadek Simoniniego był również w błędzie? Niemców nazywał najniższą kategorią rodzaju ludzkiego. Jeśli tak traktował oficerów niemieckich, aż strach pomyśleć jak plugawe wyobrażenie musiałby mieć, dla przykładu o polskiej sprzątaczce, usługującej niemcowi, która pomimo niechlubnych zasług trzeciej rzeszy, w całkowitym posłuszeństwie, zeskrobuje swoimi grubymi i kręconymi jak u niedźwiedzia paznokciami, każde gówno pozostawione przez niego do sprzątnięcia, za garść miedziaków. Myślę, że Simonini byłby, delikatnie mówiąc, dalece ostrożny w wyrażaniu najmniejszego szacunku do wspomnianej sprzątaczki. Uważając, iż mocz Niemca, zawiera o pięć procent więcej, bo aż dwadzieścia procent azotu…niż innego europejczyka, z pewnością nie podałby Monachijskiej Sprzątaczce nawet małego palca u nogi. Gdyby jeszcze do tego wszystkiego, usługująca niemcowi polska emigrantka wykazywała żydowskie cechy metalne, a rysy twarzy sugerowały by tatarskie pochodzenie…a zupełnie przypadkiem nie omieszkamy wytrącić, iż znam dokładnie kogoś właśnie takiego, Simonini, czy też jego dziadek z całą pewnością pokusiłby się o stworzenie kolejnej, niższej niż niemiecka, kategorii człowieka, w której długo, jeśli nie na zawsze wspomina sprzątaczka pozostawałaby w samotności. Zostawmy jednak już teraz, ten gówniany wątek niniejszego wpisu, aby powiedzieć sobie szczerze- "Cmentarz W Pradze", to kawał dobrej sztuki literackiej a nastroje antysemickie autora, głównego bohatera, czy też jego dziadka lub nawet matki sprzątaczki, są dla mnie tutaj kwestią trzeciorzędną…gorąco polecam!

Wysłane z mojego HTC